-
nowość
-
promocja
Dadi. Mobilizacja - ebook
Dadi. Mobilizacja - ebook
Jesień 2028 roku. Rosja, ukryta za białoruskimi mundurami, niespodziewanie uderzyła na Polskę. Dzięki wsparciu państw NATO udało się zatrzymać przeciwnika i ustabilizować front.
Stany Zjednoczone przerzuca jednak większość swoich sił do opanowania kolejnego światowego kryzysu, a ciężar wojny spada na Polaków.
Jacek Dadziński ma 48 lat. Jest mężem, ojcem i informatykiem. Nigdy nie planował zostać żołnierzem. Kiedy otrzymuje kartę powołania, trafia do plutonu pełnego ludzi znacznie młodszych od siebie. Szybko dostaje ksywkę Dadi. Z czasem młodzi żołnierze zaczynają dostrzegać w nim nie tylko najstarszego w plutonie, ale człowieka, który potrafi zachować zimną krew, wziąć na siebie odpowiedzialność i utrzymać zespół w ryzach, gdy wszystko zaczyna się rozpadać.
Jednocześnie on sam musi zmierzyć się z inną, prywatną wojną – o własną rodzinę, małżeństwo i życie, które z każdym tygodniem coraz bardziej oddala się od tego, co zostawił za sobą. Na wojnie liczy się tylko to, komu możesz zaufać. Reszta przestaje mieć znaczenie.
Dadi. Mobilizacja to realistyczna powieść militarna o ludziach, których wojna wyrwała z codzienności i zmusiła do założenia munduru. Opis szkolenia, pierwszych walk i braterstwa rodzącego się tam, gdzie każdy kolejny dzień może być ostatnim.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368264678 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Listopad 2028 roku na wschodzie Polski był mroźny. Szczególnie w okolicach Sławatycz, małej wioski położonej przy dawnej granicy z Białorusią. Od kilku dni padał śnieg, pokrywając przedpole okopu kilkucentymetrową warstwą. Dalej rozciągały się zasieki, pole minowe, rzeka Bug, a za nią ośnieżone białoruskie lasy.
Tak widziałem to kolejnego ranka, gdy wstawał nowy dzień. Było już jasno. Za plecami słyszałem narastający ruch na drodze wojewódzkiej numer 816 – głównie pojedyncze, brudnozielone wojskowe SUV-y. Po lewej miałem wioskę Sławatycze, po prawej Hannę. Mój pluton rozciągał się na kilometrowym odcinku, na wysokości Kuzawki-Kolonii. Wioski… kiedyś. Przed wojną. Od roku były tylko wypalonymi ruinami, pogorzeliskami i stertami gruzu pooranymi lejami po pociskach.
Byłem w piątej drużynie czwartego plutonu, drugiej kompanii, 348 Batalionu Lekkiej Piechoty. Nasz batalion należał do nowo sformowanej 29 Śląskiej Brygady Obrony Terytorialnej. Batalion OT ze Śląska, przeznaczony do działań w tamtym regionie, rzucono na front lubelski. Do dziś nie wiem, dlaczego poborowy ze Śląska znalazł się w Sławatyczach. Nie powinno mnie tu być. Byłem za stary, reszta oddziału za młoda. Kto wpadł na pomysł, by niemal pięćdziesięciolatka wrzucić do grupy dwudziestolatków? Jaki to miało sens?
Westchnąłem ciężko. Za mną była nieprzespana, mroźna noc. Nie miałem już siły złościć się na decyzje innych, na tych, którzy wybrali za mnie, gdzie mam być i co robić. Byle przetrwać wartę, a za godzinę fajrant. Jutro luzują nasz pluton po pierwszym tygodniu na froncie – chyba wchodzi 350 Pomorski Batalion Lekkiej Piechoty.
Nie powinno mnie tu być. Całego batalionu nie powinno tu być. Ale jesteśmy, bo ktoś na górze uznał, że bataliony z innych województw, złożone niemal wyłącznie z poborowych, idealnie nadają się do obsadzania spokojnych odcinków frontu. Po sześciu tygodniach przyspieszonego szkolenia powstały szeregi nowych batalionów, których Polsce brakowało. Mój batalion umundurowano i wyposażono w sprzęt US Army. Długo by tłumaczyć dlaczego.
Moim zadaniem było pilnowanie nieba. Stałem w zmrożonym okopie, na wzmocnionym drewnianymi balami stanowisku przykrytym gałęziami. Miałem strącać wrogie drony nadlatujące zza Buga. Część zestrzeliwaliśmy ze strzelb, część za pomocą przenośnych zakłócaczy fal radiowych. Te sterowane światłowodem likwidowało się działkiem EMP Hunter mod. 2 albo laserem, jeśli akurat przejeżdżała terenówka z takim sprzętem. Obok mnie stała operatorka baterii wykrywaczy dronów, co chwilę zerkając na ekrany walizkowego modułu monitorującego, od którego odchodziły kable do anten.
Tego dnia wydawało się, że będzie spokojnie. Nawet na północy panowała dziwna cisza – ani jednego strzału. Jakby wojny nie było.
Rok temu „Borki” – jak nazywaliśmy Białorusinów i Rosjan w białoruskich mundurach – przekroczyły granicę na czołgach, próbując przebić się do Warszawy. Przez ostatni rok pół województwa lubelskiego i podlaskiego zmieniło się w strefę wojny. Dopóki nie nadeszła szpica NATO, straciliśmy wiele miejscowości.
Białorusinów zwano „Bulbakami”, od słowa oznaczającego ziemniaka. Rosjan – „Orkami”, jeszcze z czasów wojny na Ukrainie. Przekonaliśmy się, że wśród atakujących więcej było Rosjan niż Białorusinów, choć nosili białoruskie mundury. Stąd „Bulborki” albo „Borki” – jak frontowcy zwykli nazywać ich naprzemiennie z „Kacapami” lub „Ruskimi”. Byli jak „zielone ludziki” na Krymie w 2014 roku czy bojownicy z Donbasu, którzy „zapominali” pozbyć się rosyjskich książeczek wojskowych. Teraz wyglądało to podobnie.
NATO, zgodnie z obietnicami, ruszyło swoje oddziały. Odbiliśmy część terenów, ale sporo wciąż pozostawało w rękach Borków. Półtora roku od wybuchu wojny – oficjalnie polsko-białoruskiej, nieoficjalnie rosyjsko-białoruskiej przeciw NATO – sytuacja wyglądała tak: Białegostoku i Sokółki bronili Amerykanie, Zambrowa Brytyjczycy, Międzyrzeca Podlaskiego Niemcy, a Siemiatycz Francuzi. Borki kontrolowały Gródek, Bielsk Podlaski, Hajnówkę, Kleszczele, Mielnik, Białą Podlaską, Kukuryki i Terespol.
– Dadi, masz jeszcze ogrzewacze? – usłyszałem Pestkę, szczękającą zębami i podskakującą, by się rozgrzać. – Piździ jak cholera, a do końca zmiany godzina.
Oderwałem wzrok od lornetki i spojrzałem na drobną dziewczynę. Na nocne zmiany zakładała kilka warstw ubrań pod mundur i kamizelkę taktyczną. Pod hełmem miała dwie kominiarki owinięte szalem snajperskim. Mimo to marzła. Patrzyła na mnie błagalnie, rozcierając dłonie w grubych rękawicach. Mnie też nie było ciepło. Zima przyszła na poważnie, a prognozy zapowiadały jeszcze większe mrozy – nawet poniżej minus dziesięciu. Nocne warty stawały się coraz trudniejsze.
Co noc brałem kilka ogrzewaczy chemicznych, bo ogniska, podgrzewacze, a nawet papierosy były surowo zabronione. Poprzedni oddział opowiedział nam, jak stracił dwóch ludzi przez głupotę. Jeden z nich, znudzony na warcie, bawił się zapalniczką. Po drugiej stronie rzeki zauważono rozbłyski. Wróg podszedł w krzaki, rozstawił moździerze i posłał kilkanaście granatów. Ten od zapalniczki przeżył, ale bez lewej nogi. Jego kolega trafił do czarnego worka.
W oddziale radzono sobie z mrozem różnie. Niektórzy brali chemiczne podgrzewacze z racji żywnościowych, inni skądś wytrzasnęli termofory, jeszcze inni morsowali. Nasz major podarował plutonowi po pudełku ogrzewaczy przed tygodniową zmianą z bazy w Parczewie. Normalnie starczyłoby na pół roku. Po tygodniu w okopach, z krótkimi przerwami na sen w ziemiankach, zapasy się kończyły.
– Trzymaj, mała. – Wyciągnąłem z kieszeni pod kamizelką ostatnią kostkę w czerwonym opakowaniu. – Tobie bardziej się przyda.
– Dzięki, niezawodny człowieku!
Zrobiła kilka podskoków, chwyciła ogrzewacz, rozdarła opakowanie i przełamała kostkę, by zaczęła grzać. Nieporadnie próbowała wsunąć ją za dekolt, szamocząc się i klnąc pod nosem.
– Weź pomóż… Palce mi zamarzły. Nie zdejmę rękawic, bo mi dłonie odpadną.
Uśmiechnąłem się mimowolnie. Wziąłem kostkę, rozchyliłem jej szal i kołnierz munduru, wsuwając rozgrzany ogrzewacz. Syknęła, zadrżała, po czym westchnęła z ulgą, gdy ciepło dotarło do skóry.
– Lepiej, mała? – Wróciłem na stanowisko i znów lustrowałem okolicę przez lornetkę. – Przeżyjesz do końca warty bez marudzenia?
– O tak – usłyszałem jej zadowolony głos, udający ekstazę. – Umiesz dogodzić kobiecie, staruszku.
Parsknąłem śmiechem, kręcąc głową. Pestka była jedyną dziewczyną w oddziale, która wrzucała dwuznaczności do każdej rozmowy. Przyzwyczaiłem się, podobnie jak reszta. Tylko mnie pozwalała nazywać się „małą”. Zgłosiła się do OT na ochotnika. Wysportowana dwudziestoczteroletnia blondynka o brązowych oczach, metr pięćdziesiąt sześć wzrostu. Przodowała na unitarce. Każde ćwiczenie kwitowała: „To? To pestka”. Stąd ksywka. Choć jej wzrost też miał na to wpływ.
Trzask łamanych gałęzi, mimo że cichy, był wyraźny. Skierowałem lornetkę na kępę krzaków za rzeką. Poczułem niepokój. Kolejny trzask, w innym miejscu. Ptak zerwał się ze skrzekiem.
– Słyszałeś, Dadi? – W głosie Pestki też zabrzmiał niepokój.
– Tak, ale nic nie widzę przez te chaszcze – odparłem, starając się brzmieć spokojnie. – Ktoś tam jest. Masz coś na ekranach?
– Na razie nic…
Chwyciłem Huntera opartego o ścianę okopu i uzbroiłem go prawą ręką. W lewej wciąż ściskałem lornetkę. Na tym mrozie akumulatory działały w nim naprawdę krótko, mimo to wolałem zareagować w kilka sekund, gdyby drony zaczęły wznosić się w niebo. „EMP gun” potrzebował w tym zimnie trochę czasu, zanim był gotowy do strzału. Położyłem na zmarzniętej ziemi załadowanego Mossberga 590A1 w wersji dziewięcionabojowej. To była skuteczna broń, ale na bliższe dystanse.
Mieliśmy już takie akcje. Borki podchodziły pod granicę, puszczały drona, robiły nim rundkę, a potem z lasu ostrzeliwały nas z moździerzy i RPG. Odpowiadaliśmy ogniem z karabinków, RPG, czasem z działka, jeśli przejeżdżał Humvee, MRAP czy Rosomak z 18 Brygady Zmotoryzowanej. Nadawaliśmy namiary do niemieckiej baterii PzH 2000. Niemcy kładli salwę, ale Borków już tam nie było – tylko połamane drzewa i rozorana ziemia. Takie „macanie frontu” urządzano nam kilka razy dziennie, czasem w nocy. Bywało, że przez tydzień nikt nas nie niepokoił. Nudne warty. Wolałem jednak nudę niż „rozrywkę”. Młodziaki preferowały akcję.
Kolejne trzaski, tym razem głośniejsze, rozległy się na całej linii lasu. Coraz więcej ptaków zrywało się do lotu.
– Tego dawno nie było – mruknąłem, nie kryjąc już niepokoju.
Odłożyłem lornetkę i chwyciłem opartego o ścianę okopu mojego dobrego AR-15, z kolimatorem i powiększalnikiem Aimpointa. Dodatkowo broń miała osiemnastocalową lufę zakończoną tłumikiem. Z niej też potrafiłem zestrzeliwać drony, o ile się nie ruszały. Broń zawdzięczałem naszemu majorowi, który potrafił załatwić w bazie niemal wszystko. A jak widział, że ktoś dobrze strzela, to potrafił załatwić też dobry sprzęt.
Sprawdziłem bezpiecznik i komorę. Była załadowana, karabinek zabezpieczony. Przewiesiłem go sobie przez ramię. Poprawiłem mocowania kieszeni na magazynki i spojrzałem w lewo, w głąb transzei. NLAW-y, RPG i AT-4 stały w rządku, oparte o drewniane ściany, gotowe do użycia.
– Echo lider, tu Echo trzy. – Pestka chwyciła za radio. – Też to słyszycie?
– Tu Echo lider. Echo trzy… możesz jaśniej? Drużyna, meldować, co u was – usłyszeliśmy w słuchawkach głos naszego sierżanta.
– Tu Echo dwa. – Dotknąłem przycisku PTT zestawu słuchawki i mikrofonu zakładanego pod hełm, spiętego kablem z małym radiem, które pozwalało nam się komunikować z całą drużyną pełniącą dziś wartę w okopach. – Borki hałasują w krzakach naprawdę głośno. Bardziej niż kiedykolwiek do tej pory.
– Tu Echo pięć, zgłaszam to samo – odezwał się kolega z innego stanowiska.
– Tu Echo siedem, my też – zameldowała kolejna sekcja.
– Tu Echo dziesięć, krzaki chodzą, słyszymy ciężkie diesle! – wykrzyczała inna sekcja.
– Echo trzy, puścili coś w niebo? – Sierżant brzmiał spokojnie. Nie skończył jeszcze nadawać, gdy dokładnie w tej samej chwili usłyszałem charakterystyczne, wysokie bzyczenie, jakby ktoś włączył kilka wentylatorów.
Dźwięk zaczął się unosić. Ciarki przeszły mi po plecach, poczułem przeszywające zimno, a serce zaczęło walić w piersiach. Nagły wyrzut adrenaliny. Kontrolki na sprzęcie Pestki zapiszczały szeregiem alarmów. Zrozumiałem, że w niebo wzbił się nie jeden, a kilka dronów.
Natychmiast chwyciłem Huntera w dłonie i zacząłem rozglądać się za wzlatującym dronem. W tym samym momencie zapiszczały kontrolki alarmowe na urządzeniach Pestki.
– Echo lider, tu Echo trzy! Jeden zwiadowca! Namiar zero osiem pięć, odległość czterysta dwadzieścia, wysokość sześć i rośnie! Dwa kolejne namiary z kierunku jeden zero siedem, odległość tysiąc siedemset i maleje, wysokość trzydzieści dwa! Są dość duże i szybkie!
Wycelowałem przygotowane zawczasu działko EMP Hunter mod. 2. Tylko nasz batalion dostał te eksperymentalne zabawki do przetestowania w warunkach bojowych. Lewym okiem przeszukiwałem niebo na wyznaczonym kierunku, skupiając się bardziej na szerszym obrazie. Prawe patrzyło przez celownik Huntera. Zacząłem słyszeć narastające, charakterystyczne dudnienie ciężkich silników diesla i jęk gąsienic. Zagłuszyły małe silniczki drona, który zmierzał dokładnie w moim kierunku.
– Dadi! Ponad linią drzew! Zdejmij to dziadostwo! Potem przesuń się lekko w lewo, zobaczysz nadlatującą dwójkę. Lecą prosto na naszą dziurę! – krzyknęła Pestka, nie kryjąc już zdenerwowania.
– Pracuję nad tym.
Dalej próbowałem zachować spokój w głosie. Zauważyłem małego drona. Z tej odległości był wielkości czarnej kropki unoszącej się kilka metrów nad drzewami.
– Mam go. Namierzam cel.
Przymrużyłem lewe oko, gdy prawym, w celowniku, dojrzałem powiększony obraz drona. Złożyłem się do strzału.
– Tu Echo trzy, Echo dwa namierzył zwiadowcę – rzuciła Pestka do radia.
Umiejscowiłem go w obramowaniu celownika, a wbudowany w karabin komputer natychmiast rozpoznał cel, zmieniając kolor obramowania na zielony. Pociągnąłem za spust i przez dwie sekundy trzymałem na nim palec. Nie było żadnego dźwięku, odrzutu, błysku ani promienia laserowego rodem z filmów SF. Za to dron zaczął nagle dymić, by po chwili stanąć w płomieniach. Ktokolwiek nim sterował, próbował jeszcze utrzymać go w powietrzu. Dron koziołkował i poruszał się w niekontrolowany sposób, by po chwili ostro zapikować w dół, między drzewa… wciąż po białoruskiej stronie rzeki.
– Tu Echo dwa. Zwiadowca zdjęty – zameldowałem przez radio do dowódcy plutonu.
– Dobra robota, Echo dwa.
– Tu Echo trzy, to Shahedy! – usłyszałem przerażony głos Pestki.
Zerknąłem na niebo, w kierunku charakterystycznego dźwięku silnika małego motocykla, i ponownie złożyłem się do strzału. Shahedy były szybkie, ale leciały jak po sznurku, prosto do wyznaczonego celu. Nikt nimi zdalnie nie sterował. Programowało się cel, odpalało je i czekało na wybuch. Zdołałem dojrzeć oba na porannym, zachmurzonym niebie. Miałem jeszcze szansę je zdjąć.
– Tu Echo dwa, pracuję nad Shahedem – dałem znać przez radio.
– Echo dwa, spierdalaj stamtąd! Zostaw je! Nie zdążysz rozwalić obu! – W głosie sierżanta brzmiał niepokój.
– Tu Echo pięć! Słyszymy diesle! Są coraz bliżej! Ktoś wie, co to jest? – komunikaty drużyny zalały radio.
– Tu Echo siedem! To pieprzone BWP-y… całkiem sporo BWP-ów!
– Tu Echo lider, NLAW-y na stanowiska! – krzyknął dowódca. – Zawiadomiłem kompanię. Wsparcie z Hanny za osiem minut. Drużyny Delta, Charlie i Bravo też mają akcję. Niemcy w Wisznicach ładują Panzerhaubice.
– Tu Echo dziesięć, zza krzaków widać ludzi z pontonami!
– Będą się przeprawiać. – Sierżant odzyskał spokój. – Walić po pontonach, jak wylezą. Strzelać bez rozkazu.
Wszystko działo się w ułamkach sekund. Namierzyłem Shaheda, ale utrzymanie go w celowniku było trudne. Gdy obramowanie zrobiło się zielone, przytrzymałem spust. Dron zadymił, silnik zakasłał, plując ogniem.
Zza rzeki zaterkotała broń małokalibrowa, karabiny maszynowe, świsnęły granaty z RPG, by po niecałej sekundzie eksplodować gdzieś po mojej prawej stronie, bardzo blisko naszego okopu. Zanim się pochyliłem, zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak uszkodzony Shahed spada w chaotycznym korkociągu na las po drugiej stronie Bugu.
– Tu Echo dwa, jeden Shahed zdjęty! – krzyknąłem szybko do radia, widząc kątem oka, jak drugi z nadlatujących dronów zniża lot wprost na nasze stanowisko.
Złowieszczy dźwięk silnika zbliżał się pioruńsko szybko. Usłyszałem niezbyt odległy wybuch… to chyba był ten pierwszy dron samobójca.
– Pestka! Gleba! Gleba! Gleba! – wrzasnąłem, doskakując do dziewczyny, która próbowała nerwowo zatrzasnąć klapę urządzenia monitorującego, jednocześnie składając podręczny radar.
Pociągnąłem ją za kamizelkę i przytrzymałem dłonią hełm. Słyszałem jeszcze, jak klnie dokładnie w tym samym momencie, gdy dron zahaczył o osłonę z gałęzi nad naszą dziurą, odbił się od niej i zapikował w dół tuż za naszym okopem.
Błysk eksplozji, niemiłosierny huk wycinany przez ochronniki słuchu, miażdżące ciśnienie wybuchu i parzące gorąco rzuciły nami o drewniane bale ściany, momentalnie wyciskając z płuc całe powietrze. Zabolały mnie oczy. Przysypało nas ziemią zmieszaną ze śniegiem. Dostałem w hełm sporym kawałkiem drewna, aż niemal zerwało mi go z głowy.
Leżeliśmy tak jeszcze parę sekund, zanim opanowałem uczucie, jakby ktoś przywalił mi w klatkę piersiową młotem kowalskim. Kręciło mi się w głowie. W uszach słyszałem tylko jednostajny pisk, jakby ktoś wyłączył mi dźwięk w głowie. Przed oczami widziałem świetliste koła. Obmacałem twarz, ramiona, krocze i nogi. Poruszyłem palcami w butach. Zerwało mi AR-15, a Huntera zauważyłem parę metrów dalej, w dalszej części transzei. Krztusiłem się od gryzącego dymu. Widziałem, że tył naszego stanowiska rozerwało na kawałki. Część drewnianych bali wraz z ziemią wbiła się w przód, gdzie wcześniej celowałem z Huntera. Pomimo gorąca i palących się wokół szczątków poczułem lodowate zimno, gdy uświadomiłem sobie, że tylko cudem przeżyłem. Gdybym ruszył się o ułamek sekundy później, byłbym już tylko martwą plamą na przedniej ścianie stanowiska.
Dopiero wtedy słuch zaczął powoli wracać do normy. Stopniowo rozpoznawałem nerwowe komunikaty, rozróżniałem poszczególne głosy… Jednym z nich był głos dowódcy, który co chwila nas wywoływał. Kolejne eksplozje targały naszymi stanowiskami jeszcze mocniej niż eksplodujący przed chwilą Shahed. Z czego oni do nas walą? Z artylerii? Czemu do nas? Przecież nie byliśmy na odcinku, gdzie Borkom zależałoby na tak zwanym zwiadzie bojem.
Kaszlałem jak przy napadzie astmy. W ustach piach zgrzytnął mi między zębami, a potem poczułem metaliczny posmak krwi… Musiałem przygryźć wewnętrzną stronę policzka. Wyplułem krew ze śliną i piachem, wciąż ostro kaszląc. Oczy przestawały mnie boleć, zawroty głowy zaczęły mijać.
Spojrzałem już normalnym wzrokiem na unoszące się kłęby gryzącego dymu i płonące szczątki tego, co było tylną ścianą stanowiska. Teraz przez tę wielką wyrwę mógł wjechać nawet Rosomak.
– Tu Echo dwa, jestem cały – wychrypiałem do radia. – Sprawdzam trójkę.
– Dwójka, jesteś pojebanym farciarzem – usłyszałem lekkie niedowierzanie sierżanta. – Bierz trójkę i leć na stanowisko zapasowe.
– Echo lider, dziękuję. Zgarniam trójkę i lecę na zapasowy, przyjąłem i wykonuję! – odpowiedziałem dowódcy plutonu, uśmiechając się nerwowo. – Pestka?!
Szarpnąłem leżącą dziewczynę, która zaczęła ruszać się mozolnie jak zdziadziały emeryt o poranku. Nie przypominała teraz żwawej, gibkiej i wysportowanej młodej kobiety. Zacząłem ją pobieżnie oglądać w poszukiwaniu złamań i możliwych krwawień na mundurze, ale wyglądała na całą.
– Pestka! Żyjesz?! Jesteś cała?!
– Ja pierdolę – jęknęła, obmacując się. – Chyba cała… Pomóż mi wstać, Dadi! Tu Echo trzy, jestem cała! – nadała, gdy stanęła na drżących nogach.
Nad nami świsnęły pociski z BWP. Granat z RPG eksplodował blisko.
– No to stanowiska już nie ma – mruknąłem, widząc całkiem spore zniszczenia w przedniej ścianie. – Mamy iść na zapasowe. Chodź, mała.
Ruszyłem pochylony w okopie w stronę leżącego AR-15. Nagle potknąłem się i wyłożyłem jak długi. Upadłem na kolana. Spojrzałem między nogi. Zahaczyłem o wbitą w ziemię część walizki z potrzaskanymi ekranami. Dolnej części walizki nigdzie nie widziałem.
– Echo lider, tu Echo trzy. Idziemy na zapasowy. Straciliśmy radar. – Pestka stanęła nade mną i tym razem to ona wyciągnęła do mnie ramię, uśmiechając się szelmowsko.
– Jebać radar. Zapierdalać na zapasowy i uwalcie te pieprzone bewupy, zanim ruszą na nas – usłyszeliśmy oboje głos sierżanta.
– Co, Dadi? Dasz się poprosić do tańca? – roześmiała się Monika, widząc moją głupią minę, gdy podciągała mnie wyciągniętym ramieniem.
Nie sprawiała już wrażenia zdziadziałej emerytki. Była znowu wysportowaną, młodą i silną Pestką, jaką znałem.
– Borki dziwną muzykę nam grają. Nie wiem, czy potrafię do niej tańczyć – odezwałem się z przekąsem, gdy schylałem się po karabinek.
Pobieżnie sprawdziłem, czy nic mu się nie stało, po czym ruszyliśmy dalej okopem, przy akompaniamencie wybuchów, wstrząsów i opadającej ziemi zmieszanej z szybko topniejącym śniegiem.
Spojrzałem na przedpole. Na przeciwległym brzegu, między drzewami, pojawiły się BWP-y, które ostrzeliwały nasze pozycje z działek osadzonych w niskich wieżyczkach. Pomiędzy nimi widać było żołnierzy taszczących długie, desantowe pontony z zamontowanymi silnikami. Za nimi, w wielu miejscach, widziałem rozbłyski działek wielkokalibrowych, które wspierały ogniem wyjeżdżające z lasu bojowe wozy piechoty.
Pochyliłem głowę. Seria niecelnych wybuchów wzbiła w powietrze ziemię w pobliżu miejsca, gdzie stałem. Strzelali do nas. I to dość gęsto. Tak, byśmy nie mieli czasu wyściubić nosa ponad transzeję.
– Tu Echo dziesięć, walą do nas jak do kaczek! Nie możemy wycelować NLAW-a!
– Tu Echo siedem, tam jest, kurwa, grubo ponad pięćdziesiąt Borków!
Kolejna eksplozja rozerwała transzeję kilka metrów za nami. Gdyby była kopana w linii prostej i nie prowadziła co chwilę pod innym kątem, pewnie dostalibyśmy odłamkami. A tak siła eksplozji tylko przewróciła nas do przodu. Ciśnienie wytłumiło się na drewnianych wzmocnieniach ścian.
– To nie miało tak wyglądać. – Podniosłem się i odbezpieczyłem karabinek. – Mnie tu, kurwa, nie powinno być… To jakiś pieprzony cyrk… To się, kurwa, nie dzieje naprawdę! Na dzień przed zluzowaniem… Pieprzone dziady ziemniaczane.
Wychyliłem się lekko ponad okop. Naliczyłem szybko dziewięć BWP-ów z wieżyczkami. To chyba działka kalibru trzydzieści milimetrów… Chyba. Ale skoro było dziewięć wozów, to miała zamiar przejechać na naszą stronę rzeki cała kompania zmechanizowana.
– Tu Echo dwa, wygląda na kompanię zmechanizowaną z piechotą – nadałem przez radio.
– Pewnie mobiki, latają jak oszołomy – odparł sierżant. – Jesteś na zapasowym?
– Zaraz będziemy przy stanowisku Echo pięć – nadałem w odpowiedzi.
Zacząłem strzelać ogniem pojedynczym w stronę wroga, niespecjalnie przykładając się do celowania. Nie łudziłem się, że w takim stanie mógłbym kogokolwiek trafić. Na strzelnicy nie mieliśmy takich atrakcji, które mogłyby nas przygotować na podobne akcje. Tarcze i ruchome obrysy na strzelnicy nie odpowiadają ogniem. A w każdym razie pasy taktyczne, na których nas szkolili, nie miały takich atrakcji.
W porę dojrzałem BWP-a, który zwrócił wieżyczkę w moim kierunku i plunął ogniem z działka w momencie, gdy znowu padałem na dno okopu. Pociski wyrwały deskę ze ściany, wzniecając deszcz drzazg i kawałków drewna. Część z nich zabębniła na moim hełmie. Usłyszałem spory łoskot, jakby coś solidnego wyleciało w powietrze.
– Tu Echo dziewięć! Jeden bewup już płonie!
– Tu Echo sześć! Echo pięć lekko ranny! Odpalamy NLAW-a i lecimy do siódemki!
Zdołałem na chwilę unieść głowę ponad obrys okopu. Na prawej flance płonął pojazd. Miał wyrwaną wieżyczkę. Leżała wbita lufą w piach na brzegu. Wrak ogarniały coraz wyżej strzelające w niebo płomienie i smolisty dym. Żołnierze w jego pobliżu, których nie trafiły odłamki z eksplozji, porzucili pontony i uciekli w las. Pozostali cofnęli się za inne BWP-y.
– Wszyscy padnij! Grady! – usłyszałem krzyk sierżanta w radiu, gdy przebiegaliśmy przez opuszczone i strzaskane stanowisko, gdzie jeszcze parę sekund wcześniej byli Echo pięć i Echo sześć.
Zdążyłem jeszcze chwycić Pestkę za rękę, pociągnąć ją za kolejny załom okopu i, przytrzymując ją za hełm, rzucić się twarzą w błoto. W tym samym momencie usłyszeliśmy serię coraz głośniejszych świstów. Przeszły w przeciągły wizg, by na koniec zatrząść ziemią w ogłuszających, rozrywających wszystko ognistych eksplozjach. Poczułem znajomy już skok ciśnienia, zalewającą twarz falę gorąca, drzazgi wbijające się w policzek i ściskający ból w oczach. Miałem otwarte usta, pozwalając fali uderzeniowej przetaczać się nad nami. Objąłem mocno Pestkę, a ona wtuliła się we mnie. Kolejne eksplozje szarpały nami na wszystkie strony. Przysypała nas ziemia, śnieg, błoto i deski ze ścian okopu. My dalej nie ruszaliśmy się z miejsca.
Miałem wrażenie, że chyba nadszedł nasz koniec. W myślach zaczęły mi się pojawiać obrazy… jak zdjęcia. Zobaczyłem mamę, tatę, młodsze siostry… Dom rodzinny… Ludzi ze studiów, z kolejnych miejsc pracy… Własny dom… Żonę, córkę, psa… Nawet skrzekliwe papużki faliste i piskliwą świnkę morską…
Kolejne wybuchy, kolejne „uderzenia młota w klatkę”, dym, hałas wycinany przez aktywne ochronniki słuchu. Czas jakby zwolnił. Co ja robię w tym miejscu? Mam niemal pięćdziesiąt lat… Ci wszyscy ludzie w oddziale to jeszcze dzieciaki, ledwo po dwudziestce… No, może poza kapralem. Kapral w przyszłym roku kończy trzydzieści osiem lat. Znałem Maćka jeszcze sprzed wojny, mieszkaliśmy na tym samym osiedlu…
Eksplozje targały nami. Belka i deski przywaliły mnie w plecy. Jęknąłem, Pestka zawyła, płacząc. Ktoś w WCR się pomylił. Nie powinni mnie brać do wojska, a już na pewno nie przerzucać batalionu OT ze Śląska. Jak to się stało? Mam tu zginąć? Zasypany pod zmrożoną ziemią, rozerwany przez rakiety?
Nie powinno mnie tu być. Rodzina mnie potrzebuje. Za stary jestem. Ten świat jest porąbany. Tym razem nie było dokąd uciekać. ■ROZDZIAŁ 2
Niemal dwie godziny później, dokładnie jak przewidziała Monika, wszystkie krzesła zapełniły się rekrutami. Żołnierze ewidencjonujący i badający opuścili salę z podręcznym sprzętem. W ich miejsce weszło pięciu nowych. Stanęli w postawie zasadniczej, po czym jeden wysunął się przed szereg i przedstawił jako podchorąży Maciej Kolejnicki – nasz nowy przełożony w kompanii. Mieliśmy go zapamiętać.
Cztery sektory krzeseł odpowiadały czterem plutonom, każdy po pięć drużyn. Do każdego plutonu przydzielono sierżanta, którego również mieliśmy zapamiętać.
Dowódcą pierwszego plutonu był sierżant Mateusz Kolembik, drugiego – sierżant Przemysław Górejko. Trzecim dowodził Polak amerykańskiego pochodzenia, sierżant Andrew Griffon. Wszyscy trzej wyglądali młodo, z mojej perspektywy – na nie więcej niż trzydzieści lat.
Przed naszą grupą stanął średniej budowy, ogolony na łyso mężczyzna z krótko przystrzyżoną brodą. Sierżant Grzegorz Maczugacki sprawiał wrażenie weterana – może Iraku, może Afganistanu? Jego przenikliwe błękitne oczy i lekko przekrzywione usta sugerowały uraz twarzy lub niechęć do opieki nad nami. Wkrótce miało się okazać, co jest prawdą.
Jak za czasów podstawówki, pomaszerowaliśmy parami z sali do magazynu.
– Bez trzymania się za rączki, paniusie! – rzucił sierżant przed opuszczeniem sali.
Pozostali sierżanci często podnosili głos, od pierwszych chwil wpajając podwładnym, jak stawiać nogi, by maszerować równo, miarowo i w tempie. Kilkudziesięciu ludzi bez przeszkolenia nie potrafiło maszerować składnie. Sierżanci korygowali tupiącą gromadę donośnymi okrzykami, docinkami i epitetami.
Zaniepokoiło mnie, że nasz sierżant nie krzyczał. Tłumaczył spokojnym, wyraźnym głosem, czasem przeszywając nas chłodem błękitnych oczu. Przed magazynem ustawił nas przed wejściem i zaczął przemowę.
– Żeby nie było niejasności, paniusie. Jestem tu sam, a was sześćdziesięciu. Macie mnie słuchać bardziej niż własnej matki. Kto się nie dostosuje, będzie esemesował po jednostce. Dowiecie się, że w wojsku SMS to szybki mały szeregowy – mówił, spoglądając na każdego w plutonie. – Jeśli ktoś dalej będzie się stawiał, pozna karną taktykę: czyszczenie latryn albo dzień słonika, czyli całodniowe ćwiczenia w masce przeciwgazowej. Nie mam zamiaru tracić nerwów na użeranie się z tymi, co nie chcą współpracować. Jak środki motywacyjne nie pomogą, koledzy z żandarmerii wezmą sprawy w swoje ręce, a oni ostatnio nie bawią się w dyplomację.
Sierżant przeszedł w prawo, potem w lewo, bacznie nas obserwując, jakby oceniał, kto może być „niezdolny do współpracy” i wymagać interwencji żandarmów.
– Ochotnicza służba skończyła się w maju zeszłego roku. Dobrze wiecie, że Kacapy chciały wjechać do Warszawy na czołgach – nie tylko z Grodna i Brześcia, ale i z Królewca. Jeśli ktoś bardzo nie chce tu być, powiem wprost: wojsko nie puszcza do domu, zwłaszcza jeśli macie wszystkie kończyny sprawne i w jednym kawałku. Od dawna każdy obywatel ma obowiązek przejść pełne szkolenie żołnierskie. W sześć tygodni nauczycie się co najwyżej maszerować równo, odróżniać wylot lufy od kolby i nie zgubić się, idąc z Zabrza na gliwicki rynek.
Po chwili, dając nam czas na przetrawienie informacji, dodał:
– Teraz, paniusie, wchodzimy do magazynu. Opaski na nadgarstkach przykładacie do skanera na ladzie. Szef magazynu z ekipą odczyta na ekranie wszystko, co trzeba. Jeśli czegoś brakuje, coś jest za małe albo buty nie mają sznurówek, najpierw pytajcie w oddziale. Może kolega ma dodatkową sznurówkę, bluzę czy pasujący rozmiar. Jak problem zostanie, zobaczymy. Pakować się do środka, paniusie.
Weszliśmy do budynku. Opaski na nadgarstkach okazały się przydatne. W magazynie przykładaliśmy je do czytnika, a żołnierz za ladą widział na monitorze wszystkie wymiary z komisji. System wskazywał, który pakunek z jakiej półki wydać. W nieco ponad godzinę pluton miał skompletowane wyposażenie, z równo zapełnionymi workami wojskowymi.
Sierżant Maczugacki zaprowadził nas do „cywilkowni” przy magazynie – pomieszczenia pełnego zaplombowanych metalowych szafek. Zaskoczył mnie sposób zabezpieczenia: na drzwiczki i obudowę przyklejono klipsy okienne, takie jak w dziecięcych pokojach – najprostsze i najtańsze, z marketów meblowych. Maciek mruknął, że to kiepski sposób na ochronę cudzego mienia. W porównaniu z tym szafki na basenach wydawały się bankowymi skrytkami.
– Tu macie depozyt na cywilne szpargały. – Sierżant wskazał rzędy szafek zamykanych na klipsy. – Jednostka jest przepełniona, więc wszystko pakujecie do walizek podróżnych, które dostaliście. To będzie wasza wojskowa szafka na przybory żołnierskie… Co jest, szeregowa?
Młoda kobieta z czarnymi włosami uniosła rękę, chcąc coś powiedzieć.
– Biorę tabletki… Lekarz kazał je wyrzucić, bo dostaliśmy jakąś szczepionkę… Ale nie chcę, dopiero zaczęłam nowe opakowanie – zaczęła nieśmiało, czerwieniąc się pod spojrzeniami oddziału.
– Jakie tabletki? Nazwisko?
– Daria Sówecka, panie sierżancie. – Próbowała stanąć na baczność, upuszczając pękaty worek wojskowy. – Antykoncepcyjne…
Kilkanaście osób parsknęło śmiechem, strojąc głupie miny i rzucając niewybredne komentarze.
– Nie śmiać się, bando pajaców ze stodoły! – ryknął sierżant, po raz pierwszy podnosząc głos. – Nie otwieramy jadaczek, jeśli was nie proszę! Mordy w kubeł, paniusie! To nie podstawówka na lekcji anatomii!
Jego krzyk zaskoczył wszystkich. Śmiechy ucichły, większość wstrzymała oddech i wyprostowała się jak smagnięta batem. Nawet ja, choć się nie śmiałem, poczułem kubeł zimnej wody i stanąłem prosto. Kątem oka widziałem Maćka, wyprostowanego jak struna.
– Lekarz przepisał je ze względów zdrowotnych czy innych? – zapytał sierżant spokojniej.
Widząc wahanie Darii i jej coraz czerwieńszą twarz, spojrzał na pozostałych.
– Słuchajcie, mówię do wszystkich kobiet. Dostałyście na wejściu szczepionkę, o której lekarz wspomniał, że trzeba ją odnowić za pół roku, zgadza się, panie szeregowe?
Kilkanaście kobiet odpowiedziało nieskładnym „tak”. Sierżant kiwnął głową, zadowolony, i spokojnie dokończył:
– To szczepionki hormonalne, prezent od US Army. Przez pierwszy miesiąc używacie tylko tamponów i podpasek, bo szczepionka na początku może wywołać nadmierne krwawienie. Jednostka ma taki asortyment – zgłaszajcie się do oficera dyżurnego, do mnie lub dowódcy kompanii…
Usłyszałem fragment sprośnego żartu i stłumiony chichot. Sierżant w ułamku sekundy rozepchnął młodych rekrutów i chwycił za bluzę mężczyznę opowiadającego kawał. Był wyższy o głowę, dobrze zbudowany, ale sierżant bez trudu uniósł go i cisnął o ścianę zastawioną szafkami. Zaskoczony dryblas z łoskotem odbił się od nich, stracił równowagę i runął na podłogę.
– Będą się śmiać z normalnej ludzkiej rzeczy jak dzieciarnia, chamy uralskie?! – Wskazał palcem drugiego, który chichotał.
Ten patrzył w osłupieniu na gramolącego się, poobijanego kolegę.
– Ty! Gleba! Napierdalaj pompki, kurwa! Już, już! Tempo! Liczysz do trzydziestu! Wykonać!
Widziałem wahanie na twarzy dryblasa, jakby chciał rzucić się na sierżanta, gdy już wstał. Ten doskoczył do niego, gdy drugi rekrut energicznie zaczął pompki. Słychać było miarowe:
– Raz… dwa… trzy… cztery…
– Jak wasze nazwisko, szeregowy? – sierżant wycedził, mierząc dryblasa wściekłym wzrokiem.
Staliśmy jak wryci. Nikt się nie ruszył, nikt nie mrugnął. Ciszę przerywało sapanie i liczenie.
– Dziesięć… jedenaście… dwanaście…
– Dolatał… – odparł zapytany niepewnie, patrząc na sierżanta z rosnącą uległością i zażenowaniem, gdy powiódł wzrokiem po nas.
Uniosłem brwi, przez chwilę nie rejestrując, że podał nazwisko.
– Piętnaście… szesnaście…
– Dolatał CO? – Sierżant dźgnął go palcem.
Rekrut zachwiał się, cofnął o krok, ale sierżant znów był tuż przed nim. Jego ruchy zdradzały wyćwiczonego, wyszkolonego żołnierza.
– Osiemnaście… dziewiętnaście…
– Dolatał Sebastian – odparł skonsternowany, z rosnącym niepokojem. – O co panu chodzi?
Drzwi się otworzyły. W wejściu stał żołnierz w czerwonym berecie, z białym pasem i opaską MP. Sierżant zerknął na niego, a ten tylko się uśmiechnął.
– Dwadzieścia dwa… dwadzieścia trzy… – Głos rekruta na podłodze rwał się, przechodząc w sapanie.
– Pomóc w czymś? – zapytał żandarm.
Za jego plecami zauważyłem drugiego, w identycznym umundurowaniu.
– Oho… żandarmi – szepnął Maciek za mną. – Ciekawe, komu przyszli z pomocą.
– Ratunku! On narusza moją nietykalność! – krzyknął Sebastian w stronę żandarma.
– Dwadzieścia… pięć… – Pompujący zbliżał się do granicy wytrzymałości.
Byłem pod wrażeniem – sam wysiadałem przy pięciu pompkach.
Sierżant wymienił spojrzenie z żandarmem. Obaj się uśmiechnęli.
– Naprawdę? Pan sierżant Maczugacki tak zrobił? – Żandarm wszedł do sali, zakładając ręce za plecy. Przyglądał się rekrutom.
Drugi żandarm stanął w drzwiach, również obserwując.
– Dwadzieścia… siedem… dwadzieścia… osiem…
– Tak, cisnął mną o ścianę! To nienormalne, tak się nie traktuje ludzi! – Sebastian wskazywał na sierżanta. – Trzeba go zamknąć w pierdlu albo szpitalu! To jawny mobbing! Chcę złożyć skargę!
Żandarm, wciąż uśmiechnięty, kiwał głową, jakby rozumiał. Spojrzał na sierżanta.
– Dwadzieścia… dzie-więć… trzy… dzie… ści…
– Tak było? Cisnęliście rekrutem o ścianę, panie sierżancie?
– Mówi prawdę – stęknął spocony rekrut, gramoląc się z podłogi. – A mnie kazał robić pompki tylko za to, że Sebastian zażartował dla rozluźnienia atmosfery!
– O, pompki kazał robić? – Żandarm zerknął na drugiego. – Skargę chcecie złożyć… Jak się nazywacie?
– Sebastian Dolatał – odparł dryblas.
– Witold Rabanek, proszę pana – powiedział drugi, ciężko dysząc.
Żandarm wyjął notes i długopis. Zapisał nazwiska, po czym pokazał notes rekrutom.
– Dobrze zapisałem?
– Tak, ale… co to za dopiski za naszymi nazwiskami? – zapytał niepewnie Witold. – Raban? Dola?
– To dla siebie, żeby was kojarzyć, jak pan sierżant Maczugacki skończy omawiać sprawy na cywilkowni.
– Nieczynnej cywilkowni – wtrącił sierżant.
– Dokładnie, nieczynnej cywilkowni. – Żandarm kiwnął głową energicznie, chowając notes i zakładając ręce za plecy. – Żołnierzy przybywa, a jednostka nie rośnie.
– Proszę go aresztować! – krzyknął Sebastian, potrząsając palcem przed twarzą sierżanta. – Nie będę służył w wojsku, gdzie nie szanuje się ludzi!
– Pana sierżanta bardzo szanuję. To dobry żołnierz, który szanuje tych, co szanują jego. – Żandarm złapał Sebastiana za dłoń i wykręcił ją.
Tamten krzyknął, jęknął i klęknął.
– Jeśli krzyczał, miał powód. Po drugie, nie podnosi się ręki, dłoni ani palca na przełożonego. To nietaktowne i niezdrowe. Jak to ująłeś, szeregowy Dolatał, jawny brak szacunku.
– Zabrać go na dołek, panie sierżancie? – zapytał drugi żandarm. – Ochłonie, zgłodnieje, nie wyśpi się, przemyśli postępowanie… Wróci jutro chętny do współpracy.
– Myślę, że nie będzie potrzeby, co, szeregowy Niedola? – Sierżant pochylił się nad Sebastianem, wciąż z wykręconą ręką. – Dogadamy się?
– Tak…
– Tak CO?
– Tak, dogadamy się. – Po policzku Sebastiana spłynęła łza.
– Oj, szeregowy, bo ci łapa odpadnie… Jeszcze raz. – Sierżant pokręcił głową, zawiedziony. – Tak, dogadamy się CO?
– Tak, dogadamy się, panie sierżancie! – wykrzyknął łamiącym się głosem. – Będę grzeczny, panie sierżancie!
Żandarmi zachichotali. Pierwszy puścił Sebastiana, który rozmasowywał obolałe ramię. Sierżant wyprostował się i spojrzał na naszą osłupiałą grupę.
– No, czwarty pluton, lekcja numer jeden – odezwał się spokojnym, neutralnym tonem. – Do przełożonych zwracacie się per „pan” lub „pani”, dodając stopień widoczny na berecie, pagonach lub patkach munduru. Zrozumiano?
Uniósł ręce, zachęcając do odpowiedzi.
– Zrozumiano, panie sierżancie! – wykrzyczeliśmy nierówno i nieskładnie.
– Jest takie trudne dla was słowo, paniusie. – Potrząsnął głową z niezadowoleniem, ruszając ku wyjściu. – Brzmi: u-ni-so-no. Unisono. Odpowiadacie jednogłośnie na pytanie moje lub starszego stopniem. Jasne?
– Tak jest, panie sierżancie! – odkrzyknęliśmy tym razem niemal jednogłośnie.
Wciąż jednak nie dość dobrze, bo sierżant…
.
.
.
…(fragment)…
Całość dostępna w wersji pełnej