Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dadi. Mobilizacja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 września 2026
4369 pkt
punktów Virtualo

Dadi. Mobilizacja - ebook

Jesień 2028 roku. Rosja, ukryta za białoruskimi mundurami, niespodziewanie uderzyła na Polskę. Dzięki wsparciu państw NATO udało się zatrzymać przeciwnika i ustabilizować front.

Stany Zjednoczone przerzuca jednak większość swoich sił do opanowania kolejnego światowego kryzysu, a ciężar wojny spada na Polaków.

Jacek Dadziński ma 48 lat. Jest mężem, ojcem i informatykiem. Nigdy nie planował zostać żołnierzem. Kiedy otrzymuje kartę powołania, trafia do plutonu pełnego ludzi znacznie młodszych od siebie. Szybko dostaje ksywkę Dadi. Z czasem młodzi żołnierze zaczynają dostrzegać w nim nie tylko najstarszego w plutonie, ale człowieka, który potrafi zachować zimną krew, wziąć na siebie odpowiedzialność i utrzymać zespół w ryzach, gdy wszystko zaczyna się rozpadać.

Jednocześnie on sam musi zmierzyć się z inną, prywatną wojną – o własną rodzinę, małżeństwo i życie, które z każdym tygodniem coraz bardziej oddala się od tego, co zostawił za sobą. Na wojnie liczy się tylko to, komu możesz zaufać. Reszta przestaje mieć znaczenie.

Dadi. Mobilizacja to realistyczna powieść militarna o ludziach, których wojna wyrwała z codzienności i zmusiła do założenia munduru. Opis szkolenia, pierwszych walk i braterstwa rodzącego się tam, gdzie każdy kolejny dzień może być ostatnim.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368264678
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Li­sto­pad 2028 roku na wscho­dzie Pol­ski był mro­źny. Szcze­gól­nie w oko­li­cach Sła­wa­tycz, ma­łej wio­ski po­ło­żo­nej przy daw­nej gra­ni­cy z Bia­ło­ru­sią. Od kil­ku dni pa­dał śnieg, po­kry­wa­jąc przed­po­le oko­pu kil­ku­cen­ty­me­tro­wą war­stwą. Da­lej roz­ci­ąga­ły się za­sie­ki, pole mi­no­we, rze­ka Bug, a za nią ośnie­żo­ne bia­ło­ru­skie lasy.

Tak wi­dzia­łem to ko­lej­ne­go ran­ka, gdy wsta­wał nowy dzień. Było już ja­sno. Za ple­ca­mi sły­sza­łem na­ra­sta­jący ruch na dro­dze wo­je­wódz­kiej nu­mer 816 – głów­nie po­je­dyn­cze, brud­no­zie­lo­ne woj­sko­we SUV-y. Po le­wej mia­łem wio­skę Sła­wa­ty­cze, po pra­wej Han­nę. Mój plu­ton roz­ci­ągał się na ki­lo­me­tro­wym od­cin­ku, na wy­so­ko­ści Ku­zaw­ki-Ko­lo­nii. Wio­ski… kie­dyś. Przed woj­ną. Od roku były tyl­ko wy­pa­lo­ny­mi ru­ina­mi, po­go­rze­li­ska­mi i ster­ta­mi gru­zu po­ora­ny­mi le­ja­mi po po­ci­skach.

By­łem w pi­ątej dru­ży­nie czwar­te­go plu­to­nu, dru­giej kom­pa­nii, 348 Ba­ta­lio­nu Lek­kiej Pie­cho­ty. Nasz ba­ta­lion na­le­żał do nowo sfor­mo­wa­nej 29 Śląskiej Bry­ga­dy Obro­ny Te­ry­to­rial­nej. Ba­ta­lion OT ze Śląska, prze­zna­czo­ny do dzia­łań w tam­tym re­gio­nie, rzu­co­no na front lu­bel­ski. Do dziś nie wiem, dla­cze­go po­bo­ro­wy ze Śląska zna­la­zł się w Sła­wa­ty­czach. Nie po­win­no mnie tu być. By­łem za sta­ry, resz­ta od­dzia­łu za mło­da. Kto wpa­dł na po­my­sł, by nie­mal pi­ęćdzie­si­ęcio­lat­ka wrzu­cić do gru­py dwu­dzie­sto­lat­ków? Jaki to mia­ło sens?

Wes­tchnąłem ci­ężko. Za mną była nie­prze­spa­na, mro­źna noc. Nie mia­łem już siły zło­ścić się na de­cy­zje in­nych, na tych, któ­rzy wy­bra­li za mnie, gdzie mam być i co ro­bić. Byle prze­trwać war­tę, a za go­dzi­nę faj­rant. Ju­tro lu­zu­ją nasz plu­ton po pierw­szym ty­go­dniu na fron­cie – chy­ba wcho­dzi 350 Po­mor­ski Ba­ta­lion Lek­kiej Pie­cho­ty.

Nie po­win­no mnie tu być. Ca­łe­go ba­ta­lio­nu nie po­win­no tu być. Ale je­ste­śmy, bo ktoś na gó­rze uznał, że ba­ta­lio­ny z in­nych wo­je­wództw, zło­żo­ne nie­mal wy­łącz­nie z po­bo­ro­wych, ide­al­nie na­da­ją się do ob­sa­dza­nia spo­koj­nych od­cin­ków fron­tu. Po sze­ściu ty­go­dniach przy­spie­szo­ne­go szko­le­nia po­wsta­ły sze­re­gi no­wych ba­ta­lio­nów, któ­rych Pol­sce bra­ko­wa­ło. Mój ba­ta­lion umun­du­ro­wa­no i wy­po­sa­żo­no w sprzęt US Army. Dłu­go by tłu­ma­czyć dla­cze­go.

Moim za­da­niem było pil­no­wa­nie nie­ba. Sta­łem w zmro­żo­nym oko­pie, na wzmoc­nio­nym drew­nia­ny­mi ba­la­mi sta­no­wi­sku przy­kry­tym ga­łęzia­mi. Mia­łem strącać wro­gie dro­ny nad­la­tu­jące zza Buga. Część ze­strze­li­wa­li­śmy ze strzelb, część za po­mo­cą prze­no­śnych za­kłó­ca­czy fal ra­dio­wych. Te ste­ro­wa­ne świa­tło­wo­dem li­kwi­do­wa­ło się dzia­łkiem EMP Hun­ter mod. 2 albo la­se­rem, je­śli aku­rat prze­je­żdża­ła te­re­nów­ka z ta­kim sprzętem. Obok mnie sta­ła ope­ra­tor­ka ba­te­rii wy­kry­wa­czy dro­nów, co chwi­lę zer­ka­jąc na ekra­ny wa­liz­ko­we­go mo­du­łu mo­ni­to­ru­jące­go, od któ­re­go od­cho­dzi­ły ka­ble do an­ten.

Tego dnia wy­da­wa­ło się, że będzie spo­koj­nie. Na­wet na pó­łno­cy pa­no­wa­ła dziw­na ci­sza – ani jed­ne­go strza­łu. Jak­by woj­ny nie było.

Rok temu „Bor­ki” – jak na­zy­wa­li­śmy Bia­ło­ru­si­nów i Ro­sjan w bia­ło­ru­skich mun­du­rach – prze­kro­czy­ły gra­ni­cę na czo­łgach, pró­bu­jąc prze­bić się do War­sza­wy. Przez ostat­ni rok pół wo­je­wódz­twa lu­bel­skie­go i pod­la­skie­go zmie­ni­ło się w stre­fę woj­ny. Do­pó­ki nie na­de­szła szpi­ca NATO, stra­ci­li­śmy wie­le miej­sco­wo­ści.

Bia­ło­ru­si­nów zwa­no „Bul­ba­ka­mi”, od sło­wa ozna­cza­jące­go ziem­nia­ka. Ro­sjan – „Or­ka­mi”, jesz­cze z cza­sów woj­ny na Ukra­inie. Prze­ko­na­li­śmy się, że wśród ata­ku­jących wi­ęcej było Ro­sjan niż Bia­ło­ru­si­nów, choć no­si­li bia­ło­ru­skie mun­du­ry. Stąd „Bul­bor­ki” albo „Bor­ki” – jak fron­tow­cy zwy­kli na­zy­wać ich na­prze­mien­nie z „Ka­ca­pa­mi” lub „Ru­ski­mi”. Byli jak „zie­lo­ne lu­dzi­ki” na Kry­mie w 2014 roku czy bo­jow­ni­cy z Don­ba­su, któ­rzy „za­po­mi­na­li” po­zbyć się ro­syj­skich ksi­ąże­czek woj­sko­wych. Te­raz wy­gląda­ło to po­dob­nie.

NATO, zgod­nie z obiet­ni­ca­mi, ru­szy­ło swo­je od­dzia­ły. Od­bi­li­śmy część te­re­nów, ale spo­ro wci­ąż po­zo­sta­wa­ło w rękach Bor­ków. Pó­łto­ra roku od wy­bu­chu woj­ny – ofi­cjal­nie pol­sko-bia­ło­ru­skiej, nie­ofi­cjal­nie ro­syj­sko-bia­ło­ru­skiej prze­ciw NATO – sy­tu­acja wy­gląda­ła tak: Bia­łe­go­sto­ku i So­kó­łki bro­ni­li Ame­ry­ka­nie, Za­mbro­wa Bry­tyj­czy­cy, Mi­ędzy­rze­ca Pod­la­skie­go Niem­cy, a Sie­mia­tycz Fran­cu­zi. Bor­ki kon­tro­lo­wa­ły Gró­dek, Bielsk Pod­la­ski, Haj­nów­kę, Klesz­cze­le, Miel­nik, Bia­łą Pod­la­ską, Ku­ku­ry­ki i Te­re­spol.

– Dadi, masz jesz­cze ogrze­wa­cze? – usły­sza­łem Pest­kę, szczęka­jącą zęba­mi i pod­ska­ku­jącą, by się roz­grzać. – Pi­ździ jak cho­le­ra, a do ko­ńca zmia­ny go­dzi­na.

Ode­rwa­łem wzrok od lor­net­ki i spoj­rza­łem na drob­ną dziew­czy­nę. Na noc­ne zmia­ny za­kła­da­ła kil­ka warstw ubrań pod mun­dur i ka­mi­zel­kę tak­tycz­ną. Pod he­łmem mia­ła dwie ko­mi­niar­ki owi­ni­ęte sza­lem snaj­per­skim. Mimo to ma­rzła. Pa­trzy­ła na mnie bła­gal­nie, roz­cie­ra­jąc dło­nie w gru­bych ręka­wi­cach. Mnie też nie było cie­pło. Zima przy­szła na po­wa­żnie, a pro­gno­zy za­po­wia­da­ły jesz­cze wi­ęk­sze mro­zy – na­wet po­ni­żej mi­nus dzie­si­ęciu. Noc­ne war­ty sta­wa­ły się co­raz trud­niej­sze.

Co noc bra­łem kil­ka ogrze­wa­czy che­micz­nych, bo ogni­ska, pod­grze­wa­cze, a na­wet pa­pie­ro­sy były su­ro­wo za­bro­nio­ne. Po­przed­ni od­dział opo­wie­dział nam, jak stra­cił dwóch lu­dzi przez głu­po­tę. Je­den z nich, znu­dzo­ny na war­cie, ba­wił się za­pal­nicz­ką. Po dru­giej stro­nie rze­ki za­uwa­żo­no roz­bły­ski. Wróg pod­sze­dł w krza­ki, roz­sta­wił mo­ździe­rze i po­słał kil­ka­na­ście gra­na­tów. Ten od za­pal­nicz­ki prze­żył, ale bez le­wej nogi. Jego ko­le­ga tra­fił do czar­ne­go wor­ka.

W od­dzia­le ra­dzo­no so­bie z mro­zem ró­żnie. Nie­któ­rzy bra­li che­micz­ne pod­grze­wa­cze z ra­cji żyw­no­ścio­wych, inni skądś wy­trza­snęli ter­mo­fo­ry, jesz­cze inni mor­so­wa­li. Nasz ma­jor po­da­ro­wał plu­to­no­wi po pu­de­łku ogrze­wa­czy przed ty­go­dnio­wą zmia­ną z bazy w Par­cze­wie. Nor­mal­nie star­czy­ło­by na pół roku. Po ty­go­dniu w oko­pach, z krót­ki­mi prze­rwa­mi na sen w zie­mian­kach, za­pa­sy się ko­ńczy­ły.

– Trzy­maj, mała. – Wy­ci­ągnąłem z kie­sze­ni pod ka­mi­zel­ką ostat­nią kost­kę w czer­wo­nym opa­ko­wa­niu. – To­bie bar­dziej się przy­da.

– Dzi­ęki, nie­za­wod­ny czło­wie­ku!

Zro­bi­ła kil­ka pod­sko­ków, chwy­ci­ła ogrze­wacz, roz­da­rła opa­ko­wa­nie i prze­ła­ma­ła kost­kę, by za­częła grzać. Nie­po­rad­nie pró­bo­wa­ła wsu­nąć ją za de­kolt, sza­mo­cząc się i klnąc pod no­sem.

– Weź po­móż… Pal­ce mi za­ma­rzły. Nie zdej­mę ręka­wic, bo mi dło­nie od­pad­ną.

Uśmiech­nąłem się mi­mo­wol­nie. Wzi­ąłem kost­kę, roz­chy­li­łem jej szal i ko­łnierz mun­du­ru, wsu­wa­jąc roz­grza­ny ogrze­wacz. Syk­nęła, za­drża­ła, po czym wes­tchnęła z ulgą, gdy cie­pło do­ta­rło do skó­ry.

– Le­piej, mała? – Wró­ci­łem na sta­no­wi­sko i znów lu­stro­wa­łem oko­li­cę przez lor­net­kę. – Prze­ży­jesz do ko­ńca war­ty bez ma­ru­dze­nia?

– O tak – usły­sza­łem jej za­do­wo­lo­ny głos, uda­jący eks­ta­zę. – Umiesz do­go­dzić ko­bie­cie, sta­rusz­ku.

Par­sk­nąłem śmie­chem, kręcąc gło­wą. Pest­ka była je­dy­ną dziew­czy­ną w od­dzia­le, któ­ra wrzu­ca­ła dwu­znacz­no­ści do ka­żdej roz­mo­wy. Przy­zwy­cza­iłem się, po­dob­nie jak resz­ta. Tyl­ko mnie po­zwa­la­ła na­zy­wać się „małą”. Zgło­si­ła się do OT na ochot­ni­ka. Wy­spor­to­wa­na dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia blon­dyn­ka o brązo­wych oczach, metr pi­ęćdzie­si­ąt sze­ść wzro­stu. Przo­do­wa­ła na uni­tar­ce. Ka­żde ćwi­cze­nie kwi­to­wa­ła: „To? To pest­ka”. Stąd ksyw­ka. Choć jej wzrost też miał na to wpływ.

Trzask ła­ma­nych ga­łęzi, mimo że ci­chy, był wy­ra­źny. Skie­ro­wa­łem lor­net­kę na kępę krza­ków za rze­ką. Po­czu­łem nie­po­kój. Ko­lej­ny trzask, w in­nym miej­scu. Ptak ze­rwał się ze skrze­kiem.

– Sły­sza­łeś, Dadi? – W gło­sie Pest­ki też za­brzmiał nie­po­kój.

– Tak, ale nic nie wi­dzę przez te chasz­cze – od­pa­rłem, sta­ra­jąc się brzmieć spo­koj­nie. – Ktoś tam jest. Masz coś na ekra­nach?

– Na ra­zie nic…

Chwy­ci­łem Hun­te­ra opar­te­go o ścia­nę oko­pu i uzbro­iłem go pra­wą ręką. W le­wej wci­ąż ści­ska­łem lor­net­kę. Na tym mro­zie aku­mu­la­to­ry dzia­ła­ły w nim na­praw­dę krót­ko, mimo to wo­la­łem za­re­ago­wać w kil­ka se­kund, gdy­by dro­ny za­częły wzno­sić się w nie­bo. „EMP gun” po­trze­bo­wał w tym zim­nie tro­chę cza­su, za­nim był go­to­wy do strza­łu. Po­ło­ży­łem na zmar­z­ni­ętej zie­mi za­ła­do­wa­ne­go Moss­ber­ga 590A1 w wer­sji dzie­wi­ęcio­na­bo­jo­wej. To była sku­tecz­na broń, ale na bli­ższe dy­stan­se.

Mie­li­śmy już ta­kie ak­cje. Bor­ki pod­cho­dzi­ły pod gra­ni­cę, pusz­cza­ły dro­na, ro­bi­ły nim rund­kę, a po­tem z lasu ostrze­li­wa­ły nas z mo­ździe­rzy i RPG. Od­po­wia­da­li­śmy ogniem z ka­ra­bin­ków, RPG, cza­sem z dzia­łka, je­śli prze­je­żdżał Hu­mvee, MRAP czy Ro­so­mak z 18 Bry­ga­dy Zmo­to­ry­zo­wa­nej. Nada­wa­li­śmy na­mia­ry do nie­miec­kiej ba­te­rii PzH 2000. Niem­cy kła­dli sal­wę, ale Bor­ków już tam nie było – tyl­ko po­ła­ma­ne drze­wa i roz­ora­na zie­mia. Ta­kie „ma­ca­nie fron­tu” urządza­no nam kil­ka razy dzien­nie, cza­sem w nocy. By­wa­ło, że przez ty­dzień nikt nas nie nie­po­ko­ił. Nud­ne war­ty. Wo­la­łem jed­nak nudę niż „roz­ryw­kę”. Mło­dzia­ki pre­fe­ro­wa­ły ak­cję.

Ko­lej­ne trza­ski, tym ra­zem gło­śniej­sze, roz­le­gły się na ca­łej li­nii lasu. Co­raz wi­ęcej pta­ków zry­wa­ło się do lotu.

– Tego daw­no nie było – mruk­nąłem, nie kry­jąc już nie­po­ko­ju.

Odło­ży­łem lor­net­kę i chwy­ci­łem opar­te­go o ścia­nę oko­pu mo­je­go do­bre­go AR-15, z ko­li­ma­to­rem i po­wi­ęk­szal­ni­kiem Aim­po­in­ta. Do­dat­ko­wo broń mia­ła osiem­na­sto­ca­lo­wą lufę za­ko­ńczo­ną tłu­mi­kiem. Z niej też po­tra­fi­łem ze­strze­li­wać dro­ny, o ile się nie ru­sza­ły. Broń za­wdzi­ęcza­łem na­sze­mu ma­jo­ro­wi, któ­ry po­tra­fił za­ła­twić w ba­zie nie­mal wszyst­ko. A jak wi­dział, że ktoś do­brze strze­la, to po­tra­fił za­ła­twić też do­bry sprzęt.

Spraw­dzi­łem bez­piecz­nik i ko­mo­rę. Była za­ła­do­wa­na, ka­ra­bi­nek za­bez­pie­czo­ny. Prze­wie­si­łem go so­bie przez ra­mię. Po­pra­wi­łem mo­co­wa­nia kie­sze­ni na ma­ga­zyn­ki i spoj­rza­łem w lewo, w głąb tran­szei. NLAW-y, RPG i AT-4 sta­ły w rząd­ku, opar­te o drew­nia­ne ścia­ny, go­to­we do uży­cia.

– Echo li­der, tu Echo trzy. – Pest­ka chwy­ci­ła za ra­dio. – Też to sły­szy­cie?

– Tu Echo li­der. Echo trzy… mo­żesz ja­śniej? Dru­ży­na, mel­do­wać, co u was – usły­sze­li­śmy w słu­chaw­kach głos na­sze­go sie­rżan­ta.

– Tu Echo dwa. – Do­tknąłem przy­ci­sku PTT ze­sta­wu słu­chaw­ki i mi­kro­fo­nu za­kła­da­ne­go pod hełm, spi­ęte­go ka­blem z ma­łym ra­diem, któ­re po­zwa­la­ło nam się ko­mu­ni­ko­wać z całą dru­ży­ną pe­łni­ącą dziś war­tę w oko­pach. – Bor­ki ha­ła­su­ją w krza­kach na­praw­dę gło­śno. Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek do tej pory.

– Tu Echo pięć, zgła­szam to samo – ode­zwał się ko­le­ga z in­ne­go sta­no­wi­ska.

– Tu Echo sie­dem, my też – za­mel­do­wa­ła ko­lej­na sek­cja.

– Tu Echo dzie­si­ęć, krza­ki cho­dzą, sły­szy­my ci­ężkie die­sle! – wy­krzy­cza­ła inna sek­cja.

– Echo trzy, pu­ści­li coś w nie­bo? – Sie­rżant brzmiał spo­koj­nie. Nie sko­ńczył jesz­cze nada­wać, gdy do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li usły­sza­łem cha­rak­te­ry­stycz­ne, wy­so­kie bzy­cze­nie, jak­by ktoś włączył kil­ka wen­ty­la­to­rów.

Dźwi­ęk za­czął się uno­sić. Ciar­ki prze­szły mi po ple­cach, po­czu­łem prze­szy­wa­jące zim­no, a ser­ce za­częło wa­lić w pier­siach. Na­gły wy­rzut ad­re­na­li­ny. Kon­tro­l­ki na sprzęcie Pest­ki za­pisz­cza­ły sze­re­giem alar­mów. Zro­zu­mia­łem, że w nie­bo wzbił się nie je­den, a kil­ka dro­nów.

Na­tych­miast chwy­ci­łem Hun­te­ra w dło­nie i za­cząłem roz­glądać się za wzla­tu­jącym dro­nem. W tym sa­mym mo­men­cie za­pisz­cza­ły kon­trol­ki alar­mo­we na urządze­niach Pest­ki.

– Echo li­der, tu Echo trzy! Je­den zwia­dow­ca! Na­miar zero osiem pięć, od­le­gło­ść czte­ry­sta dwa­dzie­ścia, wy­so­ko­ść sze­ść i ro­śnie! Dwa ko­lej­ne na­mia­ry z kie­run­ku je­den zero sie­dem, od­le­gło­ść ty­si­ąc sie­dem­set i ma­le­je, wy­so­ko­ść trzy­dzie­ści dwa! Są dość duże i szyb­kie!

Wy­ce­lo­wa­łem przy­go­to­wa­ne za­wcza­su dzia­łko EMP Hun­ter mod. 2. Tyl­ko nasz ba­ta­lion do­stał te eks­pe­ry­men­tal­ne za­baw­ki do prze­te­sto­wa­nia w wa­run­kach bo­jo­wych. Le­wym okiem prze­szu­ki­wa­łem nie­bo na wy­zna­czo­nym kie­run­ku, sku­pia­jąc się bar­dziej na szer­szym ob­ra­zie. Pra­we pa­trzy­ło przez ce­low­nik Hun­te­ra. Za­cząłem sły­szeć na­ra­sta­jące, cha­rak­te­ry­stycz­ne dud­nie­nie ci­ężkich sil­ni­ków die­sla i jęk gąsie­nic. Za­głu­szy­ły małe sil­nicz­ki dro­na, któ­ry zmie­rzał do­kład­nie w moim kie­run­ku.

– Dadi! Po­nad li­nią drzew! Zdej­mij to dzia­do­stwo! Po­tem prze­suń się lek­ko w lewo, zo­ba­czysz nad­la­tu­jącą dwój­kę. Lecą pro­sto na na­szą dziu­rę! – krzyk­nęła Pest­ka, nie kry­jąc już zde­ner­wo­wa­nia.

– Pra­cu­ję nad tym.

Da­lej pró­bo­wa­łem za­cho­wać spo­kój w gło­sie. Za­uwa­ży­łem ma­łe­go dro­na. Z tej od­le­gło­ści był wiel­ko­ści czar­nej krop­ki uno­szącej się kil­ka me­trów nad drze­wa­mi.

– Mam go. Na­mie­rzam cel.

Przy­mru­ży­łem lewe oko, gdy pra­wym, w ce­low­ni­ku, doj­rza­łem po­wi­ęk­szo­ny ob­raz dro­na. Zło­ży­łem się do strza­łu.

– Tu Echo trzy, Echo dwa na­mie­rzył zwia­dow­cę – rzu­ci­ła Pest­ka do ra­dia.

Umiej­sco­wi­łem go w ob­ra­mo­wa­niu ce­low­ni­ka, a wbu­do­wa­ny w ka­ra­bin kom­pu­ter na­tych­miast roz­po­znał cel, zmie­nia­jąc ko­lor ob­ra­mo­wa­nia na zie­lo­ny. Po­ci­ągnąłem za spust i przez dwie se­kun­dy trzy­ma­łem na nim pa­lec. Nie było żad­ne­go dźwi­ęku, od­rzu­tu, bły­sku ani pro­mie­nia la­se­ro­we­go ro­dem z fil­mów SF. Za to dron za­czął na­gle dy­mić, by po chwi­li sta­nąć w pło­mie­niach. Kto­kol­wiek nim ste­ro­wał, pró­bo­wał jesz­cze utrzy­mać go w po­wie­trzu. Dron ko­zio­łko­wał i po­ru­szał się w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób, by po chwi­li ostro za­pi­ko­wać w dół, mi­ędzy drze­wa… wci­ąż po bia­ło­ru­skiej stro­nie rze­ki.

– Tu Echo dwa. Zwia­dow­ca zdjęty – za­mel­do­wa­łem przez ra­dio do do­wód­cy plu­to­nu.

– Do­bra ro­bo­ta, Echo dwa.

– Tu Echo trzy, to Sha­he­dy! – usły­sza­łem prze­ra­żo­ny głos Pest­ki.

Zer­k­nąłem na nie­bo, w kie­run­ku cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dźwi­ęku sil­ni­ka ma­łe­go mo­to­cy­kla, i po­now­nie zło­ży­łem się do strza­łu. Sha­he­dy były szyb­kie, ale le­cia­ły jak po sznur­ku, pro­sto do wy­zna­czo­ne­go celu. Nikt nimi zdal­nie nie ste­ro­wał. Pro­gra­mo­wa­ło się cel, od­pa­la­ło je i cze­ka­ło na wy­buch. Zdo­ła­łem doj­rzeć oba na po­ran­nym, za­chmu­rzo­nym nie­bie. Mia­łem jesz­cze szan­sę je zdjąć.

– Tu Echo dwa, pra­cu­ję nad Sha­he­dem – da­łem znać przez ra­dio.

– Echo dwa, spier­da­laj stam­tąd! Zo­staw je! Nie zdążysz roz­wa­lić obu! – W gło­sie sie­rżan­ta brzmiał nie­po­kój.

– Tu Echo pięć! Sły­szy­my die­sle! Są co­raz bli­żej! Ktoś wie, co to jest? – ko­mu­ni­ka­ty dru­ży­ny za­la­ły ra­dio.

– Tu Echo sie­dem! To pie­przo­ne BWP-y… ca­łkiem spo­ro BWP-ów!

– Tu Echo li­der, NLAW-y na sta­no­wi­ska! – krzyk­nął do­wód­ca. – Za­wia­do­mi­łem kom­pa­nię. Wspar­cie z Han­ny za osiem mi­nut. Dru­ży­ny Del­ta, Char­lie i Bra­vo też mają ak­cję. Niem­cy w Wisz­ni­cach ła­du­ją Pan­zer­hau­bi­ce.

– Tu Echo dzie­si­ęć, zza krza­ków wi­dać lu­dzi z pon­to­na­mi!

– Będą się prze­pra­wiać. – Sie­rżant od­zy­skał spo­kój. – Wa­lić po pon­to­nach, jak wy­le­zą. Strze­lać bez roz­ka­zu.

Wszyst­ko dzia­ło się w ułam­kach se­kund. Na­mie­rzy­łem Sha­he­da, ale utrzy­ma­nie go w ce­low­ni­ku było trud­ne. Gdy ob­ra­mo­wa­nie zro­bi­ło się zie­lo­ne, przy­trzy­ma­łem spust. Dron za­dy­mił, sil­nik za­ka­słał, plu­jąc ogniem.

Zza rze­ki za­ter­ko­ta­ła broń ma­ło­ka­li­bro­wa, ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we, świ­snęły gra­na­ty z RPG, by po nie­ca­łej se­kun­dzie eks­plo­do­wać gdzieś po mo­jej pra­wej stro­nie, bar­dzo bli­sko na­sze­go oko­pu. Za­nim się po­chy­li­łem, zdąży­łem jesz­cze zo­ba­czyć, jak uszko­dzo­ny Sha­hed spa­da w cha­otycz­nym kor­ko­ci­ągu na las po dru­giej stro­nie Bugu.

– Tu Echo dwa, je­den Sha­hed zdjęty! – krzyk­nąłem szyb­ko do ra­dia, wi­dząc kątem oka, jak dru­gi z nad­la­tu­jących dro­nów zni­ża lot wprost na na­sze sta­no­wi­sko.

Zło­wiesz­czy dźwi­ęk sil­ni­ka zbli­żał się pio­ru­ńsko szyb­ko. Usły­sza­łem nie­zbyt od­le­gły wy­buch… to chy­ba był ten pierw­szy dron sa­mo­bój­ca.

– Pest­ka! Gle­ba! Gle­ba! Gle­ba! – wrza­snąłem, do­ska­ku­jąc do dziew­czy­ny, któ­ra pró­bo­wa­ła ner­wo­wo za­trza­snąć kla­pę urządze­nia mo­ni­to­ru­jące­go, jed­no­cze­śnie skła­da­jąc pod­ręcz­ny ra­dar.

Po­ci­ągnąłem ją za ka­mi­zel­kę i przy­trzy­ma­łem dło­nią hełm. Sły­sza­łem jesz­cze, jak klnie do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie, gdy dron za­ha­czył o osło­nę z ga­łęzi nad na­szą dziu­rą, od­bił się od niej i za­pi­ko­wał w dół tuż za na­szym oko­pem.

Błysk eks­plo­zji, nie­mi­ło­sier­ny huk wy­ci­na­ny przez ochron­ni­ki słu­chu, mia­żdżące ci­śnie­nie wy­bu­chu i pa­rzące go­rąco rzu­ci­ły nami o drew­nia­ne bale ścia­ny, mo­men­tal­nie wy­ci­ska­jąc z płuc całe po­wie­trze. Za­bo­la­ły mnie oczy. Przy­sy­pa­ło nas zie­mią zmie­sza­ną ze śnie­giem. Do­sta­łem w hełm spo­rym ka­wa­łkiem drew­na, aż nie­mal ze­rwa­ło mi go z gło­wy.

Le­że­li­śmy tak jesz­cze parę se­kund, za­nim opa­no­wa­łem uczu­cie, jak­by ktoś przy­wa­lił mi w klat­kę pier­sio­wą mło­tem ko­wal­skim. Kręci­ło mi się w gło­wie. W uszach sły­sza­łem tyl­ko jed­no­staj­ny pisk, jak­by ktoś wy­łączył mi dźwi­ęk w gło­wie. Przed ocza­mi wi­dzia­łem świe­tli­ste koła. Ob­ma­ca­łem twarz, ra­mio­na, kro­cze i nogi. Po­ru­szy­łem pal­ca­mi w bu­tach. Ze­rwa­ło mi AR-15, a Hun­te­ra za­uwa­ży­łem parę me­trów da­lej, w dal­szej części tran­szei. Krztu­si­łem się od gry­zące­go dymu. Wi­dzia­łem, że tył na­sze­go sta­no­wi­ska ro­ze­rwa­ło na ka­wa­łki. Część drew­nia­nych bali wraz z zie­mią wbi­ła się w przód, gdzie wcze­śniej ce­lo­wa­łem z Hun­te­ra. Po­mi­mo go­rąca i pa­lących się wo­kół szcząt­ków po­czu­łem lo­do­wa­te zim­no, gdy uświa­do­mi­łem so­bie, że tyl­ko cu­dem prze­ży­łem. Gdy­bym ru­szył się o uła­mek se­kun­dy pó­źniej, by­łbym już tyl­ko mar­twą pla­mą na przed­niej ścia­nie sta­no­wi­ska.

Do­pie­ro wte­dy słuch za­czął po­wo­li wra­cać do nor­my. Stop­nio­wo roz­po­zna­wa­łem ner­wo­we ko­mu­ni­ka­ty, roz­ró­żnia­łem po­szcze­gól­ne gło­sy… Jed­nym z nich był głos do­wód­cy, któ­ry co chwi­la nas wy­wo­ły­wał. Ko­lej­ne eks­plo­zje tar­ga­ły na­szy­mi sta­no­wi­ska­mi jesz­cze moc­niej niż eks­plo­du­jący przed chwi­lą Sha­hed. Z cze­go oni do nas walą? Z ar­ty­le­rii? Cze­mu do nas? Prze­cież nie by­li­śmy na od­cin­ku, gdzie Bor­kom za­le­ża­ło­by na tak zwa­nym zwia­dzie bo­jem.

Kasz­la­łem jak przy na­pa­dzie ast­my. W ustach piach zgrzyt­nął mi mi­ędzy zęba­mi, a po­tem po­czu­łem me­ta­licz­ny po­smak krwi… Mu­sia­łem przy­gry­źć we­wnętrz­ną stro­nę po­licz­ka. Wy­plu­łem krew ze śli­ną i pia­chem, wci­ąż ostro kasz­ląc. Oczy prze­sta­wa­ły mnie bo­leć, za­wro­ty gło­wy za­częły mi­jać.

Spoj­rza­łem już nor­mal­nym wzro­kiem na uno­szące się kłęby gry­zące­go dymu i pło­nące szcząt­ki tego, co było tyl­ną ścia­ną sta­no­wi­ska. Te­raz przez tę wiel­ką wy­rwę mógł wje­chać na­wet Ro­so­mak.

– Tu Echo dwa, je­stem cały – wy­chry­pia­łem do ra­dia. – Spraw­dzam trój­kę.

– Dwój­ka, je­steś po­je­ba­nym far­cia­rzem – usły­sza­łem lek­kie nie­do­wie­rza­nie sie­rżan­ta. – Bierz trój­kę i leć na sta­no­wi­sko za­pa­so­we.

– Echo li­der, dzi­ęku­ję. Zgar­niam trój­kę i lecę na za­pa­so­wy, przy­jąłem i wy­ko­nu­ję! – od­po­wie­dzia­łem do­wód­cy plu­to­nu, uśmie­cha­jąc się ner­wo­wo. – Pest­ka?!

Szarp­nąłem le­żącą dziew­czy­nę, któ­ra za­częła ru­szać się mo­zol­nie jak zdzia­dzia­ły eme­ryt o po­ran­ku. Nie przy­po­mi­na­ła te­raz żwa­wej, gib­kiej i wy­spor­to­wa­nej mło­dej ko­bie­ty. Za­cząłem ją po­bie­żnie oglądać w po­szu­ki­wa­niu zła­mań i mo­żli­wych krwa­wień na mun­du­rze, ale wy­gląda­ła na całą.

– Pest­ka! Ży­jesz?! Je­steś cała?!

– Ja pier­do­lę – jęk­nęła, ob­ma­cu­jąc się. – Chy­ba cała… Po­móż mi wstać, Dadi! Tu Echo trzy, je­stem cała! – nada­ła, gdy sta­nęła na drżących no­gach.

Nad nami świ­snęły po­ci­ski z BWP. Gra­nat z RPG eks­plo­do­wał bli­sko.

– No to sta­no­wi­ska już nie ma – mruk­nąłem, wi­dząc ca­łkiem spo­re znisz­cze­nia w przed­niej ścia­nie. – Mamy iść na za­pa­so­we. Cho­dź, mała.

Ru­szy­łem po­chy­lo­ny w oko­pie w stro­nę le­żące­go AR-15. Na­gle po­tknąłem się i wy­ło­ży­łem jak dłu­gi. Upa­dłem na ko­la­na. Spoj­rza­łem mi­ędzy nogi. Za­ha­czy­łem o wbi­tą w zie­mię część wa­liz­ki z po­trza­ska­ny­mi ekra­na­mi. Dol­nej części wa­liz­ki ni­g­dzie nie wi­dzia­łem.

– Echo li­der, tu Echo trzy. Idzie­my na za­pa­so­wy. Stra­ci­li­śmy ra­dar. – Pest­ka sta­nęła nade mną i tym ra­zem to ona wy­ci­ągnęła do mnie ra­mię, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko.

– Je­bać ra­dar. Za­pier­da­lać na za­pa­so­wy i uwal­cie te pie­przo­ne be­wu­py, za­nim ru­szą na nas – usły­sze­li­śmy obo­je głos sie­rżan­ta.

– Co, Dadi? Dasz się po­pro­sić do ta­ńca? – ro­ze­śmia­ła się Mo­ni­ka, wi­dząc moją głu­pią minę, gdy pod­ci­ąga­ła mnie wy­ci­ągni­ętym ra­mie­niem.

Nie spra­wia­ła już wra­że­nia zdzia­dzia­łej eme­ryt­ki. Była zno­wu wy­spor­to­wa­ną, mło­dą i sil­ną Pest­ką, jaką zna­łem.

– Bor­ki dziw­ną mu­zy­kę nam gra­ją. Nie wiem, czy po­tra­fię do niej ta­ńczyć – ode­zwa­łem się z prze­kąsem, gdy schy­la­łem się po ka­ra­bi­nek.

Po­bie­żnie spraw­dzi­łem, czy nic mu się nie sta­ło, po czym ru­szy­li­śmy da­lej oko­pem, przy akom­pa­nia­men­cie wy­bu­chów, wstrząsów i opa­da­jącej zie­mi zmie­sza­nej z szyb­ko top­nie­jącym śnie­giem.

Spoj­rza­łem na przed­po­le. Na prze­ciw­le­głym brze­gu, mi­ędzy drze­wa­mi, po­ja­wi­ły się BWP-y, któ­re ostrze­li­wa­ły na­sze po­zy­cje z dzia­łek osa­dzo­nych w ni­skich wie­życz­kach. Po­mi­ędzy nimi wi­dać było żo­łnie­rzy tasz­czących dłu­gie, de­san­to­we pon­to­ny z za­mon­to­wa­ny­mi sil­ni­ka­mi. Za nimi, w wie­lu miej­scach, wi­dzia­łem roz­bły­ski dzia­łek wiel­ko­ka­li­bro­wych, któ­re wspie­ra­ły ogniem wy­je­żdża­jące z lasu bo­jo­we wozy pie­cho­ty.

Po­chy­li­łem gło­wę. Se­ria nie­cel­nych wy­bu­chów wzbi­ła w po­wie­trze zie­mię w po­bli­żu miej­sca, gdzie sta­łem. Strze­la­li do nas. I to dość gęsto. Tak, by­śmy nie mie­li cza­su wy­ściu­bić nosa po­nad tran­sze­ję.

– Tu Echo dzie­si­ęć, walą do nas jak do ka­czek! Nie mo­że­my wy­ce­lo­wać NLAW-a!

– Tu Echo sie­dem, tam jest, kur­wa, gru­bo po­nad pi­ęćdzie­si­ąt Bor­ków!

Ko­lej­na eks­plo­zja ro­ze­rwa­ła tran­sze­ję kil­ka me­trów za nami. Gdy­by była ko­pa­na w li­nii pro­stej i nie pro­wa­dzi­ła co chwi­lę pod in­nym kątem, pew­nie do­sta­li­by­śmy odłam­ka­mi. A tak siła eks­plo­zji tyl­ko prze­wró­ci­ła nas do przo­du. Ci­śnie­nie wy­tłu­mi­ło się na drew­nia­nych wzmoc­nie­niach ścian.

– To nie mia­ło tak wy­glądać. – Pod­nio­słem się i od­bez­pie­czy­łem ka­ra­bi­nek. – Mnie tu, kur­wa, nie po­win­no być… To ja­kiś pie­przo­ny cyrk… To się, kur­wa, nie dzie­je na­praw­dę! Na dzień przed zlu­zo­wa­niem… Pie­przo­ne dzia­dy ziem­nia­cza­ne.

Wy­chy­li­łem się lek­ko po­nad okop. Na­li­czy­łem szyb­ko dzie­wi­ęć BWP-ów z wie­życz­ka­mi. To chy­ba dzia­łka ka­li­bru trzy­dzie­ści mi­li­me­trów… Chy­ba. Ale sko­ro było dzie­wi­ęć wo­zów, to mia­ła za­miar prze­je­chać na na­szą stro­nę rze­ki cała kom­pa­nia zme­cha­ni­zo­wa­na.

– Tu Echo dwa, wy­gląda na kom­pa­nię zme­cha­ni­zo­wa­ną z pie­cho­tą – nada­łem przez ra­dio.

– Pew­nie mo­bi­ki, la­ta­ją jak oszo­ło­my – od­pa­rł sie­rżant. – Je­steś na za­pa­so­wym?

– Za­raz będzie­my przy sta­no­wi­sku Echo pięć – nada­łem w od­po­wie­dzi.

Za­cząłem strze­lać ogniem po­je­dyn­czym w stro­nę wro­ga, nie­spe­cjal­nie przy­kła­da­jąc się do ce­lo­wa­nia. Nie łu­dzi­łem się, że w ta­kim sta­nie mó­głbym ko­go­kol­wiek tra­fić. Na strzel­ni­cy nie mie­li­śmy ta­kich atrak­cji, któ­re mo­gły­by nas przy­go­to­wać na po­dob­ne ak­cje. Tar­cze i ru­cho­me ob­ry­sy na strzel­ni­cy nie od­po­wia­da­ją ogniem. A w ka­żdym ra­zie pasy tak­tycz­ne, na któ­rych nas szko­li­li, nie mia­ły ta­kich atrak­cji.

W porę doj­rza­łem BWP-a, któ­ry zwró­cił wie­życz­kę w moim kie­run­ku i plu­nął ogniem z dzia­łka w mo­men­cie, gdy zno­wu pa­da­łem na dno oko­pu. Po­ci­ski wy­rwa­ły de­skę ze ścia­ny, wznie­ca­jąc deszcz drzazg i ka­wa­łków drew­na. Część z nich za­bęb­ni­ła na moim he­łmie. Usły­sza­łem spo­ry ło­skot, jak­by coś so­lid­ne­go wy­le­cia­ło w po­wie­trze.

– Tu Echo dzie­wi­ęć! Je­den be­wup już pło­nie!

– Tu Echo sze­ść! Echo pięć lek­ko ran­ny! Od­pa­la­my NLAW-a i le­ci­my do sió­dem­ki!

Zdo­ła­łem na chwi­lę unie­ść gło­wę po­nad ob­rys oko­pu. Na pra­wej flan­ce pło­nął po­jazd. Miał wy­rwa­ną wie­życz­kę. Le­ża­ła wbi­ta lufą w piach na brze­gu. Wrak ogar­nia­ły co­raz wy­żej strze­la­jące w nie­bo pło­mie­nie i smo­li­sty dym. Żo­łnie­rze w jego po­bli­żu, któ­rych nie tra­fi­ły odłam­ki z eks­plo­zji, po­rzu­ci­li pon­to­ny i ucie­kli w las. Po­zo­sta­li cof­nęli się za inne BWP-y.

– Wszy­scy pad­nij! Gra­dy! – usły­sza­łem krzyk sie­rżan­ta w ra­diu, gdy prze­bie­ga­li­śmy przez opusz­czo­ne i strza­ska­ne sta­no­wi­sko, gdzie jesz­cze parę se­kund wcze­śniej byli Echo pięć i Echo sze­ść.

Zdąży­łem jesz­cze chwy­cić Pest­kę za rękę, po­ci­ągnąć ją za ko­lej­ny za­łom oko­pu i, przy­trzy­mu­jąc ją za hełm, rzu­cić się twa­rzą w bło­to. W tym sa­mym mo­men­cie usły­sze­li­śmy se­rię co­raz gło­śniej­szych świ­stów. Prze­szły w prze­ci­ągły wizg, by na ko­niec za­trząść zie­mią w ogłu­sza­jących, roz­ry­wa­jących wszyst­ko ogni­stych eks­plo­zjach. Po­czu­łem zna­jo­my już skok ci­śnie­nia, za­le­wa­jącą twarz falę go­rąca, drza­zgi wbi­ja­jące się w po­li­czek i ści­ska­jący ból w oczach. Mia­łem otwar­te usta, po­zwa­la­jąc fali ude­rze­nio­wej prze­ta­czać się nad nami. Ob­jąłem moc­no Pest­kę, a ona wtu­li­ła się we mnie. Ko­lej­ne eks­plo­zje szar­pa­ły nami na wszyst­kie stro­ny. Przy­sy­pa­ła nas zie­mia, śnieg, bło­to i de­ski ze ścian oko­pu. My da­lej nie ru­sza­li­śmy się z miej­sca.

Mia­łem wra­że­nie, że chy­ba nad­sze­dł nasz ko­niec. W my­ślach za­częły mi się po­ja­wiać ob­ra­zy… jak zdjęcia. Zo­ba­czy­łem mamę, tatę, młod­sze sio­stry… Dom ro­dzin­ny… Lu­dzi ze stu­diów, z ko­lej­nych miejsc pra­cy… Wła­sny dom… Żonę, cór­kę, psa… Na­wet skrze­kli­we pa­pu­żki fa­li­ste i pi­skli­wą świn­kę mor­ską…

Ko­lej­ne wy­bu­chy, ko­lej­ne „ude­rze­nia mło­ta w klat­kę”, dym, ha­łas wy­ci­na­ny przez ak­tyw­ne ochron­ni­ki słu­chu. Czas jak­by zwol­nił. Co ja ro­bię w tym miej­scu? Mam nie­mal pi­ęćdzie­si­ąt lat… Ci wszy­scy lu­dzie w od­dzia­le to jesz­cze dzie­cia­ki, le­d­wo po dwu­dzie­st­ce… No, może poza ka­pra­lem. Ka­pral w przy­szłym roku ko­ńczy trzy­dzie­ści osiem lat. Zna­łem Ma­ćka jesz­cze sprzed woj­ny, miesz­ka­li­śmy na tym sa­mym osie­dlu…

Eks­plo­zje tar­ga­ły nami. Bel­ka i de­ski przy­wa­li­ły mnie w ple­cy. Jęk­nąłem, Pest­ka za­wy­ła, pła­cząc. Ktoś w WCR się po­my­lił. Nie po­win­ni mnie brać do woj­ska, a już na pew­no nie prze­rzu­cać ba­ta­lio­nu OT ze Śląska. Jak to się sta­ło? Mam tu zgi­nąć? Za­sy­pa­ny pod zmro­żo­ną zie­mią, ro­ze­rwa­ny przez ra­kie­ty?

Nie po­win­no mnie tu być. Ro­dzi­na mnie po­trze­bu­je. Za sta­ry je­stem. Ten świat jest po­rąba­ny. Tym ra­zem nie było do­kąd ucie­kać. ■ROZDZIAŁ 2

Nie­mal dwie go­dzi­ny pó­źniej, do­kład­nie jak prze­wi­dzia­ła Mo­ni­ka, wszyst­kie krze­sła za­pe­łni­ły się re­kru­ta­mi. Żo­łnie­rze ewi­den­cjo­nu­jący i ba­da­jący opu­ści­li salę z pod­ręcz­nym sprzętem. W ich miej­sce we­szło pi­ęciu no­wych. Sta­nęli w po­sta­wie za­sad­ni­czej, po czym je­den wy­su­nął się przed sze­reg i przed­sta­wił jako pod­cho­rąży Ma­ciej Ko­lej­nic­ki – nasz nowy prze­ło­żo­ny w kom­pa­nii. Mie­li­śmy go za­pa­mi­ętać.

Czte­ry sek­to­ry krze­seł od­po­wia­da­ły czte­rem plu­to­nom, ka­żdy po pięć dru­żyn. Do ka­żde­go plu­to­nu przy­dzie­lo­no sie­rżan­ta, któ­re­go rów­nież mie­li­śmy za­pa­mi­ętać.

Do­wód­cą pierw­sze­go plu­to­nu był sie­rżant Ma­te­usz Ko­lem­bik, dru­gie­go – sie­rżant Prze­my­sław Gó­rej­ko. Trze­cim do­wo­dził Po­lak ame­ry­ka­ńskie­go po­cho­dze­nia, sie­rżant An­drew Grif­fon. Wszy­scy trzej wy­gląda­li mło­do, z mo­jej per­spek­ty­wy – na nie wi­ęcej niż trzy­dzie­ści lat.

Przed na­szą gru­pą sta­nął śred­niej bu­do­wy, ogo­lo­ny na łyso mężczy­zna z krót­ko przy­strzy­żo­ną bro­dą. Sie­rżant Grze­gorz Ma­czu­gac­ki spra­wiał wra­że­nie we­te­ra­na – może Ira­ku, może Afga­ni­sta­nu? Jego prze­ni­kli­we błękit­ne oczy i lek­ko prze­krzy­wio­ne usta su­ge­ro­wa­ły uraz twa­rzy lub nie­chęć do opie­ki nad nami. Wkrót­ce mia­ło się oka­zać, co jest praw­dą.

Jak za cza­sów pod­sta­wów­ki, po­ma­sze­ro­wa­li­śmy pa­ra­mi z sali do ma­ga­zy­nu.

– Bez trzy­ma­nia się za rącz­ki, pa­niu­sie! – rzu­cił sie­rżant przed opusz­cze­niem sali.

Po­zo­sta­li sie­rżan­ci często pod­no­si­li głos, od pierw­szych chwil wpa­ja­jąc pod­wład­nym, jak sta­wiać nogi, by ma­sze­ro­wać rów­no, mia­ro­wo i w tem­pie. Kil­ku­dzie­si­ęciu lu­dzi bez prze­szko­le­nia nie po­tra­fi­ło ma­sze­ro­wać skład­nie. Sie­rżan­ci ko­ry­go­wa­li tu­pi­ącą gro­ma­dę do­noś­nymi okrzy­ka­mi, do­cin­ka­mi i epi­te­ta­mi.

Za­nie­po­ko­iło mnie, że nasz sie­rżant nie krzy­czał. Tłu­ma­czył spo­koj­nym, wy­ra­źnym gło­sem, cza­sem prze­szy­wa­jąc nas chło­dem błękit­nych oczu. Przed ma­ga­zy­nem usta­wił nas przed we­jściem i za­czął prze­mo­wę.

– Żeby nie było nie­ja­sno­ści, pa­niu­sie. Je­stem tu sam, a was sze­śćdzie­si­ęciu. Ma­cie mnie słu­chać bar­dziej niż wła­snej mat­ki. Kto się nie do­sto­su­je, będzie ese­me­so­wał po jed­no­st­ce. Do­wie­cie się, że w woj­sku SMS to szyb­ki mały sze­re­go­wy – mó­wił, spo­gląda­jąc na ka­żde­go w plu­to­nie. – Je­śli ktoś da­lej będzie się sta­wiał, po­zna kar­ną tak­ty­kę: czysz­cze­nie la­tryn albo dzień sło­ni­ka, czy­li ca­ło­dnio­we ćwi­cze­nia w ma­sce prze­ciw­ga­zo­wej. Nie mam za­mia­ru tra­cić ner­wów na uże­ra­nie się z tymi, co nie chcą wspó­łpra­co­wać. Jak środ­ki mo­ty­wa­cyj­ne nie po­mo­gą, ko­le­dzy z żan­dar­me­rii we­zmą spra­wy w swo­je ręce, a oni ostat­nio nie ba­wią się w dy­plo­ma­cję.

Sie­rżant prze­sze­dł w pra­wo, po­tem w lewo, bacz­nie nas ob­ser­wu­jąc, jak­by oce­niał, kto może być „nie­zdol­ny do wspó­łpra­cy” i wy­ma­gać in­ter­wen­cji żan­dar­mów.

– Ochot­ni­cza słu­żba sko­ńczy­ła się w maju ze­szłe­go roku. Do­brze wie­cie, że Ka­ca­py chcia­ły wje­chać do War­sza­wy na czo­łgach – nie tyl­ko z Grod­na i Brze­ścia, ale i z Kró­lew­ca. Je­śli ktoś bar­dzo nie chce tu być, po­wiem wprost: woj­sko nie pusz­cza do domu, zwłasz­cza je­śli ma­cie wszyst­kie ko­ńczy­ny spraw­ne i w jed­nym ka­wa­łku. Od daw­na ka­żdy oby­wa­tel ma obo­wi­ązek prze­jść pe­łne szko­le­nie żo­łnier­skie. W sze­ść ty­go­dni na­uczy­cie się co naj­wy­żej ma­sze­ro­wać rów­no, od­ró­żniać wy­lot lufy od kol­by i nie zgu­bić się, idąc z Za­brza na gli­wic­ki ry­nek.

Po chwi­li, da­jąc nam czas na prze­tra­wie­nie in­for­ma­cji, do­dał:

– Te­raz, pa­niu­sie, wcho­dzi­my do ma­ga­zy­nu. Opa­ski na nad­garst­kach przy­kła­da­cie do ska­ne­ra na la­dzie. Szef ma­ga­zy­nu z eki­pą od­czy­ta na ekra­nie wszyst­ko, co trze­ba. Je­śli cze­goś bra­ku­je, coś jest za małe albo buty nie mają sznu­ró­wek, naj­pierw py­taj­cie w od­dzia­le. Może ko­le­ga ma do­dat­ko­wą sznu­rów­kę, blu­zę czy pa­su­jący roz­miar. Jak pro­blem zo­sta­nie, zo­ba­czy­my. Pa­ko­wać się do środ­ka, pa­niu­sie.

We­szli­śmy do bu­dyn­ku. Opa­ski na nad­garst­kach oka­za­ły się przy­dat­ne. W ma­ga­zy­nie przy­kła­da­li­śmy je do czyt­ni­ka, a żo­łnierz za ladą wi­dział na mo­ni­to­rze wszyst­kie wy­mia­ry z ko­mi­sji. Sys­tem wska­zy­wał, któ­ry pa­ku­nek z ja­kiej pó­łki wy­dać. W nie­co po­nad go­dzi­nę plu­ton miał skom­ple­to­wa­ne wy­po­sa­że­nie, z rów­no za­pe­łnio­ny­mi wor­ka­mi woj­sko­wy­mi.

Sie­rżant Ma­czu­gac­ki za­pro­wa­dził nas do „cy­wil­kow­ni” przy ma­ga­zy­nie – po­miesz­cze­nia pe­łne­go za­plom­bo­wa­nych me­ta­lo­wych sza­fek. Za­sko­czył mnie spo­sób za­bez­pie­cze­nia: na drzwicz­ki i obu­do­wę przy­kle­jo­no klip­sy okien­ne, ta­kie jak w dzie­ci­ęcych po­ko­jach – naj­prost­sze i naj­ta­ńsze, z mar­ke­tów me­blo­wych. Ma­ciek mruk­nął, że to kiep­ski spo­sób na ochro­nę cu­dze­go mie­nia. W po­rów­na­niu z tym szaf­ki na ba­se­nach wy­da­wa­ły się ban­ko­wy­mi skryt­ka­mi.

– Tu ma­cie de­po­zyt na cy­wil­ne szpar­ga­ły. – Sie­rżant wska­zał rzędy sza­fek za­my­ka­nych na klip­sy. – Jed­nost­ka jest prze­pe­łnio­na, więc wszyst­ko pa­ku­je­cie do wa­li­zek pod­ró­żnych, któ­re do­sta­li­ście. To będzie wa­sza woj­sko­wa szaf­ka na przy­bo­ry żo­łnier­skie… Co jest, sze­re­go­wa?

Mło­da ko­bie­ta z czar­ny­mi wło­sa­mi unio­sła rękę, chcąc coś po­wie­dzieć.

– Bio­rę ta­blet­ki… Le­karz ka­zał je wy­rzu­cić, bo do­sta­li­śmy ja­kąś szcze­pion­kę… Ale nie chcę, do­pie­ro za­częłam nowe opa­ko­wa­nie – za­częła nie­śmia­ło, czer­wie­ni­ąc się pod spoj­rze­nia­mi od­dzia­łu.

– Ja­kie ta­blet­ki? Na­zwi­sko?

– Da­ria Só­wec­ka, pa­nie sie­rżan­cie. – Pró­bo­wa­ła sta­nąć na bacz­no­ść, upusz­cza­jąc pęka­ty wo­rek woj­sko­wy. – An­ty­kon­cep­cyj­ne…

Kil­ka­na­ście osób par­sk­nęło śmie­chem, stro­jąc głu­pie miny i rzu­ca­jąc nie­wy­bred­ne ko­men­ta­rze.

– Nie śmiać się, ban­do pa­ja­ców ze sto­do­ły! – ryk­nął sie­rżant, po raz pierw­szy pod­no­sząc głos. – Nie otwie­ra­my ja­da­czek, je­śli was nie pro­szę! Mor­dy w ku­beł, pa­niu­sie! To nie pod­sta­wów­ka na lek­cji ana­to­mii!

Jego krzyk za­sko­czył wszyst­kich. Śmie­chy uci­chły, wi­ęk­szo­ść wstrzy­ma­ła od­dech i wy­pro­sto­wa­ła się jak sma­gni­ęta ba­tem. Na­wet ja, choć się nie śmia­łem, po­czu­łem ku­beł zim­nej wody i sta­nąłem pro­sto. Kątem oka wi­dzia­łem Ma­ćka, wy­pro­sto­wa­ne­go jak stru­na.

– Le­karz prze­pi­sał je ze względów zdro­wot­nych czy in­nych? – za­py­tał sie­rżant spo­koj­niej.

Wi­dząc wa­ha­nie Da­rii i jej co­raz czer­wie­ńszą twarz, spoj­rzał na po­zo­sta­łych.

– Słu­chaj­cie, mó­wię do wszyst­kich ko­biet. Do­sta­ły­ście na we­jściu szcze­pion­kę, o któ­rej le­karz wspo­mniał, że trze­ba ją od­no­wić za pół roku, zga­dza się, pa­nie sze­re­go­we?

Kil­ka­na­ście ko­biet od­po­wie­dzia­ło nie­skład­nym „tak”. Sie­rżant kiw­nął gło­wą, za­do­wo­lo­ny, i spo­koj­nie do­ko­ńczył:

– To szcze­pion­ki hor­mo­nal­ne, pre­zent od US Army. Przez pierw­szy mie­si­ąc uży­wa­cie tyl­ko tam­po­nów i pod­pa­sek, bo szcze­pion­ka na po­cząt­ku może wy­wo­łać nad­mier­ne krwa­wie­nie. Jed­nost­ka ma taki asor­ty­ment – zgła­szaj­cie się do ofi­ce­ra dy­żur­ne­go, do mnie lub do­wód­cy kom­pa­nii…

Usły­sza­łem frag­ment spro­śne­go żar­tu i stłu­mio­ny chi­chot. Sie­rżant w ułam­ku se­kun­dy ro­ze­pchnął mło­dych re­kru­tów i chwy­cił za blu­zę mężczy­znę opo­wia­da­jące­go ka­wał. Był wy­ższy o gło­wę, do­brze zbu­do­wa­ny, ale sie­rżant bez tru­du unió­sł go i ci­snął o ścia­nę za­sta­wio­ną szaf­ka­mi. Za­sko­czo­ny dry­blas z ło­sko­tem od­bił się od nich, stra­cił rów­no­wa­gę i ru­nął na podło­gę.

– Będą się śmiać z nor­mal­nej ludz­kiej rze­czy jak dzie­ciar­nia, cha­my ural­skie?! – Wska­zał pal­cem dru­gie­go, któ­ry chi­cho­tał.

Ten pa­trzył w osłu­pie­niu na gra­mo­lące­go się, po­obi­ja­ne­go ko­le­gę.

– Ty! Gle­ba! Na­pier­da­laj pomp­ki, kur­wa! Już, już! Tem­po! Li­czysz do trzy­dzie­stu! Wy­ko­nać!

Wi­dzia­łem wa­ha­nie na twa­rzy dry­bla­sa, jak­by chciał rzu­cić się na sie­rżan­ta, gdy już wstał. Ten do­sko­czył do nie­go, gdy dru­gi re­krut ener­gicz­nie za­czął pomp­ki. Sły­chać było mia­ro­we:

– Raz… dwa… trzy… czte­ry…

– Jak wa­sze na­zwi­sko, sze­re­go­wy? – sie­rżant wy­ce­dził, mie­rząc dry­bla­sa wście­kłym wzro­kiem.

Sta­li­śmy jak wry­ci. Nikt się nie ru­szył, nikt nie mru­gnął. Ci­szę prze­ry­wa­ło sa­pa­nie i li­cze­nie.

– Dzie­si­ęć… je­de­na­ście… dwa­na­ście…

– Do­la­tał… – od­pa­rł za­py­ta­ny nie­pew­nie, pa­trząc na sie­rżan­ta z ros­nącą ule­gło­ścią i za­że­no­wa­niem, gdy po­wió­dł wzro­kiem po nas.

Unio­słem brwi, przez chwi­lę nie re­je­stru­jąc, że po­dał na­zwi­sko.

– Pi­ęt­na­ście… szes­na­ście…

– Do­la­tał CO? – Sie­rżant dźgnął go pal­cem.

Re­krut za­chwiał się, cof­nął o krok, ale sie­rżant znów był tuż przed nim. Jego ru­chy zdra­dza­ły wy­ćwi­czo­ne­go, wy­szko­lo­ne­go żo­łnie­rza.

– Osiem­na­ście… dzie­wi­ęt­na­ście…

– Do­la­tał Se­ba­stian – od­pa­rł skon­ster­no­wa­ny, z ro­snącym nie­po­ko­jem. – O co panu cho­dzi?

Drzwi się otwo­rzy­ły. W we­jściu stał żo­łnierz w czer­wo­nym be­re­cie, z bia­łym pa­sem i opa­ską MP. Sie­rżant zer­k­nął na nie­go, a ten tyl­ko się uśmiech­nął.

– Dwa­dzie­ścia dwa… dwa­dzie­ścia trzy… – Głos re­kru­ta na podło­dze rwał się, prze­cho­dząc w sa­pa­nie.

– Po­móc w czy­mś? – za­py­tał żan­darm.

Za jego ple­ca­mi za­uwa­ży­łem dru­gie­go, w iden­tycz­nym umun­du­ro­wa­niu.

– Oho… żan­dar­mi – szep­nął Ma­ciek za mną. – Cie­ka­we, komu przy­szli z po­mo­cą.

– Ra­tun­ku! On na­ru­sza moją nie­ty­kal­no­ść! – krzyk­nął Se­ba­stian w stro­nę żan­dar­ma.

– Dwa­dzie­ścia… pięć… – Pom­pu­jący zbli­żał się do gra­ni­cy wy­trzy­ma­ło­ści.

By­łem pod wra­że­niem – sam wy­sia­da­łem przy pi­ęciu pomp­kach.

Sie­rżant wy­mie­nił spoj­rze­nie z żan­dar­mem. Obaj się uśmiech­nęli.

– Na­praw­dę? Pan sie­rżant Ma­czu­gac­ki tak zro­bił? – Żan­darm wsze­dł do sali, za­kła­da­jąc ręce za ple­cy. Przy­glądał się re­kru­tom.

Dru­gi żan­darm sta­nął w drzwiach, rów­nież ob­ser­wu­jąc.

– Dwa­dzie­ścia… sie­dem… dwa­dzie­ścia… osiem…

– Tak, ci­snął mną o ścia­nę! To nie­nor­mal­ne, tak się nie trak­tu­je lu­dzi! – Se­ba­stian wska­zy­wał na sie­rżan­ta. – Trze­ba go za­mknąć w pierd­lu albo szpi­ta­lu! To jaw­ny mob­bing! Chcę zło­żyć skar­gę!

Żan­darm, wci­ąż uśmiech­ni­ęty, ki­wał gło­wą, jak­by ro­zu­miał. Spoj­rzał na sie­rżan­ta.

– Dwa­dzie­ścia… dzie-więć… trzy… dzie… ści…

– Tak było? Ci­snęli­ście re­kru­tem o ścia­nę, pa­nie sie­rżan­cie?

– Mówi praw­dę – stęk­nął spo­co­ny re­krut, gra­mo­ląc się z podło­gi. – A mnie ka­zał ro­bić pomp­ki tyl­ko za to, że Se­ba­stian za­żar­to­wał dla roz­lu­źnie­nia at­mos­fe­ry!

– O, pomp­ki ka­zał ro­bić? – Żan­darm zer­k­nął na dru­gie­go. – Skar­gę chce­cie zło­żyć… Jak się na­zy­wa­cie?

– Se­ba­stian Do­la­tał – od­pa­rł dry­blas.

– Wi­told Ra­ba­nek, pro­szę pana – po­wie­dział dru­gi, ci­ężko dy­sząc.

Żan­darm wy­jął no­tes i dłu­go­pis. Za­pi­sał na­zwi­ska, po czym po­ka­zał no­tes re­kru­tom.

– Do­brze za­pi­sa­łem?

– Tak, ale… co to za do­pi­ski za na­szy­mi na­zwi­ska­mi? – za­py­tał nie­pew­nie Wi­told. – Ra­ban? Dola?

– To dla sie­bie, żeby was ko­ja­rzyć, jak pan sie­rżant Ma­czu­gac­ki sko­ńczy oma­wiać spra­wy na cy­wil­kow­ni.

– Nie­czyn­nej cy­wil­kow­ni – wtrącił sie­rżant.

– Do­kład­nie, nie­czyn­nej cy­wil­kow­ni. – Żan­darm kiw­nął gło­wą ener­gicz­nie, cho­wa­jąc no­tes i za­kła­da­jąc ręce za ple­cy. – Żo­łnie­rzy przy­by­wa, a jed­nost­ka nie ro­śnie.

– Pro­szę go aresz­to­wać! – krzyk­nął Se­ba­stian, po­trząsa­jąc pal­cem przed twa­rzą sie­rżan­ta. – Nie będę słu­żył w woj­sku, gdzie nie sza­nu­je się lu­dzi!

– Pana sie­rżan­ta bar­dzo sza­nu­ję. To do­bry żo­łnierz, któ­ry sza­nu­je tych, co sza­nu­ją jego. – Żan­darm zła­pał Se­ba­stia­na za dłoń i wy­kręcił ją.

Tam­ten krzyk­nął, jęk­nął i klęk­nął.

– Je­śli krzy­czał, miał po­wód. Po dru­gie, nie pod­no­si się ręki, dło­ni ani pal­ca na prze­ło­żo­ne­go. To nie­tak­tow­ne i nie­zdro­we. Jak to ująłeś, sze­re­go­wy Do­la­tał, jaw­ny brak sza­cun­ku.

– Za­brać go na do­łek, pa­nie sie­rżan­cie? – za­py­tał dru­gi żan­darm. – Ochło­nie, zgłod­nie­je, nie wy­śpi się, prze­my­śli po­stępo­wa­nie… Wró­ci ju­tro chęt­ny do wspó­łpra­cy.

– My­ślę, że nie będzie po­trze­by, co, sze­re­go­wy Nie­do­la? – Sie­rżant po­chy­lił się nad Se­ba­stia­nem, wci­ąż z wy­kręco­ną ręką. – Do­ga­da­my się?

– Tak…

– Tak CO?

– Tak, do­ga­da­my się. – Po po­licz­ku Se­ba­stia­na spły­nęła łza.

– Oj, sze­re­go­wy, bo ci łapa od­pad­nie… Jesz­cze raz. – Sie­rżant po­kręcił gło­wą, za­wie­dzio­ny. – Tak, do­ga­da­my się CO?

– Tak, do­ga­da­my się, pa­nie sie­rżan­cie! – wy­krzyk­nął ła­mi­ącym się gło­sem. – Będę grzecz­ny, pa­nie sie­rżan­cie!

Żan­dar­mi za­chi­cho­ta­li. Pierw­szy pu­ścił Se­ba­stia­na, któ­ry roz­ma­so­wy­wał obo­la­łe ra­mię. Sie­rżant wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na na­szą osłu­pia­łą gru­pę.

– No, czwar­ty plu­ton, lek­cja nu­mer je­den – ode­zwał się spo­koj­nym, neu­tral­nym to­nem. – Do prze­ło­żo­nych zwra­ca­cie się per „pan” lub „pani”, do­da­jąc sto­pień wi­docz­ny na be­re­cie, pa­go­nach lub pat­kach mun­du­ru. Zro­zu­mia­no?

Unió­sł ręce, za­chęca­jąc do od­po­wie­dzi.

– Zro­zu­mia­no, pa­nie sie­rżan­cie! – wy­krzy­cze­li­śmy nie­rów­no i nie­skład­nie.

– Jest ta­kie trud­ne dla was sło­wo, pa­niu­sie. – Po­trząsnął gło­wą z nie­za­do­wo­le­niem, ru­sza­jąc ku wy­jściu. – Brzmi: u-ni-so-no. Uni­so­no. Od­po­wia­da­cie jed­no­gło­śnie na py­ta­nie moje lub star­sze­go stop­niem. Ja­sne?

– Tak jest, pa­nie sie­rżan­cie! – od­krzyk­nęli­śmy tym ra­zem nie­mal jed­no­gło­śnie.

Wci­ąż jed­nak nie dość do­brze, bo sie­rżant…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij