Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Daybreak - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 sierpnia 2026
47,90
4790 pkt
punktów Virtualo

Daybreak - ebook

Kontynuacja porywającego hitu Nightshade.

Świat Alexa rozpada się na jego oczach, a Ophelia za wszelką cenę chce udowodnić, że to nie ona jest temu winna…

Kiedy Ophelia po raz pierwszy przyjęła stypendium na elitarnej uczelni Sorrowsong w szkockich górach, pragnęła tylko jednego: zniszczyć Alexa i jego rodzinę. Ale to było zanim go poznała, zanim stali się dla siebie wszystkim. Teraz, po nieoczekiwanej zdradzie i zniknięciu ojca, Alex jest zmuszony wrócić do Nowego Jorku. Chce zapomnieć o przeszłości i naprawić szkody wyrządzone jego rodzinie. Ophelia tymczasem zostaje w Szkocji – oszołomiona, samotna... i obserwowana.

Gdy anonimowy prześladowca grozi ujawnieniem dowodów na popełnione przez nich morderstwo, Ophelia i Alex znów muszą sobie zaufać. Pytanie tylko, czy uczucie wystarczy, by ocalić ich przed kolejnym niebezpieczeństwem…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368934038
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG
ANONIM

Czy wiesz, jakie to frustrujące – zaufać komuś, pozwolić, by stał się twoją ostatnią nadzieją, uwierzyć, że może zostać twoim przyjacielem, po czym okazuje się, że ten ktoś jest fałszywy?

Nie wiem, dlaczego mnie to dziwi. Wszyscy, absolutnie wszyscy mnie zawiedli.

Kiedy umrę, nie będzie żadnego nagrobka. Żadnego pogrzebu. Tylko zapomnienie.

Dawniej wydawało mi się, że dobroć jest zapisana w genach. Że źli ludzie rodzą się źli, a ci dobrzy od urodzenia są skazani na czynienie dobra. Teraz jasne jest dla mnie, że to błędne założenie, a wiem to dzięki obserwowaniu własnego rozkładu – tego, jak z ufnego, pełnego nadziei dziecka zmieniam się w pustą, zgorzkniałą osobę dorosłą, która dla innych pragnie wszystkiego, co najgorsze.

Siedząc przy stole kuchennym, przesiąkniętym wilgocią jak reszta motelu, wpatruję się w telefon. W niewyraźne zdjęcie dwóch postaci stojących nad umierającym mężczyzną. Mężczyzną, który zasługiwał na śmierć.

Wszyscy na to zasługują. Dziewczyna. Wykładowca. Biznesmeni. Każdy jeden z nich zasługuje na śmierć.

Przechodzę z galerii zdjęć do wiadomości. Odkrycie, że Ophelia Winters miała stalkera, nie okazało się niczym zaskakującym. Zyskuje wrogów z wręcz imponującą łatwością.

Dwa dni, a moja wiadomość nadal pozostaje bez odpowiedzi. Spoglądam w okno, ale widok zasłania ogłuszająco głośny deszcz.

Laptop wydaje charakterystyczny dźwięk powiadomienia z szyfrowanego komunikatora.

Anonim

Mam potwierdzenie, że wróciła na uczelnię.

Jej milczenie stanowi wystarczającą odpowiedź. Skoro nie chce przyjść do mnie dobrowolnie, będzie trzeba załatwić to inaczej.

Anonim

Skończyłem. Każde kolejne zlecenie wymaga dodatkowej zapłaty.

Parskam lodowatym śmiechem, a mój oddech zamienia się w białą mgłę. Nie stać mnie już było na hakera. Wszystko przepadło. Dom, biżuteria, pieniądze. Rodzina, nadzieje, marzenia. Wszystko.

Mam dość tego życia i w zasadzie mogę już odejść.

Ale zrobić to bez patrzenia, jak ta Wintersówna błaga o darowanie życia i przebaczenie? W żadnym wypadku.ROZDZIAŁ 1
ALEX

Od: Alex Corbeau-Green

Temat: Konsumpcjonizm (rzeczownik) – egoistyczne i bezrefleksyjne gromadzenie dóbr materialnych

Do: Ophelia Winters

Przed budynkiem mojego biura pojawił się interaktywny billboard. Uznałabyś go za okropny. Reklamy i wymuszona interakcja – coś, czego dosłownie nienawidzisz. Już widzę Twoją minę.

Cholera, jak ja za Tobą tęsknię.

– Czy pomagasz policji w poszukiwaniu twojego ojca, Alex?

– A czy ty, Andre, polerujesz sobie głowę, że jest taka błyszcząca, czy też jest taka sama z siebie? – odgryzam się dziennikarzowi, który chyba już dziesiąty raz w ciągu dwóch tygodni podąża za mną w stronę głównego wejścia do biurowca Green Aviation.

Mój papieros z sykiem gaśnie na metalowym koszu przed budynkiem. Błysk aparatu gdzieś za moimi plecami sprawia, że zaciskam zęby.

– Jak sobie radzi twoja mama? Jakiś komentarz dotyczący jej zdrowia?

Przełykam jad palący mnie w gardle i pozwalam odźwiernym przepędzić natrętne media.

Automatyczne drzwi zamykają się za mną, a mnie przez ten cały ostentacyjny przepych panujący w lobby natychmiast robi się duszno.

Jeśli Green jest pandemią chciwości i korupcji trawiącej świat, to ta lśniąca siedziba stanowi jej gnijące epicentrum, najjaśniejszy klejnot imperium mojego ojca.

Teraz mojego.

Aczkolwiek mam nadzieję, że nie potrwa to długo.

Skinieniem głowy odpowiadam na kilka przesadnie radosnych „dzień dobry” i bębnię palcami o udo, zaklinając windę, żeby się pospieszyła.

Obok mnie pojawia się Sonya, moja PR-owczyni, a duszący zapach jej perfum drapie mnie w gardle.

– Ach, Alex. Miałam nadzieję, że cię złapię.

Rozglądam się za najbliższym gniazdkiem, w które mógłbym wbić widelec, ale niczego nie znajduję.

– W jakiej sprawie?

– Twojej jutrzejszej konferencji prasowej. Pomyślałam, że na końcu mógłbyś powiedzieć kilka słów o rodzinie.

Jak na złość wszystkie sześć wind zatrzymuje się dziś na każdym piętrze.

– To konferencja biznesowa.

– Wiem, ale świetnie wpłynęłoby to na twój wizerunek. Oddany rodzinie, wspólny front mimo tego wszystkiego, co dzieje się z twoim ojcem.

Jeszcze trzy razy wciskam guzik przywołujący windę, jakby mogło to coś dać. Ten cholerny dziennikarz nieźle mnie zezłościł.

– A czy użycie głowy Andre Jacksona z „Insider Weekly” jako kuli do kręgli wpłynęłoby na mój wizerunek dobrze czy źle?

– Alex, to doskonała okazja, by uspokoić akcjonariuszy, że to, co się dzieje w twojej rodzinie, nie wpłynie na…

W końcu przyjeżdża winda. Wciskam guzik prowadzący na najwyższe piętro i czekam, aż pomiędzy srebrnymi drzwiami zostaje już tylko wąski pasek twarzy Sonyi.

– Jacqueline zadzwoni do ciebie później i wpisze cię do terminarza.

Opieram się ciężko o lustro; jestem wyczerpany, choć ten dzień dopiero się zaczął. Klaustrofobiczna metalowa kapsuła wynosi mnie absurdalnie wysoko w tym szklanym monstrualnym biurowcu, ale mój nastrój nadal tkwi gdzieś w podziemnym garażu.

Mimo to poprawiam kołnierzyk, wygładzam pęknięcia swojej maski, opanowuję drżenie dłoni i myślę o tych siedmiu kobietach, dla których to wszystko robię.

Mam wrażenie, że mija cała wieczność, nim drzwi się rozsuwają i wypluwają mnie przed biurkiem Jacqueline. Na najwyższym piętrze panuje błoga cisza, przerywana jedynie dudnieniem mojego serca.

Stukam knykciami o blat biurka – irytujący nawyk mojego ojca, który najwyraźniej przejąłem od niego.

– Jeśli Sonya napisze do ciebie w sprawie konferencji prasowej…

– Już to zrobiła. Zjawi się tu o piętnastej trzydzieści.

A niech to, szybka jest.

– O piętnastej trzydzieści jestem zajęty.

Spogląda na mój otwarty na ekranie jej laptopa kalendarz.

– Czym?

– Muszę… – Pocieram kark. – Powybierać kłaczki spomiędzy klawiszy na klawiaturze?

– Godna podziwu próba – mówi, podając mi kawę. – Udanego spotkania.

Super.

Jacqueline jest niską, chaotycznie ubraną kobietą przed czterdziestką i choć bardzo ją lubię, w swojej pracy jest beznadziejna.

Przeprowadziłem rozmowy z dwunastoma kandydatkami na to stanowisko i jedenaście z nich było bezwzględnie zorganizowanymi asystentkami z CV grubym jak książka. Miałem wrażenie, że to nie ja je przesłuchuję, lecz one mnie. Ich ostre szpilki, drapieżne spojrzenia i czerwone paznokcie, które o moment za długo zatrzymywały się na moich przedramionach, za bardzo przypominały mi kobiety, które mój ojciec zabierał na zdecydowanie niestosowne kolacje.

A potem pojawiła się Jacqueline, punktualnie co do minuty, za to cała w dziecięcych naklejkach. Z informacji, które zebrałem na jej temat, wynikało, że ma trójkę małych dzieci i mieszka w Queens. Wyglądała jak sarna oślepiona światłami samochodu – tak jak ja czułem się w środku. Była równie zagubiona jak ja, kiedy jednak zadałem jej ostatnie pytanie, wyprostowała się w źle leżącej marynarce i powiedziała: „Pewna nie jestem, ale coś mi mówi, że jakoś sobie poradzimy”_._

Wlała w te słowa tyle wiary, że ja i moje problemy z ojcem nie potrafiliśmy powiedzieć „nie”.

No i parzy fantastyczne podwójne espresso.

I zgodnie z tym, co powiedziała, jakoś sobie radzimy. Kurs akcji Green powoli wraca do normy, medialna burza co prawda trwa, ale nie trafiamy już na okładki wszystkich gazet.

Z zewnątrz wszystko się układa. Pod spodem? Walczę o oddech.

Mój ojciec zaginął. FBI pojawiło się tutaj, żeby go aresztować, ale zapadł się pod ziemię i od tamtej pory nikt go nie widział. Prywatni detektywi i najlepsi ludzie z FBI nie potrafią nawet złapać jego tropu.

Doprowadza mnie to do obłędu, odbierając sen i apetyt.

A tak poza tym to jestem dyrektorem generalnym firmy wartej prawie miliard dolarów. „Financial Times” nazwał mnie cudownym dzieckiem Manhattanu, choć moje jedyne realne doświadczenie w prowadzeniu jakiegokolwiek biznesu to zakładanie w _Simsach_ sieci restauracji z Charlotte i Mią.

Nie wydaje mi się, żeby nasza „eksperymentalna” restauracja miała nawet ściany czy dach.

Miałem mgliste wyobrażenie tego, jakie będę wiódł życie jako dwudziestotrzylatek. Sądziłem, że będę świeżo upieczonym architektem albo będę prowadził małą, założoną przez siebie firmę. Może będę podróżował po świecie bez żadnych trosk i odpowiedzialności.

Nie przypuszczałem, że zostanę dyrektorem generalnym i jednocześnie przejmę opiekę nad moimi sześcioma siostrami. Nie wyobrażałem sobie, że będę po kryjomu organizował wizyty mamy w szpitalu albo płacił opiekunce za nadgodziny, kiedy utknę w przeszklonej sali posiedzeń. Nie sądziłem też, że wieczorami będę wysłuchiwał od sióstr, jak bardzo nie znoszą towarzyszącej im przez cały dzień ochrony.

A mimo tego wszystkiego większość moich myśli i tak zajmuje rudowłosa dziewczyna o brązowych oczach. Od miesiąca, czyli odkąd widziałem ją po raz ostatni, nie myślę praktycznie o niczym innym.

Z gabinetu ojca – mojego – widać, jak nisko wiszące słońce rozlewa się nad panoramą Nowego Jorku, barwiąc ścianę naprzeciwko biurka na makabryczny odcień czerwieni.

Opieram czoło o chłodną szybę, a każdy ciężki oddech zamazuje widok tętniącego życiem miasta o poranku. Światło tańczące na rzece ma kolor włosów Ophelii.

Zostawiłem ją bez słowa.

Żeby łatwiej było mi patrzeć sobie w twarz, przekonuję samego siebie, że jedynym powodem, dla którego robocze maile piętrzące się w moim laptopie nigdy nie zostaną wysłane, są prawnicy zakazujący mi kontaktować się z Ophelią. Ale wiem, że to nieprawda. Część mnie uważa, że na nią nie zasługuję, a inna jest do głębi zraniona. Jedna bez końca mi przypomina, że zmieniłem jej życie w koszmar medialnego zainteresowania i internetowego hejtu, druga nie daje mi spać, zadręczając pytaniem, którego za dnia nie odważyłbym się sobie zadać.

_Czy to było w ogóle prawdziwe?_

Chyba zaakceptowałem już fakt, że Ophelia pojawiła się w moim życiu tylko po to, by zbierać informacje, ale zasnąć nie pozwalają mi próby odgadnięcia, kiedy dokładnie zmieniły się jej uczucia. Były prawdziwe, kiedy leżała pod kanapą w gabinecie Carmichaela? Były prawdziwe, kiedy znalazłem ją ledwie żywą na brzegu jeziora? Musiały być prawdziwe w samochodzie w drugi dzień Bożego Narodzenia, kiedy patrząc mi w oczy, szeptała moje imię i sprawiała, że czułem się bardziej niż wystarczający.

Bardzo, ale to bardzo potrzebuję, żeby były prawdziwe.

A pod tym wszystkim kryje się jedno małe pytanie. Takie, co do którego nawet nie jestem pewien, czy mam prawo je sobie zadawać.

Jak mogła? Nie wiem, w jaki sposób ten artykuł trafił do mediów. W głębi duszy trudno mi uwierzyć, że to była jej sprawka, ale faktem pozostaje, że to ona go napisała. Kiedy wystukiwała każde kolejne zdanie, musiała wiedzieć, jaki to będzie miało wpływ na naszą rodzinę. Mój ojciec wpadł w szał – wrzucał broń i ubrania do torby, grożąc Fleur i gospodyni, kiedy próbowały powstrzymać go przed ucieczką. Moje siostry trafiły na okładki gazet i wszystkie plotkarskie fora internetowe.

Co za koszmar.

Za każdym razem, kiedy rano biorę prysznic i się golę, w twarzy spoglądającej na mnie z lustra dostrzegam coraz więcej z mojego ojca.

Zamieniam się w niego, tak jak to zawsze przewidywał. Mogę starać się udawać, że jestem taki jak moja matka – łagodny, życzliwy i dobry – ale zaczyna się to chwiać. Pięćdziesiąt procent moich genów pochodzi od ojca i to fakt, przed którym nigdy nie uda mi się uciec. Za każdą pozytywną myślą ciągnie się cień, kąsający mnie po piętach, choćbym nie wiem jak szybko uciekał.

Nienawidzę tego, jak naturalnie przychodzi mi moja obecna rola. Tego, że słyszę jego głos prowadzący mnie przez zebrania, raporty finansowe i trudne negocjacje.

Wyszkolił mnie na dyrektora, szkoda jednak, że nie nauczył mnie, jak to jest być człowiekiem.

Wraz z pieniędzmi pojawia się pewien rodzaj choroby: im więcej masz, tym więcej pragniesz. Od zawsze jesteśmy bogaci, kiedy jednak na koncie mojego ojca zaczęły się pojawiać kolejne zera, zupełnie się zmienił. To uzależnienie. Traci się z oczu to, co ważne.

Nie było już wakacji. Nie było rodzinnych kolacji. Nie było gwiazdkowych prezentów. Skończyło się wszystko, na co powinien był wydawać pieniądze. Wszystko wracało do firmy.

Oddał swoją duszę w zamian za obietnicę jeszcze większego bogactwa. A ja dla dobra moich sióstr nie mogę sobie pozwolić wpaść do tej samej otchłani.

Kątem oka dostrzegam w drzwiach Jacqueline. Odchrząkuje i zaczyna czytać z tabletu. Słucham tylko jednym uchem, leniwie szkicując w notesie kobiecą sylwetkę. Jak wszystkie moje rysunki ostatnimi czasy, ten też przypomina Ophelię. Łagodna krągłość jej bioder, kiedy idzie, miękkie krzywizny brzucha, gdy siada, zarys mięśni na ramionach – wszystko to wypaliło się w mojej pamięci jak nieusuwalny tatuaż.

Nie umiem już narysować niczego, co nie miałoby jej kształtów. Kocham ją. Cholernie ją kocham, ale może miała rację. Może jesteśmy właściwymi ludźmi w niewłaściwym wszechświecie. Wszystko jest za bardzo pogmatwane, zbyt skomplikowane, tak jak mówiła od samego początku.

Kiedy wracam do domu, kiedy moje siostry są już w łóżkach, a służbowy laptop jest wyłączony, Ophelia staje się każdą moją myślą i każdym drżącym oddechem. Jest bohaterką najgorszych koszmarów i najbardziej zmysłowych snów.

Bez jej miękkich ud, gorzkiego cynizmu i cieknącego nosa moje życie znowu zrobiło się szare. Mniej by bolało, gdybym wcześniej nie zasmakował słodyczy innych kolorów.

Harwood ma rację: mam na jej punkcie niezdrową i niedojrzałą obsesję.

Harwood. Tego właśnie potrzebuję. Może mój terapeuta mnie naprawi. To, co czuję od kilku dni, jest czymś znacznie gorszym niż zwykły dół. Aż mnie nosi, żeby z nim porozmawiać, ale do końca tygodnia przebywa z rodziną w Nigerii.

Odrywając się od własnych myśli, odprawiam Jacqueline i przywołuję Mike’a i Louisa, dwóch innych dyrektorów pomagających mi prowadzić firmę. Media mogą przypisywać mi cały sukces, ale prawda jest taka, że połowa decyzji, za które byłem chwalony w ostatnich tygodniach, opierała się na ich radach.

Kiedy już zakończę pierwszy etap swojego firmowego planu – ustabilizowanie sytuacji Green – przejdę do drugiego: znalezienia innego dyrektora generalnego. Nie jestem głupi. Wiem, że dwudziestotrzylatek bez pasji i prawdziwego oddania firmie nie jest najrozsądniejszym wyborem. Ta dwójka to najlepsze opcje, jakie mam w tej chwili. Tyle że nie potrafię im w pełni zaufać. Muszę mieć pewność, że nie przekażę Green w ręce kogoś pokroju mojego ojca.

A tymczasem całkiem dobrze zarabiam. Zatrudniłem kucharza, ochronę i jeszcze jedną opiekunkę, jak również zadbałem o najlepszą opiekę medyczną dla matki. Zapłaciłem absurdalne pieniądze za Land Rovera, którego wynająłem w Boże Narodzenie, żeby odwiedzić Ophelię, i sprowadziłem go tutaj – pozwolenie, żeby pozostał w wypożyczalni, byłoby prawdziwą zbrodnią. Obecnie stoi w podziemnym garażu niczym bezcenny artefakt, muzeum naszych wspólnie spędzonych chwil. Czasami wsiadam do niego tylko po to, żeby próbować wychwycić cynamonowy zapach Ophelii.

Można śmiało powiedzieć, że fatalnie znoszę to rozstanie.

Zmierzcha już, kiedy wjeżdżam do garażu naszego nowojorskiego budynku, odprowadzany przez czarny pojazd ochrony. Parkuję między Oficjalnym Landroverowym Muzeum Ophelii Winters (znak towarowy w trakcie rejestracji) i białym Audi, które w zeszłym tygodniu kupiłem Fleur na jej siedemnaste urodziny.

Wysiadam z samochodu i dokładnie go oglądam, sprawdzając, czy nie ma żadnych nadajników. Nie wiem, gdzie jest teraz mój ojciec ani czy odczuwa dumę z tego, że uratowałem jego ukochaną firmę przed katastrofą, czy raczej morderczą furię, bo przejąłem jego stanowisko po tym, jak moja dziewczyna pokazała mu największy metaforyczny środkowy palec wszech czasów. Coś jednak mi mówi, że raczej to drugie.

Wjeżdżam na górę windą i otwieram drzwi prowadzące do holu. Moja młodsza siostra, Josie, pędzi ku mnie w stroju Batmana z furkoczącą za nią peleryną.

– Wrócił Alex! – piszczy, tak jak potrafi tylko siedmiolatka na cukrowym haju.

Wpada na mnie z impetem i obejmuje w pasie. Wzdycha teatralnie i mamrocze pod nosem, że strasznie za mną tęskniła i że te dwanaście godzin od naszej ostatniej rozmowy było dosłownie najdłuższym okresem w historii. I szczerze? Trochę robi mi się od tego cieplej na sercu.

– Batman bierze dziś wolne od walki ze złolami?

Zamaszyście poprawia pelerynę.

– Aha. Jestem na wakacjach. Fajny miałeś dzień?

– „Fajny” to z pewnością jedno ze słów, którymi można go opisać.

Kładę delikatnie rękę na jej plecach i prowadzę ją do kuchni, gdzie moje inne siostry, Mia, Evie, Éléanor i Charlotte, kłócą się o to, na jaką grubość należy rozwałkować ciasto na ciasteczka. Nieobecność mojej najstarszej siostry wcale mnie nie zaskakuje – Fleur źle znosi tę całą sytuację i prawdę mówiąc trudno od niej wymagać, żeby było inaczej.

Nienawidzę tego, przez co musiały przejść. Nienawidzę tego, że publikacja artykułu była jak granat wrzucony w sam środek ich życia i że nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Zgarniam z marmurowego blatu miskę z ciastem. Udało im się ubrudzić wszystkie garnki, pojemniki i kuchenne utensylia, co doprawdy jest imponujące.

– Och, miło z waszej strony, że pieczecie dla mnie ciasteczka.

– To dla mojej klasy na jutro! – protestuje Charlotte, próbując odebrać mi miskę.

Kradnę odrobinę ciasta. Kurczę, dobre. Czuć w nim wanilię. Smakuje jak moje dzieciństwo, kiedy tata kochał jeszcze mamę, a mama kochała jeszcze siebie.

– Jak było w szkole? – pytam.

Odstawiam miskę na blat i otwieram lodówkę, żeby wyjąć z niej piwo bezalkoholowe. Od razu dostaję pięć odpowiedzi naraz, a w tym samym momencie w drzwiach prowadzących na zaplecze pojawia się głowa kucharza.

– Dobry wieczór panu. Zapiekanka z kurczakiem będzie okej?

Otwieram butelkę.

– Bardziej niż okej. Dziękuję.

Posiadanie kucharza to prawdziwy dar niebios. Bez niego żywilibyśmy się marnej jakości gotowcami.

Skubię nalepkę na butelce i coś mnie ściska w klatce piersiowej.

Kto będzie gotował dla Ophelii, kiedy podczas wiosennych ferii będzie musiała wrócić do domu po rodzicach? Ta kobieta nie potrafi nawet pokroić cebuli.

Kiedy wpatruję się w sześć półek uginających się od warzyw, owoców i domowych posiłków, ponownie dociera do mnie, jak wielki jest to przywilej. Zamykam lodówkę, ale chłód pozostały po otwartych drzwiach jest niczym w porównaniu z tym, który we mnie uderzył, kiedy w święta wszedłem do domu Ophelii.

Nie potrafię wyrzucić z pamięci tamtego dnia: ciszy panującej w jej domu, pustki, oceanu urazy, jaki musiała przepłynąć, żeby wpuścić mnie do swojego życia, i o Boże, jak ja to wszystko popsułem.

Myślę, że naszego związku nie da się już naprawić.

Siadam przy wyspie i przyglądam się, jak cała piątka wycina z ciasta krzywe, nierówne kółka. W domu pełnym kobiet mieszkam już wystarczająco długo, żeby wiedzieć jedno: jeśli nagle milkną, to znaczy, że przerwałem coś ważnego.

– No dobra – mówię przeciągle, biorąc łyk z butelki. – Która ma już partnera na bal?

Cisza.

– Fleur ma nowego chłopaka – informuje w końcu Mia.

Pozostałe gromią ją wzrokiem.

_Zachowaj spokój, Alex. Zachowuj się racjonalnie._

– Co to za jeden?

– Jest modelem.

Modele są najgorsi, zwłaszcza ci z kręgu Fleur. Jest coś ironicznego w mężczyznach, którzy malują paznokcie, a mimo to są największymi mizoginami na tej planecie. Pewnie wykorzystuje ją po to, żeby robić wokół siebie szum.

– Jest tutaj? Na górze?

Żadna się nie odzywa – ewidentnie obiecały, że nic nie powiedzą. Nawet Mia wbija wzrok w swoje stopy i czerwienieją jej uszy. Od razu pogarsza mi się nastrój. Wracam do holu i zaczynam wchodzić na górę, tupiąc przy tym jak stado słoni, żeby mieli czas przerwać… to, czym się właśnie zajmują.

– Fleur?

– Co?

– Mogę wejść?

– Nie.

Opieram czoło o drzwi.

– Zejdziesz na kolację?

– Nie.

– Jak ma na imię twój przyjaciel?

– Freddie – dobiega zza drzwi męski głos. Ophelia by powiedziała, że brzmi jak debil. – Hej, stary.

– Ile masz lat? – pytam i słyszę, jak Fleur klnie pod nosem.

– Osiemnaście.

W moim uchu rozbrzmiewa głos Harwooda, po raz milionowy przypominający mi, że moje siostry to osoby z własnym życiem, którym wolno popełniać własne błędy. Przez zaciśnięte zęby staram się sprawić, żeby ten palant poczuł się tu mile widziany.

– Fajnie będzie zobaczyć cię na kolacji.

_I jak zabierasz łapska od mojej siostry._

– Daj jej żyć, Alex – rozlega się cichy głos.

Ze swojego pokoju na końcu korytarza wychodzi mama w stroju domowym z kremowego kaszmiru. Ciemne włosy ma rozpuszczone i choć są błyszczące, to jest ich zdecydowanie mniej niż kiedyś. Wygląda jednak dobrze, balansując na cienkiej linie między maniakalnym wzlotem a nieuchronnym dołem.

Ostatni miesiąc jej nie oszczędzał. Myślałem, że nie może już bardziej schudnąć, ale się myliłem. Podczas każdej wizyty w szpitalu słyszę, że jej serce jest słabe i zanika, tak samo jak życie w jej oczach. Paranoja się nasila, podobnie jak przekonanie, że wszyscy się sprzysięgli przeciwko niej. Mój ojciec pozwolił, żeby jej choroba dwubiegunowa przez lata pozostawała nieleczona, więc trudno teraz odwrócić skutki, jakie odcisnęła na jej zdrowiu. Takie dni jak dziś, kiedy łatwo jest dostrzec pod warstwą wyczerpania kobietę, którą pamiętam, zdarzają się coraz rzadziej.

Brzmi to makabrycznie, ale zawsze kiedy wracam do domu i widzę ją żywą, odczuwam ulgę. Ona pewnie czuje to samo odnośnie do mnie.

– Staram się. Ale chuj wie, co on może jej tam zrobić. W ogóle go nie znamy.

Wsuwa mi rękę pod ramię i pomagam jej zejść na dół.

– Z twojej pierwszej dziewczyny było niezłe ziółko. Myślisz, że nie dostrzegłam tego w chwili, gdy pojawiła się w naszym domu? Wykorzystywała cię z powodu twojej sławy i pieniędzy. Ale pozwoliłam, żebyś sam do tego doszedł.

Uśmiecham się.

– I teraz już wiem, żeby unikać tych, które podczas pierwszej randki robią transmisję na żywo.

Co prawda cicho, ale się śmieje.

– Otóż to. Co u Ophelii?

Klatkę piersiową przeszywa mi ból.

– Wszystko w porządku.

– Nadal każesz komuś jej pilnować, prawda?

– Była w to wszystko wplątana dokładnie tak samo jak my. Głupotą byłoby nie poprosić ludzi Vincenza, żeby mieli na nią oko. To rozsądne posunięcie.

A to, że myśl o tym, że ktoś mógłby zrobić jej krzywdę, nie daje mi spać po nocach? Taa, jasne. „Rozsądne posunięcie”.

– Rozmawiałeś z nią? – pyta, kiedy wchodzimy do ogromnego gabinetu ojca (to znaczy mojego) i sadzam ją na fotelu przy biurku.

– Nie.

– Alex.

– Wykorzystała przeciwko nam nasze życie domowe, twoją chorobę, taty… to, co, kurwa, jest z nim nie tak.

– Przeciwko twojemu ojcu – prostuje. – Nie nam. Nie wierzę, że chciała nas zranić.

Wysuwam drugi fotel i siadam obok niej, po czym loguję się do laptopa.

– Wymieniła twoje imię.

– Zanim mnie poznała, kochanie. Wyobraź sobie, że jutro zginę. Wyobraź sobie, że ja i Fleur zostaniemy jutro zabite w ustawionym wypadku samochodowym na autostradzie.

Wzdrygam się, otwierając pocztę.

– Nie mów takich rzeczy.

Jej paznokcie drapią mnie po głowie, a mnie chce się płakać. Tak bardzo pragnę skulić się na kolanach kobiety, która już nie istnieje, nie w takim sensie, jak bym chciał.

– Ale wyobraź to sobie, kochany. Co byś zrobił, gdybyś wiedział, kto był kierowcą?

– _Maman_. – Wzdycham i przesuwam dłońmi po twarzy. – Wystarczająco dużo już o tym myślałem. Nie obchodzi mnie to, co zrobiła Cainowi, tylko to, co zrobiła tobie i dziewczynkom. Zresztą i tak by mi nie wybaczyła, że tak ją zostawiłem. No i ta odległość. Mógłbym wymieniać bez końca.

– Powiedz jej, że twoja prawniczka kazała ci się z nią nie kontaktować.

– Kiepska wymówka. Nie kontaktowałem się z nią, bo nie potrafię się przemóc. Polecenie Helen nie ma z tym nic wspólnego.

– Może i napisała ten artykuł, oboje jednak wiemy, że nigdy by go nie wysłała – kontynuuje, jakbyśmy nie odbywali tej samej rozmowy po raz chyba setny.

Mnie i Ophelię dzielą tysiące kilometrów i ocean braku zaufania, na którego dnie spoczywa wszystko, co udało mi się z nią zbudować.

– To nie ma znaczenia, mamo. Desperacko staram się ogarnąć to wszystko. Nawet gdyby nam się udało, ja jestem tutaj, a ona tam. Nie może wsiąść w samolot i mnie odwiedzić.

– Ale kiedy odejdziesz z…

– Mamo – mówię łagodnie. – Proszę, odpuść.

Jej delikatne palce odsuwają mi z czoła pasmo zbyt długich ciemnych włosów, a w jej oczach czają się emocje, których nie potrafię nazwać. Na czarnych rzęsach zbierają się łzy.

– Nie mów tego. – Nie zniosę, jeśli usłyszę to po raz kolejny.

– Ale czego?

– Tego, że wyglądam zupełnie jak on. To pierwsze, co mówi każdy po wejściu do mojego gabinetu.

Drży jej dolna warga.

– Zamierzałam powiedzieć, jak bardzo mi przykro, że znalazłeś się w takiej sytuacji. Że wykonujesz jedyną pracę, której nigdy dla siebie nie chciałeś. Że jesteś jedynym autorytetem w życiu dziewczynek. Zamierzałam powiedzieć, jak bardzo mi przykro, że…

– _Maman_, nie kończ.

Po jej policzku spływa łza.

– Że trafiłam ci się ja jako matka, a on jak ojciec.

– Jesteś najlepszą matką, jaką znam – szepczę, obejmując jej kościste ramiona. – I mówię to poważnie.

– Tak bardzo, bardzo mi przykro.

Odwracam jej fotel tak, że siedzi teraz twarzą do laptopa.

– Dość już tej rozmowy. Spójrz na to.

Otwieram mail od Jacka, kolegi z drużyny rugby w Sorrowsong. To przekazany ciąg maili wymienianych między jego rodzicami: słynnym neurochirurgiem i psychiatrką.

Mama spogląda na ekran, a niebieskie światło rozlewa się na jej delikatnych kościach policzkowych.

– Kolejny lek. Alex, ja…

– Podczas badań klinicznych okazał się naprawdę obiecujący. Niedługo zostanie wprowadzony na rynek.

– Znasz ich?

– Ich syn należy do mojej drużyny rugby. – Mojej dawnej drużyny rugby.

– Możesz wrócić do Sorrowsong. Nie skreślaj tej uczelni.

– Mam dwadzieścia trzy lata, mamo. Trochę za dużo, żeby zaczynać od początku.

Śmieje się i trzęsącą się dłonią odsuwa włosy z twarzy.

– Też taka byłam w twoim wieku. Uważała, że kończy mi się czas, mimo że byłam jeszcze dzieckiem.

– Chciałbym umówić się na calla z jego rodzicami, żebyśmy mogli się dowiedzieć czegoś więcej. Są nawet skłonni przylecieć tu z Kalifornii, żeby z tobą porozmawiać. Czy jesteś zainteresowana, oczywiście hipotetycznie?

– Tak, ale… Przeszłam już wiele terapii, Alex, i na początku wszystkie się wydawały obiecujące. Mój umysł jest zmęczony, a ciało wyniszczone. Nie chcę umrzeć na stole operacyjnym z powodu nikłej nadziei na dłuższe życie. Chcę jedynie dożyć dnia, w którym się ożenisz.

Palce nieruchomieją mi nad klawiaturą.

Ophelia przed ołtarzem. W jej dłoniach kwiaty, we włosach krople deszczu. Jakaś kompletnie absurdalna, za duża sukienka z lumpeksu, pewnie jeszcze brązowa. Nerwowo wypowiadane słowa przysięgi, a potem spokojne życie.

Nawet kiedy to sobie wyobrażam, wszystko wydaje się niewyraźne. Odległa przyszłość, na którą nigdy nie będę zasługiwał. Mógłbym marzyć o niej do chwili, gdy między palcami prześlizgną mi się ostatnie strzępy rozsądku.

Ale to i tak tylko marzenie. Nie mam jednak serca powiedzieć o tym mamie. A może po prostu sam nie potrafię przyznać, że już się poddałem.

Zaczynam odpisywać na mail, ignorując sześćdziesiąt nowych wiadomości, jakie dostałem od wyjścia z biura.

Ingrid i Emily – gospodyni i opiekunka – dołączają przy białym stole w jadalni do mnie, Charlotte, Evie, Mii, Josie i Éléanor. Ingrid narzeka na swojego męża, Russella, co jest kiepskim pomysłem, ponieważ Russell to nasz kierowca, a Josie powtarza słowo w słowo wszystko, co usłyszy. Nic jednak nie jest w stanie powstrzymywać Ingrid przed demonstrowaniem, jak jej mąż głośno przeżuwa, a ja się cieszę, bo cudownie jest słyszeć śmiech dziewczynek.

Ingrid należy do osób, które wydają się ucieleśnieniem domu – jakby domowej roboty sos, uściski pachnące starymi perfumami i oddech o zapachu kawy jakimś cudem przybrały ludzką postać. I z mojej strony to prawdziwy komplement. Pracuje tu od lat, oficjalnie jako gospodyni, choć w rzeczywistości robi o wiele więcej.

Kiedy mój ojciec wracał do domu i wyładowywał na mnie swoje frustracje związane z problemami w dostawach, ona w czasie, kiedy powinna już spać, wchodziła do kuchni i absurdalnie długo parzyła sobie herbatę tylko po to, żeby ojcu w końcu się znudziło i dał mi spokój.

A Josie nie zje kanapki, której nie przygotowała Ingrid, nie ma więc rzeczy, której bym nie zrobił, żeby tylko ją u nas zatrzymać.

W trakcie kolacji z góry schodzą Fleur i Freddie. Kiedy się pojawiają, Freddie zapina jeszcze swój sweter od Ralpha Laurena, a ja mam ochotę wsadzić mu w oko nóż. Jasne włosy ma zaczesane do tyłu, a jego chinosy są idealnie wyprasowane. Kolejny Shawn Miller. Idiota. Ze względu na Fionę witam go skinieniem głowy.

– Hej, stary. Podobało mi się to twoje wczorajsze oświadczenie dla akcjonariuszy.

– Super – mamroczę, choć mam ochotę mu powiedzieć, żeby znalazł sobie lepsze hobby niż oglądanie w wieku osiemnastu lat konferencji prasowych. – Siadaj. Jest tyle jedzenia, że starczy dla wszystkich.

Tak robi, odsuwając przy tym z oczu te swoje durne włosy.

– Myślisz o studiach, Freddie?

– Raczej nie. Pewnie założę firmę albo rozkręcę podcast czy coś w tym stylu.

_Ja pierdolę. Czerwony alarm. Typ aspiruje na podcastera._

– Uważam, że przynajmniej powinieneś się nad tym zastanowić – sugeruję.

Fleur przewraca oczami, równie zmęczona tą rozmową jak ja.

– Przymknij się, Alex.

– Fleur! – beszta ją Mia i gromi ją wzrokiem.

Patrzę na nią i kręcę głową, starając się załagodzić sytuację. Mia odziedziczyła po tacie upór i nigdy nie cofa się przed konfrontacją.

– Nie jesteś moim rodzicem, Mia. – Spojrzenie Fleur zatrzymuje się na mnie. Jej zainteresowanie jakąkolwiek relacją ze mną umarło wtedy, kiedy po publikacji tego artykułu zamiast jej i sióstr wybrałem firmę. – Ani ty.

– Formalnie rzecz biorąc, jestem. – Na razie. Dopóki stan mamy się nie poprawi.

_Nie poprawi się._

– I pewnie się z tego cieszysz, co? To szansa na przekształcenie się w niego.

– Fleur – rzucam ostrzegawczo.

– No ale cieszysz się, prawda? – Zerka na zegarek. Jest już dobrze po dwudziestej pierwszej. Zdecydowanie nie pora na to, by siedmiolatka jadła kolację. – Znowu późna kolacja? Kolejny akcjonariusz do udobruchania? Kolejne spotkanie, które się przeciągnęło?

– Fleur – syczy Mia, głośno odkładając sztućce. – Powinnaś być wdzięczna, że próbuje ratować tę rodzinę.

– Wraca późno, bo na pierwszym miejscu jest Green. Kiedy najbardziej go potrzebowałyśmy, wybrał kurs akcji zamiast nas. Kiedy mogłyśmy zginąć z ręki własnego ojca, on popędził do nowojorskiego biura. Brzmi znajomo?

Jedzenie w moich ustach zamienia się w popiół. Małe fragmenty mieszkającego we mnie potwora przedostają się do mojego krwiobiegu, ale jak zawsze zostają tylko tam. Nie potrafiłbym wyładować się na nich, nawet gdybym chciał. Nie mogę pozwolić, żeby ta czarna chmura wypełniła jadalnię i udusiła moje siostry. Więc zamiast tego pożera mnie od środka.

Muszę to naprawić, zanim nie zostanie ze mnie już nic.

Tak bardzo chcę odejść od stołu. Tak bardzo chcę zamknąć się w gabinecie, udowadniając Fleur, że miała rację. Ale tego nie robię. Zostaję i słucham, jak obrzuca mnie gorzką nienawiścią, bo gdybym teraz wyszedł, byłbym dokładnie taki, jak mój ojciec. A tego nie mogę im zrobić.

– Strasznie mi przykro, Fleur, że masz na mój temat takie zdanie – udaje mi się wtrącić, kiedy robi pauzę, żeby zaczerpnąć powietrza.

Nie mam do niej o to pretensji. Poleciałem do Nowego Jorku, a w tym czasie tata podbił jej oko. Poleciałem do Nowego Jorku, a Fleur użyła swojej karty płatniczej, żeby ukryć wszystkie moje siostry w paryskim hotelu, kiedy przed domem gromadziła się armia kamer i dziennikarzy. Ja wybrałem Nowy Jork, ona zaś musiała się mierzyć z wściekłością ojca.

Mogę sobie do woli analizować, czy podjąłem właściwą decyzję, ale nie zmieni to faktu, że nie było mnie przy nich, kiedy byłem im potrzebny.

Mia mnie przypisuje uratowanie rodziny, ale to Fleur kontrolowała eksplozję. Ja jedynie zaciskam węzły, które zawiązała pod astronomiczną presją. Ja rezerwuję wizyty lekarskie, pilnuję, żeby lodówka była pełna, wynajmuję ochronę, chodzę na wywiadówki i przeprowadzam rozmowy z kandydatkami na opiekunki, ale to Fleur wykonuje pracę, którą nie może zająć się personel.

To ona jest przy siostrach, kiedy przeżywają szkolne dramy, zmagają się z kompleksami i wszystkim tym, co towarzyszy dorastaniu. To ona robi wszystko to, czym zajmowała się matka, zanim na przestrzeni dwóch ostatnich lat jej stan gwałtownie się pogorszył. Nie powinna musieć tego dźwigać, ale tak właśnie jest.

Ja i Fleur należymy do tej samej drużyny, lecz oboje toniemy.

– Może Ophelia znowu chce cię całować, Ally – odzywa się Josie.

Nachylam się i wycieram jej sos z brody.

– Dlaczego tak uważasz?

– Ktoś zrobił edit z twojej konferencji prasowej – mówi Evie, najwyraźniej równie desperacko pragnąca zmiany tematu jak ja.

– Edit?

– No wiesz, takie zmontowane klipy z tobą i muzyką w tle.

Nie brzmi to szczególnie atrakcyjnie, ale potraktuję to jako bardzo potrzebne zwycięstwo.

– „To nowa era dla Green Aviation, a ja mam zaszczyt być jej częścią” – mówi Éléanor, naśladując mój głos.

Nawet Fleur cicho się śmieje.

– Gońcie się wszystkie – burczę, ale nastrój mam już lepszy.

_–_ „To nowa era dla Green Aviation” – powtarza Charlotte, odpinając górny guzik swojej bluzki i naprężając mięśnie ramion.

– O mój boże – mamroczę z pełnymi ustami, ale zagłusza mnie śmiech.

Za każdym razem, kiedy moje ego próbuje choć trochę urosnąć, te wariatki równają je z ziemią.

Udaje nam się dokończyć kolację już bez kłótni. Fleur nawet nie tknęła swojej zapiekanki, więc pakuję ją do pudełka i wkładam do lodówki z nadzieją, że później to zje.

Przed wpół do jedenastej udaje mi się położyć spać Josie i Charlotte, przeczytać kilka maili i mimo to nadal mieć czas na trening w znajdującej się w piwnicy siłowni.

– Jutro masz szkołę – mówię, odkładając ciężary na stojak, gdy tuż przed północą Mia wpada do środka z gigantycznym bidonem i paczką chipsów.

Moje oburzenie wypada mało wiarygodnie. Mia zawsze ćwiczy razem ze mną. Ja podnoszę hantle, a ona najczęściej ciastka do ust.

– Przykro mi z powodu Fleur – mówi, siadając na bieżni.

Szturcham ją czubkiem sportowego buta.

– Wypad, kurduplu. Będę biegał. – Przenosi się na sąsiednią matę, rozsypując chipsy na pas. Gdy na niego wchodzę, chrupią mi pod butami. – Baw się dobrze podczas zamiatania.

Zatopiona w myślach, wkłada do ust kolejnego chipsa.

– Ignoruj Fleur.

– Nie chcę jej ignorować. To przez ignorowanie jej wpakowałem się w ten syf. Chcę jej pomóc.

– Dlaczego do nas nie przyleciałeś, Alex? – pyta szeptem tak cichym, że ledwie go wychwytuję ponad szumem bieżni.

Zmniejszam lekko prędkość, żebym mógł ją lepiej słyszeć.

– Chciałem, Mia. Bardziej niż czegokolwiek innego. Ale byłem… Jestem tak bardzo nim zmęczony i tak bardzo pragnę, żeby nie wrócił już do naszego życia. Gdyby Green wpadło w niewłaściwe ręce, gdyby dyrektorem generalnym został jeden z jego równie niemoralnych kumpli, wtedy tata nie zostałby pewnie zwolniony. Nadal miałby nieograniczoną władzę. Zamiótłby artykuły pod dywan, zmanipulował narrację i kupił milczenie kolejnych ludzi. Nadal krzywdziłby nas wszystkich, krzywdziłby mamę, decydował o jej lekarzach i lekach. Nie wybrałem Green zamiast was. Wybrałem bezpieczeństwo na dłuższą metę.

– A gdyby Fleur została poważnie ranna?

– Mia, musiałem podjąć decyzję i nie mogę jej już zmienić. Gdybym nie przejął Green… Tata wyładowałby swój gniew na nas wszystkich.

– Uderzył cię kiedyś? – pyta.

Natychmiast wbijam w nią wzrok. Wszystko, co wydawało mi się, że wiem na temat ich relacji, nagle przechyla się i chwieje w posadach. Odpowiadam pytaniem:

– Bił cię?

– Nigdy – odszeptuje. – Ale twoje siniaki po grze w piłkę zawsze pojawiały się wtedy, kiedy spadał kurs akcji.

Krzywię się, kiedy przez moją głowę przelatują wspomnienia. Wspomnienia okrutnych rąk, które powinny być kochające.

– Masz szesnaście lat, M. Nie powinno cię nawet obchodzić coś takiego jak kurs akcji.

– Och, nie obchodzi. Ani trochę.

Uśmiecham się do niej.

– I dobrze.

Ponownie zwiększam tempo, mając nadzieję, że ogień w nogach wypali te zagmatwane emocje w mojej klatce piersiowej.

Kolejny dzień z głowy. Bóg jeden wie, ile jeszcze przede mną.

Biegnę tak długo, aż ledwie jestem w stanie wydusić z siebie „dobranoc” do wychodzącej Mii, aż pojawia się cień nadziei, że może będę dziś na tyle zmęczony, żeby szybko zasnąć.

Przyzwyczaiłem się do synchronizowania swojego oddechu z oddechem Ophelii, do tego, że chciałem zasypiać tylko po to, żeby budzić się obok niej. Ognista miedź jej włosów była moim wschodem słońca, a te dwa dołeczki w dole jej pleców jedną rzeczą kotwiczącą mnie w rzeczywistości.

Teraz na sąsiedniej poduszce spoczywa jedynie ciężar zagubienia i żalu.

Zdrada Ophelii to za mało, żebym ją znienawidził. Niezależnie od artykułu nadal ją kocham. I nie mam pojęcia, jak przestać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij