DeEmki - ebook
Cztery dziewczyny. Cztery światy. Jedna szkoła. I dziesięć zasad, których nie można łamać.
Maśka, Malina, Muza i Mila. Cztery żywioły. Cztery charaktery. Cztery osobowości, które połączyła przyjaźń zdolna pokonać wszystkie przeszkody.
Pierwsza klasa liceum niesie ze sobą niemałe wyzwania. Dobrze byłoby przeżyć ten czas z jak najmniejszą ilością wstydu, dram i kserówek z matematyki. Trudno jednak zachować zimną krew, gdy po szkole zaczynają krążyć dziwne anonimy, a najważniejsza impreza roku zostaje odwołana… ze względów bezpieczeństwa.
Choć dziewczyny nigdy nie planowały, by zostać detektywistycznym kwartetem, decydują się na własne śledztwo – między lekcjami biologii, w bibliotece i pod drzwiami pokoju nauczycielskiego.
DeEmki to opowieść o dojrzewaniu, które nie ma jednej definicji, i o przyjaźni, która czasem boli, ale częściej ratuje. I o tym, że choć zasady są ważne, to czasem trzeba je złamać – żeby coś skutecznie naprawić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-29-2 |
| Rozmiar pliku: | 3,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Z Maśką znałyśmy się od przedszkola, od momentu, kiedy nożyczkami obcięła mi warkocz, chcąc upodobnić moją fryzurę do tej, którą nosiła jej Barbie. Wtedy mówiłam do niej jej oficjalnym imieniem „Maria” do momentu, kiedy w pierwszej klasie podstawówki stwierdziła, że go nie znosi, i od tamtej pory kazała do siebie mówić „Maśka”.
Wracając do warkocza: odwdzięczyłam się tym, że z jej tiulowej spódnicy za pomocą kleju i supełków zrobiłam krótkie spodenki. Z tiulu. Takie do kolan. Nosiła z dumą, bo myślała, że to nowa moda, ale każdy wiedział, że wygląda jak w przebraniu z jasełek.
Darłyśmy koty o wszystko. O kredki, o miejsce przy pani, o to, która pierwsza na huśtawkę i która bardziej zna się na dinozaurach, mimo że żadna nie widziała żadnego poza gumowym w jajku z niespodzianką. Potrafiłyśmy pokłócić się o to, która ma ładniejsze etui na gumki do włosów. O to, która z nas jest Królem Lwem, a która musi być baobabem. O to, kto siedział obok Dawida w autobusie na wycieczce do zoo, a nawet o to, czemu komuś przypadkiem zniknęła brokatowa syrenka (do dziś sprawa nierozwiązana).
Kiedy nasza zażyłość przeszła na wyższy poziom, zamiast wojować, zaczęłyśmy się regularnie podkopywać dla sportu. W przenośni, ale niekiedy dosłownie. Podkładałyśmy sobie gadżety z „Kaczora Donalda”, klasyki – wiadomo – pierdząca poduszka, mydło farbujące na zielono czy gumowe karaluchy w śniadaniówkach.
Z czasem nasza rywalizacja osiągnęła poziom olimpijski, tylko bez medali, za to z dużą ilością wstydu i uwag w Librusie. Kiedy Maśka raz przyniosła do szkoły nowy piórnik z holograficznym jednorożcem, ja następnego dnia przyszłam z piórnikiem w kształcie awokado. Ona zaczęła nosić kolorowe skarpetki nie do pary, ja złożyłam przysięgę, że przez tydzień będę chodzić w kapciach w kształcie psów (i dotrzymałam, nawet na apelu). Gdy ona zaczęła robić filmiki z poradami: „jak przeżyć matmę”, ja nakręciłam filmik: „jak jej nie przeżyć” i miałam więcej lajków.
Bywało gorzej. Z jej ławki tajemniczo znikały długopisy, a raz ktoś „przypadkiem” wsypał jej do piórnika brokat – taki, który zostaje z tobą na zawsze i przechodzi na kolejne pokolenia. Jednego dnia przykleiłam jej do pleców karteczkę „Zapytaj mnie o matmę”, bo udawała, że jest ekspertem. Zadziałało natychmiast: pół klasy naprawdę ją pytało i Maśka przez tydzień dawała korepetycje za darmo. Innym razem podmieniła mi dezodorant na lakier do włosów. Pachniałam jak fryzjer po pożarze.
Wszystko zmieniło się po pandemii, kiedy wróciliśmy do szkoły trochę dziksi i głośniejsi niż wcześniej – jakiś chłopak, gówniarz z młodszej klasy, nawet nie wiem, jak miał na imię, zaczął się śmiać z Maśki. Pamiętam to jak klatkę z filmu, hałas na korytarzu, zapach kanapki z plecaka kogoś z czwartej klasy, i on, ten chłopak z twarzą zrobioną z pikseli, zadowolony z siebie do poziomu, który powinien być ustawowo zakazany. Śmiał się z jej imienia, z jej głosu, z tego, że wygląda jak chłopak.
Zaparło mi dech, a potem coś we mnie pękło. Moje ciało działało samo, może to duch Joanny d’Arc we mnie wstąpił, bo nagle zrozumiałam, że tylko ja mam prawo mówić, że Maśka jest wkurzająca. Ktoś inny? Nigdy.
No i podeszłam. Bez słowa. Wylałam mu na głowę kubek wody po farbach, brązowo-zielono-szarej, która wyglądała jak zupa z błota. Zrobiło się cicho. Nawet on nie zdążył nic powiedzieć, bo farba kapała mu z grzywki do oczu. Wyglądał, jakby przegrał z kałużą.
Oczywiście dostałam karę. Dyżur przy tablicy przez tydzień i zakaz malowania na plastyce, co tylko podkręciło legendę, że jestem ponoć jakaś wybuchowa. Ale jak się odwróciłam, Maśka stała przy drzwiach i patrzyła na mnie z miną, jak gdyby pierwszy raz w życiu ktoś naprawdę był po jej stronie. I wtedy się uśmiechnęła. Szczerze. Do mnie.
I tyle. Od tamtej chwili nie było już ja kontra Maśka. Byłyśmy MY kontra reszta świata.ROZDZIAŁ 2
– To było głupie – powiedziałam, wlepiając wzrok w sufit, jakby właśnie tam miała się pojawić dziura, przez którą mogłabym stąd uciec.
– Ty jesteś głupia – odparła Mila, bawiąc się gumką recepturką, którą przed chwilą przypadkiem strzeliła sobie w czoło. – Ale przyznajcie, że to było fajne widowisko.
Siedziałyśmy we cztery w „karniaku” – tak go sobie wszyscy w szkole nazwaliśmy, choć oficjalnie był po prostu salą obok biblioteki, tą od czekania na rozmowę z nauczycielem. Bez internetu, bez zasięgu, z krzesłami tak niewygodnymi, że ktoś na pewno je projektował z myślą o skrusze. Co zrobiłyśmy? Otóż…
Mila walnęła Krystiana zeszytem od biologii. Z całej siły. I to takim w twardej okładce. Bo powiedział do jej koleżanki z ławki, głośno, przy klasie, która kłębiła się pod salą na przerwie: „pryszczyca”.
Ja akurat przechodziłam obok, wracałam z toalety, więc oczywiście też się wtrąciłam, bo nie znam pojęcia „zachowaj neutralność”.
Mila, zanim zdążyła schować zeszyt, już stała na ławce pod ścianą (tej samej, na której ktoś kiedyś napisał długopisem: „Kocham Igora” i nikt nie wie, czy Igor w ogóle istnieje) i krzyczała, że „Krystian ma twarz jak używana tarka do ziemniaków!”. A ja dorzuciłam swoje trzy grosze, bo w sytuacjach kryzysowych mój mózg zawsze uznaje, że najlepszą pomocą będzie dolewanie benzyny do ognia. Nie potrafię przejść obok cudzej niesprawiedliwości bez komentarza, nawet jeśli to komentarz, który pociąga za sobą konsekwencje. Krystian zapłakał, a zeszyt został skonfiskowany jako narzędzie zbrodni.
Wsparcie przyszło samo w postaci Muzy, która niby nic nie widziała, ale jak to ona, zawsze wie wszystko, nawet zanim się wydarzy. I Maliny, która po prostu stwierdziła, że „jeśli sprawa dotyczy agresji werbalnej i emocjonalnej, to warto być świadkiem” i poszła z nami, jakby to był projekt naukowy.
Ostatecznie wszystkie cztery zostałyśmy wciągnięte do pokoju nauczycielskiego jako podejrzane o napaść z premedytacją. Mila dostała uwagę za przemoc podręcznikową, czyli literalnie użycie zeszytu jako broni, ja za „podsycanie atmosfery konfrontacyjnej”, cokolwiek to znaczy, ale brzmiało dumnie, więc nie protestowałam.
Muza, mimo że niby tylko przechodziła, została oskarżona o świadome zatajenie informacji i milczące przyzwolenie na chaos. A Malina… Malina została ukarana za relacjonowanie całego zajścia w czasie rzeczywistym i rzekome „rozprzestrzenianie informacji niezgodnych z oficjalnym stanowiskiem szkoły”. Innymi słowy, odpaliła relację live na szkolnej grupie. I to nie takie niewinne: „Ha, ha patrzcie, drama”, tylko pełnoprawną transmisję z komentarzem, że „doszło do incydentu z użyciem twardej okładki” i że „Krystian został trafiony narzędziem naukowym”. Dorzuciła ankietę: „Czy zeszyt jest bronią?”, więc kiedy w końcu pojawił się ktoś dorosły, szkoła miała już dwa problemy: jeden w postaci Krystiana z mokrymi oczami, a drugi w postaci Maliny, która zdążyła zrobić z tego wydarzenie z własnym hasztagiem i alternatywną narracją.
I tak wylądowałyśmy tu. Razem. Cztery różne klasy, cztery różne profile. Mila w humanie, ja na profilu sportowym, Muza w plastyku, Malina – no wiadomo – mat-fiz.
– Dobra, ale on serio wygląda jak tarka – stwierdziłam. – Nikt nie będzie wyzywał dziewczyn od „pryszczyc”. Zrobiłaś, co trzeba. Ty, Mila, mimo wszystko jesteś moją bohaterką. Bo chłopaki myślą, że jak coś powiedzą z uśmiechem i dłońmi w kieszeni, to to nie jest agresja. Że to taki „żarcik”. Że „nie bądź taka wrażliwa”. A ja jestem wrażliwa, tak – na głupotę. I mam bardzo niski próg tolerancji na takie teksty rzucane publicznie, kiedy komuś się wydaje, że jest królem memów, a tak naprawdę jest błaznem w kapciach z Lidla.
– Daj spokój. – Przewróciła oczami, w ogóle nie doceniając mojego manifestu. – Nie bronisz mnie, jak mówisz takie rzeczy. Jego rodzice mogli mnie podać do sądu.
Spojrzałam na nią, siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
– Przestań, to był zeszyt, a nie cegła – prychnęłam. – Poza tym jego ego miało grubszy pancerz niż twoje udo na WF-ie.
– Ty jesteś krowa, gdybyś mu tak nie dogadała, to może by nam się upiekło – rzuciła Mila z taką siłą, że aż kurz z firanki poleciał.
– Dziękuję, mleczna matko. – Ukłoniłam się teatralnie.
– Wasze interakcje są chaotyczne i mało efektywne – wtrąciła się Malina, trzymając notes na kolanach. – Ale przynajmniej widać, kto tu jest czynnikiem zapalnym.
– Co to znaczy?! – zapytała Mila.
– Że Maśka to granat, a ty jesteś tą zawleczką, co się ją wyciąga, by wszystko obrócić w pył.
Mila zamilkła na moment, mrużąc oczy i analizując te słowa, jakby były zadaniem z rozszerzonej chemii. Widać było, że w myślach próbowała ustalić, czy Malina właśnie ją pochwaliła, czy obraziła. Po krótkiej chwili, najwyraźniej decydując się na wersję optymistyczną, klasnęła w dłonie z entuzjazmem.
– Czyli jesteśmy drużyną! – rzuciła z radością.
– Bardziej bomba i dzika małpa – mruknęła Muza spod kaptura swojej bluzy, ledwo podnosząc wzrok znad szkicownika. – Ale efekt artystyczny był mocny. Zeszyt poszybował jak emocje w tej sali.
– A ty po co się wtrąciłaś? – Spojrzałam na nią. – Ty zawsze siedzisz cicho, a teraz nagle stajesz po naszej stronie?
– Bo to było jednak niesprawiedliwe – odpowiedziała Muza. – A niesprawiedliwości nie znoszę bardziej niż cebuli. – Wzdrygnęła się.
Zaczęłam chodzić od ławki do ławki, zataczając kółka. Gdybym krążyła tak jeszcze chwilę, pewnie wydrążyłabym tunel do Chin albo przynajmniej do sklepiku po drożdżówkę. Po drodze starałam się nie zgubić wzrokiem muchy, która uparcie latała między nami, jakby próbowała wybrać stronę w tej dyskusji.
Muza podniosła głowę znad szkicownika i spojrzała na mnie spod grzywki.
– Usiądź w końcu, bo przez ciebie linie mi się krzywią – powiedziała spokojnie, ale ton miała taki, że nawet mucha przystanęła w locie.
– Linie to ty masz w charakterze – fuknęłam, ale usiadłam, stukając kolanem w ławkę.
– Ja po prostu chciałam, żeby ktoś wreszcie powiedział temu burakowi, że nie jest śmieszny. – Mila wzruszyła ramionami. – Sorry, że akurat zeszyt przemówił jako pierwszy.
Słuchałam jej, próbując wydłubać na ławce napis M + D = WNM, bo uznałam, że może kiedyś ktoś to odczyta, ale zanim zdążyłam skończyć serduszko wokół inicjałów, Muza rzuciła we mnie gumką. Trafiła prosto w czoło.
– Skup się, granacie – burknęła bez podnoszenia wzroku znad szkicownika. – Historia się pisze, a ty bazgrzesz fanfiki na blacie.
Zaczęłam się śmiać. Najpierw cicho, ale po chwili parsknęłam na całą salę.
– I jak zwykle ja muszę za was wszystko odkręcać – westchnęła Malina. – Ciężko było wytłumaczyć pedagogowi, że to była reakcja emocjonalna wywołana upokorzeniem społecznym. I że wy nie jesteście patologiczne, tylko impulsywne.
– „Nie patologiczna, tylko impulsywna” – powtórzyłam, otwierając oczy szeroko. – To jest dosłownie o mnie. Ja chcę to na koszulkę. Serio, czarny T-shirt, białe litery.
– I dopisek z tyłu, że obrona słowna czasem wymaga przedmiotu w twardej okładce – rzuciła Mila z udawanym patosem.
– I hasztag #edukacjaemocjonalna – dodała Muza. Prawdopodobnie w myślach już projektowała kampanię społeczną.
– Wy jesteście niemożliwe. – Malina pokręciła głową, ale uśmiechnęła się pod nosem. – Ale to ja kiedyś zostanę prawniczką.
– A my twoimi klientkami! – wykrzyknęłyśmy chórem.
Zaczęłyśmy się śmiać. Z siebie nawzajem i z całej tej sytuacji, która chwilę wcześniej była dramatem, a teraz już tylko miała potencjał na dobrą anegdotę na sobotniej domówce.
Ja śmiałam się najgłośniej. Bo ja to na pewno zostanę klientką Maliny. Pewnie zakocham się w jakimś Brajanie z osiedla, będzie miał IQ kaktusa, nosił koszule z krótkim rękawem nawet zimą i mówił, że „kobiety to skomplikowane stworzenia, ale ty jesteś wyjątkiem, mała”.
Oddam mu swoją kartę biblioteczną, a on zrobi mi tatuaż igłą do szycia, a potem ucieknie z Pauliną z technikum, bo „ona go rozumie”. Tak, pewnie tak będzie.
– Ej, ale serio. – Muza wyciągnęła nogi na sąsiednie krzesło, wyrywając mnie z rozmyślań. – Nie było warto?
– Było – potwierdziła Mila. – Ale zeszyt lepiej niech mi oddadzą. Miałam tam ściągi.ROZDZIAŁ 3
Nigdy nie lubiłam hałasu. Ani ludzi, którzy za głośno mówią, ani rzeczy, które nie dają spokoju. Cisza ma w sobie coś, co mnie chroni, jakbym znajdowała się pod kocem z dźwiękoszczelnej wełny, wtedy można przetrwać wszystko, co przykre i trudne, w ostateczności nawet apokalipsę zombie.
Nie byłam dzieckiem do głośnych zabaw. Nie przepychałam się do zjeżdżalni. Jeśli była kolejka, po prostu odchodziłam, bo dla mnie to wcale nie było ważne. Często siadałam z boku, pod drzewem, na krawężniku, na kocu obok innych dzieci i wystarczało mi patrzenie, bo lubiłam obserwować. Zamiast mówić, wolałam składać świat z fragmentów – każda chwila była tylko zarysem, który można delikatnie pokolorować, a nawet od czasu do czasu wyjść poza kontur. Najgorsze jednak było, kiedy ktoś próbował mnie „otworzyć”. Jakby istniała wersja mnie, do której trzeba mieć klucz. Tylko że nikt nie pytał, czy w ogóle chcę być otwierana.
Bardziej niż ludzi lubiłam kredki. Nie trzeba było im nic tłumaczyć. Leżały spokojnie w piórniku, czekały. Były tam, kiedy ich potrzebowałam, ale nigdy nie były nachalne. Zawsze więc miałam przy sobie szkicownik albo chociaż bilet, paragon, serwetkę, cokolwiek, na czym da się narysować chwilę, zanim ucieknie. Ludzie nie zauważają, że rzeczy znikają. Ja zauważam aż za bardzo. Ktoś spojrzy inaczej, powie jedno słowo mniej niż zwykle i już wiem, że coś się zmieniło.
Lubię sztukę, bo tam wszystko ma prawo być niedoskonałe. Można być poszarpaną, smutną, niekompletną, a i tak to coś znaczy. W normalnym świecie musisz być uśmiechnięta, miła i dostępna. W moim wystarczy być.
Malinę poznałam w szkole podstawowej. Była jedyną osobą w klasie, która tak jak ja nie lubiła ludzi. I to nie w taki ostentacyjny sposób, że trzeba o tym mówić co przerwę, tylko tak naprawdę. Cicho, naturalnie.
Przez pierwszy rok szkolny zamieniłyśmy ze sobą może tylko kilka słów. Siedziała zawsze w tej samej ławce, z boku, najbliżej drzwi. Zawsze miała porządek w piórniku – linijki poukładane równo, długopisy ułożone kolorami. Z zeszytów nie wystawała ani jedna kartka.
Nie patrzyła ludziom w oczy. Kiedy się do niej mówiło, odwracała głowę lekko w bok. Czułam, że chciała słyszeć, ale nie musieć znosić całego tego kontaktu. Lubiłam ją za to i podziwiałam, że niczego nie udaje. Na przerwach siedziała sama i rysowała wykresy. Liczyła coś na kalkulatorze, choć nikt jej nie prosił. Odzywała się tylko, gdy wiedziała, co powiedzieć. I zawsze mówiła dokładnie to, co myślała. Nawet jeśli było niezręcznie. A było bardzo często.
Nasze interakcje opierały się na ciszy. Czasem siedziałyśmy obok siebie w bibliotece, przeglądając zupełnie inne książki, ale przewracając strony w tym samym tempie. Bywało, że podsuwała mi kartkę do rysowania, nie pytając. Raz poprawiła mi proporcje w rysunku człowieka, mówiąc tylko: „Twoja głowa jest za mała”. Miała rację.
Pod koniec szkoły podstawowej coś się jednak zmieniło. Zaczęło się od tego, że nasze milczenie przestało być komfortowe. Stało się za ciche. Jakbyśmy próbowały się już nie tylko schować, ale też zniknąć.
I wtedy, na lekcji WF-u, kiedy nasza klasa była połączona z inną, pojawiły się one.
Mila i Maśka. Były jak głośny dzwon kościelny. Mila śmiała się tak, że echo wracało z opóźnieniem. Maśka rzucała piłką z taką siłą, że nauczyciel odruchowo się cofał.
A jednak… kiedy Mila potknęła się o własną nogę i leżała na podłodze, śmiejąc się jak głupia, to Malina jako pierwsza podeszła i powiedziała: „Twoje sznurówki są asymetryczne”. A Maśka, zamiast się wkurzyć, rzuciła w nią piłką i zapytała: „Chcesz grać, cyborgu?”.
I wtedy po raz pierwszy usłyszałam Malinę śmiejącą się na głos.ROZDZIAŁ 4
Cisza nigdy nie istnieje naprawdę. Ludzie tylko tak mówią, bo nie słyszą wszystkiego. W sali nie było ani ciszy, ani spokoju. Był krzyk, skrzypienie krzesła przesuwanego przez Maśkę, dźwięk, który brzmiał jak piłka odbijana przez Milę o ścianę z tempem godnym zegara atomowego. I Muza, próbująca z wyrazem absolutnego cierpienia narysować coś cienkopisem na kartce, drżącą ręką, bo niektóre dźwięki ją fizycznie bolały.
Pomieszczenie samo w sobie wyglądało jak pomnik nieudanych decyzji architektonicznych. Kiedyś mieściła się tu podobno sala do informatyki, ale przenieśli ją, bo gniazdka robiły zwarcie częściej niż uczniowie błędy w pasjansie. Teraz stoi tu kilka ławek i tablica, która wygląda, jakby pamiętała reformę edukacji z 1999 roku. Tapeta odkleja się na wysokości dwóch metrów i trzech centymetrów (mierzyłam wzrokiem), a pod kaloryferem znajduje się plama w kształcie mapy Włoch, tylko bez Sycylii. Krzesła mają różne długości nóg, więc każde skrzypnięcie brzmi jak błędny alarm pożarowy. W kącie stoi doniczka z czymś, co mogło być kiedyś paprotką, ale teraz przypomina raczej rekonstrukcję rośliny na podstawie zeznań świadków. Nad drzwiami wisi krzywo przyklejony plakat z napisem „Uśmiech to twój najlepszy przyjaciel”, co w kontekście sali, którą nazwaliśmy karniakiem, brzmi jak groźba.
– Ty jesteś niemożliwa! – wrzasnęła Maśka, rzucając w Milę gumką.
Przez chwilę był spokój, ale okazało się, że dziewczyny nie potrafią siedzieć cicho dłużej niż trwa reklama na YouTubie, więc po minucie odpaliły się na nowo – kłótnia była ich domyślnym trybem.
– Przynajmniej mam mózg! – odwarknęła Mila.
– Użyj go kiedyś, zobaczymy, czy działa!
– Dobrze, to może najpierw ty spróbuj mieć choć jedną myśl dziennie, ale swoją, nie z TikToka!
– Mnie przynajmniej ktoś obserwuje! – krzyknęła Maśka i wspięła się na ławkę.
– No tak, wszyscy, jak robisz z siebie pajaca! I złaź na ziemię!
– Przynajmniej nie jestem krzyczącym pomidorem z ADHD! – odparła Maśka, trafiając ją gumką do włosów.
– Ciszej, kurczę – mruknęła Muza. – Mam ochotę narysować was jako martwą naturę i to dosłownie. – Zawiesiła głos na chwilę, a potem dodała z tą swoją charakterystyczną, wyważoną manierą: – I nie wykorzystuj ADHD do przezywania ludzi, to mało zabawne i na pewno szkodliwe dla osób, które naprawdę próbują funkcjonować, mimo że ich mózg działa inaczej niż wasz chaos.
Mila spojrzała na nią, jakby nie do końca zrozumiała, czy to był przytyk, czy wykład.
Ja nie brałam udziału w tej wymianie zdań. Właściwie nawet nie do końca ich słuchałam. Nie da się tego wyłączyć, ale można odsunąć.
Bo słyszałam coś innego. Coś cichszego, dalej. Za ścianą. To coś było… dziwne. Miękkie, łamliwe, lekko chropowate. Nie pasowało do reszty.
To był płacz.
Nie głośny, nie dramatyczny, lecz cichy, odrobinę dławiący. Jakby ktoś próbował oddychać przez zaciśnięte gardło. Dźwięk o częstotliwości, której nikt inny by nie zarejestrował. Ale ja go znałam. Był jak pęknięta linia w wykresie, coś się odchyliło od normy.
Wstałam. Dziewczyny nie zwróciły uwagi. Jestem dziwna. Wiem. Jak zaczynam chodzić po sali, przestawiać rzeczy, patrzeć w jeden punkt przez kilka minut, one nie reagują. Są przyzwyczajone. Zdarza się.
Kiedy doszłam do okna, wiedziałam już, gdzie jest źródło. Otworzyłam okno na oścież i delikatnie się przez nie wychyliłam. Moje blond włosy zaczęły się plątać, zasłaniając mi widok; szybko odgarnęłam je ręką.
Pod ścianą szkoły, trochę za krzakami, siedziała dziewczyna. Plecak na kolanach, głowa schowana, ramiona podnosiły się i opadały w tym samym rytmie co mój oddech, kiedy mam za dużo bodźców.
Znałam ją. To była Marzena z kółka matematycznego. Siedzi dwa rzędy przede mną. Używa czarnego cienkopisu i czasem gryzie końcówkę, kiedy liczy coś w głowie. Raz powiedziała mi, że mam ładne „dwójki” i że gdy się uśmiecham, wyglądam uroczo.
Nie miałam pojęcia, dlaczego płacze. Nie znałam szczegółów, kontekstu, historii. Ale wiedziałam, że nikt oprócz mnie jej nie usłyszy. Spojrzałam jeszcze raz na dziewczyny – nadal się kłóciły. Mila robiła Maśce zdjęcia z filtrem „nos świni”, a Muza próbowała wsadzić sobie słuchawki głębiej w mózg.
A ja… ja słyszałam coś, czego nie było w ich świecie. I chyba to był moment, w którym przestałam być tylko analizą i logiką. Bo nie zawsze trzeba rozumieć wszystko, żeby wiedzieć, że ktoś potrzebuje pomocy.
– Hej! – krzyknęłam w stronę Marzeny.
– Malina? – usłyszałam głos za swoimi plecami. Cichy, pytający. Muza.
Nie odpowiedziałam, tylko przesunęłam się w bok. Okno było szeroko otwarte. Patrzyłam w dół. Nie ruszałam się.
Jedna po drugiej podeszły do mnie. Najpierw Muza – stanęła blisko, ale nie za blisko. Jak zawsze. Potem Mila, która wyjrzała na zewnątrz bez żadnego namysłu i od razu jęknęła:
– O matko, kto siedzi tam na dole?
Maśka też podeszła. Ale, jak to ona, zrobiła to z takim impetem, że jej ręka ześlizgnęła się z framugi, i przez chwilę bałam się, że wypadnie przez okno.
– Jezu, uważaj – sapnęła Muza, łapiąc ją za bluzkę.
– No przecież uważam – burknęła Maśka, poprawiając włosy. – Kto to w ogóle jest?
– Marzena z ostatniej klasy – powiedziałam.
– Przesuń się – syknęła Maśka do Mili, próbując lepiej zobaczyć.
– Sama się przesuń – odparła Mila – ja ją pierwsza zauważyłam.
– No i co z tego, masz patent na obserwowanie ludzi przez okno?
– Serio? – mruknęła Muza, podnosząc wzrok znad parapetu. – Kłócicie się o dostęp do okna?
Przez sekundę wszystkie zamilkły. Tylko wiatr poruszył firanką, a na dole, pod szkołą, Marzena siedziała skulona przy ścianie. Miałam wrażenie, że nie słyszała niczego, co się działo nad jej głową.
– Dobra, nie wytrzymam – powiedziała Maśka i zanim reszta zdążyła się zorientować, już otwierała okno jeszcze mocniej na oścież i wykrzykiwała przez nie:
– MARZEENAAAA!!!
Dziewczyna poderwała się jak rażona prądem, głowa w górę, oczy rozszerzone – klasyczna twarz człowieka, który właśnie usłyszał swoje imię krzyczane z drugiego piętra szkoły.
– ŻYJESZ?! – zapytała Mila, jakby scena pod murem była rekonstrukcją wydarzeń z Na Wspólnej.
– CO?! – odkrzyknęła Marzena, próbując zrozumieć, co się właśnie dzieje.
– CZY. TY. ŻYJESZ. BO WYGLĄDASZ, JAKBYŚ UMARŁA EMOCJONALNIE!
– Bo może umarłam! – wrzasnęła Marzena z dołu. – I dajcie mi spokój, nie znam was!
Maśka wychyliła się i wskazała na mnie.
– Malina ciebie zna, siedzi za tobą na kółku z matmy! A mój brat też ma koleżankę, Marzenę, tylko na osiedlu mówią na nią „Makaron”! Czy to wystarczy na zapoznanie się? GADAJ, O CO RYCZYSZ!
Pod nami nie było żadnej klasy, tylko świetlica i korytarz, więc przekrzykiwanie dziewczyn nie wpadało nikomu w sprawdzian. W najgorszym razie przeszkadzałyśmy innym w układaniu puzzli.
– Jezu, zaraz naprawdę któraś z nas zginie w tej scenie – mruknęła Muza.
Marzena przez chwilę milczała. A potem wszystko wylało się z niej jednym ciągiem, jak woda z pękniętej rury:
– Bo Piotrek mnie zdradza! A ja kocham Piotrka. A on ostatnio pisze z Zuzą. ZU-ZĄ! – Zaczęła chodzić tam i z powrotem pod oknem. – I ja wiem, że jak zrobię mu awanturę, to on do niej poleci. Bo tak to działa. Moja mama ogląda stare odcinki Zbuntowanego anioła i ja wiem, jak to się kończy. Natalia Oreiro by to potwierdziła! Zrobię scenę, on się poczuje niezrozumiany, a ona go wtedy „zrozumie” i będzie po wszystkim! – Zatrzymała się na chwilę tylko po to, żeby zawrócić i mówić dalej szybciej, głośniej, coraz bardziej łamiącym się głosem: – A ja nie chcę wyjść na zazdrosną. Ale też nie chcę być tą cichą, która pozwala, żeby ją zdradzano. Bo on nawet nie wie, że ja wiem, ale ja wiem! I to boli! Bo to mój pierwszy chłopak! A jak się straci pierwszego, to potem już się nie ma pierwszego! I to zostaje! Na zawsze! Jak źle zrobiony tatuaż!
Zapadła cisza. Taka cisza, w której nawet Maśka przestała gadać.
– A kto to Zuza? – zapytała Mila, marszcząc brwi, jakby nagle zaczęła się gubić w fabule.
– Taka jedna ze szkoły! – Marzena podniosła głos o ton wyżej. – On ma z nią całe rozmowy na Messengerze! SERDUSZKA! MEMY! GIFY Z KONIEM W OKULARACH! A mnie ostatnio napisał tylko „ok”! Małe litery i kropka!
– Ooo, nie – powiedziała Mila z powagą. – Mała litera i kropka to pasywna agresja. To koniec związku.
Znowu zapadła cisza. Ale tym razem taka trochę żałobna. Jakbyśmy wszystkie w myślach właśnie pożegnały relację Marzeny z Piotrkiem, wrzucając ją do metaforycznej trumny.
– Nie zdradza cię – powiedziałam jednak spokojnie.
Wszystkie głowy odwróciły się w moją stronę. Nawet Marzena, z tymi rozmazanymi pandami pod oczami, uniosła brwi jak postać z mema „czy ty właśnie powiedziałaś”.
– Co?! – rzuciły jednocześnie Mila i Maśka, a Muza podniosła wzrok, bo nagle usłyszała coś wartego zapisania w notesie.
– Nie zdradza cię – powtórzyłam. – To nie pasuje.
– Ale co nie pasuje? – zapytała Marzena, podchodząc pod okno. – On pisze z Zuzą, wysyła jej gify z koniem w okularach, a mi tylko odpisuje „ok”!
– No właśnie – powiedziałam spokojnie, zdziwiona, że tylko ja myślę logicznie w tej sytuacji. – Powiedziałaś, że napisał ci „ok”. Małą literą, z kropką. Tak?
Wszystkie kiwnęły głowami. Ja też. Dla pewności.
– To znaczy, że był skupiony na czymś innym i nie chciał się rozpraszać. Gdyby chciał cię zbyć, w ogóle by nie odpisał. Zghostowałby cię. Ale odpisał. A więc zajął się czymś ważnym, ale nadal trzyma cię na orbicie.
Zrobiłam krótką pauzę, żeby sprawdzić, czy jeszcze słuchają. Patrzyły na mnie. Utrzymanie uwagi: zaliczone.
– Ale z Zuzą… – zaczęła Marzena, jednak przerwałam jej pytaniem:
– Piotrek to ten z 4b? – zapytałam.
– No… tak – odpowiedziała Marzena, marszcząc brwi. – A skąd ty w ogóle wiesz, który to Piotrek?
– NIE PYTAJ! – wrzasnęły jednocześnie Mila, Maśka i Muza, jak zgrany chór ostrzegawczy. Maśka aż machnęła ręką, jakby próbowała fizycznie zablokować rozwój wydarzeń.
Ale było już za późno. Moje myśli ruszyły.
– Średni wzrost, ciemne włosy, chodzi zawsze w tych samych butach z zabrudzonymi sznurówkami, które raz były rozwiązane przez cztery dni z rzędu. W zeszłym semestrze miał gips na lewej ręce, bo spadł z roweru, mówił o tym nauczycielce biologii na korytarzu, dokładnie trzeciego marca, koło sali numer dwadzieścia. Nosi plecak z odklejoną metką, najprawdopodobniej prany w zbyt wysokiej temperaturze. A poza tym zawsze mówi „dzień dobry” pani w sklepiku. A nie każdy to robi. To o czymś świadczy. To twój Piotrek?
Zapadła cisza.
Muza tylko pokiwała głową z podziwem.
– No i teraz już wiesz – mruknęła – jak działa Malina.exe.
– No… tak. To mój Piotrek – odpowiedziała Marzena niepewnie. – A co to ma do rzeczy?
– Ma – powiedziałam, włączając tryb pełnej dedukcji. – W zeszłym tygodniu, po kółku z matmy, Zuza z 4b prosiła mnie o zeszyt z zadaniami z rozszerzonej biologii, bo wie, że lubię mieć przerobiony materiał do przodu. Mówiła, że Piotrek coś z nią ćwiczy i zapytała, czy mam może coś z anatomii oka.
– Oka?! – wrzasnęła Maśka. – No to wszystko jasne! Oni się na pewno całują PO GAŁKACH OCZNYCH!
– Maśka, przestań – syknęła Muza. – Daj jej dokończyć.
– Jeśli się nie mylę – kontynuowałam, patrząc przed siebie, by zebrać myśli – Piotrek robi wszystko, żeby dostać się na medycynę. I potem chce robić specjalizację z okulistyki. Wiem, bo na grupie biol-chem ktoś wrzucił ankietę: „Kto celuje w jakie studia”, a Piotrek odpisał: „med. najlepiej coś z okiem”. Tak dosłownie napisał. Nadążasz? – spytałam, wciąż patrząc przed siebie, a nie na nią.
– No… tak – mruknęła Marzena i westchnęła głęboko.
– Więc – kontynuowałam – po pierwsze: pisze z Zuzą, bo uczy się z nią do matury. Po drugie: koń w okularach to nie flirt, tylko śmieszna forma wsparcia przy nauce trudnych rzeczy. Po trzecie: napisał ci „ok”, bo był w trybie nauki. Kto powie, co jest po czwarte?
– Po czwarte: chłopak się uczy, bo chce z tobą studiować! – krzyknęła Mila, już zupełnie w emocjach. – Bo ty chcesz iść na medycynę, nie?
– No tak – powiedziała cicho Marzena.
– No to halo. – Maśka rozłożyła ręce. – Typ zasuwa z Zuzą, żeby za tobą nadążyć na studiach, a ty siedzisz pod klimatyzatorem jak w Modzie na sukces.
– Może on ci chce zrobić jakąś niespodziankę – przerwała jej Mila. – Taki romantyczny gest na koniec liceum. W stylu „tadam, dostałem się z tobą, teraz możemy razem leczyć ludzi i patrzeć sobie w oczy przez mikroskopy”.
– Ja… ja naprawdę myślałam, że… że to się dzieje – wydukała Marzena. – Że mnie zostawi.
– Może po prostu powiedz mu, że ci zależy – rzuciła Muza. – Albo wyślij mu gif z kotem chirurgiem. To też działa.
Marzena się roześmiała. Prawdziwie. Tak jak człowiek śmieje się, dopiero gdy spadnie mu z serca coś ciężkiego.
Mila spojrzała na mnie z taką miną, jakby właśnie rozwiązała sprawę życia i śmierci. Była z siebie dumna. Pozwoliłam jej na tę wypowiedź bez poprawiania, co w moim przypadku było czymś w rodzaju medalu przyznanego za emocjonalną współpracę. Uczę się. Że nie wszystko trzeba rozwiązywać w pojedynkę. Że czasem wspólne śledztwo przynosi więcej niż samotne grzebanie w danych.
– Boże – powiedziała Marzena, wycierając oczy palcami. – Jesteście… Jesteście jak jakaś totalnie nielegalna agencja detektywistyczna.
– „Krowy i Spółka. Rozwiązujemy sprawy sercowe i szkolne” – rzuciła Mila.
A ja… ja tylko uśmiechnęłam się lekko. Bo chociaż rozmawiały o gifach, zdradach i koniach w okularach, dla mnie to był dowód na coś większego. Na to, że kiedy cztery osoby słyszą inaczej, mogą razem usłyszeć prawdę.