Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dearest Clementine - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Dearest Clementine - ebook

Mimo młodego wieku Clementine niejednokrotnie doświadczyła w swoim życiu ogromnego bólu. Zdrada chłopaka oraz patologiczne zachowanie jednego z wykładowców odcisnęły na jej psychice i osobowości niezatarte piętno. Po tych traumatycznych przeżyciach dziewczyna staje się cyniczna, zdystansowana i przekonana, że miłość to przepis na katastrofę. Konsekwentnie buduje wokół siebie mur nie do przebicia.
Wszystko zmienia się w momencie, gdy poznaje Gavina, przystojnego opiekuna domu studenckiego. Już podczas ich pierwszego spotkania w powietrzu wyczuwalne jest napięcie, którego nie sposób zignorować. Chłopak jest cierpliwy, empatyczny i przede wszystkim zdeterminowany, by dotrzeć do serca swojej wybranki.
Dearest Clemenitne to osadzony we współczesności romans young adult. Lex Martin snuje przejmującą opowieść o zaufaniu i przepracowywaniu głębokich traum z przeszłości. Autorka sprawnie balansuje między humorem a powagą, zapewniając czytelnikom emocjonalny rollercoaster!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8098-994-7
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ 1

Bez­myśl­nie kre­ślę pió­rem kółka na mar­gi­ne­sie dzien­nika i ga­pię się przez okno za­ku­rzo­nej świe­tlicy.

Wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łam, żeby po­czuć się pew­niej, my­ślę, a jed­no­cze­śnie sta­ram się, by zde­ner­wo­wa­nie nie za­pu­ściło ko­rzeni w moim brzu­chu.

Z ko­ry­ta­rza do­biega mnie od­głos pisz­czą­cych kó­łek, po­tem sły­szę jęk i ło­mot upa­da­ją­cej na pod­łogę wa­lizki.

– Cze­kaj, co się sta­nie, gdy wy­buch­nie po­żar? Je­ste­śmy na sie­dem­na­stym pię­trze – mówi ja­kaś dziew­czyna, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. Czyli po­cho­dzi z Po­łu­dnia.

Po­cie­sza ją ni­ski mę­ski głos:

– Wiem, że je­ste­śmy wy­soko, ale nie ko­rzy­staj z windy. Ostat­nie, czego chcesz, to utknąć po­mię­dzy pię­trami. Spraw­dzę każdy po­kój, by mieć pew­ność, że zo­sta­łaś ewa­ku­owana.

Nie sły­szę dal­szego ciągu tej roz­mowy, po­nie­waż w ko­ry­ta­rzu po­ja­wiają się dwie dziew­czyny.

– A niech to! Opie­kun na­szego aka­de­mika to nie­złe cia­cho! – mówi dziew­czyna w let­niej su­kience, tasz­cząca wy­pchaną torbę. – Cie­kawe, czy ma dziew­czynę.

– Pew­nie jest na ostat­nim roku lub na stu­diach ma­gi­ster­skich, kre­tynko. Nie masz u niego szans – mówi ta druga, a jej ak­cent ła­go­dzi wy­dźwięk słów.

Ni­gdy nie le­cia­łam na opie­kuna, stu­denta ostat­niego roku, któ­remu płacą za to, by miał oko na dzie­ciaki. Na pierw­szym roku tę funk­cję peł­nił Tao, który miał metr sześć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu i był za­pa­trzony w Je­zusa. To nie moja bajka.

Trudno mi so­bie wy­obra­zić, kto mógłby chcieć zo­stać opie­ku­nem aka­de­mika. Tao bez prze­rwy zaj­mo­wał się ja­ki­miś ża­ło­snymi ła­ma­gami i wo­ził je do szpi­tala, gdy coś so­bie po­ła­mały. Ni­gdy nie za­po­mnę jego miny, kiedy zna­lazł moją przy­ja­ciółkę Sarę, która le­żała nie­przy­tomna z prze­pi­cia i miała zła­maną kostkę. Nie wiem, jak udało jej się zwy­mio­to­wać na wszyst­kie cztery ściany swo­jego po­koju, za­nim ze­szła na dół.

Stu­kam pió­rem w kartkę i wiercę się na krze­śle.

Przez ostat­nie trzy mie­siące sta­ra­łam się sku­pić, wziąć się za bary z róż­nymi po­my­słami, ale udało mi się je­dy­nie za­peł­nić no­tes psy­cho­de­licz­nymi ry­sun­kami.

Do cho­lery, to musi się udać.

Od­dy­cham głę­boko i moje noz­drza ata­kuje za­pach zle­ża­łych che­eto­sów.

Bę­dzie do­brze, je­śli tylko uda mi się znowu wró­cić do co­dzien­nego pi­sa­nia. Ro­bi­łam to już wcze­śniej.

Po­wta­rzam so­bie te same bzdury w na­dziei, że w końcu coś za­sko­czy. Przez całe lato sta­ra­łam się my­śleć po­zy­tyw­nie, nie tra­cić wiary, ale nie jest ła­two.

Moje ko­lano za­czyna po­dry­gi­wać z ner­wów, jed­nak tuż przed na­dej­ściem kry­zysu pod­ska­kuję na dźwięk czy­je­goś głosu.

– Moja droga, ty mi nie wy­glą­dasz na pierw­szaka.

Lekko od­wra­cam głowę i ką­tem oka wi­dzę go opar­tego o fu­trynę. Opie­kuna aka­de­mika.

– Bo nim nie je­stem – mó­wię bez en­tu­zja­zmu.

– To co ro­bisz w War­ren To­wers? To zna­czy, co spra­wia, że do­bro­wol­nie tu prze­by­wasz? Mnie za to płacą. Ja­kie jest twoje wy­tłu­ma­cze­nie?

Wiem, że żar­tuje. Jed­nak nie mam na­stroju do żar­tów.

– Po pro­stu szu­kam bia­łego szumu – mó­wię i wra­cam do swo­jego no­tesu. Czuję na so­bie jego wzrok, ob­le­wam się ru­mień­cem. – Słu­chaj, nie je­stem psy­cholką, je­śli do tego zmie­rzasz. Po pro­stu szu­kam in­spi­ra­cji.

Za­pi­suję ja­kieś przy­pad­kowe słowa, ma­jąc na­dzieję, że któ­reś z nich wy­cią­gnie mnie z nie­mocy twór­czej: wa­lizki, przy­stojny OA, kon­domy, die­te­tyczna cola, pączki.

Sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na in­ten­syw­ność jego spoj­rze­nia, pa­trzę przez prze­szkloną ścianę.

Za­wsze uwiel­bia­łam ten wi­dok. Bo­ston wi­bruje ko­lo­rem pa­lo­nej sjeny – bru­nat­nego pia­skowca ogrze­wa­nego sierp­nio­wym słoń­cem. Bluszcz po­ra­sta­jący mury fa­luje na wie­trze wie­ją­cym znad rzeki Char­les i spra­wia, że mam ochotę po­bie­gać.

Aż mnie za­tyka na myśl o tym, ile wy­da­rzyło się od czasu, gdy za­czy­na­łam tu na­ukę. Trzy lata temu, sie­dząc na tym sa­mym krze­śle, wpa­dłam na po­mysł swo­jej pierw­szej książki. I mam na­dzieję, że wpadnę na ko­lejny.

Rzut oka na ze­ga­rek spra­wia, że czuję się, jak­bym przy­jęła cios w brzuch. W ta­kim tem­pie, je­śli nie we­zmę się w garść, ni­gdy nie na­pi­szę ko­lej­nej książki. Mu­szę się sku­pić. Nikt nie opłaci mo­ich ra­chun­ków, a Uni­wer­sy­tet Bo­stoń­ski nie cacka się z bied­nymi ma­łymi bo­gacz­kami − w do­ku­men­tach je­stem obrzy­dli­wie bo­gatą córką dwojga dup­ków z pierw­szej pięć­setki naj­bo­gat­szych lu­dzi we­dług „For­tune”. Nie­stety, do mo­ich ro­dzi­ców ni­gdy nie do­tarło, że po­winni choć tro­chę in­te­re­so­wać się moim cho­ler­nym ży­ciem.

Nie wiem, co zro­bi­łam, żeby tak ich wkur­wić. W tej chwili to nie ma żad­nego zna­cze­nia. Wnio­sek jest je­den: po­trze­buję pie­nię­dzy. Pronto.

Tylko jedno może mnie ura­to­wać. Pew­nego pięk­nego dnia, gdy będą sprzy­jać mi gwiazdy i los, za­cznę pi­sać jak sza­lona. Pod ko­niec pierw­szego roku tak się stało, gdy do­sta­łam pi­smo z biura kwe­stora, z któ­rego do­wie­dzia­łam się, że za­le­gam dwa­dzie­ścia ty­sia­ków.

Czyż to nie iro­nia losu, że moja po­wieść, w któ­rej opi­suję naj­bar­dziej po­ni­ża­jące chwile swo­jego ży­cia, po­mo­gła mi po­kryć zo­bo­wią­za­nia?

Nie udało mi się na­pi­sać ni­czego rów­nie do­brego jak Po­wiedz, że to nie­prawda. To moja je­dyna książka, szczę­śliwy los na lo­te­rii, który po­mógł mi wyjść z dłu­gów. Chyba na­wet nie mu­sia­łam. To, co za­częło się jako ckliwe za­pi­ski w dzien­niku, ukształ­to­wa­łam w opo­wieść, która ja­kimś cu­dem wsko­czyła na li­sty be­st­sel­le­rów i stała się hi­tem.

Opie­kun aka­de­mika chrząka i od­rywa mnie od mo­ich my­śli.

– Są­dzi­łaś, że znaj­dziesz in­spi­ra­cję tu­taj, w aka­de­miku dla pierw­sza­ków?

Nie mu­szę na niego pa­trzeć, żeby wie­dzieć, że się uśmie­cha.

Jak, do cho­lery, można usły­szeć uśmiech?, na­bija się mój we­wnętrzny głos.

– I co, udało ci się? – Śmieje się.

W końcu omia­tam go wzro­kiem i aż ści­ska mnie w dołku. Jest wy­soki, ma ciemne, po­tar­gane włosy, które opa­dają mu na twarz. Wpa­truje się we mnie zie­lo­nymi oczami. Dziew­czyny miały ra­cję. Rze­czy­wi­ście jest przy­stojny. Uśmie­cha się olśnie­wa­jąco, a mnie aż robi się słabo na myśl, jaki musi mieć ape­tyczny sze­ścio­pak.

Och, na li­tość bo­ską, weź się w garść, Clem.

Przy­gry­zam dolną wargę, aż czuję ból, i po­now­nie wle­piam wzrok w swój no­tes.

– Nie – mó­wię, pra­gnąc zy­skać wię­cej czasu na pi­sa­nie. – Nie mam szczę­ścia do in­spi­ra­cji.

Za­ci­skam zęby i za­czy­nam ry­so­wać kółka. Nie zwra­ca­jąc uwagi na szybko bi­jące serce, które − mam na­dzieję − sza­leje tak tylko przez wzgląd na ko­lejny ra­chu­nek za stu­dia i nie ma nic wspól­nego z tym so­bo­wtó­rem Henry’ego Ca­villa, prze­glą­dam strony no­tesu, de­spe­racko pra­gnąc zna­leźć w nim coś, co po­może mi się po­zbie­rać.

On wciąż stoi w drzwiach.

– Przy oka­zji, mam na imię Ga­vin.

– Miło cię po­znać – od­po­wia­dam bez prze­ko­na­nia i, dzia­ła­jąc jakby na au­to­pi­lo­cie, za­czy­nam pa­ko­wać swoje rze­czy, choć jest na to zbyt wcze­śnie.

Cho­lera. Kurwa jego mać! Nie mo­żesz wyjść. Nic jesz­cze nie wy­my­śli­łaś!

– A… ty…?

– A ja wy­cho­dzę. – Mój we­wnętrzny głos wzdy­cha z dez­apro­batą. Co z cie­bie za suka, Clem.

– Cóż, nie o to mi cho­dziło. – Jest roz­ba­wiony.

Za­rzu­cam torbę na ra­mię.

– Wiem, o co ci cho­dziło – mó­wię i pod­no­szę wzrok, po­nie­waż on blo­kuje mi drogę wyj­ścia.

Jest wyż­szy, niż są­dzi­łam… i do­brze zbu­do­wany…

Wku­rza mnie to, że moje serce bije jesz­cze wście­klej w chwili, gdy wy­czu­wam cy­tru­sowy za­pach jego wody ko­loń­skiej. Szczycę się tym, że je­stem no­wo­cze­sną dziew­czyną, nie­po­trze­bu­jącą fa­ceta, zwłasz­cza ta­kiego, który je­dy­nie zła­mie jej serce. Wo­bec po­wyż­szego staję się co­raz bar­dziej po­iry­to­wana tym, że ten fa­cet ze swoim uśmiesz­kiem spra­wia, że czuję mo­tyle w brzu­chu za­cho­wu­jące się jak ka­mi­ka­dze.

Wzdy­cham prze­sad­nie gło­śno i cze­kam, aż usu­nie się z drogi, a jed­no­cze­śnie przy­glą­dam się jego bi­cep­som roz­py­cha­ją­cym się pod T-shir­tem.

Prze­stań. Mu. Się. Przy­glą­dać.

Kręcę głową, wy­mi­jam go i ru­szam w stronę windy. Na­ci­skam gu­zik i cze­kam całe trzy se­kundy, za­nim wci­skam go po­now­nie.

– Wiesz, je­ste­śmy na sie­dem­na­stym pię­trze. To może tro­chę po­trwać. – Jego głos do­biega zza mo­ich ple­ców. – Wy­daje mi się, że bę­dziesz miała dość czasu, żeby po­wie­dzieć mi, jak się na­zy­wasz. – Znowu się śmieje, wi­docz­nie nie prze­szka­dza mu to, że całą sobą su­ge­ruję, żeby się od­pie­przył.

To nic nie zna­czy. To nie ma zna­cze­nia, że nie wpa­dłaś dzi­siaj na ża­den po­mysł.

Z ner­wów ści­ska mnie w żo­łądku, roz­wa­żam już zej­ście po scho­dach, kiedy drzwi windy się otwie­rają, a ja czuję ulgę roz­le­wa­jącą się po ciele. Nie wiem, dla­czego stąd ucie­kam, ale to ro­bię.

Wcho­dzę do windy i się od­wra­cam. Okrop­nie sek­sowny OA przy­gląda mi się, opie­ra­jąc się o ścianę z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na sze­ro­kiej klatce pier­sio­wej. Na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują, a on unosi brwi.

Gdy drzwi za­czy­nają się za­my­kać, czuję wy­rzuty su­mie­nia.

No do­brze.

– Clem. Mam na imię Cle­men­tine.

Drzwi się za­my­kają, ale wcze­śniej za­uwa­żam jego uśmiech.

* * *

Stę­chły za­pach bu­dynku, w któ­rym miesz­kam, ude­rza mnie w noz­drza, gdy wspi­nam się po scho­dach. Wszy­scy stoją wo­kół stołu wy­ko­na­nego z koła od wozu, a Jenna, trzy­ma­jąc ręce na bio­drach, stara się ochro­nić swoją zdo­bycz z wy­prze­daży ga­ra­żo­wej. Dłu­gie do ra­mion blond włosy ze­brała w ster­czący ku­cyk, na po­liczku ma ślady ku­rzu.

– Clem, chodź i mi po­móż – mówi ze słod­kim ak­cen­tem z Ka­ro­liny Po­łu­dnio­wej, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. – Uwa­żasz, że jest okropny? Ja nie. Są­dzę, że ma swój cha­rak­ter.

Har­per stoi obok Jenny i wzro­kiem błaga mnie, bym wzięła jej stronę. Zdej­muje oku­lary i ma­suje na­sadę nosa, po czym od­suwa z twa­rzy ko­smyk ciem­no­kasz­ta­no­wych wło­sów. Mam szczę­ście, że jest moją pry­watną te­ra­peutką. Jej oj­ciec to znany na ca­łym świe­cie psy­chia­tra, a ona pew­nego dnia mu do­równa.

Dzielę po­kój z Har­per od dru­giego se­me­stru pierw­szego roku, gdy oka­zało się, że żadna z nas nie jest w sta­nie miesz­kać z do­tych­cza­so­wymi współ­lo­ka­tor­kami w War­ren To­wers. Wtedy też za­przy­jaź­ni­ły­śmy się z Jenną, która po­dob­nie jak ja stu­diuje kre­atywne pi­sa­nie. Szczę­śli­wym tra­fem na dru­gim roku na­sze małe trio za­miesz­kało ra­zem w god­nym po­zaz­drosz­cze­nia apar­ta­men­cie przy Bay State Road, gdzie stoją naj­oka­zal­sze bu­dynki z czer­wo­nego pia­skowca. Od tego czasu trzy­mamy się ra­zem.

Oprócz Har­per i Jenny nikt tu­taj nie zna praw­dzi­wej mnie. Nikt nie wie, że kie­dyś odzie­dzi­czę pier­dy­liony do­la­rów. Fun­dusz po­wier­ni­czy i port­fele ak­cji przy­no­szą osza­ła­mia­jące sumy. Nie lu­bię jed­nak, gdy lu­dzie pa­trzą na mnie jak na zma­nie­ro­waną mi­lio­nerkę.

Poza tym te pie­nią­dze nie są moje, więc ich nie chcę. Zwłasz­cza je­śli mu­sia­ła­bym płasz­czyć się przed matką. Tego nie do­czeka się do usra­nej śmierci.

Har­per chrząka, żeby przy­cią­gnąć moją uwagę, a ja przy­po­mi­nam so­bie, że mam przy­jąć rolę eg­ze­ku­tora.

– Jenno, nie mamy na to miej­sca w no­wym miesz­ka­niu – mó­wię w na­dziei, że uda jej się to wy­tłu­ma­czyć w bez­bo­le­sny spo­sób. – W tym roku nasz sa­lon jest mały.

Nie mó­wię jej, że przez całe lato pla­no­wa­ły­śmy pu­ścić stół z dy­mem.

– Ko­cha­nie – wtrąca z re­zy­gna­cją Ryan, chło­pak Jenny – może by­śmy go na ra­zie za­brali do mnie? Wsta­wimy go do ga­rażu, a za rok go za­bie­rzesz.

Mimo że nim po­gar­dzam, wiem, że tak na­prawdę to świetny chło­pak.

– Poza tym mamy do­bre wspo­mnie­nia z nim zwią­zane. – Daje jej po­ro­zu­mie­waw­cze znaki brwiami, a ja od­no­szę wra­że­nie, że za­raz się po­rzy­gam.

– Ohyda! – krzy­czy Har­per. – Dla­czego nie ogra­ni­czy­cie swo­jej ak­tyw­no­ści sek­su­al­nej do sy­pialni jak inni lu­dzie?

– Nie da się, gdy twoja dziew­czyna jest taka sek­sowna. – Ryan po­chyla się i ca­łuje Jennę, pod­czas gdy ona chi­cho­cze jak za­du­rzona na­sto­latka.

Na szczę­ście dzwoni do­mo­fon, więc Ryan prze­ska­kuje przez pu­dła i bie­gnie do drzwi, żeby za­pła­cić do­stawcy pizzy. Znaj­du­jemy pa­pie­rowe ta­le­rze i sia­damy na pod­ło­dze w sa­lo­nie.

Gdy koń­czymy je­dze­nie i ogar­nia nas bło­gie zmę­cze­nie, ode­chciewa nam się tej gów­nia­nej prze­pro­wadzki do in­nego miesz­ka­nia na kam­pu­sie.

Znu­żona Har­per pod­nosi szklankę z na­po­jem.

– Za ostatni rok. – Pod­no­simy swoje kubki. – Za Ry­ana, żeby wy­prze­dał wszyst­kie bi­lety na swoje kon­certy.

Chło­pak pusz­cza oko, jest dumny ze swo­ich sce­nicz­nych osią­gnięć, na­wet te­raz tro­chę za­dziera nosa.

– Za Jennę, żeby była rów­nie za­do­wo­lona w sy­pialni, lecz nieco cich­sza – wy­li­cza Har­per.

Jenna strzela do niej z palca, ale robi to ze śmie­chem. Har­per zwraca się do mnie:

– Za Clem, żeby na­pi­sała ko­lejny be­st­sel­ler.

Jej słowa wzbu­dzają we mnie za­równo na­dzieję, jak i strach. Cały czas mo­dlę się, żeby prze­ła­mać złą passę i znowu za­cząć pi­sać.

Ryan prze­chyla swój ku­bek w moją stronę.

– Dasz mi kie­dyś prze­czy­tać tę twoją książkę?

Od­po­wiedź jest ła­twa.

– Nie są­dzę. – Uno­szę jedną brew, gdy on udaje roz­cza­ro­wa­nie. Aha, na pewno chciałby prze­czy­tać moją książkę dla na­sto­la­tek.

Jenna wtrąca się, żeby do­koń­czyć to­ast:

– I za Har­per, żeby my­liła się co do mo­ich freu­dow­skich prze­ję­zy­czeń!

Ze śmie­chem trą­camy się kub­kami.

Jenna prze­rywa wzno­sze­nie to­a­stu i ma­cha rę­kami, roz­pry­sku­jąc na­pój po pod­ło­dze.

– Nie za­po­mi­naj­cie, że ju­tro wie­czo­rem Ryan wy­stę­puje w Eu­pho­rii. – Jenna jest szcze­gólną gro­upie sto­jącą w pierw­szym rzę­dzie i roz­bie­ra­jącą wzro­kiem swo­jego chło­paka, wo­ka­li­stę grupy Tra­gic Pa­ra­dox. – Mają świet­nego no­wego gi­ta­rzy­stę.

Po­chyla się, żeby po­ca­ło­wać Ry­ana, jed­nak szybki ca­łus w usta zmie­nia się w coś wię­cej, więc ra­zem z Har­per za­czy­namy ję­czeć. Ryan się od­suwa, ale za­raz za­czyna ob­ma­cy­wać swoją dziew­czynę.

– Za­wsze je­steś ta­kim per­we­rem? – py­tam, po­sy­ła­jąc mu w za­mie­rze­niu po­gar­dliwe spoj­rze­nie, ale on tylko zło­śli­wie się uśmie­cha.

Jenna w ogóle nie jest zmie­szana tym, że przed chwilą zła­pał ją za pierś. Ma­canki w miej­scu pu­blicz­nym stały się dla niej co­dzien­no­ścią, po­dob­nie jak do­kładne re­wi­zje na lot­ni­sku.

On na­dal pa­trzy na mnie z sze­ro­kim, głu­pim uśmie­chem. Kręcę głową.

– Je­steś od­porny na moje moce, co nie?

– No ra­czej. – Wzru­sza ra­mio­nami.

– Ni­gdy nie udało mi się cie­bie prze­stra­szyć.

– Fakt, za to wszy­scy moi kum­ple srają w ga­cie ze stra­chu. – Głasz­cze mnie po wło­sach, jak­bym była dziec­kiem, więc na po­waż­nie roz­wa­żam zdzie­le­nie go w łeb. – Dla­czego je­steś taka wredna, Cle­men­tine?

Od­su­wam się i wzru­szam ra­mio­nami.

– Jak ci prze­szka­dza cie­pło, to wy­pier­da­laj z kuchni.

– Po pro­stu po­trze­bu­jesz god­nego sie­bie prze­ciw­nika.

Za­uwa­żam błysk w jego oku. Do tego fa­ceta ni­gdy nic nie do­ciera.

– Nie, nie pró­buj swa­tać mnie z żad­nym ze swo­ich ża­ło­snych kum­pli.

– Clem?

– Co?

– Nie zro­zum mnie źle. – Unosi jedną brew. – Ale czy ty je­steś les­bijką? – W obron­nym ge­ście unosi ręce, za­nim zdążę szy­der­czo się ro­ze­śmiać. – Nie mam nic prze­ciwko, je­śli je­steś. Nie osą­dzam cię i na­prawdę uwa­żam, że to by­łoby cał­kiem sek­sowne.

– Pier­dol się, Ryan.

– Nie by­ła­byś taka spięta, gdy­byś choć raz po­szła z kimś do łóżka.

– A kto mówi, że nie po­szłam?

Tak jest za­wsze. Spo­ty­kam spoj­rze­nie Har­per, która krzywi się z nie­sma­kiem. Wie, jak tego nie­na­wi­dzę.

– Clem nic na to nie po­ra­dzi, że więk­szość fa­ce­tów nie jest w sta­nie spro­stać jej stan­dar­dom – mówi Jenna, zbie­ra­jąc na­sze pa­pie­rowe ta­le­rze.

– Dzięki. – Nie cho­dziło o to, że z ni­kim się nie uma­wia­łam. Po pro­stu zre­zy­gno­wa­łam z po­szu­ki­wa­nia fa­ceta, który nie byłby po­pier­dzie­lony. Nie zdra­dzałby. Nie byłby stal­ke­rem. Tak, fa­ceci są po­wa­leni.

Ryan marsz­czy brwi.

– Już od ja­kie­goś czasu cho­dzę z Jenną i przez ten czas nie mia­łaś żad­nego chło­paka. To po­pie­przone. Wszy­scy moi kum­ple śli­nią się do cie­bie, a i ja są­dzę, że gdy­byś się z kimś zwią­zała, ludzki ga­tu­nek od­niósłby ko­rzyść.

Bar­dzo śmieszne. Moje geny nie wy­dają się nie­zwy­kłe. Je­stem ra­czej ni­ska, mam dłu­gie, ja­sne włosy i nie­bie­skie oczy. Lu­dzie mó­wią, że Jenna i ja mo­gły­by­śmy po­da­wać się za sio­stry, ale ona ma je­dwa­bi­ste i gład­kie włosy, a ja dłuż­sze i fa­lo­wane. Gdy­bym chciała wy­glą­dać tak sza­łowo jak Jenna, kiedy wstaje z łóżka, mu­sia­ła­bym spę­dzić pół dnia z su­szarką w ręce. To nie dla mnie.

Je­dyne, co działa na moją ko­rzyść, to za­mi­ło­wa­nie do bie­ga­nia i wspi­na­czki, więc przy­naj­mniej żadna z mo­ich czę­ści ciała przez ja­kiś czas nie zwięk­szy swo­jej ob­ję­to­ści.

Ryan wska­zuje mnie pal­cem i chy­trze się uśmie­cha.

– To, że z ni­kim się nie uma­wiasz, za­pewne ozna­cza, że nie­na­wi­dzisz męż­czyzn. Mam ra­cję? Wszyst­kich oprócz mnie.

Robi minę szcze­niaczka, pod­czas gdy Jenna gru­cha do niego.

Rany bo­skie.

– Nie nie­na­wi­dzę męż­czyzn. Nie­na­wi­dzę prze­wi­dy­wal­nych fa­ce­tów. – Nie wiem, co dzi­siaj wstą­piło w Ry­ana. Po­wi­nien wie­dzieć, że le­piej ze mną nie za­czy­nać.

– Wiesz co, dziew­czyno? Po­win­naś cho­dzić z na­lepką ostrze­gaw­czą – żar­tuje Ryan. – Nie­wła­ściwa ob­sługa może do­pro­wa­dzić do urazu lub śmierci.

– Do­brze, za­cznijmy więc od cie­bie – mó­wię i udaję, że ude­rzam go w brzuch.

* * *

Bay State Road po­ra­stają klony i bujny bluszcz. Wi­dok jest tak ładny, że można by go wy­słać na pocz­tówce do domu. Gdy­bym tylko wy­sy­łała do domu pocz­tówki.

Na­sze miesz­ka­nie na ten rok znaj­duje się do­kład­nie jedną prze­cznicę od Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego. Cho­ciaż czuję się wy­koń­czona, a na ulicy jest pełno stu­den­tów i aut za­par­ko­wa­nych w dwóch rzę­dach, nie­mal pod­ska­kuję z ra­do­ści, pa­trząc na na­sze nowe lo­kum.

Har­per, Jenna i ja we­szły­śmy po scho­dach i otwo­rzy­ły­śmy drzwi no­wego miesz­ka­nia.

– Za­sta­nówmy się, jak po­dzie­limy się po­ko­jami. – Har­per ma prak­tyczne po­dej­ście.

Nasz apar­ta­ment znaj­duje się na gó­rze trzy­pię­tro­wego bu­dynku i jest tro­chę więk­szy niż po­zo­stałe miesz­ka­nia sze­re­gowca, lecz to wciąż aka­de­mik.

Od frontu mamy nie­wiel­kie wspólne po­miesz­cze­nie, z któ­rego wcho­dzi się do trzech po­koi – jed­nego dla dwóch osób i dwóch po­je­dyn­czych. Za­uwa­żam ła­zienkę. Cztery dziew­czyny dzie­lące jedną ła­zienkę to nic za­baw­nego.

– Dani bę­dzie miesz­kała ze mną – mówi Jenna – dla­tego biorę ten po­dwójny po­kój od frontu.

I tak przez więk­szość czasu po­miesz­kuje u Ry­ana, więc nie po­trze­buje pry­wat­no­ści.

Je­stem za­do­wo­lona, że to nie mnie przyj­dzie dzie­lić po­kój z nową dziew­czyną.

Ta­kie są nie­do­god­no­ści zwią­zane z miesz­ka­niem na te­re­nie kam­pusu. Cho­ciaż jest też sporo za­let. Sys­tem wy­boru miesz­ka­nia opiera się na lo­so­wa­niu, dla­tego nie wzięto pod uwagę tego, że chcia­ły­by­śmy miesz­kać we trzy, i przy­dzie­lono nam miesz­ka­nie dla czte­rech osób. Mo­gły­śmy cze­kać, aż przy­ślą nam ja­kąś współ­lo­ka­torkę lub same ko­goś zna­leźć. Jenna przy­sięga, że po­lu­bimy Dani, ale ja wstrzy­muję się z oceną, po­nie­waż ostroż­no­ści ni­gdy dość. Zwłasz­cza je­śli jest się w mo­jej sy­tu­acji.

Pró­buję nie rzu­cać się w oczy, po­nie­waż prasa z roz­ko­szą dru­ko­wa­łaby moje na­zwi­sko na pierw­szych stro­nach bru­kow­ców. Mój brat bliź­niak kilka razy zna­lazł się w ta­kiej sy­tu­acji, ale Jax do­brze czuje się w świe­tle re­flek­to­rów, bo dzięki nim może za­li­czyć każdą la­skę, która wpad­nie mu w oko.

Moim ce­lem jest spo­kojne ży­cie, cho­ciaż cza­sami bywa nudno. Bóg mi świad­kiem, że do­świad­czy­łam już dość dra­ma­tów.

Po­doba mi się spo­kój, więc swoją książkę opu­bli­ko­wa­łam pod pseu­do­ni­mem. Za nic w świe­cie nie przy­zna­ła­bym się do po­rażki, która stała się in­spi­ra­cją dla tej po­wie­ści.

Har­per pa­trzy na mnie py­ta­jąco, więc wzru­szam ra­mio­nami. Za­pła­ci­łam za po­je­dyn­czy po­kój, cho­ciaż to dla mnie duży wy­da­tek, ale nie je­stem w sta­nie pi­sać, je­śli ktoś obok mnie ogląda Glee.

– Mo­żesz za­jąć ten, który ci się bar­dziej po­doba. Ja będę szczę­śliwa, je­śli tylko nie zo­stanę zmu­szona do po­now­nego miesz­ka­nia z Evą Ri­chard­son – mó­wię i wzbu­dzam śmiech.

Eva, moja współ­lo­ka­torka, z którą miesz­ka­łam na pierw­szym roku, wredna dziew­czyna na­le­żąca do żeń­skiego sto­wa­rzy­sze­nia stu­den­tek, zmie­niła moje ży­cie w pie­kło i spra­wiła, że spik­nę­łam się z Har­per.

Sły­chać kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze, więc od­wra­camy się i wi­dzimy za­sa­pa­nego Ry­ana.

– Cho­lera. Nie mo­gły­ście do­stać po­koju na pierw­szym lub dru­gim pię­trze? – Gdy wcho­dzi na szczyt scho­dów, pod­rzuca pu­dła, żeby le­piej je chwy­cić.

– Ju­tro wie­czo­rem sta­wiamy drinki i ko­la­cję – mó­wię, za­bie­ra­jąc od niego jedno pu­dło. – Poza tym to cena, jaką pła­cisz za moż­li­wość cho­dze­nia z jedną z naj­ład­niej­szych dziew­czyn na kam­pu­sie. Pod­czas prze­pro­wadzki mu­sisz być na­szym ro­bo­lem. Weź się w garść, chło­pie.

Wzdy­cha i przy­ta­kuje.

– Masz ra­cję.

No do­bra, może nie wszy­scy fa­ceci są po­wa­leni.ROZ­DZIAŁ 2

Na­stęp­nego dnia wszystko mnie boli, jak­bym zo­stała sko­pana przez śred­niej wiel­ko­ści trzodę chlewną, więc nie mam naj­mniej­szej ochoty iść do pracy. Je­stem jedną z asy­sten­tek kie­row­nika w kam­pu­so­wej księ­garni. To po­żą­dane sta­no­wi­sko wśród stu­den­tów, po­nie­waż przy­słu­gują na nim zniżki na książki, ubra­nia, a co naj­waż­niej­sze – rów­nież na kawę. Księ­gar­nia ma trzy pię­tra, zaj­muje po­łowę prze­cznicy i znaj­duje się w niej wszystko z Bar­nes & No­ble i Star­bucksa, a także pod­sta­wowe ele­menty wy­po­sa­że­nia aka­de­mi­ków oraz ubra­nia. Nad­gor­liwi ro­dzice mogą wy­po­sa­żyć gów­niane po­ko­iki swo­ich po­ciech, za­pła­cić kro­cie za pod­ręcz­niki, a na­wet ku­pić ja­kiś dur­no­waty ku­bek dla babci.

Uwiel­biam swoją pracę. Za­zwy­czaj. Sta­nowi dla mnie od­skocz­nię, spra­wia, że nie za­my­kam się w so­bie, co jest moją ty­pową re­ak­cją na stres. Te­raz nad­ciąga naj­go­ręt­szy okres roku.

Za­ję­cia za­czy­nają się za kilka dni, więc mu­szę ra­dzić so­bie z prze­peł­nio­nym ma­ga­zy­nem. Po­trze­buję pie­nię­dzy – niech mnie szlag trafi, je­śli za­dzwo­nię do matki po po­moc – więc do­daję so­bie ener­gii, pi­jąc po­dwójne latte, i przy­go­to­wuję się na cze­ka­jące mnie za­da­nia.

Sprze­daż książki przy­nio­sła mi sporo pie­nię­dzy, ale stu­diuję na jed­nej z naj­droż­szych uczelni w kraju, która mie­ści się w jed­nym z naj­droż­szych miast w Sta­nach, więc moja sy­tu­acja fi­nan­sowa nie jest do­bra. Matka płaci cze­sne za mo­jego brata, który na szczę­ście stu­diuje po dru­giej stro­nie ulicy na Bo­ston Col­lege, więc nie mu­szę go co­dzien­nie oglą­dać i przy­po­mi­nać so­bie, ja­kie ma fory w ro­dzi­nie.

Pi­szę krótką wia­do­mość do Jenny. Tłu­ma­czę, że nie je­stem w sta­nie przyjść na wy­stęp Ry­ana, i obie­cuję wy­su­płać tro­chę kasy, żeby ku­pić mu kilka drin­ków w za­mian za po­moc przy prze­pro­wadzce.

Jenna od­pi­suje: Ro­zu­miem, ale i tak je­steś zdzirą. Szkoda, że cię nie bę­dzie! Chcia­łam, że­byś po­znała Mur­phy’ego, no­wego gi­ta­rzy­stę. Przy­stoj­niak.

Od­po­wia­dam jej ze śmie­chem: Prze­stań mnie wra­biać!

Jenna: Za­ro­śnie ci cipka i bę­dziesz mu­siała iść na za­bieg chi­rur­giczny, żeby móc jej uży­wać.

Ja: Nie martw się. Mam ubez­pie­cze­nie. I po­moc­ni­ków na ba­te­rie, któ­rzy mnie nie zdra­dzają ani nie stal­kują. To osta­teczny ar­gu­ment!

No do­bra, nie mam ubez­pie­cze­nia. Ani wi­bra­tora. Czuję się tro­chę głu­pio, że skła­ma­łam, ale Jenna zu­peł­nie nie ro­zu­mie, dla­czego nie chcę się z ni­kim uma­wiać, a ja nie mam ochoty na to, żeby jej się tłu­ma­czyć. Po­now­nie.

Jenna: Do­bra. Po­zwolę ci nie przyjść dziś wie­czo­rem, ale pod JED­NYM wa­run­kiem.

Ja: ?

Jenna: Dasz mi wolną rękę, że­bym mo­gła za­pla­no­wać twoje uro­dziny w przy­szły week­end. CARTE BLAN­CHE.

Ja: Ostro się tar­gu­jesz. A jak po­wiem nie?

Jenna: To masz dzie­sięć mi­nut, żeby wziąć dupę w troki i przyjść na kon­cert.

Ja: Ale z cie­bie suka. Do­brze. Masz te uro­dziny.

Jenna: Ko­cham Cię! Nie pra­cuj do późna.

Krę­cąc głową, od­kła­dam te­le­fon i biorę się za ro­botę.

Kiedy koń­czę in­wen­turę, jest już po pół­nocy. Ken­more Squ­are za­peł­nił się stu­den­tami idą­cymi na Lans­do­wne Street, gdzie znaj­duje się kil­ka­na­ście ba­rów, lecz ja skrę­cam w Bay State Road, a prze­cznica, przy któ­rej stoi mój bu­dy­nek, jest ciemna. Dwie la­tar­nie nie świecą, więc mi­mo­wol­nie przy­spie­szam kroku. W końcu stoję przed drzwiami.

Czuję ulgę, wi­dząc Har­per sie­dzącą na ka­na­pie i roz­ma­wia­jącą przez te­le­fon.

– Je­steś sama? – py­tam, gdy się roz­łą­cza.

– Tak, Jenna po­szła do Ry­ana. Wiesz, co się z nimi dzieje po kon­cer­tach – od­po­wiada, wy­wra­ca­jąc oczami. – Dani wy­szła na mia­sto z przy­ja­ciółmi.

Pod­no­szę koc, któ­rym jest okryta, mosz­czę się obok niej i oglą­damy te­le­wi­zję z wy­ci­szo­nym dźwię­kiem. Kie­dyś bę­dziemy mu­siały za­jąć się kar­to­nami usta­wio­nymi pod ścia­nami, ale je­stem zbyt pad­nięta, żeby o tym my­śleć. Te­raz, gdy usia­dłam, czuję, jak bolą mnie nogi, a zmę­cze­nie opa­no­wuje całe moje ciało.

– Jak było? – py­tam.

– Ze­spół wy­padł świet­nie, ale Kade, ten wielki ku­tas, cały czas mnie ob­ła­piał.

Kade jest bęb­nia­rzem w ze­spole. To syn ja­kie­goś po­li­tyka i wy­daje mu się, że wszystko mu wolno. Fa­ceci tacy jak on, z pie­niędzmi i wła­dzą, po­zba­wieni re­spektu dla norm spo­łecz­nych, są nie­bez­pieczni, o czym sama bo­le­śnie się prze­ko­na­łam.

– Ja pier­dzielę.

– Mam gdzieś to, że mu się po­do­bam. Jak jesz­cze raz po­łoży łapy na moim tyłku, to po­ża­łuje.

Har­per nie ma tak oczy­wi­stej urody jak Jenna, ale jest osza­ła­mia­jąca na swój ory­gi­na­lny spo­sób. Po­nadto to jedna z nie­licz­nych osób czu­ją­cych się do­brze we wła­snej skó­rze, które znam. A na do­da­tek stu­diuje psy­cho­lo­gię i z roz­ko­szą grze­bie mi w gło­wie, kiedy po­trze­buję jej po­mocy.

– Co za ob­lech. Nie wiem, dla­czego Ryan się z nim przy­jaźni.

Siada wy­god­niej.

– Ale ten nowy gi­ta­rzy­sta jest cudny. I ślicz­niutki!

– No wła­śnie sły­szę. – Ni­gdy nie wi­dzia­łam fa­ceta, ale – jak wi­dać – wpadł Har­per w oko. To już coś.

– Za­mie­rzasz rzu­cić swo­jego ko­cha­sia dla niego?

– No wiesz!

* * *

Je­stem. Taką. Idiotką.

Z to­rebki wyj­muję spis za­jęć na ten rok. Wsa­dzi­łam tam tę kartkę w maju i szybko o niej za­po­mnia­łam. Czy­tam na­zwy przed­mio­tów: mity grec­kie i rzym­skie w li­te­ra­tu­rze, psy­cho­lo­gia, pi­sa­nie ro­man­sów i ma­te­ma­tyka sto­so­wana.

Przez trzy lata od­ra­cza­łam dwie rze­czy – obo­wiąz­kowy kurs ma­te­ma­tyki (po­nie­waż je­stem ma­te­ma­tycz­nie nie­do­ro­zwi­nięta) oraz za­pi­sa­nie się na to, co – jak przy­pusz­cza­łam – bę­dzie moim ulu­bio­nym przed­mio­tem, czyli pi­sa­nie po­wie­ści young adult z pro­fe­sor Gol­ding. Ze­szłej wio­sny była na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim i nie wy­kła­dała w dru­gim se­me­strze, więc tej je­sieni mam ostat­nią szansę, żeby tra­fić na jej za­ję­cia. Wie­rzę, że po­mogą mi zna­leźć po­my­sły do książki.

Ści­ska mi się żo­łą­dek, gdy po­now­nie czy­tam li­stę przed­mio­tów.

Ja­kim trzeba być ge­niu­szem, żeby do­piero te­raz uświa­do­mić so­bie, że przy­pad­kowo za­pi­sa­łam się na pi­sa­nie ro­man­sów?

Wi­zja tego, że pro­fe­sor Gol­ding bie­rze mnie pod swoje skrzy­dła, szybko roz­pływa się przed mo­imi oczami.

Szanse na to, że na jej za­ję­ciach po­zo­stało miej­sce dla jesz­cze jed­nej stu­dentki, są ta­kie same jak na zna­le­zie­nie w Bo­sto­nie ulicy bez dziur w as­fal­cie.

Jesz­cze je­den wy­kła­dowca uczy pi­sa­nia young adult, ale na pierw­szym roku do­stał są­dowy za­kaz zbli­ża­nia się do mnie, więc prę­dzej za­mar­z­łoby pie­kło, niż za­pi­sa­ła­bym się na je­den z pie­przo­nych kur­sów pro­wa­dzo­nych przez niego.

Mia­łam całe lato, całe cho­lerne lato, żeby to za­uwa­żyć, ale w ogóle nie wpa­dłam na to, żeby spoj­rzeć na spis przed­mio­tów i spraw­dzić, czy wszystko się zga­dza. Pew­nie za­uwa­ży­łam tylko frag­ment pi­sa­nie po­wie­ści i za­ło­ży­łam, że jest tak, jak po­winno być. Ja pier­dolę.

Przez dzie­sięć mi­nut w peł­nym sku­pie­niu po­rów­ny­wa­łam moją kartę re­je­stra­cyjną z ka­ta­lo­giem za­miesz­czo­nym w in­ter­ne­cie i za­uwa­ży­łam, że nu­mery kur­sów z young adult i pi­sa­nia ro­man­sów są pra­wie iden­tyczne. Jed­nak nie­dzielny wie­czór po Świę­cie Pracy nie jest od­po­wied­nim cza­sem na ta­kie olśnie­nia, po­nie­waż i tak nic nie wskó­ram, do­póki nie za­czną się za­ję­cia.

Kurwa!

O dzie­sią­tej rano we wto­rek ko­niecz­nie mu­szę się na­pić. Szota. Może te­qu­ili. Nie je­stem pi­jaczką, ale wi­dok tłumu stu­den­tów sto­ją­cych pod salą i pró­bu­ją­cych się za­pi­sać na kurs YA pro­wa­dzony przez Gol­ding spra­wia, że czuję się po­ko­nana. Dwa razy spraw­dzam go­dziny jej dy­żu­rów i po­sta­na­wiam spo­tkać się z nią po za­ję­ciach, po czym idę na pi­sa­nie ro­man­sów.

Wy­wra­cam oczami. Nie­na­wi­dzę ro­man­sów.

Mam prze­rą­bane.

* * *

Spóź­ni­łam się dzie­sięć mi­nut, ale w końcu do­tar­łam. Wcho­dzę, spusz­czam głowę, żeby stać się nie­wi­dzialna, i sia­dam na jed­nym z ostat­nich wol­nych miejsc. Sala jest wielka i pęka w szwach, co mnie dziwi, po­nie­waż po­winni tu być tylko stu­denci ostat­niego roku pi­sa­nia.

Pro­fe­sor Mar­ce­aux prze­cha­dza się na prze­dzie sali i cmoka, pa­trząc na nas. Nie zdą­ży­łam jesz­cze spoj­rzeć na plan za­jęć, a już jedna ze stu­den­tek za­daje py­ta­nie:

– Jaka jest róż­nica po­mię­dzy Pięć­dzie­się­cioma twa­rzami Greya a ro­man­sem? – pyta dziew­czyna z pierw­szego rzędu.

Do­my­ślam się, że wszy­scy chcieli o to za­py­tać, po­nie­waż robi się har­mi­der. Czy je­stem je­dyną, która nie prze­czy­tała Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy Greya?

Mar­ce­aux za­trzy­muje się w pół kroku.

– Do­sko­nałe py­ta­nie. Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze, Ana, główna bo­ha­terka Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy, za­sta­na­wia się, czy chce być ule­gła Chri­stia­nowi, więc cała opo­wieść kręci się wo­kół kon­fliktu sek­su­al­nego, który spra­wia, że książkę na­leży przy­pi­sać do ga­tunku po­wie­ści ero­tycz­nych. Weźmy rów­nież pod uwagę styl. W ro­man­sie mó­wimy ko­chać się lub upra­wiać seks. Wy­daje mi się, że ra­czej nie po­wiemy pie­przyć się – mówi, uno­sząc brwi, a stu­denci za­czy­nają się śmiać.

Jezu. Czy mu­simy mó­wić o sek­sie? Czy ro­mans nie może do­ty­czyć nie­od­wza­jem­nio­nej mi­ło­ści i smut­nych spoj­rzeń? Odro­biny ma­ca­nek po pi­jaku gdzieś w sza­fie?

Wy­kła­dow­czyni ma silny fran­cu­ski ak­cent i gdy prze­cha­dza się przed nami, prze­suwa oku­lary w szyl­kre­to­wych opraw­kach na czu­bek głowy. Znowu cmoka.

– Nie uży­ła­bym rów­nież słów ta­kich jak pe­nis czy łech­taczka. Bę­dzie­cie mu­sieli wy­my­ślić ja­kieś za­bawne eu­fe­mi­zmy, żeby je za­stą­pić.

Stu­denci za­czy­nają szep­tać, kilka dziew­czyn chi­cho­cze.

Po jaką cho­lerę mam wy­my­ślać za­bawny eu­fe­mizm do słowa pe­nis? Nie za­mie­rzam go pi­sać. Ni­gdy.

Jest mi nie­do­brze.

Chło­pak sie­dzący obok mnie do­tyka mo­jego łok­cia.

– Mogę ci z tym po­móc – szep­cze, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie. – Z tymi eu­fe­mi­zmami.

– Spa­daj, dupku. – Bły­ska­wicz­nie się pa­kuję i wy­bie­gam z sali. Pro­fe­sorka coś do mnie mówi, gdy za­trza­skują się za mną drzwi. Se­kundę póź­niej sły­szę gło­śny śmiech.

Gdy wra­cam do domu, pęka mi łeb. Póź­nym po­po­łu­dniem przy­cho­dzi Jenna i robi wiel­kie oczy na mój wi­dok.

– Chry­ste Pa­nie, Clem, co się z tobą działo na za­ję­ciach?

– Ja­kich za­ję­ciach? – Jedną nogę zgi­nam w ko­la­nie i przy­sia­dam na niej na ławce pod wy­ku­szo­wym oknem.

– Z ro­mansu. Nie wi­dzia­łaś, jak do cie­bie ma­cha­łam z tyłu sali? – Ma­cha rę­kami, jakby chciała za­de­mon­stro­wać.

– O Boże, ty też na to cho­dzisz?

– Tak! Dla­czego ucie­kłaś?

– Żar­tu­jesz so­bie? Nie będę cho­dziła na za­ję­cia pi­sa­nia o sek­sie.

Marsz­czy czoło.

– One nie są o sek­sie. Prze­ga­pi­łaś resztę wy­kładu. Po­wie­działa, że w ro­man­sie seks jest sprawą dru­go­rzędną, a naj­waż­niej­szą jest mi­łość. Seks może być jej czę­ścią, ale cho­dzi o szer­szą per­spek­tywę.

Obej­muję głowę dłońmi i ma­suję pul­su­jące skro­nie.

– A co z tymi za­ję­ciami z young adult, na które tak bar­dzo chcia­łaś cho­dzić? – pyta, prze­mie­rza­jąc po­kój.

Ję­czę i za­my­kam oczy.

– Po­my­li­łam się pod­czas re­je­stra­cji na za­ję­cia ze­szłej wio­sny i przy­pad­kowo wy­bra­łam ro­mans.

– Pech. – Robi so­bie kawę i siada obok mnie w wy­ku­szu.

Otwie­ram oczy i pa­trzę na nią.

– Jenna, nie je­stem osobą, która lubi wy­my­ślać za­bawne eu­fe­mi­zmy opi­su­jące czę­ści ciała. To nie dla mnie.

– Cóż, może to znak, no wiesz, żeby spró­bo­wać no­wych rze­czy i wziąć byka za rogi.

Te­raz ja marsz­czę czoło. Daję radę być suką, ale nie wiem, czy mam w so­bie dość od­wagi. Ostat­nim ra­zem coś na­prawdę od­waż­nego zro­bi­łam na pierw­szym roku i do tej pory od­czu­wam tego skutki.

Może dla­tego na­dal nie mogę pi­sać.

Jenna sztur­cha mnie łok­ciem, pró­bu­jąc mnie po­cie­szyć.

– Uśmiech­nij się. Przy­go­tuję coś na­prawdę za­baw­nego na twoje przy­ję­cie uro­dzi­nowe.

– Su­per. Cie­szy mnie to, je­śli tylko nie będę mu­siała wy­my­ślać eu­fe­mi­zmów do słowa pe­nis.

Na jej twa­rzy ma­luje się roz­cza­ro­wa­nie.

– Szkoda, psu­jesz za­bawę.

Może i tak, ale dzięki temu czuję się bez­piecz­niej.ROZ­DZIAŁ 7

Jedno wiem na pewno. To jest okropny po­mysł.

Ga­pię się na wia­do­mość od Ga­vina: Po­bie­gajmy ju­tro ra­zem. Może na­wet po­zwolę ci się wy­prze­dzić.

Bie­ga­nie jest zbyt oso­bi­ste. Jak­by­śmy prali ra­zem swoje ubra­nia, kiedy do­piero co się po­zna­li­śmy. Taki tre­ning, bieg ra­mię przy ra­mie­niu, rów­na­nie kroku, żeby się zgrać, i szu­ka­nie od­po­wied­niego rytmu za bar­dzo zbliża, bar­dziej niż­bym chciała.

Dy­stans. Po­win­nam stwo­rzyć dy­stans mię­dzy nami.

Od­rzu­cam jego pro­po­zy­cję. Na­wet do­łą­czam uśmiech­niętą buźkę, że­bym nie wy­szła na sukę, co fru­struje mnie jesz­cze bar­dziej, po­nie­waż przez niego uży­wam emo­tek jak dwu­na­sto­latka.

Po dłu­giej zmia­nie w pracy, która cią­gnęła mi się jesz­cze bar­dziej przez po­wra­ca­jące my­śli o Ga­vi­nie, pró­buję przy­ło­żyć się do pi­sa­nia, ale cho­ciaż mam już plan, moi bo­ha­te­ro­wie wy­dają się sztuczni. Cze­goś tu bra­kuje. Może uda mi się to po­ła­tać, je­śli praca bę­dzie oce­niana przez asy­stenta, ale jak tylko wpad­nie w ręce człon­ków grupy oce­nia­ją­cej, moi ró­wie­śnicy nie zo­sta­wią na niej su­chej nitki. Po­nadto ten ma­te­riał nie na­daje się na peł­no­wy­mia­rową po­wieść.

Je­stem tak sfru­stro­wana, że idę po­bie­gać.

Na dwo­rze jest ciemno, więc wiem, że nie za­cho­wuję się roz­sąd­nie, wy­cho­dząc sama, ale moje współ­lo­ka­torki gdzieś wy­szły, a ja mam zbyt dużo ener­gii, żeby usie­dzieć na miej­scu.

Księ­życ świeci ja­sno, na nie­bie nie ma chmur. Włą­czam mu­zykę i bie­gnę, aż po­zbędę się na­pię­cia.

Zwal­niam do mar­szu, kiedy do­cie­ram do mo­jej prze­cznicy, gdzie w oko wpada mi pla­kat z wi­ze­run­kiem Oli­vii. Roz­glą­dam się i pró­buję stłu­mić w so­bie dziwne wra­że­nie, że ktoś mnie ob­ser­wuje. Bie­gnę w stronę na­szego miesz­ka­nia.

* * *

Na­stęp­nego dnia rano Har­per za­gląda do mo­jego po­koju.

– Póź­niej idziemy do Ry­ana. Chcia­ła­byś pójść ze mną zro­bić pra­nie? Jenna ma po­ka­zać Dani, jak robi się te re­we­la­cyjne gril­lo­wane ka­na­pki z se­rem.

– Ryan nie ma nic prze­ciwko, że bę­dziemy uży­wać jego pralki?

Zer­kam na rze­czy wy­sy­pu­jące się z ko­sza na pra­nie i wiem, że po­win­nam sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji.

– Je­śli tylko przy­pro­wa­dzimy jego dziew­czynę, nie bę­dzie mu to prze­szka­dzało.

Zga­dzam się i pa­kuję brudne rze­czy ra­zem z lap­to­pem i no­tat­ni­kiem, żeby w mię­dzy­cza­sie po­pra­co­wać. Dani i ja sia­damy z tyłu, Har­per pro­wa­dzi, a Jenna sie­dzi obok niej. Har­per mówi Dani o tym, że mam pro­blem z okładką książki, gdy je­dziemy przez kam­pus.

– Nie po­trze­bu­jesz gra­fika. Mogę zro­bić okładkę dla cie­bie – ofe­ruje Dani, nur­ku­jąc w to­rebce w po­szu­ki­wa­niu gumy do żu­cia.

– Na­prawdę? Ja je­stem w tym bez­na­dziejna. Je­steś w sta­nie zna­leźć ja­kieś zdję­cie na stocku? A znasz może ko­goś, kto pro­jek­tuje strony in­ter­ne­towe? Moja po­trze­buje po­waż­nego li­ftingu.

Od­wija gumę ze sre­berka i wkłada ją do buzi.

– Mogę zro­bić kilka zdjęć. Oczy­wi­ście mam przy­ja­ciół, któ­rzy po­tra­fią ro­bić strony.

– Fan­ta­stycz­nie! Za­płacę ci za pracę nad okładką.

Dani kręci głową, jakby po­czuła się tym ura­żona.

– W żad­nym wy­padku. Je­steś moją współ­lo­ka­torką. To wbrew re­gu­łom.

Zer­kam na Jennę sie­dzącą na przed­nim sie­dze­niu, która po­ta­kuje, jakby chciała mi po­ka­zać, że je­stem idiotką, bo nie wie­dzia­łam, że Dani jest w po­rządku.

– No do­brze, je­śli nie weź­miesz ode mnie pie­nię­dzy, po­zwól, że ku­pię ci ja­kieś przy­bory ma­lar­skie, bo wiem, że te bzdety są dro­gie.

Dani uśmie­cha się i czę­stuje mnie gumą.

– Umowa stoi, ale chcę prze­czy­tać twoją książkę. Jenna mówi, że je­steś świetną pi­sarką.

Ko­pię w sie­dze­nie Jenny, a ona po­ka­zuje mi środ­kowy pa­lec. Za­gry­zam wargę, za­sta­na­wiam się nad od­po­wie­dzią.

– Do­brze, ale mu­sisz przy­siąc, że do­cho­wasz ta­jem­nicy. Pi­szę pod pseu­do­ni­mem i nie chcę, żeby to się wy­dało. I kiedy mó­wię o ta­jem­nicy, mam na my­śli przy­sięgę krwi. Je­śli ją zła­miesz, za­biorę ci twoje pierw­sze dziecko.

Dani się śmieje, ale przyj­muje wa­runki, po czym za­sta­na­wiamy się nad róż­nymi wer­sjami okładki. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach mam znacz­nie bar­dziej po­zy­tywne na­sta­wie­nie do ży­cia.

– To dużo dla mnie zna­czy, Dani. Dzię­kuję. Mój wy­dawca cały czas za­wraca mi dupę o nowy pro­jekt okładki i zmiany na stro­nie.

Robi wiel­kie oczy.

– Wow, na­prawdę masz wy­dawcę?

– To nie­za­leżna ofi­cyna, nie wy­daję w wiel­kim wy­daw­nic­twie, płacę jej za usługi, ja­kie mi świad­czy, a jest na­prawdę nie­zła w po­zy­ski­wa­niu blo­ge­rów pi­szą­cych re­cen­zje mo­jej książki i kie­ro­wa­niu ru­chu na mój blog, żeby lu­dzie mo­gli po­czy­tać frag­menty lub rze­czy, nad któ­rymi wła­śnie pra­cuję.

Na przy­kład do po­łowy na­pi­sane książki.

War­czę na mo­jego we­wnętrz­nego cy­nika i sku­piam uwagę na swo­jej współ­lo­ka­torce.

Dani i ja roz­ma­wiamy bez prze­rwy w dro­dze do Ry­ana, a gdy je­ste­śmy na miej­scu, każda z nas bie­rze swoje pra­nie i nie­sie je do jego miesz­ka­nia. Wcho­dząc po scho­dach do pię­tro­wego domu i pró­bu­jąc nie roz­sy­pać rze­czy z ko­sza wspar­tego na bio­drze, sły­szę mu­zykę – hymn No­tre Dame i gło­śne wi­waty.

– Jenna – mó­wię po­woli – jaki dzi­siaj jest mecz?

Robi wiel­kie oczy, uświa­da­mia­jąc so­bie, dla­czego py­tam.

– Och, chyba No­tre Dame prze­ciw Stan­for­dowi. – Uśmie­cha się po­krze­pia­jąco, lecz moje serce wciąż bije jak sza­lone. Przy­naj­mniej nie mam jesz­cze ataku pa­niki. Te zda­rzały mi się kie­dyś przez cały czas prak­tycz­nie bez przy­czyny. Mam już dość tego, że Da­ren wciąż kwa­li­fi­kuje się jako je­den z ich po­wo­dów.

Kiedy wcho­dzimy, Ryan po­ja­wia się przy nas i przy­kleja usta do Jenny.

– Daj­cie spo­kój – mó­wię, prze­py­cha­jąc się obok nich.

– Po­kój, mó­wisz? To świetny po­mysł – stwier­dza Ryan ze śmie­chem.

– Za­cho­wu­je­cie się jak nar­ko­mani. Jest jesz­cze za wcze­śnie na ca­łusy z ję­zycz­kiem.

– Clem­ster, na ję­zy­czek ni­gdy nie jest za wcze­śnie. Wi­dzisz, to dla­tego mu­simy zna­leźć ci chło­paka.

– Gdy­byś nie był chło­pa­kiem mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, wy­rwa­ła­bym ci śle­dzionę za to, że mnie tak na­zy­wasz. Poza tym, nie je­stem taką dziew­czyną, która da­wa­łaby so­bie ba­dać mig­dałki przy przy­ja­ciół­kach.

Jenna go od­py­cha, chi­cho­cząc, po czym zo­sta­wiamy na­sze pra­nie w ko­ry­ta­rzu. Kiedy wcho­dzę do sa­lonu, je­stem za­sko­czona, wi­dząc mo­jego brata.

– Cześć, dupku. – Wstaje na mój wi­dok i się obej­mu­jemy. – Co ty tu­taj ro­bisz?

Jax jest za­wsze za­jęty. Wy­daje mi się, że nie za­daje się z ni­kim in­nym poza swo­imi kum­plami z dru­żyny.

– Ryan za­pro­sił mnie w ze­szły week­end, więc po­my­śla­łem, że wpadnę. Sły­sza­łem, że ro­bi­cie lunch, dziew­czyny.

– Przy­sze­dłeś, żeby się na­jeść. Te­raz ro­zu­miem.

Szcze­rzy zęby i z po­wro­tem roz­siada się na ka­na­pie. Jest tu reszta ze­społu Ry­ana, włącz­nie z de­bi­lem Ka­dem, jak go na­zy­wam. Od­wra­cam się i pra­wie wpa­dam na Ga­vina, który wła­śnie wy­szedł z kuchni z pi­wem w ręce.

– Cześć – mó­wię, za­sko­czona jego wi­do­kiem.

Ga­vin uśmie­cha się i obej­muje mnie na po­wi­ta­nie. Za­cho­wuje się, jak­by­śmy byli sta­rymi przy­ja­ciółmi. Ni­gdy nie za­sta­na­wia­łam się wiele nad uści­skami, ale, do cho­lery, ten wy­daje się fajny. Na­tych­miast za­czy­nam my­śleć o sze­ścio­paku na jego brzu­chu. Gdy stoję z twa­rzą przy jego klatce pier­sio­wej, czuję jego sma­ko­wity za­pach.

– Zo­sta­wi­łaś u mnie no­tatki z li­te­ra­tury kla­sycz­nej. Jak­bym wie­dział, że przyj­dziesz, przy­niósł­bym je.

Jaki tro­skliwy. Mo­tyle obi­jają się w moim brzu­chu jak pi­jani że­gla­rze.

Od­chy­lam się do tyłu, żeby wi­dzieć jego twarz. Nie ogo­lił się rano, więc ma szorstką skórę na szczęce. Cho­lera, wy­gląda jesz­cze bar­dziej sek­sow­nie.

– Nie za­uwa­ży­łam, że je za­po­dzia­łam. Dzięki, że mi mó­wisz.

Roz­ma­wiamy, ale jesz­cze nie wy­pu­ścił mnie z ob­jęć. Czy to dziwne? Na­dal trzy­mam dłoń na jego bio­drze, a on obej­muje mnie jedną ręką. Ale prze­cież przy­ja­ciele się obej­mują, co nie? Na przy­kład przed chwilą ob­ję­łam brata. Och, jed­nak to nie jest to samo co przy­tu­la­nie brata. Ga­vin jest taki cie­pły i po­cią­ga­jący, że za­czy­nam my­śleć o tym, że wczo­raj obu­dzi­łam się wtu­lona w niego z nogą prze­rzu­coną przez jego ciało.

Moje po­sta­no­wie­nie, żeby trzy­mać się od niego z da­leka, wła­śnie zo­stało zła­mane. Na­gle uświa­da­miam so­bie, że wszy­scy na nas pa­trzą. Ogar­nia mnie pa­nika, gwał­tow­nie się od­su­wam i mam­ro­czę coś o je­dze­niu i pra­niu, i chyba jesz­cze o czymś.

Wpa­dam do kuchni, gdy Jenna i Dani za­czy­nają przy­go­to­wy­wać lunch, więc myję ręce i wyj­muję je­dze­nie, żeby im po­móc. Krzą­tamy się w uspo­ka­ja­ją­cej ci­szy. Na­gle sły­chać krzyk Kade’a:

– Clem! Chodź tu­taj!

Nie­na­wi­dzę Kade’a jesz­cze bar­dziej od chwili, gdy zo­ba­czył moje sutki. Nie mam po­ję­cia, dla­czego woła mnie do sa­lonu, ale i tak tam idę. Chło­paki oglą­dają pro­gram nada­wany w prze­rwie me­czu, w któ­rym re­kla­mują na­stępny mecz dru­żyny BC.

– Czy to nie jest twój chło­pak? – pyta Kade, gdy na ekra­nie po­ja­wia się zdję­cie przed­sta­wia­jące przy­stoj­nego Da­rena Slo­ana, roz­gry­wa­ją­cego.

Nie wiem, komu przy­szło do głowy, żeby wy­ja­śniać im moje po­wią­za­nie z Da­re­nem, ale wi­docz­nie ktoś to zro­bił. Na plan­szy wy­świe­tlają się in­for­ma­cje o gra­czu, mię­dzy in­nymi to, że nie­dawno za­rę­czył się ze swoją „sym­pa­tią ze szkoły śred­niej”, Ve­ro­nicą. Nie mogę po­wstrzy­mać się od śmie­chu.

Kade dźga mnie pal­cem, a ja na­pa­wam się my­ślą o tym, że mu go ła­mię.

– Clem, nie je­steś za­zdro­sna? Mo­głaś wyjść za fa­ceta, który praw­do­po­dob­nie bę­dzie nu­me­rem je­den pod­czas na­boru do dru­żyny za­wo­do­wej.

Je­stem pra­wie prze­ko­nana, że Kade pój­dzie do pie­kła, i nie­mal się uśmie­cham na tę myśl.

Pró­bu­jąc za­cho­wać twarz, nie daję po so­bie po­znać, że mnie to ob­cho­dzi.

– Je­śli to, że gdy ze mną cho­dził, Ve­ro­nica już mu ob­cią­gała, na­zywa się, że „była jego sym­pa­tią”, to chyba nie do końca ro­zu­miem, co zna­czy to sfor­mu­ło­wa­nie. Aha, żeby nie było wąt­pli­wo­ści, ni­gdy nie ża­ło­wa­łam, że z nim ze­rwa­łam. – Czuję pul­su­jącą krew w ży­łach na szyi. – Na­dal przy­syła mi bi­lety na swoje me­cze. Za­łożę się, że Ve­ro­nica nie wie o tym ma­łym szcze­góle. Więc do­prawdy, uwa­żam, że są ide­al­nie do­braną parą.

Jax się wku­rzył.

– Ni­gdy nie mó­wił mi, że wy­syła ci bi­lety.

– Jest twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Może po­wi­nie­neś go o to za­py­tać. – Od­wra­cam się na pię­cie i wy­cho­dzę do pralni. Od­dy­chaj. Od­dy­chaj.

* * *

Wciąż drżą mi ręce, gdy dzie­sięć mi­nut póź­niej za­czy­nam wkła­dać do pralki białe rze­czy. Pró­buję ją włą­czyć, lecz przy­cisk jest za­blo­ko­wany.

– Po­zwól, że ci po­mogę. – Ga­vin sięga po­nad moim ra­mie­niem i na­ci­ska przy­cisk w dziwny spo­sób, dzięki czemu pralka włą­cza się jak za sprawą ma­gii. Mu­sia­łam się za­my­ślić, po­nie­waż nie sły­sza­łam, jak scho­dził na dół.

– Skąd wie­dzia­łeś, jak to zro­bić? Czę­sto tu pie­rzesz?

Na­dal stoi tak bli­sko, że na­ru­sza moją prze­strzeń oso­bi­stą.

– Nie, nie piorę tu­taj, ale to mój dom, więc mu­szę so­bie ra­dzić z opor­nym sprzę­tem.

Co?

Wi­dzi nie­zro­zu­mie­nie na mo­jej twa­rzy i się uśmie­cha.

– To dom mo­jej babci, a przy­naj­mniej na­le­żał do niej przed śmier­cią kilka lat temu. Ro­dzice dali go mnie, ale skoro sam mu­szę miesz­kać na kam­pu­sie, to go wy­naj­muję. Tak wła­śnie po­zna­łem Ry­ana.

– Aha, ro­zu­miem.

Mruży oczy i prze­chyla głowę.

– Do­brze się czu­jesz? Przy­kro mi, że Kade jest ta­kim ku­ta­sem.

Dło­nią prze­cze­suje swoje gę­ste, czarne włosy, które ukła­dają się, jak chcą, a mimo to chło­pak wy­gląda świet­nie.

– Nic mi nie jest. – Cho­ciaż Kade jest więk­szym de­bi­lem niż zwy­kle. – Po pro­stu z ni­kim nie roz­ma­wiam o Da­re­nie, więc je­stem za­sko­czona, że wie­dział.

Ga­vin wzdy­cha i po­ciera dło­nią brodę.

– Prze­cho­dzi te­raz dość trudny okres.

Nie ob­cho­dzi mnie, przez co prze­cho­dzi Kade, więc wzru­szam ra­mio­nami.

– To, co po­wie­dzia­łaś o zdra­dza­ją­cym cię Da­re­nie, brzmiało na­prawdę ostro.

Po­ta­kuję, bo do­prawdy nie wiem, ile chcia­ła­bym mu opo­wie­dzieć, zwłasz­cza że jest dzien­ni­ka­rzem. Ale prze­cież nie bę­dzie pi­sał o czymś tak głu­pim jak nie­ist­nie­jące ży­cie mi­ło­sne, co nie? W końcu zaj­muje się po­waż­nymi te­ma­tami.

Wy­czuwa moje wa­ha­nie i przy­ciąga mnie do sie­bie.

– Nie mu­sisz o tym mó­wić, je­śli nie chcesz.

Za­pach jego ubrań sprawa, że ści­ska mi się serce.

– Nie ma o czym mó­wić. To stało się dawno temu. – Od­su­wam się o krok i pa­trzę na niego z re­ze­rwą.

Uśmie­cha się i po­ta­kuje.

– No do­brze, lunch jest go­towy. Jenna po­wie­działa, że masz ru­szyć dupę i przyjść jak naj­szyb­ciej.

Ru­szamy na górę. W pew­nej chwili sztur­cha mnie.

– Chcesz się znowu po­wspi­nać w pią­tek?

Nie wiem, czy to za sprawą jego uśmie­chu, czy tego, że nie na­ci­skał, że­bym mu opo­wie­działa o Da­re­nie, ale mam ochotę mu za­ufać, więc zga­dzam się na jego pro­po­zy­cję.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij