Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dary Łysej Góry. Kwiat na Sercu - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
29 stycznia 2026
2053 pkt
punktów Virtualo

Dary Łysej Góry. Kwiat na Sercu - ebook

W dniu dwudziestych pierwszych urodzin Helena Kostrzewa znajduje na Łysej Górze legendarny kwiat paproci. Kiedy tylko go zrywa, kwiat zapuszcza korzenie w jej sercu, a życie dziewczyny zmienia się diametralnie, ponieważ nie potrafi zapanować nad jego mocą.

Odkrywa drzwi do baśniowego świata Królestwa Nieziemskiego, zamieszkiwanego przez fantastyczne istoty. Światem tym włada Lucyfer. Bohaterka poznaje młodego, ekscentrycznego diabła Feliksa, syna Mefistofelesa. Feliks tłumaczy jej, gdzie się znalazła, i ostrzega przed niebezpieczeństwem grożącym ze strony Lucyfera. Bohaterka postanawia jednak regularnie wracać do baśniowego świata.

W końcu Helena i Lucyfer zakochują się w sobie, a upadły anioł oświadcza się dziewczynie, chce, by na stałe przeniosła się do jego świata i została jego żoną. Nie wszystkim jednak podoba się ten pomysł, więc zaczynają knuć przeciwko władcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68593-27-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I CO SIĘ STAŁO NA URODZINACH HELENY?

Często dzień, który zmienia resztę życia, zaczyna się bardzo normalnie. Tak było w przypadku Heleny Kostrzewy. Dziewczyna wyrzucała ubrania ze swojej szafy, a rzeczy – dotąd w miarę poukładane – lądowały wszędzie tam, gdzie się dało, czyli na podłodze, łóżku i biurku. W końcu znalazła czarną koszulkę, której szukała, i pośpiesznie ją założyła. Potem wzięła się za poszukiwanie bordowej szminki. Na szczęście szybko znalazła ją na parapecie. Nie miała pojęcia, jak kosmetyk się tam znalazł, ale był, i to najważniejsze. Przygotowania do wyjścia zajęły jej zbyt dużo czasu i nie pierwszy raz przysięgała sobie, że będzie się szykować wcześniej, by się wyrobić. Choć cichy głos w jej głowie szeptał, że na obietnicach się skończy, nie przejęła się zbytnio – następnym razem na pewno się uda.

Sięgnęła po bordowo-czarną torebkę, chwyciła czarną marynarkę i szybko zbiegła po schodach, bo jeszcze musiała wziąć coś z kuchni – przecież nie wypada przyjść na własne przyjęcie urodzinowe z pustymi rękami. Czuła coraz większą ekscytację. W końcu dwudzieste pierwsze urodziny, w dodatku dwudziestego pierwszego czerwca, obchodzi się tylko raz.

W salonie siedział jej tata Hubert. Jednym okiem patrzył na telewizor („Nie przełączaj, ja oglądam!”), a drugim czuwał nad papierkową robotą ze szkoły, w której uczył języka polskiego. Była sobota, a w poniedziałek miało się odbyć zakończenie roku. Wyjątkowo nie dostał wychowawstwa żadnej klasy i tej pracy miał mniej, ale i tak musiał jej poświęcić sobotnie popołudnie.

Helena weszła do kuchni, gdzie królowała jej mama Jadwiga – niska i pulchna blondynka o ciepłych błękitnych oczach, ale twardym charakterze. To ona rządziła domem, a żeby mąż i córka chodzili jak w zegarku, wystarczył jej jeden krzyk. Wspaniała mama, utalentowana gospodyni i przewodnicząca rady miejskiej w Nowej Słupi – malowniczej miejscowości pod Łysą Górą w województwie świętokrzyskim.

– Już wychodzisz? Nie jesteś czasem spóźniona? – zapytała Jadwiga, szykując ogromny koszyk piknikowy z urodzinowymi przysmakami dla Heleny i jej gości.

– Mam jeszcze piętnaście minut – odpowiedziała dziewczyna, nie przerywając buszowania po kuchni w poszukiwaniu dużej butelki wody. Jej wzrok zatrzymał się na ogromnym koszu piknikowym. – Mamooo! Proszę, ja sama miałam to zrobić… – podniosła lament. Było jej szczerze głupio, bo nie chciała zajmować rodzicielki czymś, co sama powinna zrobić.

– Taaa, sama – obruszyła się pani domu, podpierając się pod boki. – Za dziesięć minut masz wychodzić, a jeszcze szykować przekąski dla gości chciałaś. Moja droga, takie rzeczy to powinno się robić znacznie wcześ­niej. Po kim ty to masz?

– Po tacie! – Helena szczerze się uśmiechnęła. Podeszła do mamy i się w nią wtuliła. Jeśli ktoś umiał zmiękczyć Jadwigę, to tylko jej ukochana córka, na zmianę z troskliwym mężem o naturze marzyciela.

Kobieta westchnęła i objęła swoją już nie taką małą Helcię.

– Wiem, córuś, wiem. – Głaskała ją po ciemnych włosach.

W jej wieku miała takie same. Wszyscy mówili, że Helena to wykapany tata – przez bladą cerę i nos z delikatnym garbem. Ale im dłużej ktoś jej się przyglądał, tym lepiej dostrzegał, że z mamą łączą ją nie tylko wielkie jasnoniebieskie oczy. Odziedziczyła po niej również energiczny styl bycia, twardy krok i pewność siebie.

– Wypraszam sobie, żeby złe geny przypisywać mnie! – rzucił pan domu, wchodząc do kuchni. – To niesprawiedliwe, zważywszy, że urok osobisty, który odziedziczyła po mnie, powinien jej rekompensować wszelkie wady.

– Kochany. – Jadwiga odsunęła od siebie córkę, by znów wziąć się pod boki. Kiedy w grę wchodziły słowne potyczki między małżonkami, nie było żartów. – Urok osobisty ma po mnie, po tobie odziedziczyła co najwyżej urodę młynarza. Oboje powinniście wychodzić częściej na słońce!

– Moja droga, jasna skóra świadczyła dawniej o wysokim statusie społecznym. Jeszcze w dziewiętnastym wieku…

– Wyniosłeś śmieci? – przerwała wykład męża Jad­wiga, ciskając gromy z wielkich oczu. Nie to, że nie doceniała jego ogromnej wiedzy. Po prostu słyszała o tym fakcie historycznym wiele razy, a Hubert bardzo lubił się powtarzać.

Mężczyzna natychmiast umilkł, pośpiesznie wziął leżący niedaleko worek i szybko wyszedł z domu, by zrobić to, o co żona prosiła już dawno.

Helena z trudem powstrzymała śmiech. Podeszła do lodówki i zaczęła w niej czegoś szukać. Dokładnie w momencie, kiedy wrócił tata, postawiła na stół dobrze schłodzoną flaszkę Wyborowej i trzy kieliszki.

– Wypijemy za moje zdrowie? – zawołała wesoło, ale nie czekała na odpowiedź, tylko nalała do nich wódkę. Hubert ochoczo wziął kieliszek, choć cichutki głos w głowie strofował go, że nie jest to wychowawcze. Podobne zdanie miały mądre głowy z telewizji, ale kiedy je słyszał, zawsze przypominał sobie, że nie on jedyny okazyjnie pije z córką alkohol. To samo robili też jego znajomi, a przecież nie mógł im zarzucić, że mają zły kontakt z dziećmi.

Jadwiga również sięgnęła po kieliszek. Nie radowała się z tego jakoś szczególnie, ale jej córka nie od dziś była pełnoletnia. Cała niechęć opierała się na tym, że to Helena ten alkohol zaproponowała, nie pierwszy zresztą raz.

Wznieśli szkło.

– Za naszą piękną córkę, która odziedziczyła same najlepsze cechy po swoich wspaniałych rodzicach! – wygłosił Hubert, co wywołało uśmiechy na twarzach najważniejszych kobiet w jego życiu. – Sto lat, kochana Helenko!

Wypili. Dziewczyna wzięła kosz piknikowy i zanios­ła go do przedpokoju. Sięgnęła po czarną, lekką kurtkę, na wypadek, gdyby miało zrobić się chłodniej.

Mama często skarżyła się na upodobanie jej latorośli do czerni. Kiedy Hela zaczęła chodzić w glanach, koszulkach z czaszkami czy paskudnymi twarzami diab­łów i demonów, Jadwiga sądziła, że to tylko okres przejściowy, który każdy nastolatek musi przejść (a rodzice przy okazji razem z nim). Lata minęły i choć jej córka zrezygnowała z tych paskudnych koszulek i bransolet nabijanych ćwiekami, zamiłowanie do czarnych rzeczy jej zostało. Pani Kostrzewa po cichu liczyła, że to jeszcze się zmieni, a tymczasem chwaliła córkę pod niebiosa, kiedy ta założyła coś w innym kolorze. W ten delikatny (według Jadwigi) sposób dawała jej do zrozumienia, że powinna częściej się tak ubierać, a najlepiej już zawsze. Helena po długich awanturach i tłumaczeniach poddała się, a uwagi mamy puszczała mimo uszu. Czasem kąśliwie dodawała, że nawet w dniu swojego ślubu cywilnego pójdzie w czarnej sukni. Jeszcze się nie przekonała, co bardziej denerwuje jej mamę – kolor jej przyszłej sukni czy to, że nie chce składać przysięgi małżeńskiej w kościele. Nie miała nic do żadnej wiary, ale katoliczką nie była, do kościoła tym bardziej nie chodziła i uważała, że postąpiłaby dwulicowo, decydując się na ślub kościelny dla zasady i z chęci uniknięcia gadania ludzi. Zresztą nie obchodziło jej to i często starała się wytłumaczyć mamie, że ona także nie powinna się przejmować plotkami – chociażby dla spokoju ducha.

Była już prawie gotowa do wyjścia, ale nim założyła buty, podreptała cicho do kuchni i ponownie sięgnęła po flaszkę.

– To co, po rozchodniaczku? – Uśmiechnęła się.

Przez twarz pani Jadwigi przeszło wiele emocji – strach, szok i na końcu złość. Obfity biust uniósł się złowrogo, a z różowych ust wydobyła się donośna tyrada:

– Dziecko, bój się Boga! Kto to widział, żeby dziewczyna tyle piła? I tak szybko?! Proszę mi to odłożyć i nie denerwować mnie albo nigdzie nie wyjdziesz! Pamiętasz, co było u ciotki na imieninach?! Hubert!

Pan Kostrzewa stał za nią, ale w przypływie emocji go nie zauważyła. Miała kontynuować burę, gdy zobaczyła, że ręka męża zatrzymała się w połowie drogi do kieliszka napełnionego wódką. Hubert nie miał nic przeciwko temu, żeby jeszcze raz napić się z solenizantką, co strasznie oburzyło jego żonę.

– No nie! Dom alkoholików! Czego ty uczysz swoją córkę?! Ja wiem, że możesz chlać, ile wlezie i głowa cię nie boli, ale to nie powód, żeby rozpijać mi dziecko! – Jadwiga zamaszyście machała rękami.

Zazwyczaj potulny i posłuszny mąż zgadzał się z żoną dla świętego spokoju, ale tym razem stanął po stronie Heleny:

– Jadwiniu! Nasza córka jest pełnoletnią i odpowiedzialną kobietą. Obchodzi dzisiaj dwudzieste pierwsze urodziny. Nie wypada odmówić i proszę, żebyś się nie unosiła, bo nic się nie stało.

Hela, przytulona do flaszki Wyborowej, patrzyła na tę scenę z szeroko otwartymi oczami. Reakcja mamy trochę ją zdziwiła, bo przecież nieraz wspólnie raczyły się winkiem. Ale może faktycznie przesadziła? Z drugiej strony nie powinna się dziwić – jej mama była wybuchowa, a ona miała to po niej.

Jadwiga, zdziwiona asertywną postawą męża, chciała jeszcze coś powiedzieć, ale że nie zamierzała wszczynać awantur w dniu urodzin córki, już nic nie wydobyło się z jej ust. Stuknęli się kieliszkami i wypili ich zawartość. Każde trochę się skrzywiło.

Helena na pożegnanie uściskała rodziców i w końcu wyszła z domu.

Ulica Partyzantów, gdzie solenizantka mieszkała z rodzicami, odchodziła od głównej drogi, Świętokrzyskiej, prowadzącej na szczyt znanej z baśni i legend góry okrytej gęstym lasem, który stanowił część Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Samą Łysą Górę miejscowi i turyści znali pod jeszcze dwiema nazwami – Łysiec i Święty Krzyż. Na jej szczyt prowadziło kilka szlaków. Jednym z nich, najpopularniejszym, czyli asfaltową drogą, właśnie mozolnie wspinała się Helena.

W pewnym momencie ulica Świętokrzyska przeszła w Drogę Królewską – stromą i bardziej kamienistą, na której stały ogromne rzeźby przedstawiające stacje drogi krzyżowej, ciągnące się aż na sam szczyt.

Helena zbliżała się do ogromnej ściany lasu, na której tle widniała stara brama z napisem: „Puszcza Jodłowa”. Tam czekała na nią jej paczka składająca się z: Ani Antos, Maćka Pająka i Roberta Niebrzegowskiego. Wszyscy pochodzili z Nowej Słupi i poznali się w tamtejszej podstawówce, gdzie tata Heleny uczył polskiego.

Ania i Maciek studiowali na AWF-ie w Krakowie. Ze względu na podobieństwo często mylnie brano ich za rodzeństwo. Oboje byli szczupli, wysocy, a ich jasne włosy wspaniale komponowały się z naturalną opalenizną. Już w podstawówce stali się nierozłączni, w gimnazjum oficjalnie zostali parą i trwali w tym związku do dziś. Prawdziwe bratnie dusze, które miały to szczęście, że urodziły się w tym samym miejscu i czasie.

Robert i Helena studiowali w Kielcach – on budownictwo na Politechnice Świętokrzyskiej, a ona marketing na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Ania i Maciek kiedyś kibicowali im, żeby zostali parą. Zmieniło się to diametralnie, gdy Robert wyznał, że jest gejem. Dostał wtedy należyte wsparcie od przyjaciół, którego zabrakło mu w domu.

Ledwo Helena zdążyła postawić kosz piknikowy, a już podbiegła do niej Ania, by ją uścisnąć.

– Staraaa! Dużo miłości, słodyczy i horrorów!

– Dziękuję, kochana! – Solenizantka odwzajemniła uścisk przyjaciółki. Tak bardzo tęskniła za swoją paczką.

Za Anią przybiegli chłopcy i wszyscy się przytulili.

– Jak ja was dawno nie widziałam – wydusiła Helena spod tych wszystkich ramion.

– No, pojechało się do miasta, to i o dobrych znajomych ze wsi się zapomniało – rzucił, nie kryjąc złoś­liwości Robert, po czym uśmiechnął się zawadiacko. Podobnie jak ona chodził ubrany na czarno, nosił glany, a oczy podkreślał ciemną kredką.

– No, za tobą tęskniłam najmniej. Studiujemy w tym samym mieście, durniu – odpowiedziała w odwecie. Przyjaciel tylko mocniej ją uścisnął. Hela poczuła na czole jego szorstki zarost.

– Drużyna, idziemy? – zawołała Ania. Podobnie jak jej chłopak lubiła dowodzić.

– Hola, hola – rzucił poważnie Maciek, jakby od tego zależała przyszłość świata, i wyciągnął dłoń ku niebu, żeby wszyscy go posłuchali. – Co to za podróż o suchym pysku?

Zgodnie przytaknęli i napili się po kieliszku.

W końcu ruszyli w drogę na samą górę, gdzie znajdowało się wejście na gołoborze. Chcieli usiąść tam na drewnianych ławkach, popić i porozmawiać. Szło im się bardzo przyjemnie. Opowiadali, co się u nich działo przez ostatnie pół roku, plotkowali o znajomych z dawnej szkoły, wygłupiali się i zatrzymywali przy każdej stacji drogi krzyżowej, żeby się napić. Aż w końcu dotarli na szczyt Łyśca – serca Gór Świętokrzyskich. Wielokrotnie zwiedzili znajdujący się na nim Klasztor Maryi Niepokalanej czy Muzeum Przyrodnicze, ale zawsze najchętniej udawali się na gołoborze obok wieży telewizyjnej. Zawdzięczało swoją nazwę miejscowej ludności, a oznaczało „gołe od boru”. Było to rumowisko pełne skał różnych rozmiarów rozsypanych na zboczu góry.

Przyjaciele spoczęli na drewnianych ławkach stojących tuż przed wejściem na gołoborze. Tutaj mogli do rana cieszyć się swoim towarzystwem i spokojem.

Impreza trwała w najlepsze. Pierwsza butelka wódki skończyła się, kiedy tylko usiedli. Druga nie musiała długo czekać, aż ktoś po nią sięgnie. Leżący niedaleko worek powoli napełniał się papierowymi talerzami, sztućcami, papierkami i niedopałkami papierosów, bo mimo wesołego szumu w głowach i promili w żyłach imprezowicze starali się pamiętać o tym, żeby zostawić po sobie porządek.

Hela dostała od przyjaciół bransoletkę składającą się z pięciu małych kwiatów róży rozdzielonych srebrnymi cierniami. Bardzo się ucieszyła i ze łzami w oczach podziękowała wszystkim razem i każdemu z osobna. Była bardzo szczęśliwa, że ma tak kochanych przyjaciół. Z dumą założyła prezent, który bardzo pasował do jej bladej karnacji i pięknie komponował się z czarnym ubiorem.

Słońce powoli zachodziło, a las, piękny za dnia, nocą nabierał całkowicie innego charakteru. Śpiew ptaków stopniowo ustąpił cykaniu świerszczy, a na niebie królował niesamowity księżyc w pełni.

Przyjaciele przygotowali się na tę porę i włączyli przenośną lampkę, idealną do oświetlania imprez na dworze. Alkohol krążący w ich żyłach sprawiał, że nie krępowali się niczym. Ania i Maciek zaczęli się całować, a Robert kłócił się przez telefon ze swoim niezrównoważonym byłym chłopakiem. W końcu postanowił odejść od grupy i porozmawiać na osobności.

Helena została z migdalącą się parą. Samotnie sączyła wódkę z colą, próbując nie patrzeć w stronę zakochanych, którzy wyglądali, jakby nie widzieli się przez rok. Nie miała nic przeciwko ich czułościom, ale trochę ją smuciło, że odkąd rozpoczęła studia, jej samej doskwiera samotność. Niespodziewanie poczuła ukłucie zazdrości, że oni mają siebie. Uwielbiała towarzystwo Roberta, ale wiedziała, że nigdy nie będą razem, a jej zależało na tym, by znaleźć kogoś, kto pokocha ją, a ona jego. Niby poznała kilku facetów, z którymi wychodziła na imprezy, flirtowała czy się całowała, ale z żadnym nie zbudowała specjalnej więzi. Miała też inny problem, bo czuła, że pustka w jej sercu staje się większa i większa. Pierwszy raz pojawiła się na samym początku liceum, ale wtedy Helena miała przy sobie przyjaciół i chłopaka. Kiedy ten z nią zerwał i nagle wyprowadził się do Anglii, czarna dziura, jak Hela nazywała tę pustkę, powróciła ze zdwojoną siłą. Na szczęście poradziła sobie z nią dzięki wsparciu przyjaciół, choć w tym wszystkim nie pomagały ciągłe kłótnie z mamą, która jej nie rozumiała i próbowała narzucić swoją filozofię życiową.

Na studiach czarna dziura powiększyła się jeszcze bardziej i przyprowadziła lęki. Tam już nie miał jej kto pomóc. Lęki te dopadały ją w ciągu dnia, a przede wszystkim w nocy, przez co Helenie często ciężko było zasnąć.

Przerażało ją, że nawet w chwilach, kiedy powinna się cieszyć, że spędza czas z przyjaciółmi i rodziną, znowu pogrąża się w pustce. Nikomu o tym nie powiedziała, bo sądziła, że to jej sprawa i sobie z tym poradzi. Zresztą po co miała kogokolwiek martwić? Kąśliwe uwagi, szczery uśmiech i troska o innych skutecznie maskowały jej własne problemy.

Zatopiona w smutnych myślach postanowiła przejść się na platformę widokową i popatrzeć na gołoborze. Czekała w nieskończoność na powrót Roberta, czas jej się dłużył. W dodatku całująca się para tylko zaczynała ją męczyć, więc rzuciła, że idzie się przejść, i szybko wstała. Ania chciała krzyknąć, żeby została, i przeprosić za swoje zachowanie, ale Hela już schodziła po metalowych schodach, które prowadziły na platformę widokową. Włączyła latarkę w telefonie, by się nie potknąć.

Gołoborze przypominało wodospad szarych skał położony wśród zielonego lasu. Nad rumowiskiem piętrzyła się metalowa platforma, a z niej rozpościerał się widok na las i mniejsze miasta położone w oddali – Starachowice i Rudki.

Helena zapaliła papierosa. Popatrzyła najpierw na gołoborze, później na gwiazdy, ze szczytu Łysej Góry wspaniale widoczne, i w końcu na piękny las, który stanowił granicę między ziemią a niebem. Ten widok ją uspokoił, a chłodne powietrze otrzeźwiło. Cholera, niepotrzebnie robiła sceny. Poczuła się głupio, że tak nagle poszła.

Zgasiła papierosa, a niedopałek schowała w chusteczkę, by wyrzucić go na górze. Zaczęła powoli wchodzić po schodach. Już prawie dotarła do celu, kiedy zatrzymała się przy małej tabliczce, która informowała turystów, że stoją właśnie nad wałem kultowym. Ten, kto pierwszy raz odwiedzał Góry Świętokrzyskie, mógł go nie zauważyć. Jednak po dokładnym przyjrzeniu się rzeczywiście dało się dostrzec, że ta część gołoborza różni się od reszty – była wyższa i zbita, a usypane kamienie tworzyły wał, który znikał w gęstwinie drzew.

Helena już miała po raz setny zacząć czytać tak dob­rze znaną jej historię tego miejsca, gdy zobaczyła coś wśród gęstej zieleni, przez noc jeszcze ciemniejszej i bardziej tajemniczej. Złoty blask. Na pewno jej się nie wydawało. A może jednak? Widziała, że w oddali coś się błyszczy. Oparła ręce na chłodnej barierce platformy i odrobinę się przechyliła z nadzieją, że z tej odległości dojrzy, co w lesie tak się świeci. Niestety, nic to nie pomogło, więc Helena wychyliła się za barierkę jeszcze bardziej. W końcu oparła stopę na najniższej rurce. Czy odważy się przejść dalej? Nigdy nie była po drugiej stronie, bo teren należał do Świętokrzyskiego Parku Narodowego, a znaki na drzewach jasno mówiły, że miejsce jest monitorowane. Ale w tym złotym świetle kryło się coś tak ujmującego… Nawet najpiękniejsza biżuteria nie świeciła się tak jasno jak to, co Helena miała przed oczami. Oparła się i przerzuciła jedną nogę za barierkę. Poza moją paczką nikogo tu nie ma. Jest ciemno, żadna kamera mnie nie uchwyci – dodawała sobie odwagi.

Spojrzała na górę, gdzie siedzieli jej przyjaciele. Nikt jej nie wołał, a w razie czego miała przy sobie telefon. Przerzuciła drugą nogę i wstrzymując oddech, zeskoczyła na ziemię. Platforma była umiejscowiona całkiem wysoko, dlatego po wylądowaniu Hela odrobinę się zachwiała. Kilka kamieni usunęło się spod jej stóp, ale zdołała utrzymać równowagę.

By się przekonać, czy alkohol nie otumanił jej zmysłów, spojrzała tam, gdzie widziała to nieziemskie świat­ło. Nie znikło. Miała nawet wrażenie, że świeci jeszcze jaśniej. Musiała iść wzdłuż kamiennego wału, bo wydawało jej się, że to na jego końcu jest źródło tego tajemniczego blasku. Ostrożnie stąpając, wymachiwała rękami i chwiała się, bo pomniejsze kamienie osuwały się spod jej stóp, a nocna pora nie sprzyjała temu spacerowi po nierównej powierzchni.

Im bliżej była Helena, tym wyraźniejsze stawało się światło. Co to może być? Może ktoś zgubił telefon albo jakiś inny sprzęt? Ale to nie przypominało żadnego sztucznego blasku latarki ani jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.

Kiedy tak szła brzegiem ciemnego lasu, zaczęły ją nawiedzać straszne myśli. Zrobiła ogromną głupotę, bo przecież nie wiadomo, co to jest. Albo kto. Z drugiej strony mógł to być ogień, który na pewno pochłonąłby znaczną część parku. Jeżeliby nie zareagowała i przez to dopuściła do katastrofy, nigdy by sobie nie wybaczyła. To odrobinę dodało jej odwagi, dlatego się nie cofnęła. Czuła, że musi to sprawdzić.

Nagle z lewej strony wału zobaczyła wgłębienie, które z jednej strony zasłaniały kamienie, a z drugiej – wysokie drzewa. To w nim było źródło tego mistycznego światła. Otworzyła szeroko oczy. Zachwycona wpatrywała się w szmaragdowe liście otaczające złoty kwiat, lśniący dumnie niczym gwiazdy, słońce i księżyc połączone w jedno. Nigdy nie widziała podobnej rośliny na kartach żadnego atlasu czy podręcznika. Kwiatostan przypominał ogromną lilię, a liście – liście paproci.

Helenie zrobiło się zimno i gorąco jednocześnie – wszystko wskazywało na to, że ma przed sobą kwiat paproci. Według polskich baśni i legend, kwitł raz w roku, w noc świętojańską, znaną również jako noc Kupały. Hela znała jego historię – chłopak o imieniu Jacek szukał go przez trzy lata. Kiedy w końcu udało mu się go zerwać, roślina ułożyła się na jego sercu, gdzie zapuściła korzenie. Dała mu niesamowite bogactwo i królewskie życie, ale pod warunkiem, że nigdy z nikim się nim nie podzieli. Po latach zabawy chłopak wrócił do swojej rodzinnej wsi, gdzie odkrył, że jego rodzina żyje w nędzy przekonana o jego śmierci. Dręczony wyrzutami sumienia postanowił oddać swojej matce garść złotych monet. Wtedy ziemia się rozstąpiła, a on zniknął na zawsze razem z kwiatem.

Jak zaczarowana podeszła odrobinę bliżej i zaczęła się przyglądać kwiatowi. Może to nie jest to, o czym myś­lę? W końcu nigdy za bardzo nie interesowałam się roślinami. Może to jakiś nieznany gatunek?

Nachyliła się nad kwiatem. Był taki piękny… Mimo blasku uderzyło ją w twarz bijące od niego zimno. Powąchała go i poczuła intensywny zapach lasu po deszczu. Nieco ośmielona dotknęła delikatnie jednego z płatków, miękkiego i gładkiego jak jedwab. Przesunęła palcami po łodydze i chłodnych liściach. Nie wiedziała, co robić. Zapewne miała do czynienia z jakimś nowym gatunkiem. Dotykając go, nie wyczuła żadnych kabli czy żarówek. Obeszła roślinę – ani śladu jakiejkolwiek technologii. Przyłożyła dłoń do czoła. Robiła tak zawsze, kiedy się nad czymś zastanawiała. Zawołać kogoś? Może zadzwonić po mamę i tatę? Oni znali się na roślinach. A jeśli to prawda, że kwiat znika wraz ze wschodem słońca, zdążyliby przyjść.

Chwilę później zaśmiała się pod nosem i skarciła w duchu. Jak mogła pomyśleć, że kwiat paproci w ogóle istnieje? Gdyby tak było, ludzie zabijaliby się, aby go odnaleźć. Postanowiła zawołać przyjaciół. Oni pomogą jej zadecydować, co dalej zrobić z tym niezwykłym znaleziskiem.

Wyciągnęła dłoń, by jeszcze raz dotknąć rośliny i upewnić się, że nie jest sztuczna. Wtem kwiat, który był zwrócony ku górze, przechylił się w jej kierunku, a Helena zamarła. Nie wiedziała, czy jej się to przywidziało. Szybko cofnęła rękę i wstrzymała oddech. Kwiat pozostał zwrócony ku niej, jakby była życiodajnym słońcem.

Niepewna tego, co się przed chwilą stało, znów wyciągnęła dłoń do kwiatu, a ten również odrobinę się zbliżył. Tym razem Helena nie cofnęła ręki. W tym momencie nie myślała o niczym innym, kierowała nią zwykła ciekawość. Działając bardzo instynktownie, chwyciła za ciemnozieloną łodygę, mocnym ruchem pociągnęła za nią i tym samym wyrwała ją ze świętokrzyskiej ziemi. Podniosła ją wysoko, spostrzegając, że kwiat świeci mocniej. Dlaczego to zrobiła? Czemu nie zostawiła niezwykłej rośliny w przytulnej ziemi, tylko brutalnie ją wyrwała? Bo poczuła, że chce to zrobić.

Jej palce dotknęły delikatnych i zimnych płatków, a ona i kwiat zastygli bez ruchu. W tej chwili wydawało się jej, że na świecie są tylko oni.

Nagle ogromne liście paproci owinęły się wokół dłoni dziewczyny. Helena odskoczyła wystraszona, ale kwiat wcale jej nie puścił. Zaciskał swe liście coraz ciaś­niej i wyżej. Przerażona upadła na kamienie, zabrakło jej tchu. Zaczęła energicznie machać ręką, ale to coś dalej trzymało ją w uścisku. Wrzeszczała przeraźliwie, próbując drugą ręką uwolnić się od tego, co ją atakowało. Tymczasem kwiat paproci, niczym złota ośmiornica z zielonymi mackami, przemknął szybko na jej pierś, naprężył się i wbił w nią. Gwieździstą noc rozdarł krzyk rozpaczy, bólu i strachu. Helena walczyła z rośliną, ale na próżno – kreatura okazała się o wiele silniejsza. Rozrywała jej ciało w miejscu, gdzie było serce, i wchodziła w nie jak wygłodniały pasożyt. Helena płakała z bólu i przerażenia, czuła ciepło krwi na swoich ramionach i brzuchu, a także przejmujący chłód kwiatu, który już cały w nią wszedł. Powoli oplatał jej serce, wbijając w nie swoje korzenie i otulając liśćmi.

Nie wiadomo, ile trwała cała męczarnia, ale dziewczyna czuła każdy ruch rośliny. W końcu ta przestała się ruszać i jak gdyby nigdy nic spokojnie spoczęła na jej sercu. Kwiat paproci zapuścił korzenie w sercu Heleny Kostrzewy jak w ziemi świętokrzyskiej na Łysej Górze, a jej szkarłatna krew spływała na kamienne gołoborze.

Nim dziewczyna zemdlała, zdążyła pomyśleć, że w każdej legendzie jest ziarno prawdy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij