-
nowość
Darwinizm i neodarwinizm najwiekszą kpiną z nauki i z rozumu - ebook
Darwinizm i neodarwinizm najwiekszą kpiną z nauki i z rozumu - ebook
Książka ta jest odważną, popularnonaukową krytyką darwinizmu i neodarwinizmu. Autor analizuje argumenty dotyczące pochodzenia gatunków, zapisu kopalnego, biologii molekularnej, epigenetyki, informacji biologicznej oraz metodologii nauki. Pokazuje, że wiele kluczowych twierdzeń ewolucjonizmu ma charakter spekulacyjny i nie posiada tak mocnych (właściwe żadnych) podstaw empirycznych, jak się powszechnie przyjmuje i ludziom wmawia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Popularnonaukowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398114202 |
| Rozmiar pliku: | 7,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wstęp ...................................................................................................5
Zanim Darwin rozpoczął wielki tumult myślowy
w społeczeństwie ..............................................................................21
Kościół katolicki i darwinizm ........................................................ 28
Ewolucja biologiczna....................................................................... 32
O rasach mówiono już wieki przed Darwinem ........................... 49
Biolodzy nie są zgodni co do tego czym jest życie .......................56
Samorództwo po liftingu .................................................................59
Gatunek, czyli co............................................................................... 63Walka o byt i dobór naturalny ........................................................77
Dobór naturalny jest tautologią, niczego w ewolucji
nie wyjaśnia...................................................................................... 84
Darwinowskie drzewo życia ........................................................... 99
Niedorzeczność tzw. eksperymentów ewolucyjnych ................ 106
Genetyka mendlowska zmiata teorię Darwina
i neodarwinizm ............................................................................. 111 Podobieństwa molekularne nie są dowodem na wspólne
pochodzenie organizmów ............................................................ 124 Zegary molekularne to jedno wielkie oszustwo ....................... 128
Przypadku nie da się oswoić ....................................................... .131
Głupia rzęska czy wić zadaje kłam darwinizmowi .................. 143
Epigenetyczna rewolucja .............................................................. 147
Tzw. mikroewolucja w kontekście darwinizmu jest
bez znaczenia ................................................................................. 153
Darwiniści i dzisiaj widzą ewolucję ............................................ 155
Błędne koło narządów homologicznych .................................... 160
Darwiniści nie mogą sobie poradzić z teleonomią
w organizmach żywych............................................................... 164
Dane paleontologiczne przeczą darwinizmowi ........................ 170
Co mówią tzw. żywe skamieniałości .......................................... .184
Dowody z biogeografii ................................................................. .186
„Małpolud wodny” obnaża ewolucyjne bajania,
co do pochodzenia człowieka .................................................. ..191
Narządy szczątkowe nie istnieją ................................................. .2045
Wstęp
Zacznę od uwagi, że na temat ewolucji biologicznej wiemy znaczniej mniej niż się powszechnie ludziom wydaje czy raczej dużo mniej od tego, ile usiłują nam wmówić ewolucjoniści, czy-li wyznawcy darwinizmu. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że te setki mniej lub bardziej opasłych tomów ją opisujących ma w gruncie rzeczy ten sam status epistemologiczny co, może czasem interesujące, ale jednak bajki. Zgadzam się z N. Chomsky, że naszą niewiedzę można podzielić na problemy i misteria; wygląda na to, że z ewolucji biologicznej zbyt pośpiesznie i w sposób nieupraw-niony, jak mniemam, uczyniono właśnie problem, czyli uznano, że nawet, jeśli nie znamy pełnego (tak Chomsky rozumie problem) rozwiązania, to mamy pewne przypuszczenie odnośnie tego, czego szukamy, a wiedza tycząca ewolucji biologicznej wciąż rośnie. Ewo-lucjoniści chętnie zgodzą się, że nie wszystko jeszcze tu rozumie-my, ale stawianie pytania czy darwinowska ewolucja biologiczna rzeczywiście ma miejsce, jest według nich niedorzecznością. Oni już dawno orzekli twierdząco. Na czym ufundowali to twierdzenie? Ano na swoich bajaniach i wierzeniach. Tylko i wyłącznie na tym.
Analiza metodologiczna tej ich „teorii” nie pozostawia żadnych złudzeń. To nie jest, w naukowym sensie, żadna teoria. Dlacze-go? Bo nie wypełnia kryteriów badania naukowego, nie ma tu wszystkich kolejnych kroków, elementów, które decydują czy coś jest teorią, wiedzą naukową czy też tylko nic nie wartą spekulacją.
Już uczniowie szkół średnich doskonale wiedzą, że pierwszym eta-pem w badaniach biologicznych (w każdych zresztą) jest obserwa-cja. I ten etap ewolucjonistom, jak najbardziej, zaliczamy: od wieków mamy tysiące obserwacji dotyczących nieprzebranego bogactwa gatunkowego organizmów. Wiele z nich jest doskonale opisanych, znamy ich budowę, biologię, itp. Ewolucjoniści spełniają też drugi krok badania naukowego tj. formułują problem badawczy pytając, skąd to bogactwo gatunkowe na Ziemi się wzięło? Nie budzi też za-strzeżeń stawianie przez nich hipotez na ten temat. Karol Darwin hipotetycznie przyjął, że gatunki powstają jedne z drugich (trans-mutacja), a ich przekształcanie rozpoczęło się miliardy lat temu, od6
jakiegoś pojedynczego wspólnego przodka. Motorem tych prze-mian ma być zmienność organizmów, tzw. dobór naturalny i dzie-dziczenie cech. Dyskwalifikacja darwinizmu rozpoczyna się w kro-ku następnym badania naukowego, tj. na etapie weryfikacji hipotezy badawczej. Ani Karol Darwin, ani dziesiątki jego wyznawców nie potwierdzili tej hipotezy. Nie przedstawili najmniejszych nawet do-wodów na jej prawdziwość, choćby jednego przykładu, że z gatunku A powstał gatunek B. Pominę, już z litości wobec nich, pytanie o to, co się stało z gatunkiem A, skoro jego osobniki były gorzej przysto-sowane? Okrzyknięto jednak (i wciąż wrzeszczą), że takie dowo-dy mają, naciągając ekotypy gatunku, jako dowód na powstawanie nowych gatunków czy też w zmienności modyfikacyjnej dopatru-jąc się tegoż. Niestety, tylko w swoich głowach mają owe dowody.
Powyższe nie pozwala przyznać ewolucji biologicznej statusu teorii. Tak, więc darwinizm, neodarwinizm czy syntetyczna teoria ewolucji nigdy nie była i nie jest, na gruncie metodologii nauk, teo-rią. Jeśli ewolucjoniści podadzą niepodważalne dowody na praw-dziwość ich hipotez, to darwinizm dopiero wtedy stanie się teorią.
Twardych dowodów od ponad 150 lat nie przedstawili, ale są i tacy, szczególnie dla nauki niebezpieczni, którzy twierdzą, że teoria na-ukowa nie wymaga dowodów. Według tych mędrców wystarczy, że w jej ramach da się poukładać, wyjaśnić wszystko, co daje się zaob-serwować w obejmowanym przez nią zakresie. I to ma wystarczać.
Tyle,że dobrze skonstruowana bajka też może spełniać to ich kryterium. Twierdzę, że ewolucja biologiczna to jednak miste-rium w rozumieniu Chomskiego i jedyne, na co nas stać wobec niej, jeśli w ogóle istnieje, to zdumienie i przyznanie, że nauko-wo wyjaśnić jej nie potrafimy. Brak rozróżnienia problemów i misteriów Chomskiego być może bierze się z braku pokory i z obecności pychy u niektórych naukowców. Powstają setki tomów o ewolucji biologicznej, a więc o czymś, co w rzeczywi-stości nie istnieje. Nie wierzysz im? No, to jesteś płaskoziemcem.
Choć nie ufam wielu badaniom sondażowym, to te dotyczące percepcji ewolucji wśród ogółu społeczeństwa nie wydają się być niewiarogodnymi, nierzetelnymi – dlaczego sondażownia miałaby kłamać, skoro to nie politycy manipulatorzy zamawiają badanie –7
tu wręcz odwrotnie, raczej naciągałaby wynik w drugą stronę. Oto z badań wynika, że teoria ewolucji nie ma powszechnej akceptacji społecznej1, a duży odsetek badanych ( nawet do 50%) podkreśla, że teorii tej brakuje dowodów2. Ewolucjonista powie, że mamy tu do czynienia ze „zwykłymi ludźmi” i ich przekonania w kwestii teorii Darwina nic nie znaczą. Zauważmy tu jednak, że inne teo-rie, rzeczywiście naukowe, nie są przez owych „ zwykłych ludzi” kwestionowane w tak dużym stopniu. Co to może oznaczać? Tyl-ko to, że tzw. zwykli ludzie mają więcej rozumu niż utytułowani, a jakże, ewolucjoniści, bardzo niewiele pamiętający albo niena-dążający za najnowszymi badaniami z zakresu biochemii, biolo-gii molekularnej czy innych „twardych” dyscyplin biologicznych.
Termin ewolucja ma wiele różnych znaczeń, mówimy np. o ewolucji czyichś poglądów, ewolucji gwiazd, o zmianach czegoś w czasie, ale znaczenie, jakie temu terminowi nadano za sprawą Darwina i jego wyznawców, odnosi się do ewolucji biologicznej, czyli powstania życia i jego przebogatej różnorodności gatunko-wej. Oczywiście, sceptyczny stosunek do darwinizmu nie oznacza, że musimy w ogóle zrezygnować z naukowego podejścia do pyta-nia jak powstało życie, jak powstały gatunki, jak powstał człowiek. Chcę w tej książce jedynie wykazać, że tzw. teoria ewolucji, ta, której w tej postaci początek dał Darwin, ta, o której uczą nas w szkołach, i o jakiej, broń mnie Panie Boże, ja sam w nich nauczałem ( dobrze, że w programach szkół średnich to tylko parę godzin), ale także na uniwersytetach, jest niczym więcej, jak tylko bajką. Jest to jedy-nie opinia pana Darwina i takową niechby pozostała, nikt specjal-nie dzisiaj, by się już ją nie zajmował. Jednak nie, z tej opinii „na siłę” uczynili, na szczęście tylko werbalnie, teorię i od stuleci wma-wiają światu, że tak, a jakże, darwinizm po wszystkich liftingach i wręcz resuscytacjach krążeniowo-oddechowych jest teorią, która rzekomo doskonale tłumaczy skąd się wzięło życie, jak powstały niezliczone gatunki organizmów i wreszcie…jak powstał człowiek. Kto to uczynił i kto wmawia? Ano dziesiątki takich naukowców jak np. Haeckel, Dawkins, Coyne, Futuyma czy sam Darwin, którego przekonywały, może nie do końca, także wywody jego klakierów.
Wizja, że gatunki w przyrodzie powstawały jedne z drugich, jest8
w istocie odrodzoną przedchrześcijańską, przyswojoną przez współ-czesną kosmogonię ewolucyjną, ideą pogańską o przechodzeniu jed-nych bytów w inne. Z nauką to nie ma nic wspólnego i nigdy nie miało.
Rozszerzenie „ewolucji” na „ewolucja biologiczna” jest, owszem uprawnione, ale powinno się przez nie rozumieć to, i tylko to, że byty biologiczne podlegają zmianom, jak zresztą wszystko, co na tym świecie istnieje. Jednak uzurpacja, że zmiany te, to wynik dzia-łania jakiegoś tam doboru naturalnego, który miał doprowadzić do, nawet w pełni jeszcze nierozpoznanego, zdumiewającego bogac-twa gatunkowego na Ziemi, wyprowadzonego od jednego przod-ka (niech by ich było nawet kilku), jest prymitywnym nadużyciem, które Darwinowi można jeszcze wybaczyć, ale darwiniści nadawali i wciąż nadają większe znaczenie jego pracy niż nadawał jej, w każ-dym razie na początku, on sam. Dla dzisiejszych uczonych typu Dawkins, tego od „Boga urojonego”, czynienie z doboru naturalne-go jakiegoś demiurga, który może stworzyć wszystko, gdy chodzi o organizmy, to już ewidentny blamaż. Parafrazując nieco Percy Ray-monda3, który o swoich kolegach paleontologach kpiąco twierdził, że w swym lamarkizmie prześcignęli nawet Lamarcka, można by rzec, że darwiniści w swym darwinizmie prześcignęli samego Darwina.
Również uczeni duchowni, a w tym ks. prof. Michał Heller, Laureat Nagrody Templetona i autor wielu cieka-wych, a mądrych książek, tak pisze o ewolucji biologicznej:
Oczywiście, można tych odkryć nauki nie uznawać, jak można wierzyć w sztuczki Harry’ego Pottera. Ale jeżeli ktoś głosi, że Ko-ściół sprzeciwia się teorii ewolucji, kompromituje się w oczach uczonych i wielu myślącym ludziom zamyka drogę do religii. Na-stępnym krokiem, po odrzuceniu teorii ewolucji, powinno być za-kwestionowanie ewolucji kosmosu, (bo obie stanowią jedność).4
Są jednak poważne wątpliwości, co do, niejako uwierzytelniania ewolucji biologicznej, ewolucją kosmosu. Z tego, że ewoluowa-ły pierwiastki, galaktyki, gwiazdy, cały kosmos, wcale nie wyni-ka, że ewolucji w sensie darwinowskim podlegały i podlegają or-ganizmy żywe. Wprawdzie w minionym wieku Wasmeann głosił, że „akceptacja ewolucji gatunków organicznych jest jedynie lo-giczną konsekwencją ewolucji kosmicznej i geologicznej 5, ale to9
była i taką pozostała, tylko jego opinia. Od biedy, jakichś bardzo słabych analogii między ewolucją np. gwiazdy a życiem osobnika, w sensie od ich narodzin do śmierci, tak, można się doszukiwać. Ale tu nie ma mowy o ewolucji w sensie darwinistycznym. Mó-wiąc, że ewolucje te stanowią jedność czy choćby są do siebie zbli-żone, jest tylko założeniem, opinią, hipotezą. A hipotezy, choćby
i najpiękniejsze, porywające, cudowne w swej prostocie, po-zostaną hipotezami, dopóki nie znajdą potwierdzenia w na-uce, czyli nie zostaną udowodnione. Nawet wtedy, gdy będą to hipotezy powstałe w najbardziej uczonych, mądrych głowach.
K. Popper słusznie zaprzeczał bajaniom darwinistów, jakoby darwinizm, tym samym neodarwinizm był teorią naukową; jest jedynie „metafizycznym programem badawczym”6, czymś nie-sprawdzalnym (niefalsyfikowanym), a w kwestiach różnorodności gatunkowej organizmów żywych nic niewyjaśniającym, nieprze-widującym. I takim najprawdopodobniej pozostanie na zawsze, gdzieś w lamusie poronionych doktryn, które przez wieki mamiły uczonych jak i laików. Ale nawet tak jawnie krytyczne wobec darwi-nizmu stanowisko Poppera, próbuje zamazywać ks. prof. M. Heller, kiedy mówi, że: „Należy podkreślić, że gdy Popper twierdzi, iż teo-ria ewolucji nie jest falsyfikowalna, lecz jest doktryną metafizyczną, nie oznacza to w jego ustach deprecjacji teorii ewolucji, lecz prze-ciwnie — docenienie, a nawet uwypuklenie jej znaczenia”.6 Ksiądz Profesor zdaje się tu nie zauważać, że powiedział nieco innymi słowami, „czarne jest białe”, powtórzył to, co twierdzą darwiniści oszukując ludzi, że darwinowska ewolucja biologiczna jest faktem i ma rangę teorii naukowej. Oddajmy, więc jeszcze głos K. Poppe-rowi: „..To znaczy Darwinowska teoria ewolucji, nie dysponuje wy-starczającą mocą, aby wyjaśnić ziemską ewolucję rozmaitości form życia( podkreślenie moje), niewątpliwie sugeruje tę rozmaitość, a tym samym kieruje na nią uwagę”7 Tylko po cóż komukolwiek, ja-kakolwiek teoria, która ma sugerować coś, co jest intersubiektywnie stwierdzalne przez wszystkich – różnorodność świata organizmów żywych? Owszem, dla Poppera, i nie tylko dla niego, darwinizm ma znaczenie, ale jako program badawczy właśnie. Przestarza-ły już bardzo, ciągle na kroplówkach aplikowanych przez ewolu-10
cyjnych janczarów, którzy nie są świadomi, że opowiadają bajki.
I jeszcze ta kpina o powrocie do twierdzenia, że świat został stwo-rzony cztery tysiące lat temu. Biblia nie podaje nigdzie takiego okre-su (to, że na jej podstawie niektórzy, jak np. prymas Irlandii James Usser, wyliczył, iż świat zaczął się w południe 4004 r. p.n.e., niczego tu nie zmienia), Księga ta nie jest podręcznikiem naukowym, lecz natchnionym tekstem literacko opowiadającym o Bogu i o stworze-niu, o czym kto, jak kto, ale ksiądz profesor doskonale przecież wie.
Darwin wprowadził do ewolucji swoistą maszynę zastępującą Stwórcę, która przez miliony lat wyprodukowała, z jednego wyj-ściowego, wszystkie wymarłe i żyjące gatunki organizmów. Cóż to za maszyna? Ano wspomniany tu już „dobór naturalny”, ta zwodnicza hipostaza, która według Darwina i darwinistów, musi istnieć, choć nikt go nie widział, skoro na Ziemi mamy takie bo-gactwo życia gatunkowego, a na akt kreacji Stwórcy zgodzić się nie można. Mimo, iż ów dobór naturalny był krytykowany od momentu, kiedy Darwin zaczął o nim bajać, to darwiniści, łącz-nie ze współczesnymi, kurczowo się go trzymają, bo „wyjaśnia-ją” nim wszystko, co w ich ewolucji nie jest jasnym i oczywistym.
Sam dobór naturalny wcale jasnym nie jest. Żeby sensownie o nim mówić w nauce, jaką jest biologia, powinien on mieć cha-rakter definicji operacyjnej, a to znaczy, że powinien być mierzalny. Zapytajmy największych guru współczesnego neodarwinizmu, jak można mierzyć ów dobór? Ha, wzruszą ramionami i prawdopo-dobnie nazwą nas płaskoziemcami. Nie zmieni to faktu, że jest on wytworem fantazji, a nie żadną rzeczywistością. Teoria, w której taki dobór jest jej rdzeniem, nie jest, na gruncie nauki, żadną teorią.
Nie kto inny, tylko A. Wallace, od którego Darwin być może, powiem delikatnie, zapożyczył idę doboru naturalnego, postrze-gał go zupełnie inaczej niż Darwin. Dla Wallace dobór naturalny był zasadą eliminacyjną, co jest zresztą zgodne z rzeczywistością, a nie jak dla Darwina, zasadą twórczą. To tu jest kluczowe miej-sce, w którym cały darwinizm jawi się jako bełkot, Wallace rozbija w pył twórczy charakter doboru naturalnego Darwina: „ W udo-mowionym zwierzęciu wszystkie odmiany mają równe szanse na kontynuację; a te, które zdecydowanie sprawiłby, że dzikie zwierzę11
nie będzie w stanie konkurować ze swoimi bliźnimi i kontynu-ować swego istnienia, nie są niczym w stanie udomowienia. Na-sze szybko tuczące świnie, krótkonogie owce, gołębie i np. pudle nigdy nie mogłyby powstać w stanie natury, ponieważ pierwszy krok w kierunku takich form doprowadziłby do ich wyginięcia; jeszcze mniej mogłyby istnieć ze swoimi dzikimi towarzyszami.”8
Znamienne jest, że w 1959 r. w Chicago na uroczystości 100 Lecia urodzin Darwina Julian Huxley ( wnuk Thomasa) grzmiał, iż ewolucja nie jest już teorią, lecz faktem i „i nie zamierzamy zagłę-biać się w semantykę i definicje”. Walczący ateista i gorliwy darwi-nista Dawkins opowiada tego typu banialuki o ewolucji jako fak-cie typu: „Oddalanie się kontynentów powszechnie uznawane za bezdyskusyjny, niepodważalny (w potocznym rozumieniu słowa fakt). Faktem jest, że mamy wspólnych przodków z jeżozwierzem i granatem (owoc)”9 Jakie podstawy są do powyższego porównywa-nia? Żadne, jeśli nie liczyć Dawkinsa i jemu podobnych apostołów neodarwinizmu. Czy powiedział, na czym opiera się ten jego „fakt” tyczący przodków? A po co? Huxley też nie zagłębiał się w se-mantykę i definicje. Ewolucjoniści tak mają, „wyjaśniają” wszyst-ko, co tyczy organizmów żywych działaniem doboru naturalnego, a jeśli ktoś zgłasza wątpliwości czy wręcz wskazuje bezwartościo-wość tych ich „wyjaśnień”, całkowicie go ignorują albo nazywają negacjonistą oszołomem czy jakimi tam jeszcze płaskoziemcem.
Właśnie, sam Darwin od definicji stronił – nie definiu-je przecież kluczowego dla swojego dzieła pojęcia „gatu-nek” - i mają to do dziś jego spadkobiercy. Tylko przy męt-ności wywodu, rozmyciu znaczeniowym, mogą oni sobie twierdzić, że dobór naturalny jest czynnikiem sprawczym
w ewolucji i powstawaniu nowych gatunków z już istniejących.
Dziadek J. Huxleya z pewnością nie był tak entuzjastycznie, jak wnuk, nastawiony do darwinizmu, bo mimo czasem stosowanego wobec niego określenia „buldog Darwina”, którego zresztą sam był autorem, miał poważne zastrzeżenia10 do idei Darwina: nie przekonywała go rola doboru naturalnego w powstawaniu gatun-ków, utrzymywał też, że nie ma dowodów eksperymentalnych na wspólnotę tychże, a ewidentne podobieństwa w budowie organi-12
zmów nie powinny być łączone z teorią ewolucji. Wprawdzie po-rzucił po pewnym czasie słowo archetyp do opisu podobieństw bu-dowy w obrębie większych grup organizmów, ale nigdy nie odszedł od stosowanej przy tym, bez związku z ewolucją, metafory planu.
Podobny sceptycyzm wobec roli doboru naturalnego cechował Haeckel’a, tego wiernego apostoła Darwina, który mimo szcze-rych chęci nie znalazł argumentów, świadczących za rolą do-boru w powstawaniu gatunków, jaką przypisywał jej Darwin.11
Nie inaczej było z Owenem, Spencerem12 i innymi naukow-cami współczesnymi Darwinowi, którzy, owszem, idę ewo-lucji, jako zmiany przyjmowali, ale odmawiali, bardzo przy-tomnie zresztą, tzw. doborowi naturalnemu roli sprawczej.
Bardzo interesujące w kwestii doboru naturalnego były roz-ważania Galtona, kuzyna Darwina, o którym będziemy tu jeszcze mówić w dalszej części książki. Ów kuzyn posiadał wiele talen-tów13, badał Afrykę, wydawał o niej książki, odkrył antycyklon, zapoczątkował klasyfikację odcisków palców, a więc jest ojcem daktyloskopii do dzisiaj stosowanej w kryminologii, a nade wszyst-ko był doskonałym statystykiem mającym „bzika” na mierzeniu wszystkiego, co się dało mierzyć, np. pojemności klatki piersiowej rekrutów, wielkości nasion roślin i analizowaniu wyników tych pomiarów. W ten sposób Galton odkrył ważne narzędzie ana-lityczne w statystyce, zresztą stosowane do dzisiaj, a mianowicie regresję do średniej. Zauważył mianowicie, że w kolejnych poko-leniach obserwowane przez niego cechy nie ulegają kumulacji, jak chciał Darwin, tylko z „uporem maniaka” wracają do średnich wartości. Jeśli tak, a rzeczywiście tak było i jest, to postulowane przez Darwina „ciułanie” drobnych przekształceń dokonywanych przez dobór naturalny w rzeczywistości nie istnieje. A to przecież podstawa teorii Darwina, którą właśnie regresja do średniej roz-bija w pył. Galton próbował ratować sytuację sugerując w „Dzie-dziczeniu naturalnym”, że ewolucja toczy się zmianami nieciągły-mi uniemożliwiającymi powrót14 cech osobników do wartości średnich, ale to i tak musiało sprawić, że Darwin przewracał się w grobie i nie mogąc bronić swej nie do obrony w istocie, teorii.
Uważam, że Galton zadał, acz nieświadomie, potężny cios13
teorii kuzyna, której do tej pory nie udaje się jej aposto-łom poskładać w spójną całość i zasadnym może sta-wać się pytanie ile Darwina jest w neodarwinizmie.
Darwin korzystał pełnymi garściami z „badań” Haeckla tyczą-cych rzekomych podobieństw w rozwoju embrionalnym zwie-rząt, co miało, wg. niego, dowodzić wspólnego ich pochodzenia.
Ryc.1. Embriony wg. Haeckla, od lewej: ryby, salamandry, żółwia, kury, świni,by-dła, królika i człowieka. 15
Okazało się jednak, że ów wyznawca Darwina dopuścił się gru-bego nadużycia fałszując rysunki tyczące tegoż rozwoju.16 Póź-niej przez całe dziesięciolecia – zresztą do tej pory - powielano je w podręcznikach szkolnych i uniwersyteckich piorąc mózgi uczniów i studentów – później przyszłych nauczycieli. Szczególnie przekonujące miały być te z pierwszego szeregu: „uderzające” po-dobieństwo zarodka ryby i człowieka. Stały się one dla Darwina być może kluczowym dowodem w jego transmutacji gatunków, bowiem tak pisał w O powstawaniu gatunków... „na podstawie tego, co wiemy o zarodkach ssaków, ptaków, ryb i gadów, praw-dopodobne jest, że zwierzęta te są przekształconymi potomkami
14
jakiegoś dawnego przodka, który w stanie dorosłym był zaopa-trzony w skrzela, pęcherz pławny, cztery płetwowate kończyny i długi ogon - wszystkie przystosowania do wodnego trybu życia.”.17W „Pochodzeniu człowieka” z tą nadinterpretacją danych z em-briologii, w której Darwin nie był specjalistą, poszedł jeszcze dalej:„ Zarodek człowieka w bardzo wczesnym okresie rozwoju również nie różni się od zarodków innych kręgowców przechodzą takie same stadia rozwoju embrionalnego musimy otwarcie przyjąć teorię wspólnego ich pochodzenia”.18
Jednak najsłynniejszy embriolog europejski w czasach Darwina Karl Ernst von Baer kategorycznie nie zgadzał się z rzekomym podobieństwem zarodków różnych grup organizmów głosząc, że „embriony form wyższych nigdy nie przypominają żadnej in-nej formy, jak tylko te embriony”.20 Lenoir dodaje, że zdaniem von Baera darwiniści „zanim zajęli się obserwacją zarodków,
z góry uznali już hipotezę ewolucyjną Darwina za prawdziwą”21 I tu jest cały problem z Darwinem. Tzw. uczeni, na szczęście nie wszyscy, orzekli że jego bajeczka jest prawdziwa właśnie bez żad-nych dowodów i do dzisiaj są głusi na argumenty wskazujące na notoryczne łamanie przez nich elementarnych standardów w ba-daniach naukowych. Bełkoczą, że ta ich ewolucja rozumiana jako przekształcanie się gatunków jedne w drugie, jest, a jakże, faktem.
To, co na początku swego rysunku – linia I - Haeckel przedsta-wiał jako wczesne stadia rozwoju zarodkowego, w rzeczywisto-ści były stadiami środkowymi – tak mu pasowało, bo te pierwsze różniły bardzo znacznie zarówno co do rozmiarów, sposobów bruzdkowania jak i gastrulacji. Darwin z lubością powoływał się na te „rewelacje” Haeckla, jako na dowody rzekomo po-twierdzające jego pokraczną hipotezę ewolucyjnego wyłania-nia się gatunków z już istniejących. Funkcjonowało nawet „pra-wo” biogenetyczne Haeckla, później nieco modyfikowane, wedle którego ontogeneza miała być swego rodzaju powtórką filoge-nezy. Czy zdrowy człowiek może w to wierzyć, bo przecież do-wodów nie ma żadnych? Biolodzy od ponad wieku wiedzą, że owo prawo w sposób oczywisty rozmija się z rzeczywistością.
Może ktoś (spoza ich kręgu) mieć wątpliwości, że tzw. teoria15
ewolucji nie jest żadną teorią, a jedynie wiarą niedouczonych ateistów i różnej maści ignorantów? Nic nikomu do ich wia-ry, ale niech nie robią z niej nakazu dla osób, którym ona się jawi jako szkodliwa dla rozumu, człowieka, świata i cywilizacji brednia. Czy dzisiaj, w XXI wieku może ostać się teoria opar-ta na manipulacjach i fałszerstwach? Ha, ewolucjoniści odpo-wiadają na takie pytanie twierdząco. Tyle, że słuchają ich, tyl-ko tacy sami jak oni i, co napawa otuchą, jest ich coraz mniej.
Darwiniści zaczynają bić na alarm na amerykańskich uniwer-sytetach, że zbyt mało19 studentów wybiera kursy zorientowane na ewolucję, próbują ich nawracać m.in. przez organizowanie Dnia Darwina, na której to imprezie zachęcają, szczególnie studentów nauk ścisłych do wybierania kursów, na których ewolucja ma być im przedstawiana w ujęciu interdyscyplinarnym i przez to łatwiejsza do zaakceptowania. Prawdopodobnie słusznie się oba-wiają, że jeszcze jedno pokolenie, góra dwa i ichnia „teoria ewo-lucji” przywłaszczająca sobie również prawo i tytuł do tłumacze-nie pochodzenia człowieka od wytrwale poszukiwanego przodka wspólnego również małpom człekokształtnym, w społecznym odbiorze dokona wreszcie żywota. Jakaś tam wąska sekta orto-doksyjnych darwinistów żyjących z uprawiania poletka „ewolucja” pozostanie znacznie dłużej, ale tym przecież się nie zadowalają.
Interesujące jest to, w jaki sposób tłumaczą przyczyny tego braku zainteresowania neodarwinizmem wśród studiującej młodzieży. Pierwszą przyczynę widzą w tym, że na uniwersytetach prawie nie ma wydziałów i programów (z wyjątkiem typowo biologicznych, np. antropologii), na których byłby obligatoryjny kurs (moduł) dotyczą-cy ewolucji. Ja tu powiem „i chwała Bogu”, że nie ma przymusu in-doktrynacji młodych umysłów chorą ideą, że wszystko co na Ziemi żyje i żyło, to jedna wielka rodzina bliższych i dalszych krewniaków, jako że wszyscy mieli tego samego przodka. Druga przyczyną ma być taka, że w szkołach podstawowych i średnich uczniom wpajane są antyewolucyjne poglądy. Z tym akurat trudno się zgodzić, bo w USA bardzo dbają o to, by w szkołach, w których młodzież zapoznawana
jest ideą kreacjonizmu, były również zajęcia prezentujące neo-darwinizm. I po trzecie wreszcie, mała popularność idei glo-16
balnego spokrewnienia za sprawą pojedynczego przodka, ma wynikać z programowego rozdzielenia nauk ścisłych od hu-manistycznych – cokolwiek znaczy ten ich wywód, ja cieszę się że tak właśnie jest. To przecież młodzi są przyszłością świata, a kierując się szkiełkiem i okiem, potrafią w nauce odsiewać ziarno od plew tak w naukach ścisłych, jak i humanistycznych.
Darwin nie mógł czytać K. Poppera, ale znalazłby u niego, tak jak znajdują współcześni darwiniści, jeśli go czytają, przyzwolenie na rozmycie słów i znaczeń w dyskusji naukowych problemów, co jest wręcz u tego filozofa zaskakujące. Wprost trudno uwierzyć, że pisze on tak: „ Nigdy nie traktuj poważnie problemów dotyczą-cych słów i znaczeń. Poważnie należy brać problemy faktyczne i stwierdzenia dotyczące faktów: teorie, hipotezy, problemy, dla któ-rych stanowią rozwiązanie, oraz problemy, które z nich wynikają.”20 Nie pojmuję, jak filozof może sugerować takie podejście do języka w dyskursie naukowym?! I pomyśleć, że Leibniz21, Frege22 tak usiło-wali uściślić język naturalny, by jego składnię dopasować do reguł składni w logice. Rozumieli doskonale, że bez odpowiedniej pre-cyzacji nazw występujących w zdaniach ustalenie, co jest prawdą, a co fałszem będzie trudne lub wręcz niemożliwe. U Darwina tej precyzji, wymaganej ścisłości języka właśnie nie ma; bo kluczowe nazwy, którymi on operuje nie są dobrze zdefiniowane. A dlaczego nie? Bo i dobór naturalny, i walka o byt, i przeżywanie najstosow-niejszego, to nazwy puste. Jak można definiować coś, czego nie ma? Owszem, one mają sens, który uchwyci każdy, kto posługuje się językiem naturalnym, ale nie mają odniesień w rzeczywistości. Np. „X to pierwszy człowiek, który dotarł do jądra Ziemi” ma sens, ale przecież takiego człowieka nigdy nie było i nie ma, i nie będzie. Tak właśnie jak doboru naturalnego czy darwinowskiej ewolucji bio-logicznej, choć na gruncie semantyki sens mają. Tylko co z tego?
Tak jak właściwie każda teoria naukowa, darwinizm opiera na pewnych założeniach i przedzałożeniach filozoficznych, co samo w sobie nie jest czymś nagannym. Problem jest tylko w tym, że teoria ta czy jej resuscytacja - teoria syntetyczna (neodarwinizm), w przeciwieństwie do innych teorii znaczących dla naukowego opi-su rzeczywistości, wbrew temu co twierdzą jej wyznawcy, poza owe17
założenia nie wyszła. Mają zero dowodów, a to co uważają za dowody, jest zwyczajnym ble, ble nic niemającym wspólnego z racjo. Jeśli tak, to neodarwinizm w niczym nie jest lepszy od teorii niedarwinow-skich, a tym bardziej od teorii kreacji. Jedynie uzurpuje sobie pozy-cję na szczycie, z którego trąbi na cały na świat, iż zna prawdę o po-chodzeniu życia, bogactwa gatunkowego organizmów, także prawdę o początkach nas samych. Tyle tylko, że ta prawda darwinistów ma status trzeciej prawdy góralskiej, o której pisał prof. ks. Tischner.
Darwiniści już pierwszych dekadach funkcjonowania w świa-domości ludzi nauki i szerszych kręgów społecznych ich biblii, zdawali sobie sprawę, że jednak nie tłumaczy ona wszystkiego w kwestii powstania gatunków na Ziemi. Kiedy darwinizm wyda-wał się być już martwy jęli go przywracać do życia włączając doń genetykę Mendla (do dzisiaj nie wszyscy ewolucjoniści zdają sobie sprawę, że genetyka Mendla dobiła darwinizm), a później także Morgana tworząc tak tzw. syntetyczną teorię ewolucji czyli neodar-winizmu, łączoną zwykle nazwiskami23 Dobzhansky’ego, Huxleya, Mayra i Simpsona, a oficjalnie ogłoszoną na uroczystości 100 Lecia „O powstawaniu gatunków…” w 1959.24 Ale z biegiem dziesięcio-leci pojawiają się jednak wśród ewolucjonistów głosy, ze neodar-winizm też jest już tu niewystarczający i proponują rozszerzoną syntezę ewolucyjną25 włączając do poprzedniej nieznane wcześniej wyniki badań z zakresu ewolucyjnej biologii rozwoju (evo-devo), genomiki, ekologii i wielu innych. Jednak rdzeń, korzeń tych no-wych konstrukcji, czyli adaptacja (modyfikacje) jako wynik do-boru naturalnego, tj. pierwotny darwinizm jest, co chcę wykazać w tej książce, z gruntu fałszywy. Jeśli tak, to te nowe, następują-ce po sobie konstrukcje teoretyczne obejmujące teorię ewolucji też, z naukowego punktu widzenia, są nic nie warte. Trupa, nawet w XXI wieku żaden szarlatan czy ich mnogość, nie zdoła ożywić.
Futujma przyznaje26, że od czasu, gdy Dobzhansky zdefinio-wał ewolucję, jako zmianę częstości alleli27 w populacji, po-pulację zaczęto uważać, i tak jest do dzisiaj u ewolucjonistów, za jednostkę ewolucji. Nie jest nią gatunek, nie jest nią tak-że osobnik. Ale Darwin uważał, że tą jednostką właśnie jest konkretny osobnik. I jeśli już trzeba opowiedzieć się z któ-18
rymś z tych stanowisk odnośnie tego co jest jednostką ewolu-cji, to wybieram Darwina, mimo iż odrzucam tę jego ewolucję.
Zmiana częstości genów w populacji jest tylko pewnym za-pisem matematycznym, który fizycznie nie ma nic wspólnego z fenotypem, bo populacja nie ma fenotypu ( co miałoby nim być). Fenotyp to cecha osobnika i jeśli istnieje jakaś presja selek-cyjna i działa dobór naturalny, to na osobnika właśnie. Oba sta-nowiska wykluczają zatem ewolucję Darwinowską : różnią się co do jednostki ewolucji ( osobnik czy populacja), jak też co do jej mechanizmu (zmiany w częstości genów czy adaptacja na pozio-mie osobników do warunków środowiska), a jedno i drugie ma swoich wyznawców wśród ewolucjonistów. Oto ewolucyjny, za-kłamany gmach drży w posadach, jest wewnętrznie sprzeczny!
Zwróćmy uwagę jeszcze raz: dobór naturalny (rdzeń darwini-zmu) może oddziaływać tylko i wyłącznie na osobniki, a nie na popu-lacje, a tym bardziej na gatunki.Te dwa ostatnie zbiory są tu jedynie skutkiem matematycznej operacji dodawania, tak samo jak pula ge-nowa (suma genów osobników w populacji).Ewentualnej adaptacji w wyniku zmiany w genotpie, może podlegać tylko osobnik, bo tylko on jest nosicielem genów i przedmiotem działania doboru natural-nego, o jakim prawią darwiniści. Różne, wzajemnie się wykluczają-ce stanowiska w kwestii tego, co jest jednostką ewolucji biologicznej dowodzą, że takowa, rdzennie Darwinowska ewolucja nie istnieje.
Żadna z teorii ewolucji tj. ani neodarwinizm, ani tzw. roz-szerzona teoria, nie odjedzie od genetyki populacyjnej, bo jest ona jedyną, powtórzmy jeszcze raz, jedyną, ich podsta-wą empiryczną pozwalającą na pomiar częstości genów w pu-lach genowych i cech w populacjach. I nic więcej. Bez niej po-zostaje już, co sami zaczynają dostrzegać, ewolucyjny bełkot.
Oprócz dziedziczenia pozagenowego, które samo w sobie zadaje cios prymatowi genów zrzucając z ewolucyjnego tronu geny, rozsze-rzona synteza ewolucji, ma obejmować, m.in. znane od początku ba-dań ekologicznych nisze ekologiczne, które od dziesięcioleci poznają uczniowie szkół podstawowych i średnich. Cóż w tym odkrywczego, że oprócz „adresu” (siedliska) dany gatunek ma dodatkowo swoją rolę
(„zawód”) w łańcuchu troficznym tj. tzw. niszę; co to ma mieć19
wspólnego z Darwinowskim powstawaniem gatunków, w jaki niby sposób budowa nisz ma stać się dodatkowym28 proce-sem ewolucyjnym, którego nie rozpatrywano w standardowym
modelu teorii ewolucji? Może, po prostu, nie zajmowa-no się niszami, bo zwyczajnie nie mają one żadnego znacze-nia dla opisywanego w nim sposobu powstawania gatunków.
Wprowadzanie nisz ekologicznych dodatkowo po prostu mąci i tak bardzo mętne rozważania darwinizmu czy też neodarwini-zmu. Ale może w tym metoda : namieszać, zabełtać, by łatwiej wmawiać ludziom, że owszem, transmutacja gatunków, o której na poważnie zaczął ludziom opowiadać Darwin jest faktem – patrzcie świadczy o tym, np. to, że krety kopią nory, bobry budują żere-mia, a termity swoje kopce. No i jak tu nie kpić z takiej „nauki”? Zwolennicy rozszerzonej syntezy mówią wprost o „dziedziczeniu ekologicznym”, które definiują jako „każdy przypadek, w którym organizmy napotykają zmodyfikowaną relację cecha-czynnik mię-dzy sobą a środowiskiem, gdzie zmiana presji selekcyjnej jest kon-sekwencją wcześniejszego zbudowania niszy przez rodziców lub inne organizmy przodków”.29 Ta dziwaczna definicja ulega samo dyskwalifikacji, bo niszy ekologicznej nie buduje żaden gatunek, ani rodzicielski, ani gatunek przodka – by użyć tej ich nomen-klatury. Niszę gatunek może tylko zająć, a wyznacza mu ją eko-system. Widzimy już niedorzeczność dziedziczenia ekologicznego? Na podobnych niedorzecznościach opiera się cała ta ich „teoria”.
Trudno wprost uwierzyć, ale wygląda na to, że darwiniści nigdy nie rozumieli i dalej nie rozumieją czym jest zmienność fenotypo-wa i mnożą niepotrzebne (nikomu oprócz nich) terminy, które mają dodać naukowej powagi ich bajkom. Tworzą więc jakieś potworki językowe typu „akomodacja genetyczna”30, „gen naśladowca”, „efekt
Baldwina”, które wiążą plastyczność fenotypową z przeszłością ewolucyjną (wiedzą, że takowa była) gatunku i kształtowanie nor-my reakcji (granic zmienności fenotypowej) przez dobór naturalny. No i podają „dowody”, że te ich terminy mają odniesienie do rze-czywistych zjawisk w przyrodzie. Oto piszą o rozwielitkach, któ-re w kontakcie z nowymi rybami, którym łatwiej upolować sko-rupiaki ciemniejsze, tracą31 zdolność melanizacji pod wpływem20
UV. I cóż tu takiego z ewolucji rozumianej, jako transmutacja ga-tunków? Ano nic. Zwyczajnie, w populacji rozwielitek przeżywają te, które nie są ubarwione ciemniej. Gdyby ich drapieżcy zniknęli, skorupiaczki powróciłyby do swego ubarwienia, bo te rozwielitki pozostawały wciąż tymi samymi rozwielitkami. Albo anadromicz-ne (wędrują na tarło w górę rzeki) cierniki morskie hodowane32
w warunkach zbliżonych do warunków w jeziorze, zaczynają przy-pominać cierniki naturalnie żyjące w jeziorach. Nic nowego pod słońcem, znana od wieków zmienność fenotypowa, która dobrze sobie radzi bez etykiet ewolucyjnych. Albo „badanie” wykazują-ce, że węże tygrysie hodowane kilka miesięcy w wodzie szybciej pływają niż ich rodzeństwo lądowe.33 Rzecz jasna, takich kabare-towych badań jest dużo więcej. Darwiniści uważają chyba, że je-żeli coś nazwą po swojemu, to zaraz z tego czegoś uczynią kolej-ny „dowód” na prawdziwość swoich bajek. A to zwykła bzdura.21
Zanim Darwin rozpoczął wielki myślowy tumult w społe-czeństwie
Wiedza naukowa w ojczyźnie Darwina, ani gdziekolwiek in-dziej, nie była postrzegana jako konkurencja dla wiary w Boga. Odkrycia naukowe, a zwłaszcza przepiękna wizja świata fizyczne-go wynikająca z prac Newtona miały dowodzić istnienia Stwór-cy. Pierwszy numer czasopisma „Zoological Journal of London”, wydawanego od 1824 roku, piórem jego redaktora naczelnego wskazywał, że badanie przyrody ujawnia Bożą mądrość ukazu-jąc jak wyjątkowe miejsce, w porządku świata zajmuje człowiek:
„Naturalista widzi piękne połączenia istniejące w cało-ści struktury ożywionej przyrody. Śledzi wzajemne za-leżności, które utwierdzają go w przekonaniu, że nie ist-nieje nic, co jest uczynione bez sensu. Czuje również, że na czele tego systemu porządku i piękna, wybitny w dziedzinie swe-go rozumu, stoi Człowiek wyróżnione dzieło jego Stwórcy.”34
Na drugiej półkuli słynny Louis Agassiz w tamtym czasie profesor zoologii na Harvardzie tak pisał,o świecie ożywionym:
„wykazuje także premedytację, zaplanowane działanie, mądrość, wielkość, zdolność przewidywania, wiedzę absolutną, przezorność wszystkie te fakty głośno chwalą jedynego Boga, którego człowiek może poznać, a historia naturalna musi, w odpowiednim czasie, stać się opisem myśli Stwórcy Wszechświata, ukazanych w królestwach zwierząt i roślin, jak i w świecie nieożywionym.”35
Jednak ateistyczne towarzystwo naukowej elity Londynu dyszało już żądzą posiadania czegoś, czym mogliby uderzyć w Stwórcę. No i zdarzyło się im O powstawaniu gatunków…. Dar-wina, które poczytali za doskonale nadające się do tego ich celu.
Nic nie wskazywało na to, że wypływając na statku Be-agle, jako wierzący w Bożą Opatrzność przyrodnik w jego załodze, dokona przewrotu w ludzkiej myśli porównywa-nego, niesłusznie zresztą, przez niektórych do tego, a na-wet przewyższającego ten, jakiego dokonał Kopernik.
Idea, że to nie Bóg, tylko Natura stworzyła wszechświat, wszystkie istoty żywe i człowieka od dziesięcioleci „wisiała już22
w powietrzu”. Karol Darwin okazał się być jej odbiornikiem i przedstawił światu, jak to z powstawaniem gatunków było.
Pogląd o prymacie materii skrępował niektóre ludzkie umysły na setki, tysiące lat, ale wciąż istnieje szansa, że zostanie on prze-zwyciężony. Ludzie wreszcie zaczną się dziwić, jak taka toporna, ciężka, mroczna idea mogła się w ich głowach zagnieździć, wypa-czyć postrzeganie świata i siebie samych. Czy to będzie prymityw-ny materializm żywiołowy zapoczątkowany przez Talesa z Miletu, czy mechanistyczny, dialektyczny naturalizm i jaki tam jeszcze - dla ducha , dla bytów niematerialnych nie ma w nim miejsca, a jeśli jest, to tylko tak, że duch rozwinął się z materii, jak chce tego materializm genetyczny, o którym mówił wielki ateista Kotarbiń-ski36. Bóg nie jest im do niczego potrzebny, skoro to materia mocą rządzących nią praw doprowadziła do powstania życia i człowieka.
Teoria Karola Darwina była dla materialistów - trudno tu po-wiedzieć: darem Niebios- ale przecież niespodziewanym dla nich samych, rzekomo naukowym wytłumaczeniem jak to z materii spontanicznie, przypadkowo powstało życie w swym bogactwie gatunkowym i my sami. Ich radość była jednak przedwczesna, bo rzekoma teoria okazuje się bałamutną, niepopartą żadnymi dowodami, pełną przypuszczeń, fałszerstw i kłamstw, w grun-cie rzeczy bardzo naiwną hipotezą, wręcz bajką niekoniecznie tylko dla dzieci. Trudno zrozumieć, dlaczego przetrwała niemal 200 lat i do tej pory ma swoich wyznawców. Trudno? Jeśli zwa-żyć, że w dzisiejszym świecie, w każdym razie naukowym, do-minuje ideologia materialistyczna, ludzie o poglądach wyraźnie lewicowych, to trwanie tej pseudoteorii już nie dziwi. Staje się ona filarem materializmu, ma tłumaczyć ludziom, że Bóg Stwór-ca nie istnieje, a całe życie i my sami, jesteśmy jedynie owocem ciągu przypadków, jakie rozpoczęły się przed miliardami lat.
W „Rysie historycznym” swego głównego dzieła Darwin przy-taczając poglądy na temat powstawania gatunków, w istocie przy-znaje, być może nie zdając sobie z tego sprawy, że ta jego „teoria” w rzeczy samej, oryginalną nie jest. O Lamarcku pisze, że wielki Francuz broni w swych dziełach stanowiska, że wszystkie gatunki, w tym także człowiek, pochodzą od innych gatunków mocą praw23
naturalnych, a nie jakiejś cudownej interwencji. Z kolei o Geof-froy St. Hilaire pisze: „przypuszczał już w 1795 r., że to co nazywa-my gatunkami, są to tylko rozmaite przerodzenia jednego i tego samego typu.”37 Także w dziele W. Herberta Darwin wyczytał, iż „doświadczenia ogrodnicze wskazywały niezbicie, że gatunek bo-taniczny jest tylko wyższą i trwalszą kategorią odmiany”⁴1 Przyta-cza również jasne przekonanie prof. Granta opublikowane zresztą w czasopiśmie Lancet w 1834 r. „ że gatunki pochodzą od innych gatunków i że się w miarę przekształcania doskonalą”.⁴2 Powołu-je nawet Patricka Matthew, z którego, śmiem twierdzić, na żywca skopiował idę doboru naturalnego, rzecz jasna, niczego nie cytując. Uznał, że sprawę tak załatwia: „W 1826 r. p. Patrick Matthew ogło-sił dzieło ;podaje w nim teorię pochodzenia gatunków zupeł-nie zgodną z poglądami, które (jak zobaczymy) wypowiedzieliśmy p. Wallace i ja w Linnean Journal, a które w niniejszym dziele roz-winąłem.”38 Nie omieszkał wspomnieć również o „W swym znako-mitym dziele pt. Description Physique des Isles Canaries (1836. str. 147) von Buch, słynny geolog i przyrodnik, jasno wypowiadał swe przekonanie, że odmiany powoli przekształcają się w trwałe gatunki, które są już niezdolne do krzyżowania się między sobą”.39.
Inspiracją nie do przecenienia były dla Darwina poglądy To-masa Roberta Malthusa, angielskiego pastora i ekonomisty, które-go mocno niepokoiło to wszystko, co działo się w Anglii w koń-cu XVIII wieku : gwałtowny wzrost industrializacji, urbanizacji, utrata samowystarczalności kraju w produkcji żywości, ogromna nędza najbiedniejszych warstw ludności. Kiedy Malthus szukał przyczyny tego stanu rzeczy, przyszło mu do głowy, by winą za ów stan obarczyć ludzką rozrodczość, która idąc w postępie geome-trycznym zbyt mocno wyprzedza produkcję żywności szczycącą się jedynie postępem arytmetycznym40. W takiej sytuacji niedo-bory żywności są czymś nieuniknionym, a natura niejako sama przywraca równowagę przez, jak to nazywał, tzw. „ograniczenia pozytywne”: klęski głodu, epidemie, wzrost umieralności, wojny.
Pastorowi nie przyszło na myśl, że za niedobory żywności może odpowiadać jej redystrybucja, polityka społeczna, polityka w ogó-le. Owszem, miał pomysły – środki, jak tę rozrodczość ograni-24
czyć. Oto one: wstrzemięźliwość płciowa, zakładanie małżeństw w późniejszym wieku, rezygnacja z posiadania potomstwa przez ludzi biednych, utrzymywanie płacy na poziomie minimalnym, bo każdy jej wzrost oznacza większą rozrodczość. Po drugiej wojnie światowej „środki” te neomaltuzjaniści zastąpili szeroko pojętą kontrolą urodzeń zostawiając , a jakże, płace minimalne!
Teorią Malthusa, swego czasu tak bardzo zachwycił się Darwin, że natchnęła go” doborem naturalnym” i „walką o byt”. Rozumo-wanie jego mogło być bardzo proste: skoro wśród organizmów istnieje tendencja do rozmnażania w postępie geometrycznym, a ilość osobników w danym gatunku pozostaje mniej więcej sta-ła, to znaczy, że nie wszystkie osobniki z potomstwa przeżywają. A którym się to udaje? Ano tym, które są najlepiej przystosowa-ne do warunków środowiska, dzięki czemu wygrywają tzw. walka
o byt, czyli pozostawiają po sobie więcej potomstwa niż te mniej, słabiej przystosowane. Rolę sita decydującego o tym, który osobnik przeżywa, pełni ów mityczny dobór naturalny, który życiem pre-miuje – jak w dziecinnej grze – przystosowanych najlepiej. Pozo-stałe przez owo sito przejść nie mogą i muszą wymrzeć bezpotom-nie. Ale co znaczy tu „najlepiej”, gdzie przebiega granica, której te „nie najlepiej” przystosowane przekroczyć nie mogą? Tego Darwin nie powiedział, tego nie mówią jego następni i współcześni wy-znawcy. Dlaczego nie? Bo w tym swoim bełkocie sami nie wiedzą o czym mówią. Osobniki danego gatunku, które żyją w określonym środowisku i rozmnażają się są wystarczająco do tegoż środowiska przystosowane. Przymiotnik „najlepiej” jest tu zupełnie zbędny. To że określone osobniki nie dożywają dojrzałości płciowej wynikać może z przyczyn naturalnych np. drapieżnictwa, osobniczych np. różnego rodzaju choroby, w tym te, których podłożem są mutacje – nikt nie ma dzisiaj wątpliwości, że większość (a być może wszyst-kie) z nich jest szkodliwa41 Dla populacji, dla gatunku nie ma żad-nego znaczenia, że ileś tam osobników zejdzie z tego padołu – ot, chciałoby się powiedzieć językiem ewolucjonistów – przypadek. To żaden tam dobór naturalny i żadna walka o byt. Ciekawe , że szy-dzili z niej zarówno Marks jak i Engels, choć skąd inąd materiali-styczna, ateistyczna teoria Darwina powinna być im bliska. Karol25
Marks do Fryderyka Engelsa: „Osobliwe jak to Darwin wśród bestii i roślin odnajduje swe angielskie społeczeństwo z jego podziałem pracy, konkurencją, odkrywaniem nowych rynków, wynalazkami i maltuzjańską walką o byt. Jest to Hobbesa bellum omnium con-tra omnes …”42 Z kolei Engels tak kpi z biblii darwinistów… w liście do Ławrowa : „Cała nauka Darwina o walce o byt jest po prostu przeniesieniem ze społeczeń-stwa na przyrodę ożywioną nauki Hobbesa o bellum omnium on-tra omnes, burżuazyjno ekonomicznej nauki o konkurencji oraz
maltusowskiej nauki teorii ludności. Kiedy już dokona-no tej sztuki, przenosi się z powrotem te same teorie z przyrody organicznej na historię i utrzymuje, że udowodniono ich moc obowiązującą, jako wiecznych praw społeczeństwa ludzkiego.Nie można tu Engelsowi odmówić trafności oceny darwinizmu.
Teoria Malthusa nie wytrzymała próby czasu. Już współcze-śni anglikańskiemu duchownemu wskazywali, że nie uwzględ-nia on wpływu postępu technicznego na produkcję żywności, że popęd płciowy nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na rozrodczość, a przyczyną ubóstwa może tkwić w polityce spo-łecznej. Ostateczny cios zadał jej niespodzianie pojawiający się w wyniku rozwoju cywilizacji trend: wzrost dobrobytu = spadek dzietności, a to znaczy tyle, co spadek tempa przyrostu natural-nego. Stwierdzono, że w latach 1950-2000 przyrost ten wynosił 17,8 promila, w 2000 - 2005 – 12,4 promila, a na lata 2000-2050 szacowany jest na 8,15. Okazało się też produkcja żywności na-dąża na wzrostem liczby ludności: np. w latach 1950-2006 pro-dukcja zbóż wzrosła trzy razy a, liczna ludności na świecie 2 i pół raza. To, że miliardy ludzi głoduje nie ma nic wspólnego z jakimiś tam teoriami, ale jest wynikiem wadliwych stosunków spo-łecznych, co udowodnił Noblista z 1990 roku Amartya Kumar Sen.
Jeśli teoria, która legła u podstaw pomysłów Darwina jest fałszywa, to jaką może być teoria ewolucji? Wprawdzie impli-kacja może być prawdziwa przy fałszywej przesłance, ale obie te teorie: Malthusa i teoria Darwina nie stanowią żadnej im-plikacji. Jeśli teoria tego pierwszego okazała się być brednią, to czym innym może być ta druga fundowana na pierwszej?26
Ale połowa XIX wieku to czas, w którym nauka zyskuje sta-tus nowej religii Zachodu. Sukcesy w chemii (np. teoria atomowa Daltona), fizyce (prawo zachowania energii, Faraday, Maxwell), czy geologii (Lyell i Hutton) wzmacniały przekonanie, że świat da się opisać bez odwoływania się do bytów nadprzyrodzonych. Racjonalizm i empiria stają się hasłami epoki. Darwin wszedł w ten świat jako ktoś, kto zaoferował swoim dziełem teoretycz-ną ramę dla wcześniejszych obserwacji geologów, biologów, ho-dowców. Było też ono miodem dla wszystkich ateistów, materia-listów, którzy nie zgadzając się z kreacją Stwórcy, nie wiedzieli jak wyjaśnić powstanie roślin, zwierząt, wreszcie siebie samych. Darwin dał im to wyjaśnienie. Jego teoria próbowała scalić ist-niejące już trendy i nadać im jednolitą narrację. Dobór natural-ny był czymś w rodzaju scalającego „brakującego mechanizmu”.