Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Daleko od siebie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3159 pkt
punktów Virtualo

Daleko od siebie - ebook

Nie każda miłość jest wyborem. Czasem jest wyzwaniem.

Anka, ceniona psychoterapeutka, z chirurgiczną precyzją rozbrajała mechanizmy obronne innych. W życiu prywatnym uciekała szybciej, niż ktokolwiek zdążył się do niej zbliżyć. Seks był prosty. Bliskość – już nie.

Do czasu, gdy pojawił się Wojtek – starszy, uważny profesor, przy którym po raz pierwszy przestała walczyć. Ich relacja zaczęła się od intelektualnego starcia i przerodziła w zachłanne uczucie. A potem wszystko się urwało. Została cisza i życie do poskładania na nowo.

Kilka lat później na jej drodze staje Olgierd, syn Wojtka. Między nimi nie ma miejsca na delikatność. Jest napięcie i prowokacja. On jej nie ufa. Ona nie zamierza się tłumaczyć. Każde spojrzenie trwa sekundę za długo. Każde słowo dotyka głębiej niż powinno. A jednak pod gniewem pulsuje coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Pożądanie, które nie pyta o zgodę rozsądku. Bliskość, która przychodzi zbyt szybko. Uczucie, które rodzi się tam, gdzie miała być tylko walka.Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-3895-9
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Wyparcie to ciekawe zjawisko.

Uczyłam się o nim na pierwszym roku studiów, zaraz po Freudzie i jego teorii nieświadomości. Ojciec psychologii nazwał je fundamentem neurozy. Ja, z perspektywy czasu i ponad dwudziestoletniego doświadczenia zawodowego, wolę określać je jako zasłonę.

Nie ma nic bardziej ludzkiego niż chęć zasłonięcia się przed tym, co boli.

To mechanizm, który chroni psychikę przed nadmiarem cierpienia. To taki wewnętrzny strażnik, który staje między nami a tym, co nie do zniesienia. W uproszczeniu – umysł wyrzuca z pola świadomości to, czego nie jest w stanie udźwignąć: wspomnienia, emocje, obrazy, słowa, gesty, zapachy.

Ale to nie jest zapomnienie. Zapomnienie jest bierne. Z kolei wyparcie jest aktywne. Nie ma tutaj naturalnych luk w pamięci, kiedy próbujemy sobie przypomnieć, co jedliśmy dzień wcześniej na kolację. Tutaj „nie pamiętam” zamienia się w „nie wolno mi pamiętać”.

Freud pisał, że wyparte wraca. I że kiedy wraca, towarzyszą mu symptomy, całe spektrum trudnych i niewygodnych odczuć. Pojawiają się lęk, panika, ból fizyczny, bezsenność, paraliż, a nawet utrata przytomności.

Pamiętam, jak na studiach profesorka opowiadała o kobiecie, która po tragicznym wypadku zapomniała, że to ona prowadziła samochód. Przez lata wierzyła, że siedziała obok, że była tylko pasażerką. Dopiero po terapii wrócił obraz kierownicy w jej dłoniach i chwili, kiedy w wyniku jednego błędu – jednej próby znalezienia czegoś w torebce – spowodowała wypadek samochodowy, w którym zginęło jej dziecko.

Wspominała też o człowieku, który przez całe dorosłe życie panicznie bał się zapachu lawendy. Dopiero po latach okazało się, że lawenda rosła przed domem, w którym spłonęła jego matka.

Wtedy jeszcze wydawało mi się to fascynujące – jak magia psychiki. Potem przyszła praca w gabinecie, a wraz z nią – cała lawina nieprzepracowanych traum, zakopanych zdarzeń, wypartych miłości. Kobiety, które nie pamiętały własnych porodów. Mężczyźni, którzy śmiali się, mówiąc o zdradach, bo tak było łatwiej, niż poczuć wstyd.

W pamięci utknęła mi jedna pacjentka – moja imienniczka Anna – która w bardzo młodym wieku związała się z kilkanaście lat starszym mężczyzną, alkoholikiem i socjopatą, jak się później okazało. Długi czas tkwiła w chorej relacji, której tragiczny finał w postaci śmierci ukochanego odcisnął piętno na całym dorosłym życiu dziewczyny. W trakcie psychoterapii wyszło, że pacjentka nie tylko nie pamięta swojego pierwszego razu (choć nie była pod wpływem substancji psychoaktywnych), lecz także jakiegokolwiek zbliżenia z partnerem. Żadnego pocałunku, żadnej wspólnej nocy. Jakby trzy lata pożycia nie istniały. Dopiero długotrwała terapia przyczyniła się do odkrycia dawno zakopanych traum. Obraz nagiej pacjentki leżącej na brzuchu, łzy spływające po twarzy, ból, stanowczy głos nakazujący bezruch. _Rozluźnij się, to nie będzie boleć_. Kobieta doświadczała wielokrotnych gwałtów analnych, przemocowych zbliżeń, profilaktycznych pobić – na zapas, gdyby kiedyś przyszło jej do głowy zdradzić. Ona wyparła, ale ciało pamiętało. Nagle pojawiły się dłonie drżące bez powodu. Bezdech w środku nocy. Panika, kiedy mąż próbował choćby dotknąć okolicy pośladków. Ogromna nerwica lękowa.

Wtedy zaczęłam rozumieć, że wyparcie to nie teoria. To codzienność. I że nikt nie jest od niego wolny. Nawet ci, którzy uczą innych, jak wychodzić z tego stanu…

Moje wyparcie przyszło nagle – bez zapowiedzi i ostrzeżenia. Dzień, który musiał mu ulec, nastąpił w dwudziestym tygodniu ciąży. Doskonale pamiętam, jaka tego dnia panowała pogoda oraz co miałam na sobie. Siedziałam w garderobie, oślepiona majowym słońcem, wkładałam jasną sukienkę. Tę, której nigdy później już nie nosiłam.

On wyszedł z domu na uczelnię. Dokładnie tak samo jak każdego dnia. Wcześniej wypiliśmy poranną kawę, żartowaliśmy, rozmawialiśmy o polityce. Obiecał, że wróci wcześniej. Na stole został jego kubek, w łazience wilgotny czarny ręcznik o gofrowym splocie, w przedpokoju zapach perfum. Jedyny taki – niepowtarzalny, mocny, kryjący w sobie mieszankę tytoniu, skóry i kadzidła. Odurzający. Jak najwspanialszy afrodyzjak.

A potem tylko urywki.

Telefon. Głos jakiejś kobiety z dziekanatu. Mówiła coś. Nie rozumiałam, nie chciałam zrozumieć.

Nie wiem, kto mnie zawiózł do szpitala.

Nie wiem, jak długo tam siedziałam.

Nie wiem, co powiedzieli.

Pamiętam tylko starszą pielęgniarkę, która zapytała, czy chcę pójść do kaplicy szpitalnej, aby się pomodlić.

I serce, które biło za szybko, jakby próbowało przebić się przez klatkę piersiową. Dostałam do wypicia syrop. Więcej z tego dnia nie pamiętam.

Nie pamiętam także pogrzebu. Podobnie jak ludzi składających kondolencje. Słyszałam, że była stypa, na którą rzecz jasna nie poszłam, bo zorganizowała ją rodzina. Takie wydarzenia nie dotyczą kochanek. Podobno płakałam i bałam się o dziecko.

Tego też nie pamiętam.

Jakby ktoś wyjął z życia te dni i wstawił w ich miejsce ciszę. Mój umysł zamknął to wszystko – dźwięki, światło, zapach, słowa – w sejfie, do którego nie miałam klucza.

A potem wróciła codzienność. Wizyta lekarska, podczas której usłyszałam, że moja córeczka jest zdrowa i silna. Reprymenda od prowadzącej ciążę, że muszę jeść i wziąć się w garść, bo noszę pod sercem dziecko. Kubeł zimnej wody.

Musiałam żyć, choć tak bardzo nie chciałam.

Wmówiłam sobie sprawczość i determinację. Wmówiłam sobie, że jestem zmotywowana. _Co nas nie zabije, to nas wzmocni_. Wtedy myślałam, że to siła. Że przetrwałam, bo jestem twarda i niezniszczalna. Tyle razy w pracy gabinetowej przerabiałam śmierci, nieprzepracowane żałoby, pustki po odejściu bliskich, że teoretycznie wiedziałam wszystko.

W praktyce doświadczyłam ogromnego wyparcia.

Ciało zrobiło to, czego nie potrafiła zrobić świadomość: przestało pamiętać. Przez rok żyłam, jakby nic się nie stało. Urodziłam dziecko, karmiłam, chodziłam na spacery, rozmawiałam z ludźmi, śmiałam się. Aż pewnego dnia, podczas porządków, zobaczyłam żółtą letnią sukienkę. I wtedy coś pękło. Znowu w radiu leciała ta sama piosenka, a ja poczułam w ustach metaliczny smak kawy. Dokładnie jak wtedy, gdy widziałam go po raz ostatni.

Wszystko wróciło.

Zapach.

Dźwięk jego kroków na korytarzu.

Myśl, że zaraz wróci.

I wtedy zrozumiałam, że wyparcie nie znika.

Ono tylko czeka, aż przestaniesz się bronić.1

„Kurwa mać” – pomyślałam, próbując dostrzec na wyświetlaczu smartfona godzinę.

3:20.

Od poprzedniej akcji minęło dokładnie osiemnaście minut. Laura obudziła się z płaczem czternasty raz tej nocy. Ostatnie dni, a może i tygodnie, tak właśnie wyglądały. W dzień miała dwie drzemki, wieczorem zasypiała bez problemu, a potem rozpoczynał się festiwal pobudek, jedna po drugiej.

„Nie dawaj jej mleka na noc”.

„Daj jej na noc butlę”.

„Przejdź na jedną drzemkę w ciągu dnia”.

„W tym wieku nie powinna mieć drzemek”.

„Włącz czerwone światło”.

„Zrezygnuj z jakiegokolwiek źródła światła w sypialni”.

„Nie bodźcuj jej przed spaniem”.

„Zmęcz ją przed zaśnięciem”.

Z każdej strony dochodziły do mnie wykluczające się porady. Co matka, to inne doświadczenie. Szybko zrozumiałam, że jeśli chodzi o wychowanie dzieci, to nie ma jednej racji czy recepty. To, że coś sprawdziło się u koleżanki z parteru, wcale nie musiało okazać się skuteczne w moim przypadku. Pozostawały więc metoda prób i błędów oraz nadzieja, że wszystko minie.

Bo przecież wszystko mija. To najlepsze, co usłyszałam od przyjaciółek.

Nie zmieniało to faktu, że nie spałam prawie w ogóle, a jedynie funkcjonowałam w trybie przetrwania. Brak snu okazał się największym macierzyńskim wyzwaniem. Przeżyłam czwarty trymestr, ominęły mnie kolki, Laura bez problemu jadła z butelki, korzystała ze smoczka, chętnie leżała na macie, lubiła być wożona w wózku. Ząbkowanie? Niezauważalne. Rozszerzanie diety? Książkowe wręcz. Mimo że ciągle słyszałam: „Poczekaj, aż skończy trzy miesiące/zacznie raczkować/zaczniesz rozszerzać dietę” (niepotrzebne skreślić), to czas mijał, a my bezproblemowo docierałyśmy do kolejnych kamieni milowych rozwoju. Miałam wrażenie, że jej charakter był nagrodą od losu. Samodzielne macierzyństwo po czterdziestce okazało się wyzwaniem trudniejszym, niż myślałam. Podczas gdy moje koleżanki z podstawówki wysyłały dzieci na studia, niektóre nawet z dumą publikowały w mediach społecznościowych ogłoszenia o zostaniu babcią, ja utknęłam gdzieś między rzadką kupą a nieprzespaną nocą.

Były dni, kiedy marzyłam o powrocie do pracy gabinetowej. A potem z przerażeniem patrzyłam na małą istotkę o oczach ciemnych jak węgiel, kruczoczarnych włosach, totalnie bezbronną, zależną ode mnie, przyklejoną do mnie jak huba do drzewa, i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym oddać ją komukolwiek.

– Wiesz, że prędzej czy później będziesz musiała wrócić do pracy? – zapytała Kamila, jedna z dwóch moich najbliższych przyjaciółek.

– Z tego, co wiem, to macierzyński trwa rok. Mam więc jeszcze kilka miesięcy na oswojenie się z tą myślą – odpowiedziałam wymijająco.

Kamila spojrzała na mnie z czułością.

– Byłam w tym miejscu. Zresztą Anita również. I wtedy to ty byłaś dla nas głosem rozsądku i jedyną ostoją normalności w odpieluszkowym zapaleniu mózgu.

Uśmiechnęłam się gorzko na to wspomnienie. Moje przyjaciółki miały ten czas dawno za sobą. Bruno, syn Kamili, skończył sześć lat i za chwilę miał zacząć przygodę ze szkołą. Z kolei dzieci Anity były gdzieś pomiędzy trzecią a szóstą klasą. Już dawno straciłam rachubę w ich edukacji.

– Wiem, Kamila. I nie martw się, pamiętam, że jestem jedyną żywicielką tej rodziny. W poradni i fundacji czekają na mnie z otwartymi ramionami – dodałam.

I wcale nie był to eufemizm. Przez lata pracy zawodowej ugruntowałam swoją pozycję w branży. Byłam jedną z bardziej znanych i cenionych psychoterapeutek i seksuolożek. Pracowałam zarówno klinicznie, jak i gabinetowo. Zrobiłam doktorat i habilitację, często zapraszano mnie w charakterze ekspertki do mediów. Niewątpliwie nazwisko Klein szanowano w branży.

Kłamstwem było stwierdzenie, że mi tego nie brakowało. Tęskniłam za pracą, za ludźmi, za wkładaniem szpilek i czegoś, co nie jest za duże, za luźne, zbyt brudne i niezbyt świeże. Mimo że przyrzekałam sobie, że nie będę matką, która nie ma czasu na prysznic, to mimowolnie taką właśnie się stałam. I nie była to kwestia lenistwa; ot po prostu w macierzyństwie nie wszystko da się zorganizować, wbrew temu, co krzyczały clickbaitowe nagłówki z portali parentingowych.

Laura zaczęła płakać coraz głośniej.

– Ciii, jestem tutaj, serduszko, nie płacz – powiedziałam z największą czułością, wyjmując ją nasty już raz z łóżeczka, aby położyć ją obok siebie.

Dziewczynka uspokoiła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podałam jej smoczek i pozwoliłam położyć maleńką dłoń na moim policzku. Po chwili znowu spała.

Tym razem skapitulowałam.

– Pierdolę te wszystkie treningi samodzielnego spania – powiedziałam do siebie i od razu przeklęłam w myślach, bo Laura zaczęła pojękiwać. – Ciii, ciii, ciii – ponownie próbowałam wyciszyć córeczkę, modląc się, żeby dalej spała.

Bałam się poruszyć, nawet oddychałam ciszej. Bycie matką wyniosło wszystkie moje umiejętności na inny poziom. Zawsze mi się wydawało, że potrzebuję co najmniej stu sześćdziesięciu centymetrów wolnej przestrzeni materaca, by skutecznie się wyspać. Przez lata bez najmniejszych skrupułów wyrzucałam wieczorem wszystkich swoich kochanków. Pan zrobił swoje, pan może odejść. Nie wchodziłam w związki, nie interesowały mnie dłuższe relacje, nie szukałam poważnych zobowiązań. Wystarczyło, że przez całe życie wychowywało mnie dwoje obcych sobie ludzi.

Pochodziłam z małego miasta w zachodniej Polsce. Dziesięć tysięcy mieszkańców, wszyscy się znali, wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. Mój ojciec był mechanikiem samochodowym, a matka pracowała w urzędzie gminy. Nie miałam rodzeństwa, choć wychowywałam się z kuzynostwem, dziećmi siostry mojej matki. Mieszkaliśmy w jednym z popegeerowskich blokowisk. Mieliśmy duże, jak na tamte czasy, trzypokojowe mieszkanie z osobną kuchnią i łazienką. W domu panował nieskazitelny porządek. Moja matka miała pierdolca na punkcie sprzątania. W każdą sobotę obowiązkowo musiałam biegać ze szmatą, wycierać kurze, odkurzać, myć podłogi, nawet tapetę przecierałam wilgotną ściereczką. Jakakolwiek próba buntu była karana wielogodzinnym, czasem kilkudniowym milczeniem. Kiedyś cieszyłam się, że w moim domu nie ma przemocy; kiedy inne dzieci mierzyły się z matkami wariatkami i ojcami katami, ja miałam spokój. Nigdy nie dostałam lania, nawet klapsa. Po latach zrozumiałam, że nie dostałam też ciepła, miłości, zainteresowania, bliskości. Moim obowiązkiem było dobrze się uczyć i sprzątać. Niczego więcej ode mnie nie oczekiwano.

A w zasadzie niczego więcej matka ode mnie nie oczekiwała, bo rola ojca w sumie ograniczyła się do dawcy spermy. Nie rozmawiał ze mną, nie bawił się, nie przytulał mnie. W zasadzie tylko był. Wstawał rano, jadł kiełbasę, robił kanapki, herbatę do termosu i szedł do warsztatu, z którego wracał wieczorem. Nie wiem, czy kiedykolwiek zapytał mnie, jak się czuję, jak było w szkole. Komunikował się lakonicznie: „Głodna?”, „Lekcje odrobione?”, „Czapka”, „Drzwi”, „Spać”.

Matka z kolei pilnowała porządku. Wszystko musiało być zrobione na tip-top. Jeśli lekcje były źle odrobione, to wydzierała kartkę z zeszytu i kazała mi przepisywać. Jeśli ciuchy w szafce nie były idealnie poskładane, to bez słowa wywalała je na podłogę. Jeśli coś zrobiłam brzydko, to niszczyła to ze spokojem i kazała poprawić. „W tym domu wszy mogą chodzić po stole, ale parami” – mawiała. Wymagała, poprawiała i jeśli nie spełniałam jej oczekiwań, to się obrażała. Karanie milczeniem było jej ulubioną metodą, opanowała ją do perfekcji. Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką, zapłakana klęczałam przed nią, w histerii błagając, by coś do mnie powiedziała – ona jednak siedziała niewzruszona na fotelu, czytając „Tinę”. Jej milczenie mnie przerażało. Bałam się. Czasem zadawałam jej przypadkowe pytania tylko po to, żeby sprawdzić, czy ze sobą rozmawiamy. Nigdy nie było wiadomo, co spowoduje jej milczenie: zła ocena w szkole czy dziura na kolanie w białych, kościelnych rajstopach.

Z ojcem robiła tak samo. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ze sobą rozmawiali poza krótkimi formalnościami. Spali w osobnych pokojach, nie przytulali się, nie okazywali sobie żadnych czułości poza cmoknięciami w policzek podczas wigilijnych życzeń.

Ale też nigdy się nie kłócili. Kiedy więc słyszałam historie kolegów i koleżanek, w których ojciec katował matkę albo w których lanie pasem było elementem codziennej relacji rodzic–dziecko, byłam wdzięczna. Czułam, że pochodzę z dobrego, stabilnego domu. Nie dostrzegałam patologii. Potem im byłam starsza, tym bardziej miałam wyjebane i milczenie matki nie robiło na mnie żadnego wrażenia. „Taka już jest, trzeba ją kochać i akceptować” – myślałam. W sumie dopóki się dobrze uczyłam i ładnie szorowałam tapetę w przedpokoju, to miałam święty spokój.

Kiedy skończyłam piętnaście lat, straciłam dziewictwo. To stało się pod namiotem, podczas obozu harcerskiego w Pobierowie. Nawet nie pamiętam, jak on miał na imię. Wiem tylko, że był naszym zastępowym, miał długie blond włosy i wszystkie dziewczyny się w nim kochały. Tamtego wieczoru była dyskoteka. Ja, moja koleżanka i kilku chłopaków kupiliśmy tanie wino i wypiliśmy ukradkiem przed imprezą. Później było mi lekko i wesoło. Tańczyłam z nim, przytulałam się, całowaliśmy się za namiotem, aż w końcu wsadził mi rękę w gacie i zaczął robić palcówkę. Pierwszy raz w życiu poczułam podniecenie. Uroczy blondyn podwinął moją koszulkę, opuścił stanik, całował piersi. Potem poprosił, żebym złapała go za penisa. Miał długiego, cienkiego członka. Dokładnie pamiętam, jak trzymałam go w dłoniach, a za cholerę nie umiem sobie przypomnieć, jak chłopak miał na imię. Zaproponował, byśmy poszli do namiotu. Nie odmówiłam.

Cała akcja trwała pięć minut z dojazdem. Harcerz ściągnął moje spodnie i majtki, sam opuścił swoje do połowy kolan, kazał mi rozkraczyć nogi, po czym nieporadnie upchnął swojego sterczącego penisa w mojej pochwie. Czy mnie bolało? Nie wiem. Nie umiem sobie przypomnieć, czy tego chciałam, czułam natomiast, że robię coś bardzo niewłaściwego, a moja matka nie może nic na to poradzić. Chłopak po kilku pchnięciach wyciągnął penisa i spuścił się do chusteczki higienicznej. Po wszystkim ubraliśmy się i wróciliśmy na dyskotekę jak gdyby nigdy nic. Więcej nie rozmawialiśmy.

Wtedy pierwszy raz poczułam, że mam przewagę nad moją matką, a ona nie ma nade mną kontroli. Bardzo szybko połączyłam kropki i nauczyłam się kłamać. Chodziłam do Natalii albo Magdy, by uczyć się do sprawdzianu, a tak naprawdę spotykałam się potajemnie z chłopakami. Nie obchodziło mnie, co myślą inni – czułam, że robię matce na złość. Jej idealnie wychowana, perfekcyjna córeczka stała się najbardziej doświadczoną nastolatką w mieście. A że przy tym wszystkim zawsze byłam bardzo atrakcyjna, to o chętnych trudno nie było. Zmieniałam chłopaków jak rękawiczki. Zawsze wybierałam tych starszych i bardziej doświadczonych. Wreszcie ktoś mnie podziwiał i doceniał. Wreszcie nie musiałam zasługiwać na czyjąś miłość i uwagę. Oni wszyscy do mnie lgnęli, zabijali się o mnie, rywalizowali. Czułam się panią sytuacji. Koleżanki mi zazdrościły. Większość z nich nigdy się nie całowała, podczas gdy ja w wieku szesnastu lat miałam na swoim koncie kilku partnerów seksualnych.

Wszystko było dobrze do momentu, kiedy w maturalnej klasie moja wredna kuzynka Iza powiedziała swojej matce, że mam chłopaka i ponoć uprawiam z nim seks! Ciotka od razu poleciała do swojej siostry – mojej matki. Byłam pewna, że rozpęta się piekło. Ku mojemu zaskoczeniu nic takiego się nie wydarzyło. Wróciłam do domu, matka się do mnie nie odzywała – co nie było żadną nowością. Wieczorem przyszła do mojego pokoju i podała mi list, a w zasadzie złożony kawałek papieru śniadaniowego z informacją, że do matury mogę z nimi mieszkać, ale zaraz po skończeniu ogólniaka mam się wyprowadzić. Beznamiętnie przyjęłam tę informację, by nie dać jej satysfakcji. Wiedziałam, że moje dzieciństwo się skończyło, choć tak naprawdę nigdy się nie zaczęło. Zdałam perfekcyjnie maturę, wyjechałam z rodzinnego miasta, zaczełam psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, udało mi się dostać przydział w akademiku. Cały czas żyłam w przeświadczeniu, że to, co się działo w moim życiu, było normalne.

Na drugim roku studiów pewna wykładowczyni powiedziała: „Dziecko, które błaga rodzica o uwagę, nie jest niegrzeczne. Ono umiera z samotności”. Wtedy pierwszy raz poczułam, że ktoś nazwał to, czego nigdy nie odważyłam się opowiedzieć. Nagle zobaczyłam siebie – małą, klęczącą przed matką, z zapuchniętymi od płaczu oczami, z głosem, który drżał tak mocno, że ledwo mogłam powiedzieć: „mamo”. Ona siedziała w fotelu, czytała tę cholerną gazetę, jakby mnie tam nie było. Jakbym była meblem, który tylko przeszkadza w aranżacji pokoju. To właśnie było moje idealne, nieprzemocowe dzieciństwo: prośba o jedno słowo, cisza, która wyje głośniej niż krzyk i rani bardziej niż dziesięć pasów na gołą dupę.

Przez całe życie powtarzałam sobie, że „taka była”, że „trzeba ją kochać, jaka jest”, że przecież nie wyzywała mnie, nie katowała, po prostu miała oczekiwania. Tylko że brak przemocy fizycznej nie jest równoznaczny z miłością. Na zajęciach z psychologii rozwojowej usłyszałam, że dziecko, któremu nie okazano czułości, może całe życie nie wiedzieć, gdzie w ogóle tę czułość okazywać: komu, jak i za co. Że będzie mylić uwagę z miłością, a zainteresowanie – z wartością. Że będzie szukać siebie w oczach innych, bo w domu nikt w te oczy nie patrzył wystarczająco długo, by zobaczyć tam dziecko spragnione uczucia…

Siedziałam w sali, w której ktoś analizował teorię przywiązania, a ja miałam wrażenie, że wykładowca właśnie rozlicza moje dzieciństwo, rozcinając jednocześnie moje upośledzone serce na pół. To był ten moment, ta chwila, kiedy spojrzałam na całe swoje życie jak na kartę złożoną z kilkudziesięciu rozproszonych numerków – ktoś mi tylko wytłumaczył, że punkty te należy połączyć jeden po drugim, i włożył długopis w dłoń.

Wtedy też pierwszy raz zrozumiałam, dlaczego tak szybko uciekłam w seks. Dlaczego potrzebowałam tych wszystkich chłopaków, oczu wpatrzonych we mnie, rąk na moich biodrach, oddechów na szyi. To nie była rozpusta, a ja wcale nie byłam puszczalska. Byłam głodną dziewczynką, która wreszcie dostała uwagę i z braku narzędzi pomyliła ją z miłością. Pamiętam to zdanie: „Dzieci, których rodzice nie kochają, uczą się kochać za dwoje”. Usłyszawszy je, poczułam, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Przez całe życie właśnie to robiłam – kochałam za dwoje. Za siebie i za matkę. Za siebie i za ojca. Za siebie i za każdego, kto chciał ode mnie więcej, niż powinnam dawać.

Wtedy pierwszy raz poszłam na terapię i powiedziałam na głos, że moje dzieciństwo było przemocowe. I właśnie wtedy postanowiłam, że sama zostanę psychoterapeutką – jakby miało to wyleczyć tamtą dziewczynkę z podwórka, która myła tapetę szmatą i czekała, aż matka spojrzy na nią chociaż raz tak, jak kochający rodzic patrzy na swoje dziecko.

Czekała na coś, co nigdy nie przyszło…

Za oknem zaczynało świtać, kiedy Laura wreszcie zasnęła mocnym snem. Przez moment trzymałam dłoń na jej klatce piersiowej, bardziej z odruchu niż z czułości – żeby sprawdzić, czy naprawdę oddycha. Może to głupie, ale odkąd się urodziła, czasem nachodził mnie ten irracjonalny lęk, że coś może ją zabrać. Że świat – życie, przypadek, cokolwiek – może zrobić to, co już raz zrobił. Nagle zaczęłam dostrzegać wszechobecną krzywdę i niesprawiedliwość: ilekroć przeglądałam media społecznościowe, to widziałam zbiórki na nieuleczalnie chore dzieci, nieustannie słyszałam o przypadkach zakatowania dziecka na śmierć. Zawsze świat był tak okrutny czy dopiero teraz spadły mi klapki z oczu? Patrzyłam na Laurę i myślałam nie o tym, jaka jest słodka, tylko o tym, jak cholernie niewinna. Jak bezbronna i absolutnie zależna ode mnie. W głowie brzmiało mi jedno pytanie: jak można być tak bezwzględnym i okrutnym dla takiego człowieka? Jak można udawać, że go nie ma?

Ja nie potrafiłam. Nawet teraz, kiedy byłam na skraju wyczerpania, kiedy miałam ochotę zamknąć się w łazience i nie wychodzić przez godzinę. Nawet wtedy, kiedy czułam, że moje kubeczki potrzeb są wyczerpane niemalże do zera.

Złość na nią nie istniała. Obsesyjnie wręcz pilnowałam, żeby przy niej nie powtórzyć żadnego z tamtych schematów. Ani milczenia. Ani chłodu. Ani robienia z dziecka projektu. Ani tej jebanej emocjonalnej pustki.

Patrzyłam na Laurę i widziałam jedno: łańcuch pęka na mnie. Nikogo po mnie nie czeka już dzieciństwo składające się z ciszy i perfekcyjnie wyszorowanej tapety.

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij