DeadKillers - ebook
Chłopak zakochuje się w niewłaściwej dziewczynie, przez którą traci wolność i życie. Jego śmierć staje się początkiem niekończących się kłopotów. Ta powieść to prawdziwy rollercoaster emocji, który nie pozwala na chwilę wytchnienia. Jeśli szukasz książki, od której trudno się oderwać, trafiłeś idealnie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 214 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CELA
Nie jestem złym człowiekiem, choć miejsce, w którym się znalazłem, może sugerować coś zupełnie innego. Cela o wymiarach trzy na trzy metry, spełniająca europejskie normy dla jednej osoby, stała się idealnym miejscem izolacji od społeczeństwa. Nie zamierzam jednak długo pozostawać w tym stanie.
Na początku miałem towarzystwo w innej celi, znacznie większej niż ta klitka.
Już po kilku minutach postanowili, że mnie zabiją; nic dziwnego, kwota za moją głowę była tak astronomiczna, że człowiek skazany na dożywocie mógłby pływać w luksusie do końca życia.
Jestem tu przede wszystkim dlatego, że się zakochałem. Chętnie przyznałbym, że nie w odpowiedniej kobiecie, ale ona była idealna pod każdym względem.
Zakochany człowiek lekceważy wszystkie znaki ostrzegawcze i łamie zasady zdrowego rozsądku, by po prostu być z tą osobą.
Przed spotkaniem z moimi oprawcami czułem się jak Elvis Presley przed pierwszym występem po latach, czekając w celi na porządny łomot.
Było ich trzech, z czego dwóch miało moją posturę: metr siedemdziesiąt, bez nadwagi, typowi więźniowie, wydzierani od stóp do głów… Wyjątkiem stanowił ten trzeci. Zero tatuaży, przypominał strongmena z imponującymi mięśniami. Byłem niemal pewny, że z nim będzie ciężko. Nieważne, co bym powiedział, i tak zrobi swoje.
Nagle czas się zatrzymał. Dziwna sprawa, nigdy wcześniej mi się to nie przytrafiło. Widząc przed sobą zaciśniętą pięść mięśniaka, jak za dotknięciem magicznej różdżki, rozpoznałem go. Miał na imię Patryk i rzeczywiście był zawodnikiem walczącym w klatce, aż do momentu, gdy zabił pechowca, który zarysował mu samochód na parkingu. Niestety, na jego nieszczęście, był on w samochodzie zajętym wciąganiem kreski. Aż trudno uwierzyć, że za piętnaście sekund ten facet będzie leżał na plecach, martwy. Ja na pewno nie zdążyłbym wyjść z samochodu, nawet gdyby płonął.
Teraz, widząc, że za niecałą sekundę mogę powiększyć grono umarłych, postanowiłem temu zaradzić. Zrobiłem szybki unik głową i z całej siły uderzyłem go w szyję. Na reakcję jego ciała nie musiałem długo czekać. Nie mogąc złapać oddechu, złapał się oboma rękami za szyję. W tym momencie zatopiłem głęboko moje kciuki w jego oczodołach; zamiast łez z jego oczu popłynęła krew.
Pozostała dwójka, widząc, co zrobiłem, jak tchórze rzuciła się do drzwi i zaczęła z całej siły walić i krzyczeć.
– Pomocy! – wydzierali się, przekrzykując jeden drugiego. Ich krzyki brzmiały, jakby byli zamknięci z krokodylem lub tygrysem.
Nie byłem tygrysem i nie miałem ochoty zasmakować w ich mięsie. Widziałem ich strach. I wtedy mnie olśniło: jeśli ci dwaj tak bardzo się mnie boją, to nie pozostaje mi nic innego, jak zabić ich wszystkich, by całe więzienne społeczeństwo dało mi święty spokój. Chwyciłem za głowę strongmena, który niemal tracił przytomność, i zacząłem uderzać nią o zimną posadzkę, zagłuszając krzyki moich przyszłych ofiar. Te głuche odgłosy uderzenia głowy o podłogę przywołały mi wspomnienia, jak pierwszy raz odbijałem piłkę do koszykówki. Miałem wtedy dziewięć lat i marzyłem o zostaniu gwiazdą NBA, a teraz stawałem się gwiazdą więziennego horroru. Jak zawsze, nie planowałem tego; życie zmuszało mnie do takich wyborów.
Drzwi gwałtownie się otworzyły, a za nimi wpadło jasne światło świetlówek, oświetlających korytarz. Moje dłonie były całe we krwi, gdy poczułem, jak strażnik mnie obezwładnia. Pozwoliłem im działać, nie miałem potrzeby ich zatrzymywać. Wykonywali tylko swoją pracę, byli dla mnie aniołami wśród piekielnych dusz. Gdyby to ode mnie zależało, połowę z tego grona zabiłbym na różne wymyślne sposoby, wzorując się na średniowiecznych torturach.
Na swoich dłoniach poczułem zimną stal, gdy zakuto mnie w kajdanki, niemal tak zimne jak posadzka, na której leżałem. Tylko strumień krwi, który wyciekał z głowy martwego strongmena, był ciepły. Leżąc przez chwilę, zrozumiałem, co jeszcze mogę zrobić, by znaleźć oazę spokoju. Otworzyłem usta i zacząłem zlizywać krew z podłogi. Była lekko lepka, o metalicznym posmaku, wyczułem w niej także odrobinę słodyczy.
Mój język analizował krew, jak podczas badania w przychodni. Za dużo cukru, żelaza, dobry cholesterol, a za mało magnezu.
– Człowieku, co ty robisz? – krzyknął strażnik.
– Zostaw to – odezwał się z obrzydzeniem drugi strażnik.
Do celi weszło jeszcze dwóch strażników, którzy bez najmniejszego oporu wyprowadzili mnie na korytarz. Szedłem wzdłuż niego z pobrudzoną krwią twarzą, wyglądając jak małe dziecko zajadające się lodami – wokół ust miałem roztopioną czekoladę, a z brody spływały krople rozpuszczonego lodu, brudząc koszulkę. Czułem się jak wampir po sytym obiedzie, choć dzisiaj, niestety, nie miałem nic w ustach.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Wzięli mnie za kogoś innego – odpowiedziałem, nie mając ochoty na dalszą rozmowę.
– Jak to?
Musiałem szybko zakończyć tę konwersację.
– Wy też bierzecie mnie za osobę, która lubi rozmawiać.
Strażnicy wymienili między sobą spojrzenia, a dalsza droga upłynęła w grobowej ciszy. W końcu nasza wędrówka dobiegła końca – zatrzymaliśmy się przed zamkniętą celą. Moje serce, które do tej pory biło w równym rytmie, zwolniło. Dbałem o swoją kondycję, biegałem po dziesięć kilometrów dziennie, co dawało wynik sto pięćdziesiąt kilometrów w miesiącu. Wysiłek, który potrzebowałem, by zmienić głowę osiłka w rozwalony arbuz, nie przyspieszył bicia mojego serca. Nagły trzask otwieranych zasuw wyrwał mnie z tych rozmyślań. Po otwarciu drzwi moim oczom ukazała się kolejna przeszkoda – zakratowane drzwi, które, jak się później dowiedziałem, chroniły strażników przed osadzonymi. Oczywiście krata w oknie była podwójna.
– Wejdź do celi i stań plecami do nas – odezwał się jeden ze strażników zimnym tonem.
Gdy tylko przekroczyłem próg celi, usłyszałem, jak krata zamyka się za mną, oddzielając mnie od świata zewnętrznego. Zgodnie z poleceniem nie odwróciłem się, przyglądając się wystrojowi mojej celi. Łóżko, toaleta i umywalka – nic więcej. Te trzy rzeczy będą musiały mi wystarczyć do końca życia. Kajdanki szybko zniknęły z moich rąk, podobnie jak strażnicy, którzy zamknęli drugie drzwi na zasuwy.
W końcu sam. Cisza, kawałek nieba widoczny za oknem i prycza, na którą zaraz spocznę. Teraz mogę wrócić do moich wspomnień, do mojej ukochanej, która odeszła.ROZDZIAŁ DRUGI
MONIKA
Monika, tak miała na imię, i pamiętam ten dzień, w którym ją poznałem. Już po przebudzeniu czułem, że w powietrzu unosi się coś niezwykłego. W doskonałym humorze wstałem z łóżka, a za oknem ujrzałem bezchmurne niebo – idealny czerwcowy poranek. Od dziecka uważałem, że czerwiec to najpiękniejszy miesiąc w roku. Kończył się rok szkolny, a co za tym idzie, zbliżały się wakacje. Widok pięknych kobiet na ulicy, odsłaniających swoje nogi, tylko potęgował moje uczucia. Zdecydowanie był to najlepszy czas na zakochanie się, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Jako dwudziestolatek czułem się jak młody Elvis, który może wszystko – cały świat stał przede mną otworem. Mieszkałem sam, miałem pracę, z której mogłem utrzymać mieszkanie i samochód. Byłem kelnerem i pamiętam, że dostawałem wysokie napiwki. Starałem się być uprzejmy i czarujący, a mój urok osobisty również mi w tym pomagał. Aż trudno uwierzyć, że skończyłem w celi, zamiast w jakiejś rezydencji z piękną kobietą. Na początku wszystko na to wskazywało – życie w luksusie, ale często los pisze nam inne scenariusze.
Pamiętam, że tego dnia wsiadłem do samochodu i wybrałem trasę do mojej ulubionej kawiarni, w której często można było spotkać wiele atrakcyjnych, samotnych kobiet, w tym studentki, które spędzały tam czas. W radiu zagrała piosenka „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”. To był znak, że dzisiaj spotkam miłość swojego życia. Śpiewając refren, przypomniałem sobie film o zakochanej parze, Mickey i Mallory: cudowna miłość uciekająca przed światem, który ich ścigał. Robili wszystko razem, co było niezwykle romantyczne. Marzyłem o takiej miłości, dla której mógłbym zrobić wszystko. Na to wspomnienie zakręciła mi się łza w oku.
Pełen entuzjazmu wszedłem do kawiarni, rozglądając się za tą jedyną. Była godzina dziesiąta rano, a lokal tętnił życiem. Naprzeciwko mnie siedziała starsza kobieta, od której szybko odwróciłem wzrok. Szukałem dziewczyny w moim wieku, o podobnej posturze – nie starszej i nie z nadwagą. Choć, na przekór wszelkim stereotypom, zdarzają się takie pary. To była dla mnie prawdziwa zagadka. Co ich łączyło: charakter, pieniądze, niska samoocena, czy może po prostu brak lepszej alternatywy? Mogłem tylko zgadywać, ale to nie był mój problem. Mój wzrok zatrzymał się na kobiecie o wyglądzie modelki. Jeśli ja ją dostrzegłem, to z pewnością zauważą ją także inni. W mojej głowie zrodziło się pytanie: czy dam sobie z tym radę? Będzie ciężko, ale ile przyjemności mogę mieć z jej ciała w sypialni i nie tylko. W każdym pomieszczeniu domu, nie wykluczając piwnicy, wśród brudu i pająków. Więcej było za, niż przeciw.
Zdecydowanym krokiem podszedłem w jej stronę, już byłem tak blisko, by się odezwać. Kobieta modelka o blond włosach sięgającym do ramion dostrzegła mnie. Niespodziewanie to ona pierwsza się odezwała, podnosząc rękę, jakby chciała mi przybić piątkę.
– Nawet nie próbuj, czekam na dziewczynę – powiedziała.
– Skąd wiedziałaś, o co mi chodzi? Może chciałem zapytać o godzinę?
– W dzisiejszych czasach każdy ma telefon przy sobie, a poza tym masz to napisane na twarzy – odpowiedziała, robiąc krótką przerwę i kiwając głową na bok. – Mógłbyś odsłonić mi widok drzwi, żebym mogła dostrzec, kiedy moja ukochana wejdzie.
– Jak wygląda ta twoja dziewczyna? – zapytałem, dostrzegając jej zaskoczenie. – Wiesz, nie chciałbym ci jej odbić – dodałem z uśmiechem.
– Jesteśmy do siebie podobne jak siostry.
Wyczuwając jej niechęć, podszedłem do pustego stolika, wciąż rozglądając się za singielkami. Pozostałe kobiety miały towarzystwo, zarówno męskie, jak i damskie, tak zajęte, że nikt nie zauważył mojej porażki. W mojej głowie pojawiały się różne pomysły na zagadanie do którejś z nich. Niestety, wszystkie były oklepane, w stylu: „Czy bolało, gdy spadłaś z nieba?” lub „Musisz mieć na imię Google, bo jesteś wszystkim, czego szukałem”. Nie, muszę wymyślić coś oryginalnego. Najważniejsze to zrobić dobre pierwsze wrażenie. Ted Bundy wzbudzał zaufanie swoich ofiar, udając, że ma rękę w gipsie. Wtedy jeszcze nie byłem zdolny do zabicia człowieka, ale czasami miałem dziwne myśli. Jakby coś we mnie siedziało i czekało na odpowiednią okazję, by się ujawnić. Zastanawiałem się, czy złamać sobie rękę, czy nogę, gdy nagle weszła ona – Monika. Nie blondynka, lecz brunetka o pięknych, dużych niebieskich oczach. Stanęła i zaczęła się rozglądać, bez wątpienia szukała kogoś. Natychmiast zrodził się w mojej głowie pomysł jak to zrobić. Podniosłem rękę i zacząłem nią wymachiwać we wszystkie strony.
– Tutaj jestem!
Na jej reakcję nie musiałem długo czekać – z niedowierzaniem wskazała na siebie palcem.
– Tak, ciebie wołam.
Z nieśmiałymi krokami podeszła w moim kierunku, jakby w zwolnionym tempie, co pozwoliło mi dokładnie ją podziwiać. Miała idealne wymiary, jakby stworzono ją specjalnie dla mnie.
– Znamy się?
– Jeszcze nie, ale kiedy weszłaś, wyglądałaś, jakbyś szukała miłości swojego życia. Nie miałem innego wyjścia, jak cię zawołać, żebyś jej nie przegapiła.
– To najgłupszy podryw, jaki kiedykolwiek słyszałam – odpowiedziała z promiennym uśmiechem.
Nie wiedziałem, jak to odebrać. Słowa mówiły jedno, a uśmiech sugerował coś zupełnie innego. Jak oszołomiony po strzale amora czekałem na potok słów z jej aksamitnych ust, do których pragnąłem się przyssać jak pijawka, karmiąc swoją duszę pocałunkami, kropla po kropli, aż do osiągnięcia twardości między nogami. W tej chwili wszyscy patrzyli na nas, jakbym miał zaraz się oświadczyć, wyciągnąć z kieszeni złoty pierścionek z diamentem. Czułem, jakby moje serce miało zaraz wyrwać się z klatki piersiowej, tak mocno biło na myśl o seksie tu i teraz, na oczach wszystkich. Podwinąłbym jej krótką spódniczkę…
– Czekam na swojego narzeczonego – powiedziała nagle.
Poczułem, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.
– A poza tym wolę wyższych – dodała, po czym odwróciła się i podeszła do chłopaka, który z nietęgą miną gapił się na mnie.
Nie wiedziałem, co myśleć – czy dała mi kosza, czy może zachęcała do walki o nią. Jej towarzysz, z którym właśnie rozmawiała, był ode mnie niższy, a także od niej. Oszołomiony, poszedłem zamówić kawę, sądząc, że kofeina rozwieje moje wątpliwości. Ludzie w kafejce, jakby nic się nie stało, wrócili do swoich rozmów z wyraźnym rozbawieniem, jakby naśmiewali się ze mnie.
– Słucham? – odezwała się dziewczyna za ladą.
Myślami byłem przy dźganiu nożem.
– To, co zawsze? – Odezwała się drugi raz.
Kiwnąłem głową, wracając do rzeczywistości. Moja wyobraźnia potrafiła rozbijać głowy, aż pewnego razu niechcący pobiłem wykładowcę na studiach, tylko dlatego, że ocenił mnie zbyt nisko. Skończyłem z zawiasami i bez studiów. Od tamtej pory pilnowałem się, by nie dać się ponieść temu, co siedziało mi w głowie.
Dziewczyna podała mi dużą czarną kawę.
– Zrobiłeś na niej wrażenie.
– Jestem innego zdania – odpowiedziałem, sądząc, że coś mi umknęło. Przygryzając dolną wargę, czekałem, co jeszcze ma do powiedzenia.
– Gdyby było inaczej, nie wysłałaby wiadomości, że chce się z tobą spotkać – powiedziała z uśmiechem, trzymając w jednej ręce telefon z wiadomością: „Chcę cię lepiej poznać, może się jutro spotkać?”
Wiadomość od Moniki była dla mnie zaskoczeniem – w ten sposób dowiedziałem się, jak masz na imię. Była zajęta rozmową ze swoim narzeczonym, zupełnie ignorując moją obecność. Uśmiechała się do niego, czarując go swoim spojrzeniem, ale telefon trzymała w ręku, jakby od niechcenia. Czekała na moją odpowiedź. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, jak przed skokiem z samolotu, z tą różnicą, że zamiast spadochronu miałem na plecach sztabki złota. Czy była dwulicową suką, czy może czekała na ratunek od tego ćwoka? Nie miałem innego wyjścia – musiałem ją uratować od tego nudnego związku. Na pewno ze mną się nie będzie nudziła.
Odwróciłem głowę w stronę pracownicy.
– Jutro o dziesiątej rano w aquaparku, przy jacuzzi – powiedziałem, podając jej mój numer telefonu.
Dziewczyna posłusznie wpisała moje słowa w telefon. Zbliżając kartę do terminala, obejrzałem się za siebie, czekając na jej reakcję. Nie usłyszałem sygnału odbieranej wiadomości; pewnie miała wyciszony telefon. Po ruchach jej dłoni domyśliłem się, że odczytała wiadomość. Nie spojrzała na mnie, nawet gdy mijałem jej stolik z kubkiem kawy w ręku, kierując się w stronę wyjścia. Tylko jej były odprowadzał mnie wzrokiem. „Już nie jest twoja, ćwoku”, powtarzałem sobie w myślach, starając się nie wyobrażać, jak go morduję na tysiąc sposobów. Po wyjściu otrzymałem SMS-a od nieznanego numeru: „ok”. Doskonale wiedziałem, kto był nadawcą tej wiadomości. Monika, moja dziewczyna, zapisana w telefonie jako „Monika ta jedyna”. Nagle uderzyła mnie myśl, że nie zna mojego imienia. Przez chwilę zastanawiałem się, jak mnie nazwie. Będzie działać w głębokiej konspiracji przed swoim otoczeniem, więc pewnie nada mi jakieś damskie imię. Wszystko mi jedno – w pojutrzejszym spotkaniu to nie będzie miało znaczenia. Jej przydupas wkrótce zniknie z jej życia.ROZDZIAŁ TRZECI
SAUNA
Pracę w sobotę zaczynałem po południu, co dało mi kilka godzin na lepsze poznanie się z nią. Moja sylwetka była wysportowana, bez nadmiaru tkanki tłuszczowej, podczas gdy jej narzeczony z pewnością zmagał się z problemem nadwagi w okolicy pasa.
W pracy doradzano mi, że jeśli chcę lepiej poznać kobietę, powinienem zaprosić ją na basen – bez makijażu i w stroju kąpielowym. W ten sposób nic się nie ukryje, a wszelkie niedoskonałości będą szybko widoczne, co pozwoli zaoszczędzić czas i uniknąć porannego zaskoczenia, budząc się obok zupełnie innej osoby.
Na basenie byłem o dziewiątej. W domu nie mogłem wytrzymać; po nieprzespanej nocy miałem małe worki pod oczami, co stawiało mnie w złym świetle. Chciałem być dla niej idealny w każdym calu. Po przepłynięciu kilku długości basenu wyglądałem już całkiem nieźle. O tej porze nie było jeszcze tłoczno, ale z każdą minutą przybywało ludzi. Postanowiłem, że do jej przybycia poczekam w jacuzzi, zamiast stać obok niej, jak się umawialiśmy. Na szczęście w jacuzzi nie było nikogo; większość osób na basenie to były dzieciaki, które stały w krótkich kolejkach do zjeżdżalni.
Woda w jacuzzi była gorąca i słona, a bąbelki powietrza masowały moje ciało. Poczułem odprężenie, zamykając oczy, powoli odpływałem. Nagle woda dostała mi się do nosa, co brutalnie przerwało moją krótką drzemkę. Dusząc się, wyciągnąłem głowę z wody, dławiąc się, wypluwałem więcej, niż zdążyłem wypić.
– Wszystko w porządku? – odezwał się kobiecy głos.
Na początku nie rozpoznałem, do kogo należy. Byłem zdezorientowany i straciłem kontrolę nad otoczeniem.
– Tak, już jest w porządku – w końcu odpowiedziałem, otwierając oczy.
Ujrzałem Monikę pochylającą się w moją stronę. Mój wzrok na chwilę zatrzymał się na jej dużym dekolcie, ale szybko wróciłem do rzeczywistości.
– Mam na imię Damian – dodałem, wyciągając w jej kierunku rękę.
– Monika – odpowiedziała, ściskając moją dłoń.
Poczułem delikatność jej kobiecej ręki. Różniła się od męskich – była mniejsza, subtelniejsza i przyjemniejsza w dotyku. Tak, bycie dotykanym przez kobiece dłonie to prawdziwa rozkosz dla męskiego, twardego ciała.
– Jeszcze nikt wcześniej nie mówił mi tak – zrobiła krótką przerwę, by znaleźć odpowiednie słowo – szczerze i bezpośrednio.
– To dopiero początek – odpowiedziałem, starając się wymyślić jakąś mądrą myśl, by przypadkiem jej nie rozczarować.
– Masz rację, co teraz?
– Jeśli lubisz ciepło, zapraszam.
Monika zmarszczyła brwi i zacisnęła usta.
– Mam lepszy pomysł. Co powiesz na saunę?
– Nigdy tam nie byłem, słyszałem tylko, że jest gorąco i parno.
– I wchodzi się tam bez kostiumu – dodała z uśmiechem.
– Naprawdę? – spytałem, lekko zaskoczony. Nie byłem przygotowany na taki zwrot akcji.
Dawno nie byłem z dziewczyną i byłem pewien, że dopiero po kilku randkach coś mogłoby się wydarzyć. Z czystego lenistwa przestałem się golić. Co tu robić?
– Strach cię obleciał?
– Nie, ale muszę się przygotować…
– Dobrze, będę czekała w saunie – przerwała mi.
Odwróciła się i poszła niczym modelka na wybiegu, eksponując zaokrąglone pośladki. Teraz byłem pewien, że z takim ciałem nie wystarczy się po prostu urodzić – trzeba je rzeźbić przez długie godziny na siłowni. Miała sylwetkę instruktorki fitness, a ja – dżunglę w slipach. Gdy tylko zniknęła mi z oczu, wyskoczyłem z jacuzzi jak z płonącej chaty i pobiegłem do szatni. Wchodząc ostro w zakręt, poślizgnąłem się na mokrej posadzce i uderzyłem głową o szafkę. Na szczęście nikogo tam nie było, ale ślad wgniecenia pozostanie. Oprócz guza na czole nic mi się nie stało; szybko się pozbierałem i bez problemu znalazłem swoją szafkę. Z szybkością sprintera pobiegłem do sklepu ze strojami kąpielowymi. Sprzedawczyni wyglądała, jakby dorabiała sobie do emerytury – niska, szczupła i pomarszczona. Zawsze, gdy widzę ludzi w takim stanie, ogarnia mnie żal, że na finiszu życia spotyka ich taka nagroda. Mam nadzieję, że będę żył w taki sposób, że nie doczekam się starości. Żyć tak do czterdziestki lub pięćdziesiątki – z biegiem lat, jak znam życie, będę tę poprzeczkę przesuwał.
– Słucham pana – odezwała się kobieta.
– Potrzebuję maszynki do golenia.
– Nic takiego tu nie ma, ale proszę zapytać w sklepie na zewnątrz.
„Cholera” – przekląłem w myślach, nie tracąc ani chwili. Wybiegłem w stroju kąpielowym i klapkach do sklepu oddalonego o jakieś dwieście metrów. Czego się nie robi dla miłości! Po piętnastu minutach byłem ogolony. Otworzyłem drzwi do sauny, schowałem swoje skarby pod ręcznikiem i zauważyłem, że nikogo tam nie ma. Spóźniłem się, a ze spuszczoną głową zastanawiałem się, gdzie teraz jej szukać.
– W końcu jesteś – odezwał się głos zza moich pleców.
Natychmiast się odwróciłem i ujrzałem Monikę, nagą. To był najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek widziałem. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak zgrabnej dziewczyny na żywo – jedynie w filmach dla dorosłych, gdzie często miała na sobie mocny makijaż.
– Byłem pod prysznicem – odpowiedziałem.
Na widok jej stojących piersi poczułem, jak krew spływa mi w dół, pompując mój świeżo ogolony sprzęt.
– Pod zimną wodą? – zapytałem, czując od niej lekki chłód.
– Czas się rozgrzać.
Otworzyła drzwi i zniknęła wśród unoszącej się pary w saunie.
– Czas na pokaz – powiedziałem cicho do siebie, wchodząc do środka i zamykając drzwi za sobą.
Monika siedziała naga na ręczniku.
– Rozłóż ręcznik i usiądź tak, aby twoje ciało nie dotykało siedzenia – pouczyła.
Patrzyła na mnie z zadowoleniem, jak nauczycielka, nie odrywając wzroku od mojego podniecenia, które stało jak chorągiewka na wietrze. Posłusznie wykonałem jej polecenie i usiadłem obok niej.
– Dzięki tobie zrozumiałem, że szłam niewłaściwą drogą – powiedziała, kładąc dłonie na moim przyrodzeniu i rytmicznie przesuwając je w górę i w dół. Chciałem również coś miłego powiedzieć, ale z moich ust wydobył się jedynie skowyt. Wkrótce zalałem jej dłonie swoim nasieniem. Poczułem się głupio – nawet nie zdążyłem zacząć, a już skończyłem.
– Rozgrzewkę mamy już za sobą, czas na danie główne.
Nie zdążyłem mrugnąć, a ona swoimi ustami postawiła go do pionu. Kiedy przestał się gibać na wszystkie strony, przerwała i usiadła na mnie okrakiem.
– Teraz moja kolej.
Ujeżdżała mnie przez kilka minut. Nie zauważyliśmy, kiedy drzwi do sauny się otworzyły. Coraz głębiej oddychała, przyspieszyła, a na koniec wygięła się w łuk i zawyła jak wilczyca. Ratownicy, powiadomieni przez innych, stali już przy nas; ich krzyki nie docierały do nas, tak byliśmy sobą pochłonięci. Szybko zrozumieliśmy, że najwyższy czas opuścić to miejsce. Nawet na parkingu wciąż uśmiechaliśmy się do siebie.
– Musimy koniecznie to powtórzyć – powiedziała.
– Może na placu zabaw?
– Tak, przy tych wszystkich mamach z wózkami dziecięcymi.
Jej piękny uśmiech zniknął z twarzy.
– Jesteś gotów na następny krok?
Musiałem zrobić dziwną minę, bo ponownie się odezwała.
– Chcę być tylko twoja, jeśli ty jesteś tego zdania?
Nie zastanawiałem się ani chwili, z prędkością światła odpowiedziałem:
– Nie ma nic lepszego na świecie od ciebie. Jesteś tlenem dla moich płuc, krwią dla mego serca i bombą atomową dla mojego rozumu.
– Jeszcze dzisiaj z nim zerwę, odezwę się do ciebie wieczorem.
W końcu po raz pierwszy się pocałowaliśmy. W saunie, podczas seksu, nie zrobiliśmy tego. Nagi instynkt wziął górę nad wszystkim; teraz poczułem jej dotyk, a nasze języki zaczęły tańczyć – najpierw poloneza, potem szybką sambę, a na koniec zmysłowe tango. W mojej głowie wszystkie myśli krzyczały: „Chwilo, trwaj”. W końcu wszystko, co dobre, musi się wcześniej czy później skończyć, tak jak nasz pocałunek. Gdybym wtedy wiedział, że to będzie nasz ostatni pocałunek, nie wypuściłbym jej tak szybko z ramion i powiedziałbym coś mądrzejszego, ale fizjologia człowieka nie zna litości.
– Nie wiem, jak ci to powiedzieć.
Monika delikatnie odchyliła się i spojrzała mi prosto w oczy.
– Co takiego?
– Muszę na dwójkę.
– W takim razie nie będę cię dłużej powstrzymywać – dodała z uśmiechem.
Wsiadła do białego mustanga, jeszcze zdążyła mi pomachać ręką, gdy mnie mijała. Zostawiła mnie z problemem. Nie czekając ani chwili dłużej, pobiegłem do najbliższej restauracji. Z ulgą pozbyłem się problemu, a wtedy olśniło mnie, że przez nią w życiu jeszcze się wybiegam. Nic o niej nie wiedziałem – co robi, czy ten samochód za pół miliona jest jej, gdzie mieszka. Kompletnie nic, oprócz tego, że ćwok będzie płakał jak z nim skończy. Sam bym płakał jak żubr.ROZDZIAŁ CZWARTY
LAS
Nigdy wcześniej nie dłużyło mi się w pracy, mimo że w sobotnie popołudnie w mojej restauracji panował duży ruch. Dziś musiałem się pilnować, by nie pomieszać zamówień, myśląc o niej. Była godzina piętnasta, gdy po raz kolejny spojrzałem na telefon – bez zmian, zero wiadomości. Bardzo kusiło mnie, by napisać do niej, ale nie, musiałem być twardy. Mijały godziny, a ja z doskonałym humorem obsługiwałem gości, co przełożyło się na liczbę napiwków. To miał być najlepszy dzień w moim życiu, co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Brzęczenie telefonu wyrwało mnie z zadumy. Schowałem się w toalecie, by odebrać SMS-a.
Mój szef nie tolerował korzystania z telefonów w trakcie pracy, zwłaszcza w weekendy, gdy panował duży tłok.
Pierwsze spojrzenie na ekran spowodowało, że w mojej głowie uwolniły się endorfiny. Wiadomość od Moniki, tej jedynej: „Musimy pogadać, czekam przed twoją restauracją w samochodzie”. Z telefonem w ręku wybiegłem z toalety, mijając w drzwiach swojego szefa.
Mustang czekał z odpalonym silnikiem. Nie zdążyłem się nad tym zastanowić, otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Zobaczyłem jakiegoś łysego faceta trzymającego kierownicę w skórzanych rękawiczkach.
– Przepraszam, myślałem…
– zacząłem, chcąc wytłumaczyć swoją pomyłkę. Byłem pewien, że pomyliłem samochody, bo nic innego nie mogło mi się przytrafić. Wtedy jednak dostałem w tył głowy.
Gdy się ocknąłem, leżałem na tylnym siedzeniu, z plastikową opaską mocno zaciśniętą na rękach. Powoli podniosłem głowę i dostrzegłem mijające gęsto rosnące drzewa. Jechałem z dwoma mężczyznami, którzy wyglądali jak ochroniarze, często widywani przed wejściem do klubu. Na pewno nie była to wycieczka krajoznawcza.
– O co chodzi?
– A jak ci się wydaje? – odpowiedział mężczyzna siedzący obok kierowcy.
Mogłem coś zrobić, na przykład kopnąć kierowcę, ale to byłoby głupie, bo nie miałem zapiętych pasów. Wyglądało na to, że w tej chwili nie przejmowali się mandatem. Wybić szybę i wyskoczyć z samochodu pędzącego 120 km/h? Nie, poczekam na bardziej sprzyjające warunki.
– Obiad nie smakował – rzuciłem.
– Czy wyglądamy na niezadowolonych klientów?
– Raczej na przygłupów.
Nie czułem strachu, lecz ciekawość, o co chodzi. Może wkurzeni będą bardziej rozmowni.
– Zatrzymaj się – rozkazał nieznajomy kierowcy.
Samochód z piskiem opon zatrzymał się, a ja z impetem uderzyłem głową o zagłówek. Usłyszałem trzask otwieranych drzwi.
– Wychodź powoli – powiedział facet z pistoletem wymierzonym we mnie.
Posłusznie wyszedłem z samochodu, co nie było łatwe z powodu związanych rąk. Wypadłem z auta jak foka, robiąc fikołka, ale natychmiast wstałem i pobiegłem w stronę lasu, mając nadzieję, że porywacze nie zabezpieczyli broni. To mogłoby mi dać może trzy sekundy – tylko tyle potrzebowałem, aby zniknąć z ich pola widzenia. Pomyliłem się; pistolet wystrzelił od razu, zanim zdążyłem zejść z asfaltu. Zamarłem, ze strachu przestałem nawet mrugać.
– Drugą kulę wpakuję ci w łeb, a teraz, nie oglądając się za sobą, idź spacerkiem w głąb lasu.
Nie było mi łatwo iść przez las z rękami związanymi za plecami; każda pajęczyna stanowiła dla mnie przeszkodę. W
W głębi duszy wiedziałem, o co chodzi – biały mustang i wiadomość od Moniki.
Kim był ten cholerny ćwok, szef jakiegoś gangu?
– Chodzi o Monikę?
– Patrz, zajarzył.
– Chcecie, żebym przestał się z nią spotykać?
– Stój.
Serce zaczęło mi podchodzić do gardła, usłyszałem pstryknięcie i kroki w moją stronę. Odwróciłem głowę.
– Mówiłem, żebyś się nie odwracał.
Nieznajomy przeciął opaskę,
– Powiedział pan, żeby się zatrzymać.
Drugi gangster wręczył mi łopatę i wycelował we mnie pistoletem.
– Mam wykopać sobie grób?
– Trafił nam się geniusz.
Kiedyś kopałem w lesie, szukając dżdżownic na ryby. Nie było łatwo przeszukiwać teren wśród kamieni i korzeni. Słońce powoli zachodziło, a ja nie miałem szans na wykopanie głębokiego grobu, chyba że po ciemku. W mroku łatwiej byłoby uciec, ale czy oni by tyle czekali? Mnie osobiście nie chciałoby się czekać.
Wbiłem łopatę w ziemię. Jak się spodziewałem, nie wbiła się nawet do połowy. Nabrałem trochę ziemi z kamieniami i rzuciłem w mężczyznę, który mierzył do mnie z pistoletu. Rzucana ziemia nie zdążyła opaść, gdy z całej siły uderzyłem łopatą w głowę drugiego faceta. Puściłem narzędzie i złapałem za pistolet, który wciąż tkwił w dłoniach plującego ziemią. Szarpiąc się z nim, pistolet nagle wystrzelił, trafiając w szyję mężczyzny, który wcześniej został uderzony łopatą. Ten niespodziewany strzał zaskoczył nas obydwu; przez chwilę staliśmy w osłupieniu. Wyprzedziłem go o zaledwie sekundę. Mimo że mój przeciwnik dysponował większą masą mięśniową, zdołałem unieść pistolet w górę i ponownie oddać strzał, trafiając w głowę gangstera. Na mojej twarzy poczułem kropelki krwi zmarłego. Nie odczuwałem żalu; wręcz przeciwnie, czułem się fantastycznie, że mimo przewagi liczebnej udało mi się zwyciężyć.
Martwe ciało z dziurą w głowie upadło, podczas gdy drugie, z raną w szyi, wciąż żyło, wyjąc z bólu. Nie mogłem dłużej patrzeć na jego cierpienie, postanowiłem mu pomóc. Miałem dwa pistolety i trzydzieści nabojów, z czego wystrzeliłem tylko dwa – zdecydowanie za mało. Musiałem działać. Sięgnąłem po łopatę i z całych sił uderzyłem półprzytomnego mięśniaka w głowę, łamiąc trzon narzędzia.
– Co za badziewie – mruknąłem pod nosem.
Pomimo silnego uderzenia, wciąż żył; świadczył o tym ruch jego klatki piersiowej. Gdyby to dotyczyło mnie, po takim ciosie na pewno już bym nie żył.
– Kim do cholery jesteś?
Nie czekając na odpowiedź, zacząłem przeszukiwać zawartość czarnej marynarki, przemoczonej krwią. Obaj byli ubrani jak biznesmeni, ale ich mięśnie zdecydowanie nie pasowały do tego opisu. Przy pierwszym przeszukaniu natrafiłem na portfel. Gdy zajrzałem do środka, zbladłem, a nogi zrobiły mi się jak z waty. Srebrna gwiazda z napisem „POLICJA” na niebieskim tle sprawiła, że moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej.
– W co do cholery się wplątałem? – powiedziałem na głos, próbując znaleźć odpowiedź w chaosie myśli.
Nie miałem już wyjścia – musiałem go zabić. Trzymając w ręku złamany trzon łopaty, postanowiłem przebić jego serce. Starannie wytarłem portfel o swoją koszulę i rzuciłem go w najbliższe zarośla. Mocno chwyciłem drewniany kołek obiema rękami i zacząłem się zastanawiać, po której stronie ma serce.
– Ja mam po lewej, więc muszę zadać cios w jego lewo, czyli w moje prawo – myślałem na głos. – Walić to.
Uderzyłem go w sam środek klatki piersiowej, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Żebra skutecznie chroniły dostęp do serca, a po kilku nieudanych próbach postanowiłem odpuścić. Stracił zbyt dużo krwi, by móc przeżyć. Tak jak z portfelem, obszedłem się ze złamanym trzonkiem i opuściłem miejsce zbrodni, zabierając ze sobą dwa pistolety oraz klucz do samochodu.
Jak najszybciej zawróciłem samochód. W trakcie jazdy uświadomiłem sobie, że muszę pozbyć się broni. To ona łączyła mnie z zabójstwami. Na szczęście w oddali dostrzegłem rzekę. Już miałem wyrzucić pistolety przez otwarte okno, ale widok płytkiej wody z licznymi wysepkami kamieni szybko uświadomił mi, że to byłby zły pomysł.
– Jebana zmiana klimatu.
Spojrzałem na dziewięć nieodebranych połączeń od swojego szefa. Nie przejąłem się tym zbytnio – podwójne morderstwo i długoletni wyrok wisiały nade mną. Miałem teraz ważniejsze sprawy na głowie niż praca, jedzenie czy sen. Las za mną się kończył, wjeżdżałem do miasta.ROZDZIAŁ PIĄTY
R OZMOWA
Samochód zaparkowałem przy supermarkecie, a dalszą drogę do mieszkania pokonałem miejską komunikacją. Wcześniej pozbyłem się pistoletów, wyrzucając je do kosza na śmieci znajdującego się przy sklepie. Miałem nadzieję, że broń nie trafi w ręce dzieciaków, które mogłyby ją sprzedać lub postrzelać sobie w lesie. Złapani z bronią, oprócz zarzutu posiadania, mogliby ponieść konsekwencje podwójnego zabójstwa.
Mieszkałem w wieżowcu na pierwszym piętrze, z widokiem na plac zabaw, w bardzo spokojnym osiedlu. Pewnego dnia, gdy mocno kichnąłem w mieszkaniu, bawiące się dzieci w piaskownicy krzyknęły: „Na zdrowie!”
Słońce już zaszło, gdy w końcu dotarłem do swojego bloku. Ciemność rozświetlały niebieskie, migające światła stroboskopów policyjnych. Trzy radiowozy stały na ulicy, a ja, ze spuszoną głową, skierowałem się w przeciwną stronę.
– To on – usłyszałem za swoimi plecami. Odwróciłem się z udawanym zdziwieniem. Dwóch policjantów zmierzało w moją stronę. U jednego z nich dostrzegłem moje zdjęcie profilowe z portalu społecznościowego.
– Pan Damian Woda?
– O co chodzi? W tym momencie, w ciągu jednego dnia, zobaczyłem lufę pistoletu wymierzoną w moją stronę.
Przez całą drogę w kajdankach do komisariatu zastanawiałem się, jak to możliwe, że tak szybko mnie znaleźli.
W pokoju przesłuchań, oprócz stołu i krzeseł, znajdowało się dwóch policjantów. Scena ta nie różniła się niczym od tych, które widziałem w filmach.
– Zabiłeś policjanta – oznajmił jeden z nich.
Na tę wiadomość mocno się zdziwiłem, co nie umknęło ich uwadze.
– Zdziwiony? Na szczęście drugi policjant przeżył – dodał.
– Nikogo nie zabiłem – powtarzałem w myślach, nie mając innego pomysłu, jak tylko trwać w zaparciu, siedzieć cicho i czekać na adwokata.
– Dostaniesz dożywocie za to, co zrobiłeś – stwierdził.
– Ja niczego nie zrobiłem – odpowiedziałem.
– Policjant zeznał co innego, że to ty zastrzeliłeś funkcjonariusza – zrobił krótką przerwę – miał trójkę małych dzieci.
– Możemy już skończyć, nie mam nic do dodania.
Mimo moich próśb przesłuchanie trwało przez kolejne godziny, wciąż powtarzając te same pytania.
– Zabierzcie go do celi – rzucił detektyw do dwóch policjantów, których nawet nie zauważyłem, gdy wchodzili. – Jak spędzisz noc w celi, może inaczej będziesz z nami rozmawiał.
Położenie się na pryczy było prawdziwym wybawieniem; od siedzenia na twardym krześle nabawiłem się bólów pleców. Nie pamiętam, kiedy zasnąłem – noc szybko minęła. Obudziły mnie słowa strażnika.
– Ktoś bardzo chce się z tobą zobaczyć.
– Adwokat?
– Nie wydaje mi się – odpowiedział strażnik.
Sala odwiedzin przypominała dużą świetlicę lub stołówkę, z małymi stoliczkami i krzesłami. Przy jednym ze stołów siedział nieznajomy mężczyzna, który mógłby być moim ojcem, mającym ponad siedemdziesiąt lat. Był szczupły, z zaawansowaną łysiną, a jedynie na tylnej części głowy miał krótkie, ścięte siwe włosy. Nie wyglądał na prawnika; bardziej przypominał uczestnika pogrzebu w czarnym garniturze. Jego wzrok był skupiony na telefonie. Podszedłem do stolika, już miałem się odezwać, gdy usłyszałem jego głos.
– Proszę, usiądź, zaraz skończę – powiedział, nie odrywając oczu od ekranu.
Zgodnie z jego poleceniem usiadłem i rozłożyłem ręce.
– Kim pan jest?
Mężczyzna uniósł serdeczny palec do góry, budząc moją jeszcze większą ciekawość. Minęła minuta, a ja wciąż wpatrywałem się w niego. Jego twarz przypominała mi kogoś, kogo znałem, ale była znacznie młodsza.
Wyłączył telefon i schował go do kieszeni, po czym spojrzał mi głęboko w oczy.
– Panie Damianie – pokręcił głową – narobił pan sobie wielu problemów. Zdaję sobie sprawę, że przed panem długa odsiadka.
– Jest pan moim adwokatem?
– Nie, jestem kimś, kto może panu pomóc.
– Zorganizować ucieczkę z więzienia, czy jak?
– Wystarczy jeden telefon, a jeszcze dzisiaj wypuszczą pana z więzienia, z czystą kartoteką.
– To świetnie – stwierdziłem, czując, że w tym tkwi jakiś podstęp. – Rozumiem, że chcesz czegoś ode mnie.
Nieznajomy w milczeniu wpatrywał się we mnie.
– Mam ci zrobić loda?