Daruj nadzieję - ebook
„Daruj nadzieję” to poruszające zwieńczenie bestsellerowej Trylogii Różanej – opowieści o miłości, przyjaźni, wierze i sile, która rodzi się w najtrudniejszych momentach życia.
Powracamy do dobrze znanego i ukochanego przez czytelniczki Wrzosowa, gdzie losy bohaterów splatają się jeszcze mocniej, a przeszłość domaga się ostatecznych rozliczeń. To właśnie tutaj, pośród codziennych zmagań i cichych cudów, dojrzewają decyzje, które mogą zmienić wszystko.
W trzecim tomie bohaterki stają przed najtrudniejszym wyzwaniem – przebaczyć, zaufać i pozwolić, by nadzieja znów zagościła w ich życiu. Tajemnice wychodzą na jaw, relacje zostają wystawione na próbę, a to, co kruche, musi zostać odbudowane na nowo.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68536-92-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wiktoria wracała do domu ze szpitala, przyciskając do siebie nosidło z noworodkiem. Malutkim i kruchym niczym płatek róży oderwany od kwiatu przez nagły podmuch wiatru. Chłopiec spał spokojnie, oddychając lekko i równo, jakby wciąż słyszał obok siebie serce matki.
Ze szpitala odebrał ją ojciec. Brzózka całą drogę do domu milczał, mocno zaciskając dłonie na kierownicy. Skóra na jego kostkach pobielała od napięcia, a wąskie usta zaciśnięte były w linię, za którą kryła się bezsilność. Jego spojrzenie, zmartwione i ciężkie, wbijało się gdzieś daleko, poza szybę, w pustkę. W samochodzie unosił się zapach szpitalnych korytarzy, który osiadł na ubraniach Wiktorii, zmieszany z wonią noworodka – słodką, niewinną, mleczną. Cisza między nimi była gęsta, a młoda matka bez słów zrozumiała, co i tym razem czeka ją w domu. Każde nierówne stuknięcie kół o asfalt wstrząsało nią aż do piersi, które już i tak były obolałe od pierwszych prób karmienia synka. Czuła, jak buzujące w niej hormony mieszają się ze strachem – miała ochotę złapać nosidło i uciec. Uciec gdzieś daleko, gdzie oboje z dzieckiem będą bezpieczni.
Po kwadransie zatrzymali się pod domem. Witkowska wysiadła powoli, bo każdy ruch po długim i ciężkim porodzie był dla niej wysiłkiem. Ojciec otworzył im drzwi i chciał pomóc wnieść wnuczka do środka, ale ona ruchem głowy odmówiła. Chciała sama, choć nie tak wyobrażała sobie ten moment.
W progu przywitała ją cisza – nie ta spokojna, kojąca, lecz napięta, martwa, przetykana wonią alkoholu, ciężką, gryzącą, wdzierającą się w nozdrza jak ostrze. Na podłodze, obok porzuconych butów, leżała pognieciona koszula. W łazience było słychać szum wody, która miała w pośpiechu zmyć z Janka resztki alkoholu.
Wika zacisnęła mocniej dłonie na uchwycie nosidła. Jej kroki, tłumione przez dywan, brzmiały w jej uszach jak uderzenia serca. Weszła na schody powoli, czując, jakby każdy pokonywany przez nią stopień był granicą, którą musiała przekroczyć. Nie dla siebie. Dla bezbronnego dziecka, które kochała od momentu, gdy dowiedziała się o ciąży.
Drzwi łazienki otworzyły się nagle. Janek, z włosami mokrymi i przylegającymi do czoła, wytoczył się na korytarz. Woda wciąż spływała po jego twarzy i karku, kapiąc na podłogę. Chciał coś powiedzieć, może się uśmiechnąć, ale w jego oczach nie było ani jednego promienia światła. Były przeraźliwie puste.
Żona stanęła naprzeciw niego. Spojrzała na dziecko – maleńkie, bezbronne, tak kruche – i na ojca, który od początku odrzucał to istnienie. Czuła, jak potężne zmęczenie i przeszywający ją ból – poranione ciało, pokrwawione piersi, ciężar nieprzespanych nocy – zbierają się w niej, by nagle przemienić się w siłę. Siłę lwicy, która w trudnych warunkach walki o przetrwanie musi obronić swoje potomstwo.
– Nie było cię – wyszeptała, głosem drżącym, a jednak nieugiętym. – Nie było cię, Janek… – wycedziła już dobitniej.
Witkowski milczał, nie spoglądając nawet na nosidło. Zimny, obcy wzrok minął dziecko tak, jakby w środku nikogo nie było. Jakby Wiktoria nic nie trzymała w swoich rękach. Poczuła, jak krew uderza jej do głowy.
– To twoje dziecko! – wyrwało się z jej gardła, tym razem ostrzej, mocniej, prawie krzykiem. – Nasze dziecko! Jak możesz być taki cholernie obojętny!
I wtedy wszystko zaczęło się rozpływać. Ściany domu rozmyły się jak akwarela zalana wodą, drewniana podłoga zaczęła rozpływać się pod jej stopami, a korytarz pochłaniała ciemność. Janek cofał się w cień, krok po kroku, aż w końcu zniknął całkiem, jakby wessała go bezdenna otchłań. Została tylko ona i dziecko.
Maleńka dłoń chłopca wysunęła się spod kocyka i drgnęła – bezradna, a zarazem ufna. Wiktoria poczuła, że jeśli ją puści, jeśli się zawaha, wszystko zostanie jej odebrane. Ciemność, którą widziała przed sobą, a w której zniknął jej mąż, gęstniała, naciskała na nią z każdej strony. Oddychała ciężko, serce waliło jej jak młotem, a jej nogi były ciężkie jak ołów. Próbowała zbiec ze schodów, ale nie potrafiła zrobić ani kroku. Stała cały czas w tym samym miejscu, walcząc z ponadnaturalną siłą, która ją zatrzymywała.
Nagle rozległ się niespokojny, rozdzierający płacz dziecka, który – gdyby tylko była noc – zbudziłby całe śpiące Wrzosowo. Wiktoria przycisnęła synka do piersi, próbując go uspokoić. Kołysała go rytmicznie, przystawiała do obolałych piersi, nuciła pod nosem jedyną kołysankę, którą znała z własnego dzieciństwa.
– Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga… – wyszeptała, przytulając maleńką główkę do siebie. – Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa…
Słowa zawisły w powietrzu jak srebrne nici, delikatne, a jednak mocniejsze niż ciemność, która próbowała ją osaczyć.
– Była sobie raz królewna, pokochała grajka… – Głos jej się załamał, a z oczu popłynęły łzy. – Król wyprawił im wesele i skończona bajka…
Melodia plątała się ze szlochem, a jednak chłopiec ucichł, odnalazł w jej drżącym śpiewie bezpieczne miejsce. Ciemność cofała się krok po kroku, ustępując przed tą prostą piosenką.
– Nie pozwolę… – zaczęła, sama nie wiedząc, czy mówi do Janka, który rozpłynął się w mroku, czy do ciemności, która ich otaczała. – Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził tylko dlatego, że… – Urwała niedopowiedziane zdanie, bo mrok zbierający się nad nią zgęstniał jeszcze bardziej. Zza niego wysunęła się fala, czarna, wijąca się masa, jak cień wielkiego skrzydła albo dym unoszący się z pożaru. Zawirowała nad nią, gotowa pochłonąć ją i dziecko jednym ruchem.
Wiktoria krzyknęła – krzyk ten nie był jednak wyrazem rozpaczy, lecz dzikim, pierwotnym wrzaskiem matki lwicy broniącej swojego potomstwa. W tej samej chwili synek poruszył rączką, jakby w odpowiedzi, a jego drobny gest sprawił coś niezwykłego: ciemność zetknęła się z mocą większą niż ona sama.
I wtedy światło zaczęło rozlewać się wokół – biło nie z lampy, nie z nieba, lecz z tego maleńkiego życia przyciśniętego do jej piersi. Ciemność cofała się w popłochu, pękała, rozpraszała się jak mgła o poranku, aż w końcu zniknęła całkowicie.
„Nawet jeśli ciemność wielka nas zakryje…”¹ – echo tej pieśni, którą wiele razy śpiewała w kościele podczas uwielbienia, zabrzmiało w jej sercu wyraźniej niż kiedykolwiek. „Przecież dla Ciebie noc jest jasna tak jak dzień. Nigdy nas nie zgubisz, ani na chwilę…”
Światło otuliło ją i dziecko. Ciche i czyste, jak obietnica lepszego jutra. A potem wszystko nagle się urwało – jakby ktoś przeciął tkaninę snu ostrym nożem.ROZDZIAŁ 2
SERCA ROZPALONE RADOŚCIĄ
– Motocykl? Zimą? – Hubert zrobił wielkie oczy, słuchając opowieści swojej narzeczonej, która energicznie mieszała w dzbanku aromatyczną zimową herbatę. Zapach świeżo pokrojonej pomarańczy łączył się z korzenną wonią goździków, unosząc się w przytulnej kuchni. – Gość lubi ryzyko, nie ma co! Lepiej powiedz, co z Anią. Czemu do mnie nie zadzwoniłyście? Przecież bym wam pomógł… – powiedział, podając jej dwa kubki z kuchennej szafki.
– Och, wiedziałam, że masz dziś dużo pracy przy tym ostatnim remoncie, a tata był w domu… ale – powiedziała Roska, obracając się w stronę Sypniewskiego. – Słuchaj tego, bo to jeszcze nie koniec historii – dodała z przejęciem. – Gdy Anka w końcu usiadła w Zakątku, żeby trochę ochłonąć, zrobiłam jej herbatę i zaczęłyśmy rozmawiać, zastanawiałyśmy się, co dalej w tej sytuacji zrobić. Ostatecznie zadzwoniłyśmy do taty, który nam doradził, żeby jednak zgłosić to zdarzenie na policję, bo skoro samochód ma autocasco, to naprawa powinna zostać pokryta z ubezpieczenia, ale musi być dowód, że taki wypadek miał miejsce. A poza tym – Róża przerwała na moment opowieść, rozlewając gorący napar do kubków – może złapaliby motocyklistę, który spowodował to zamieszanie?
Hubert patrzył z zaciekawieniem na ukochaną, ze szczegółami przytaczającą mu historię z zimowego poranka.
– Anka była zdeterminowana, żeby jakoś złapać tego gościa, więc w jednej chwili zerwała się z krzesła i wybiegła na ten mróz. Chwilę stała przy drodze, ale nic. Cisza. Facet się rozpłynął w powietrzu. Ani motocyklu, ani kierowcy.
Sypniewski zmarszczył czoło, nie kryjąc zdziwienia.
– Ale akcja… No i co? Przepadł? Odjechał? Tak po prostu?
– Anka podeszła do swojego samochodu, bo zauważyła, że pod wycieraczką przedniej szyby była jakaś duża kartka, lekko zmoczona już od śniegu. Gdy ją rozłożyła, zobaczyła krótki liścik: „W sprawie naprawy auta” i podany numer telefonu. A na końcu jeszcze: „Przepraszam, M.”.
– M.? – Hubert powtórzył, jeszcze mocniej się dziwiąc. – To jakieś żarty? Czemu koleś nie wszedł od razu do kwiaciarni, żeby wyjaśnić tę sprawę, tylko bawi się w kotka i myszkę? I nawet imienia nie podał, no bez kitu… Jeszcze to „przepraszam”. – Chłopak odstawił kubek na blat i ponownie spojrzał na Roskę. – I co? Zadzwoniłyście do niego czy na policję?
– Właśnie… Ania próbowała zadzwonić najpierw do niego, ale odrzucił połączenie, a później numer już nie odpowiadał. A wypadku w końcu nie zgłosiła… przynajmniej nie przy mnie.
Sypniewski pokręcił głową, wzdychając ciężko. Wziął duży łyk herbaty, próbując oswoić rosnące w nim napięcie. Spojrzał na Roskę, której oczy błyszczały w półmroku kuchni. Widział, jak tli się w nich ta sama myśl co jego: o co chodzi z tajemniczym M.?
– Przedziwna historia – zaczął spokojnie. – Mam nadzieję, że Ania nie będzie próbowała załatwiać tego na własną rękę, tylko w razie czego poprosi nas o pomoc. Może napisz do niej i zapytaj, jak sytuacja, co?
– Też o tym myślałam – odparła Róża, łapiąc za telefon. Wystukała krótką wiadomość i wcisnęła zieloną strzałkę na wyświetlaczu, by wysłać ją do koleżanki. Miała nadzieję, że sytuacja szybko się wyjaśni. Mogła sobie jedynie wyobrazić, ile wspomnień musiało ponownie się pojawić przed oczami dziewczyny, której rodzice zginęli w wypadku. Nie chciała już ciągnąć tego tematu, tworzyć z Hubertem scenariusza na miarę filmu. Po wydarzeniach ostatnich miesięcy, które przeżywali razem z Gabrysią, łatwo było popaść w nadmierne spekulacje i zahipnotyzować się tajemniczymi inicjałami.
Róża przysunęła się bliżej Huberta, a ten objął ją czule ramieniem, opierając się na miękkiej poduszce. Aromat zimowej herbaty wciąż unosił się w powietrzu, tworząc ciepły, przytulny klimat w jego mieszkaniu.
– Lepiej powiedz, jak w pracy. Jak idzie ci remont u tej rodziny, która kupiła stary dom? – Dziewczyna naturalnie zmieniła temat.
– Na Kwiecistej… ‒ odpowiedział, uśmiechając się ciepło na samo wspomnienie o tym wyjątkowym miejscu. – Powiedziałbym, że jak na warunki, jakie zastałem na początku, to praca idzie całkiem sprawnie. Ten budynek ma naprawdę niesamowity potencjał: wysokie sufity, drewniane belki na poddaszu i spore okna od strony wielkiego sadu. Teraz zimą może tak tego nie widać, ale gdyby na dole przekuć ścianę w kuchni, to można by zrobić duży taras z pięknym widokiem na kwitnące wiosną drzewa. Zresztą, sporo tam jest takich perełek do przerobienia, które w przyszłości będą cieszyć oczy. Teraz na pewno perspektywa remontu przeraża właścicieli. Wiesz coś o tym, prawda? – Zaśmiał się, przytulając ją do siebie mocniej.
– O tak! Zdecydowanie! Ale na szczęście miałam niezastąpioną pomoc. – Dziewczyna obróciła się i skradła mu całusa. Była mu ogromnie wdzięczna za wszystko, co zrobił dla niej w Różanym Zakątku. – A wracając do tej rodziny… – Zamyśliła się na chwilę, próbując sobie wyobrazić coś na ich temat. – Ciekawe, skąd się tu przeprowadzili i czemu wybrali akurat to miejsce. Młodzi są?
– Boguszewscy? – Zastanowił się chwilę. – To małżeństwo w wieku moich rodziców, choć mają piątkę dość małych jeszcze dzieci. – Na te słowa Roska zrobiła wyraźnie zaskoczoną minę. – Więc pewnie dlatego zdecydowali się na przeprowadzkę – dopowiedział Hubert, sięgając po kubek z herbatą. – Jak stwierdził właściciel, dom jest trochę zaniedbany, ale ma w sobie to coś. Zgadzam się z nim w zupełności. Jeszcze będzie pięknie!
Róża pokiwała głową z uśmiechem.
– Już ty się o to postarasz, co? – Pogładziła narzeczonego po twarzy i delikatnie odgarnęła opadające mu na czoło włosy. – Jestem pewna, że ten dom czekał na nich. Ludzie nie bez powodu trafiają w dane miejsce. O! Nasz Nikodem na przykład! Myślisz, że przypadkowo znalazł się w pensjonacie Gabrysi? – zadała pytanie, choć oboje znali na nie odpowiedź. – No, ale te dzieci… Mówisz, że są małe. W jakim mniej więcej wieku?
Sypniewski spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.
– Serio? Myślisz, że potrafię określić wiek dzieci? – Zaśmiał się. – Nie mam pojęcia. Może pięć, siedem, dziesięć lat? Widziałem tam też kilka razy starszego chłopaka, na oko… dwadzieścia dwa, może dwadzieścia cztery lata? Nie wiem, czy to ich syn, ale kręci się zwykle koło starej szopy i garażu. Odśnieża, coś wynosi. Może w czymś im po prostu pomaga?
Róża była ciekawa ich historii. Zaintrygowana, odstawiła pusty kubek na stolik i przysunęła się jeszcze bliżej do swojego narzeczonego.
„Przeprowadzka, remont starego domu, piątka dzieci… Musi się tam tlić jakaś wyjątkowa opowieść” – myślała w duchu. Hubert spojrzał na nią z uśmiechem, dobrze znał ten błysk w jej oczach. Znów coś ją poruszyło. Znów chciała być światłem w czyimś zmierzchu. Objął ją mocno i spojrzał w ciepłe, czekoladowe oczy.
– Kocham cię, Roska – powiedział półszeptem i nie czekając, aż mu odpowie, zamknął jej niewypowiedziane słowa w swoich ustach, po czym wplótł palce w jej miękkie włosy. Róża odwzajemniła pocałunek z czułością.
Za oknem śnieg cicho osiadał na parapecie, a oni – w cieple jego mieszkania, między zapachem pomarańczy a parą unoszącą się dzbanka aromatycznego naparu – na chwilę oboje zapomnieli o tajemniczym M.
Zimowe morze w Dziwnowie miało w sobie coś mistycznego. Było ciche, spokojne, surowe i majestatyczne. Linia horyzontu zacierała się w mlecznej mgle unoszącej się w powietrzu, a fale, ciężkie i poszarzałe, uderzały o brzeg w jednostajnym rytmie, jakby morze oddychało własnym, nieśpiesznym tempem. Słońce już dawno zniknęło za ciężkimi, ołowianymi chmurami, a światło stojących przy deptaku latarni rysowało złotawe smugi na mokrym piasku i zamarzniętych plamkach wody. Niebo – gęste i ciemne – wisiało nad zatoką jak zasłona oddzielająca świat zewnętrzny od tego, który należał tylko do Witkowskich siedzących na ogrzewanym tarasie swojej ulubionej restauracji. Ona i on, okryci grubymi pledami, ogrzewani ciepłem nie tylko lamp gazowych, ale też swoich serc, tak bardzo stęsknionych za takimi romantycznymi chwilami.
– Nie wierzę, że nam się w końcu udało – powiedział Janek z uśmiechem, poprawiając żonie pled zsuwający się z ramion. – Randka z moją ukochaną żoną, i to w środku tygodnia! Bez telefonów od klientek przekładających termin przymiarek, bez laptopów z tabelkami, bez spraw do ogarnięcia. Czy to cud? – Zaśmiał się, biorąc jej dłoń w swoją. – Dziękuję, że wszystko zorganizowałaś i zrobiłaś mi niespodziankę. – Rozejrzał się dookoła, podziwiając zapalone przy szerokich oknach migoczące światełka. – Zimą jest tu równie pięknie, jak latem.
Wiktoria czuła nieco inne emocje niż jej mąż. Cieszyła się, że udało jej się tak zorganizować popołudnie i mogli wyjść razem, ale wiedziała, że już niedługo przekaże Jankowi wiadomość, że zostanie tatą. Jej ekscytacja była zatem inna niż jego, bo przeplatała się z tysiącem pytań kotłujących się w głowie.
– Też się cieszę. – Odwzajemniła czuły gest i pogłaskała męża po dłoni. Spojrzała na zimową dekorację restauracji, która dodawała temu miejscu klimatu. Cicha jazzowa muzyka była idealnym tłem do tego, co za moment miało się wydarzyć. – Od ślubu minęły dwa miesiące, a my zamiast zaplanować urlop i nacieszyć się sobą, rzuciliśmy się w wir pracy – powiedziała, lekko marszcząc nos. – Masz rację, Janku, z tym, co mówiłeś ostatnio, że powinniśmy w końcu wybrać się w tę podróż poślubną. – Chciała dodać, że później może być coraz ciężej, ale jeszcze ugryzła się w język. Janek wyraźnie ucieszył się na te słowa.
W tym samym czasie kelner przyniósł zamówione wcześniej dania. Aromat przyprawionych owoców morza rozszedł się w powietrzu, mieszając się z korzennym zapachem rozgrzewających herbat, które mieli już na stoliku. Młody chłopak postawił talerze przed gośćmi i stojąc wyprostowany jak struna, zaproponował uprzejmym tonem:
– Do owoców morza polecam schłodzone białe wino, może chardonnay dla państwa?
– Ja dziękuję, dzisiaj jestem kierowcą. – Janek się uśmiechnął i spojrzał na żonę. – Kochanie, a ty? Może dasz się namówić na lampkę swojego ulubionego?
Wiktoria pokręciła głową.
– Nie, dziękuję. Nie dzisiaj. – Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Nie mogła i jeszcze długo nie posmakuje żadnych alkoholowych trunków.
Witkowski zamrugał lekko zaskoczony, ale nie drążył tematu. Uznał, że żona nie ma dzisiaj ochoty na wino albo może ból głowy ponownie ją męczy, tylko nie przyznaje się do tego głośno. Może wzięła tabletki przeciwbólowe, a on nawet o to wcześniej nie zapytał? Poczuł wyrzuty sumienia.
– Wszystko w porządku? – zapytał z czułością, gdy kelner się od nich oddalił. – Jak się czujesz, Wikuś? Jak twoje bóle głowy?
– Trochę lepiej. Rano chyba jest najgorzej, a teraz… – Witkowska chciała powiedzieć, że czuje się dobrze, ale zapach owoców morza sprawił, że momentalnie dopadły ją mdłości. – Dobrze, kochanie, ale wiesz… Przepraszam cię, muszę wyjść do toalety. – Mówiąc to, była już jedną nogą obrócona ku wyjściu z restauracyjnego tarasu.
Janek nie zdążył nic powiedzieć, odprowadził tylko żonę wzrokiem. Wpatrzony w parę unoszącą się znad talerzy, zastanawiał się, czy aby na pewno Wika mówi mu prawdę. Wyglądała na bladą i osłabioną, a jeszcze przed chwilą rozmawiała z nim, uśmiechając się promiennie.
Wiktoria przeszła szybkim krokiem przez ciepły, przytulny korytarz lokalu, po czym zniknęła za drzwiami toalety. Rozpuszczone długie włosy zebrała na bok i oblała kark zimną wodą. Czuła, jak robi jej się gorąco, oddychała nieco szybciej, próbując opanować kiepskie samopoczucie. Spojrzała w lustro. Miała lekko zaróżowione policzki, rozszerzone źrenice, a w spojrzeniu coś, czego jeszcze u siebie nie znała – matczyną łagodność, ukrytą gdzieś pod nerwami i całą tą adrenaliną ostatnich dni, z którą jak na razie zmagała się sama. O ciąży nie powiedziała nikomu. Ani rodzicom, ani pani Rozalce. Chciała, by Janek dowiedział się pierwszy.
„To tylko hormony” – pomyślała, przecierając chusteczką delikatnie rozmazany tusz pod okiem. Wzięła jeszcze raz głęboki oddech.
– Dasz radę, Wika – szepnęła do swojego odbicia, myśląc o mężu, którego zostawiła przy stoliku. Musi mu już powiedzieć, nie może dłużej zwlekać.
Poprawiła włosy, wygładziła rękawy wełnianego sweterka w cynamonowym kolorze i spojrzała na siebie z odrobiną odwagi, jakby chciała dodać sobie otuchy. Wyszła z łazienki i wróciła na taras, gdzie Janek czekał, zatopiony w myślach.
– Już jestem – powiedziała cicho, siadając na krześle, i założyła kosmyk włosów za ucho.
– Już lepiej? – Witkowski zapytał, marszcząc brwi z troską. Uważnie się jej przyglądał.
– Tak, już lepiej. Trochę mnie zaskoczył… ten zapach. Dawno nie jadłam owoców morza… – odpowiedziała spokojnie, choć w środku serce waliło jej jak szalone. Już miała pociągnąć temat, ale mąż zaczął bombardować ją pytaniami.
– Może zamówisz coś innego? – Otworzył kartę dań, leżącą na końcu stolika. – Zupa? Pieczona kaczka? Nie musisz jeść tego makaronu na siłę, kochanie.
Zapach sosu znów doszedł do jej nozdrzy. Zrobiło jej się gorąco. Nerwowo zaczęła masować skroń.
– Wika? – Pogładził ją po dłoni. – Kochanie, martwię się – dodał w końcu, patrząc na nią z przejęciem.
Wiktoria nie chciała już przedłużać. Wzięła głęboki oddech i bez słowa sięgnęła do swojej torebki, przewieszonej na oparciu krzesła. Janek obserwował ją w milczeniu, wciąż czekając na odpowiedź. Jej dłoń poruszała się niespiesznie, jakby czas nagle zwolnił. Gdy w końcu wyjęła starannie zapakowane pudełeczko owinięte w czerwony papier z atłasową wstążką, podała mu je z lekkim uśmiechem, ale też delikatnym drżeniem rąk.
– To dla ciebie. Uszyłam coś wyjątkowego – powiedziała cicho, spoglądając mężowi prosto w oczy.
Janek spojrzał z zaciekawieniem na nią, a potem na pakunek, wciąż nic nie rozumiejąc. Jego brwi uniosły się lekko, ale na twarzy nie było jeszcze ani cienia domysłu. Rozwiązał ostrożnie wstążkę, rozchylił papier. W środku znajdowały się maleńkie, kremowe śpioszki z haftowaną kieszonką. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak ozdobny rekwizyt – przepiękne dzieło rąk Wiktorii, jak wiele jej projektów, z których mogła być dumna. Ale tym razem rozmiar ciuszka, który leżał przed nim, sprawił, że Janek znieruchomiał. Sięgnął palcami do kieszonki i wyjął małą, złożoną kartkę. Gdy ją rozłożył, zobaczył odręcznie zapisaną wiadomość: „Tatusiu, do zobaczenia wkrótce!”.
Witkowski spojrzał na Wiktorię. Już nie kryła swoich emocji – jej oczy były pełne łez, na wargach drżał ledwie powstrzymywany uśmiech.
– Wikuś… Ty… ty jesteś… – wyszeptał, a potem wypuścił powietrze z piersi, jakby do tej chwili wstrzymywał oddech. – Kochanie… będziemy mieli dziecko? – Jego oczy rozbłysły nadzieją.
Kobieta kiwnęła głową, bo nie ufała swojemu głosowi, i wyciągnęła ręce do męża, dając znać, że jedyne, czego teraz pragnie, to zatopić się w jego ramionach.
Janek zrozumiał. Pospiesznie odsunął krzesło i podszedł do ukochanej. Uklęknął przy niej, nie zważając na to, czy ktoś z gości restauracji ich obserwuje. Objął ją ramionami i przytulił do siebie mocno, czule, jakby świat wokół zupełnie przestał istnieć.
– Boże… nie wierzę… – szeptał jej do ucha, gładząc jej długie, falowane włosy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę. Wika. – Odchylił się i spojrzał jej prosto w oczy. – To najpiękniejsza, najcudowniejsza wiadomość.
Tymi słowami sprawił, że po jej ciele rozlało się przyjemne ciepło. Wiktoria wtuliła się jeszcze na moment w ramiona ukochanego Janek, wciąż obejmując ją ramieniem, usiadł obok, przysunąwszy bliżej swoje krzesło. Ściskał jej dłoń, uśmiechał się, a w oczach błyszczały mu łzy, które mieszały się z iskrą chłopięcej ekscytacji.
Przez oszklony taras spojrzał na morze, oświetlone latarniami i rozmazane w lekkiej mgle. Fale odbijały światło w szaro-perłowych smugach. Ten sam krajobraz, który jeszcze chwilę wcześniej wydawał się surowy i odległy, teraz nabrał symbolicznego znaczenia. Wyobraził sobie siebie i swojego syna, jak razem pokonują fale, uczą się wiatru, śmieją się z każdej wywrotki na desce.
„A jeśli będziemy mieli córkę? To nie jest istotne – pomyślał w duchu. – Przecież też nauczę ją skakać na kicie”.
– Wikuś – powiedział w końcu – już widzę, jak uczę nasze dzieci latać ponad falami – dodał cicho, bardziej do siebie niż do niej. – Zabiorę je nad Bałtyk, pokażę, jak się łapie wiatr. Wszystkiego je nauczę. Wszystkiego. Kite’a, deski, roweru, życia…
Wika zaśmiała się w głos na te wszystkie plany męża. Cieszyła się, że Janek z taką radością przyjął wieść o ciąży. Przez chwilę oboje milczeli, pozwalając, by cisza mówiła za nich więcej niż słowa. Mroźny wiatr znad morza owiewał taras, ale ogrzewały ich lampy znajdujące się w pobliżu, podobnie jak serca rozpalone radością.
Tego wieczoru czas w Dziwnowie się zatrzymał. Dla Witkowskich nie istniał już chłód zimy, nie było już niepokoju ani niewyjaśnionych wyników badań. Byli tylko oni: dwoje kochających się ludzi, którzy z czułością i nadzieją przyjęli cichy szept nowego życia.
A to życie miało im pokazać, jak wielką trzeba mieć w sobie siłę, by nie tylko przyjąć cud, ale także go ochronić.