Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Daisho - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3488 pkt
punktów Virtualo

Daisho - ebook

Bez prawa, bez litości, bez odwrotu

Karol Hotaro, były komandos i specjalista od ekstrakcji o polsko-japońskich korzeniach, powraca, by wykonać ostatnie zadanie.

Kiedy młody mężczyzna znika w rodzinnej Birmie, jedynie Hotaro może go odnaleźć. Kraj pogrążony jest w brutalnej wojnie domowej, będącej pokłosiem konfliktu między Rosją, Chinami a Zachodem. Hotaro podejmuje się zadania, korzystając z pomocy Kozaka oraz tajemniczej Alyny z ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR. Przeciw sobie ma pana Li — emerytowanego chińskiego generała, który pragnie zemsty za śmierć swojego syna. Obaj są pionkami w grze, w której udział biorą chińskie służby, prywatne firmy wojskowe, a nawet technologiczny miliarder.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68758-48-1
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kiedy wal­czysz w mie­ście, otwarta prze­strzeń to ostat­nie miej­sce, w jakim chcesz się zna­leźć. „Więc dla­czego, do jasnej cho­lery, wła­śnie tutaj jestem?!” – myślał Karol Hotaro, bie­gnąc ile sił w nogach.

Walki o Bach­mut trwały od sierp­nia 2022 roku, a on i jego towa­rzy­sze nale­żeli do ostat­nich jed­no­stek pod­le­ga­ją­cych szta­bowi w Kijo­wie, które prze­trwały w ruinach.

Sta­no­wili jed­nostkę cudzo­ziem­ską zło­żoną z ochot­ni­ków. Hotaro słu­żył kie­dyś w duń­skich Jegrach, pozo­stali też mieli prze­szłość w woj­skach spe­cjal­nych – Willy Win­gham w bry­tyj­skim SAS, Japoń­czyk Makoto Saito w rodzi­mych SOG, wresz­cie dwoje Ukra­iń­ców z wywiadu woj­sko­wego HUR – Woło­dy­myr Załużny i Kalyna Ani­senko.

Ich zada­nie było pro­ste – zabi­jać Rosjan za liniami wroga, siać śmierć i znisz­cze­nie wszel­kimi meto­dami. For­mal­nie ich oddział nie ist­niał, nie było go w żad­nym reje­strze, nie miał nawet nazwy.

Zostali w zruj­no­wa­nym Bach­mu­cie, robiąc to, co potra­fili naj­le­piej.

A on, Karol Hotaro, w trak­cie jed­nego ze starć zna­lazł się w naj­gor­szym miej­scu, jakie można sobie wyobra­zić – na otwar­tej prze­strzeni, mię­dzy dwoma na wpół zruj­no­wa­nymi blo­kami.

Kule świsz­czały tuż obok, ude­rzały w nie­równy chod­nik, któ­rym biegł, wznie­ca­jąc cha­rak­te­ry­styczne „pac! pac! pac!”, gdy trza­skały o beton. „Ni­gdy wię­cej nie bie­gnę na szpicy!” – obie­cy­wał sobie.

Za sobą sły­szał ter­kot kara­bi­nów swo­jego oddziału, osła­nia­ją­cego jego ruchy, nad sobą dostrze­gał roz­bły­ski ognia wylo­to­wego broni nie­przy­ja­ciela. „Orko­wie” scho­wali się na trze­cim pię­trze bloku, któ­rego górne kon­dy­gna­cje przed mie­sią­cem zmiótł pocisk ter­mo­ba­ryczny. I to ten blok oddział Hotaro miał wyczy­ścić z Rosjan, by potem zało­żyć pułapki i się wyco­fać. Gdyby inna jed­nostka przy­była na zwiad, cze­ka­łaby ją przy­kra nie­spo­dzianka.

Odle­głość do klatki scho­do­wej wydłu­żała się nie­mi­ło­sier­nie. Hotaro oddy­chał mia­rowo, wie­dząc, że jeśli dobie­gnie do klatki zdy­szany, gło­śny oddech ścią­gnie nie­przy­ja­ciół i jedyne, co osią­gnie, to to, że umrze zmę­czony.

Jesz­cze trzy metry… dwa, jeden… Dobiegł do wej­ścia do klatki scho­do­wej.

Od razu scho­wał się za rogiem, nad głową miał beto­nowy daszek. Chwila odde­chu. „Tylko chwila”.

Wysu­nął się zza daszku i skie­ro­wał w górę lufę kara­binu. Wie­dział, że z chwilą, gdy jego AK-105 ode­zwie się ogniem, tę samą drogę, którą przed chwilą prze­był, będzie musiał poko­nać Załużny z resztą oddziału. Teraz to on ich osła­niał.

Pocią­gnął za spust, odda­jąc poje­dyn­cze, mie­rzone strzały w górę, ku oknom, z któ­rych przed chwilą strze­lano do niego. Kara­bin buchał iskrami ognia wylo­to­wego, poci­ski 5,45 × 39 mili­me­trów odłu­py­wały kawałki betonu, drewna i resz­tek szkła ze zruj­no­wa­nych okien. Ogień Rosjan nieco umilkł, na tyle, by dać szansę resz­cie.

Kątem oka Hotaro dostrzegł zie­lony kształt. Z powodu znisz­czeń i bom­bar­do­wań prze­strzeń wokół wyglą­dała jak czarno-biały film – wszystko było szare, pokryte pyłem, zmie­lo­nym beto­nem i azbe­stem, więc Załużny w swoim zie­lonym kamu­flażu wyróż­niał się tak, jakby miał nad głową świe­cącą strzałkę.

Walki w mie­ście to było naprawdę pie­kło.

Hotaro pocią­gał za spust raz za razem, chcąc dać przy­ja­cie­lowi nie­zbędny czas na dotar­cie do celu. Wresz­cie Ukra­iniec dobiegł do wej­ścia, nie­mal ude­rza­jąc o ścianę. Ski­nął głową na towa­rzy­sza.

Karol Hotaro wsu­nął się z powro­tem pod beto­nowy dach, wymie­nił maga­zy­nek w AK na świeży, pod­czas gdy Załużny zajął jego pozy­cję i walił teraz do góry, pocisk za poci­skiem, żeby uła­twić pozo­sta­łym prze­bie­gnię­cie.

Hotaro wymie­nił maga­zy­nek. Poprzedni, nie­mal zużyty, scho­wał do naj­dal­szej ładow­nicy po pra­wej, po czym skie­ro­wał lufę w kie­runku klatki scho­do­wej. Ubez­pie­czał teraz ten sek­tor, na wypa­dek gdyby nie­przy­ja­cio­łom z góry przy­szło do głowy zejść i wyku­rzyć ich sprzed wej­ścia.

Kroki. Do klatki dobiegł Japoń­czyk Saito, potem Win­gham, wresz­cie Kalyna. Dziew­czyna była mniej­sza od rosłych męż­czyzn. Kami­zelka, kara­bin, pokry­wa­jący czu­prynę jasnych wło­sów hełm – to wszystko wyda­wało się na nią za duże. A jed­nak Ani­senko była per­fek­cyj­nie prze­szko­loną ope­ra­torką, która swoje zada­nia wyko­ny­wała rów­nie dobrze jak kole­dzy. Kto­kol­wiek zlek­ce­wa­żyłby ją na pod­sta­wie drob­nej budowy, cóż – szybko by tego poża­ło­wał.

„Co naj­mniej pię­ciu, trze­cie pię­tro” – poka­zał im na migi Hotaro. Pozo­stali tylko ski­nęli gło­wami. Cze­kało ich teraz naj­trud­niej­sze zada­nie, tak zwane CQB, od angiel­skich słów _close quar­ters bat­tle_, czyli czysz­cze­nie bloku pię­tro po pię­trze, kory­tarz po kory­tarzu, pokój po pokoju – naj­cięż­sze zada­nie, jakie może spo­tkać żoł­nie­rza na polu walki. Hotaro szcze­rze wolał służbę w oko­pach.

„Idziesz na szpicy” – odparł zesta­wem wła­snych gestów peł­niący funk­cję dowódcy Załużny. Hotaro się skrzy­wił: idący na szpicy pro­wa­dził natar­cie. Wybie­rano do tego naj­lep­szych, ale i ryzyko było dla takiego żoł­nie­rza naj­więk­sze, więc Hotaro poka­zał przy­ja­cie­lowi środ­kowy palec. Ten na chwilę puścił broń, zbli­żył obie, pokryte zie­lo­nymi ręka­wi­cami Mecha­nixa dło­nie, skła­da­jąc palce w ser­duszko.

Hotaro wszedł do zruj­no­wa­nej klatki scho­do­wej powoli, celu­jąc w górę lufą AK. Lustro­wał oko­licę bro­nią, spo­glą­da­jąc przez zamon­to­wany na kara­bi­nie celow­nik holo­gra­ficzny, lewa dłoń obej­mo­wała obu­do­wane żebro­waną osłoną Zenitco B-30 łoże. Jedną z naj­więk­szych wad rosyj­skiego sys­temu Kałasz­ni­kowa był fakt, iż prak­tycz­nie nie spo­sób było porząd­nie wyze­ro­wać celow­nik, jed­nak teraz, w tak cia­snej prze­strzeni, nie miało to naj­mniej­szego zna­cze­nia – Hotaro wie­dział, że gdy doj­dzie do walki, będzie odda­wał strzały do prze­ciw­nika znaj­du­ją­cego się tuż przed nim, nie­mal z przy­ło­że­nia.

Wcho­dził powoli, stą­pa­jąc ostroż­nie po pokry­tych pyłem i gru­zem stop­niach. Po bokach miał wyrwane drzwi do miesz­kań, które spraw­dzali, jedno po dru­gim, wcho­dząc na górę. Ostat­nie, czego potrze­bo­wali, to prze­ciw­nika wyska­ku­ją­cego na nich zza ple­ców.

Pierw­sze pię­tro było czy­ste, dru­gie też. Gdy Hotaro posta­wił stopę na stop­niach wio­dą­cych na trze­cie, usły­szał u góry głosy. Nie roz­po­znał słów, ale ktoś tam wyda­wał pole­ce­nia. „Mamy ich!” – poka­zał gestem pozo­sta­łym.

Jakieś kroki u góry, jakby ktoś gdzieś biegł. Wtedy usły­szeli trzask gra­natu.

Okrą­gły kształt wyle­ciał z góry, poto­czył się po scho­dach i spo­czął mię­dzy Kalyną a Win­gha­mem. Dziew­czyna zare­ago­wała trzeźwo i w jedyny moż­liwy spo­sób – kop­nia­kiem posłała gra­nat dalej, w dół klatki scho­do­wej. W samą porę – rzu­ca­jący „goto­wał” go: przed rzu­ce­niem trzy­mał ze spusz­czoną łyżką po to, by skró­cić czas deto­na­cji. Wybuch wstrzą­snął budyn­kiem, odłamki ryko­sze­to­wały od beto­no­wych ścian, powie­trze wypeł­niło się kurzem. Ani­senko zmio­tło z nóg, ale teraz to Bry­tyj­czyk oka­zał się pomocny – mocarna dłoń zła­pała za uprząż kami­zelki dziew­czyny, wcią­ga­jąc ją do góry.

Hotaro mógł zro­bić tylko jedno. „Szok mamy z głowy, czas na prze­ra­że­nie” – pomy­ślał, wcho­dząc po scho­dach do góry i otwie­ra­jąc ogień w kie­runku, z któ­rego wyle­ciał gra­nat.

Huk wystrza­łów w tak cia­snej prze­strzeni byłby ogłu­sza­jący, na szczę­ście wetknięte w uszy męż­czy­zny ochron­niki Griz­zly Ears robiły swoje, wytłu­mia­jąc hałas. AK szar­pał w dło­niach przy każ­dym strzale, kule wla­ty­wały w świa­tło drzwi, wznie­cały gej­zery pyłu po tra­fie­niach w ściany. Męż­czy­zna dostrzegł jakby osu­wa­jący się ludzki kształt. Nie miał czasu iden­ty­fi­ko­wać zagro­że­nia, ana­li­zo­wać kroju mun­duru, kamu­flażu czy koloru opi­na­ją­cych ramiona i hełm taśm kle­ją­cych. „Każdy, kto nie jest z nami, jest wro­giem”.

Dopadł do naroż­nika, gdy z dru­giej strony prze­ciw­nik odpo­wie­dział ogniem. Poci­ski śmi­gnęły bli­sko, roz­łu­pały ściany, jesz­cze bar­dziej demo­lu­jąc i tak zde­mo­lo­waną prze­strzeń. Znowu jakieś okrzyki, znowu Hotaro nie roz­po­zna­wał słów.

Za nim towa­rzy­sze wcho­dzili na pię­tro, więc męż­czy­zna zro­bił im miej­sce, po czym zasy­gna­li­zo­wał przej­ście na drugą stronę kory­ta­rza, do miesz­ka­nia naprze­ciwko. Załużny klep­nął go w ramię, potwier­dza­jąco. Hotaro wziął głę­boki oddech i wyszedł za róg, celu­jąc mniej wię­cej w kie­runku, z któ­rego przed chwilą do niego strze­lano, i pocią­ga­jąc za spust.

AK trza­skał kolej­nymi strza­łami, raz, drugi, trzeci, gdy były Jegr poko­ny­wał prze­strzeń do dru­gich drzwi. Ciche „klik!” zasy­gna­li­zo­wało opróż­nie­nie maga­zynka, na szczę­ście był już za rogiem. Wymie­nił bły­ska­wicz­nie, sły­sząc, jak kule na drugą stronę posyła Załużny. Odgłos jego broni był o wiele cich­szy – Ukra­iniec zadbał o tłu­mik dla swo­jego AK-103, przez co nie­przy­ja­cio­łom trud­niej było oce­nić, skąd pada strzał. Gdy broń Ukra­ińca zamil­kła, ogień otwo­rzył Hotaro. Załużny wymie­nił maga­zy­nek i dał sygnał, że idzie na szpicy.

Wciąż strze­la­jąc, prze­stą­pił nad cia­łem żoł­nie­rza zabi­tego przez Hotaro. Kule zma­sa­kro­wały twarz męż­czy­zny, weszły też w pierś i gar­dło, nie­mal odry­wa­jąc głowę od torsu – to był wyjąt­kowo zły dzień dla tego kon­kret­nego „orka”. Osła­nia­jąc przej­ście ogniem, Załużny szybko dotarł do kolej­nego załomu, prze­ła­do­wał i osła­niał teraz ogniem przej­ście Hotaro i pozo­sta­łych. Coś poto­czyło się po ziemi, ter­ko­cząc meta­licz­nie – kolejny gra­nat!

Załużny cof­nął się za załom, Hotaro wsko­czył do miesz­ka­nia po dru­giej stro­nie, sły­sząc wybuch i czu­jąc szarp­nię­cie. Zwa­liło go z nóg, kara­bin wysu­nął się z pal­ców. „Szlag!”

Zali­czył mięk­kie lądo­wa­nie na znisz­czo­nej, pokry­tej pyłem kana­pie w miesz­ka­niu. Zła­pał za kara­bin, upew­nia­jąc się, że żaden odła­mek nie prze­ciął taśmy i nie uszko­dził mecha­ni­zmu, potem poma­cał się, szu­ka­jąc obra­żeń. Bólu nie czuł, adre­na­lina pra­co­wała tak, że nawet gdyby urwało mu stopę, zdałby sobie z tego faktu sprawę, dopiero pró­bu­jąc na niej sta­nąć. Do miesz­ka­nia wbiegł Win­gham, przy­siadł przy przy­ja­cielu, gdy Saito obsta­wił drzwi.

Bry­tyj­czyk nama­cał Hotaro, przy­glą­da­jąc się kry­tycz­nie nogom i kro­czu towa­rzy­sza broni.

– Wszystko okej, jaja też całe – skon­sta­to­wał. – Odła­mek prze­szedł kie­sze­nią, nie­zły fart.

Pomógł Hotaro wstać.

Z zewnątrz docho­dziła kano­nada. Musieli posu­nąć się naprzód, nie mogli zdo­by­wać tego pię­tra w nie­skoń­czo­ność – nie mieli poję­cia, jak Rosja­nie stali z łącz­no­ścią, ale musieli zakła­dać, że jakiś pod­ofi­cer wła­śnie wzywa posiłki. Mia­sto było w więk­szo­ści w rękach „orków”.

– Kończmy to! – rzu­cił do Bry­tyj­czyka.

– Popie­ram – odparł przy­ja­ciel, po czym wska­zał dziurę wybitą w ścia­nie miesz­ka­nia. Wyglą­dało na to, że pro­wa­dzi do sąsied­niego lokalu. A stam­tąd mogliby zajść prze­ciw­nika z flanki i wybić do nogi.

Był tylko jeden pro­blem – dziura była zbyt mała, by któ­ry­kol­wiek z nich się prze­ci­snął. Ale Kalyna – to inna sprawa!

Dziew­czyna wsko­czyła do miesz­ka­nia w momen­cie, gdy Saito opróż­niał maga­zy­nek. Jego miej­sce zajął Win­gham, pozwa­la­jąc Japoń­czy­kowi na wymianę. Hotaro wska­zał ope­ra­torce wyrwę w ścia­nie.

– Zmie­ścisz się? – szep­nął.

Poki­wała głową.

Pode­szli do wyrwy. Hotaro zaj­rzał do środka, gdy ope­ra­torka zdej­mo­wała ple­cak. Mogła wziąć ze sobą tylko kara­bin, reszta musiała na razie zostać tutaj. Zlu­stro­wał prze­strzeń po dru­giej stro­nie lufą kara­binu, ale dostrzegł jedy­nie mar­twego żoł­nie­rza, zapewne ścięły go kule któ­re­goś z ich towa­rzy­szy. Mieli naprawdę krótką chwilę.

– Teraz! – rzu­cił Hotaro.

Dziew­czyna prze­śli­zgnęła się jak mysz, już po dru­giej stro­nie przy­jęła podany jej przez kolegę kara­bin.

– Odlicz­cie do dzie­się­ciu – naka­zała.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

Odszedł od wyrwy i poka­zał na migi Załuż­nemu i pozo­sta­łym, że mają nie­całe dzie­sięć sekund na szturm. Odli­czał na pal­cach.

Gdy zgiął ostatni, ruszyli naprzód.

W takim ude­rze­niu cho­dzi o to, by przy­gnieść prze­ciw­nika ogniem, nie dać mu moż­li­wo­ści odpo­wie­dzi. Kory­tarz wypeł­nił się kano­nadą, łuski spa­dały na zie­mię, odbi­ja­jąc się od ścian, dźwię­cząc meta­licz­nie, a oni krok po kroku zdo­by­wali prze­strzeń, skra­ca­jąc dystans do ostat­niego miesz­ka­nia.

Z boku sły­szeli głos kara­binu Kalyny. Zza rogu wysko­czył żoł­nierz, naj­wy­raź­niej cofa­jąc się przed jej ogniem, i padł ścięty strza­łami z broni Załuż­nego i Saito. Kolejny cofał się, nie wie­dząc, który cel obrać, oddał nie­celny strzał ku nim, potem obró­cił się tam, skąd nad­cho­dziła ope­ra­torka… jego AK zamiast wyplu­cia kuli wydało z sie­bie tylko ciche „klik!”.

Jeśli był gor­szy moment na koniec amu­ni­cji, Hotaro trudno było go sobie wyobra­zić.

Prze­ciw­nik obe­rwał w pierś, siła ude­rze­nia kuli popchnęła go na ścianę. Obró­cił głowę ku nad­cho­dzą­cym męż­czy­znom, tylko po to, by zaro­bić pocisk mię­dzy sko­śne oczy. Woj­skowy nie był etnicz­nym Rosja­ni­nem, raczej Buria­tem, choć i to trudno było oce­nić – zale­wa­jąca się krwią twarz była blada od pyłu.

– Wycho­dzę! – ryk­nęła Kalyna, chcąc mieć pew­ność, że kole­dzy nie ustrzelą jej, gdy wyj­rzy zza rogu.

– Dawaj! – odparł Załużny, po czym zajął sek­tor tuż przed wej­ściem do ostat­niego lokalu.

Tym­cza­sem Hotaro się rozej­rzał. Poli­czył trupy zale­ga­jące w kory­ta­rzu i miesz­ka­niu, które „wyczy­ściła” dziew­czyna.

– Co naj­mniej jeden w ostat­nim miesz­ka­niu – szep­nęła Ukra­inka, jakby czy­ta­jąc mu w myślach.

Ski­nął w odpo­wie­dzi głową.

Załużny się zawa­hał. Nie chciał brać sztur­mem tych ostat­nich pomiesz­czeń, zwłasz­cza że „orko­wie” naj­pew­niej zamie­rzali wal­czyć do końca. Uznał, że zmieni nieco tak­tykę.

– Ej, wy! – zawo­łał do środka po rosyj­sku. – _Sda­vay­tes’ i vy budete zhit’!_ – „Pod­daj­cie się, a będzie­cie żyć!”

Żad­nej odpo­wie­dzi, tylko przy­tłu­mione głosy. Hotaro dalej nie roz­po­zna­wał słów.

Załużny powtó­rzył pole­ce­nie po ukra­iń­sku – bez efektu.

– To jacyś debile! – szep­nął do towa­rzy­szy.

W odpo­wie­dzi Hotaro się­gnął do kami­zelki tak­tycz­nej i zdjął gra­nat z pod­wieszki. Podał go przy­ja­cie­lowi.

– Nie ma innego wyj­ścia – rzekł cicho.

Ukra­iniec poka­zał im trzy palce, odcią­gnął zawleczkę od gra­natu, zwol­nił łyżkę, „gotu­jąc” go przez jakieś dwie sekundy, po czym wrzu­cił go do miesz­ka­nia, w któ­rym krył się wróg.

Wybuch nastą­pił nie­mal natych­miast, ku oddzia­łowi ze środka pole­ciał pył, odłamki zda­wały się ryko­sze­to­wać pomię­dzy ścia­nami, masa­kru­jąc wszystko na swo­jej dro­dze. Wpa­dli do pomiesz­cze­nia zaraz po eks­plo­zji, bły­ska­wicz­nie pokry­wa­jąc je ogniem, zaj­mu­jąc bez­błęd­nie swoje naroż­niki i sek­tory, nie dając prze­ciw­ni­kowi naj­mniej­szych szans. Wszystko to trwało może z pięć sekund, nie wię­cej. Było to tak wzor­cowe wej­ście, że ich instruk­to­rzy, gdyby mogli je zoba­czyć, cmo­ka­liby z wra­że­nia.

– Czy­sto! – zawo­łał Win­gham, spraw­dza­jąc pomiesz­cze­nie.

– Czy­sto! – odpo­wie­dział Saito, bio­rąc swój róg.

– Czy­sto! – potwier­dził Załużny, posław­szy jesz­cze po dwa strzały kon­tro­lne każ­demu z leżą­cych w lokalu tru­pów.

Budy­nek był ich.

Hotaro pochy­lił się nad jed­nym z ciał. Coś nie dawało mu spo­koju.

Męż­czy­zna nosił rosyj­skie opo­rzą­dze­nie i broń, ramiona i hełm były oble­pione czer­woną taśmą kle­jącą, by odróż­nić się od Ukra­iń­ców, któ­rzy prze­cież nosili bar­dzo podobny wizu­al­nie sprzęt. A jed­nak jego obli­cze nie było rosyj­skie – czło­wiek ów nie miał sło­wiań­skich rysów, ewi­dent­nie był Azjatą. Nie Buria­tem, jak począt­kowo sądził Hotaro, jego kar­na­cja była za ciemna. Był też niż­szy niż typowy Buriat, któ­rych to Rosja­nie wcie­lali do armii tysią­cami i tysią­cami posy­łali na śmierć. Wagne­ro­wiec? To też wąt­pliwe – najem­nicy mieli lep­szy sprzęt i sta­wia­liby o wiele bar­dziej zacie­kły opór.

Zaczął prze­szu­ki­wać kami­zelkę tak­tyczną mar­twego prze­ciw­nika. Zdjął z ładow­nic maga­zynki, spraw­dził kali­ber i z satys­fak­cją zabrał amu­ni­cję. Trup nie nosił zegarka, co nie miało zna­cze­nia, Hotaro i tak nie zbie­rał tro­feów, lecz pod kami­zelką, w wewnętrz­nej kie­szonce, nama­cał nie­duży, sztywny, pła­ski kształt.

Wycią­gnął prze­strze­loną ksią­żeczkę.

– Pasz­port – poka­zał pozo­sta­łym. – Ci goście to Bir­mań­czycy!

– Nic dziw­nego, że nie rozu­mieli, co do nich gadamy – skon­sta­to­wał Win­gham.

Hotaro podał pasz­port Załuż­nemu. Ten scho­wał doku­ment, który, po prze­ka­za­niu wywia­dowi, mógłby być użyty w jakiejś roz­grywce wywia­dow­czej lub dyplo­ma­tycz­nej.

– Zakła­daj­cie pułapki, szybko! – rzu­cił Ukra­iniec.

Pierw­sze poci­ski arty­le­ryj­skie ude­rzyły w blok w chwili, gdy Załużny koń­czył wyda­wać pole­ce­nie. Wstrząs był potężny, ścięło ich z nóg, a powie­trze wypeł­niło się pyłem. Hotaro upadł na plecy, fala eks­plo­zji zmio­tła go z nóg, wyry­wa­jąc kara­bin z dłoni.

Wtedy zawsze się budził.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij