Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Demony, które zabiłem, gdy byłem guślarzem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Demony, które zabiłem, gdy byłem guślarzem - ebook

Folk horror z epoki PRL pisany piórem starego guślarza, który u schyłku swojego życia wraca myślami do swoich najgorszych zleceń, jakie przyjął. Książka przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-092-7
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

— Ja pierdolę… — wydusiłem z siebie, kiedy ta dziwka wyrzuciła mnie przez okno.

Wylądowałem ciężko na plecach, a upadek pozbawił mnie powietrza z płuc, mimo że okno znajdowało się zaledwie na parterze. Oczy zaszły mi mgłą, a w uszach zadzwoniło tak paskudnie, jakby ktoś przyłożył mi do głowy trąbkę i dmuchnął z całej siły. Wokół mnie leżały kawałki szkła, które przed sekundą rozbiłem własnym łbem. Po tym samym twardym łbie pociekły mi ciepłe strużki krwi.

Szkło rozcięło mi skórę. — pomyślałem. — Muszę szybko zatamować krwotok. A przynajmniej chciałbym napisać, że to właśnie te myśli pojawiły się wtedy w mojej głowie, jednak doskonale pamiętam, że było to zgoła coś innego.

Ukatrupię cię, jak Boga kocham, jesteś już trupem. — było to mniej więcej coś takiego. Zdaję sobie sprawę, że tak siarczysta wiązanka na dzień dobry może nieco zaskakiwać, tak się jednak składa, że mam to głęboko w dupie. Gdy żyjesz z zabijania demonów, nie masz czasu przejmować się tego typu głupim pierdoleniem. Kiedy każdy dzień, w którym idziesz na robotę, może być twoim ostatnim, masz dużo więcej ważniejszych rzeczy na głowie. Ja na przykład musiałem się wtedy zająć jakimś półżywym frajerem i porońcem, którego ten debil sprowadził na ten świat. Mało co bardziej działa mi na nerwy niż amator, który zabiera się za robotę, o której nie ma pojęcia.

Wstałem powoli, otrzepując się z ziemi i odłamków szkła. Tamta noc była wyjątkowo ciemna, pamiętam to jak dziś. Nie widziałem nic, co działo się w salonie za wybitą szybą, tam, gdzie przed sekundą stanąłem do boju z demonem. Splunąłem na ziemię i otarłem krew z czoła. Przez to samo okno wskoczyłem do środka, cały czas trzymając w ręce moją łopatę. Przez lata praktyki w zawodzie nauczyłem się, że gdy podczas walki wypuścisz swoją broń, to raczej jesteś już trupem.

To może Ci się wydać dziwne. Po co do licha ciężkiego miałem mieć w rękach łopatę i czemu nazwałem ją swoją bronią? Podczas walki z demonami jako broń białą chyba lepiej wykorzystać siekierę, maczetę albo chociaż długi nóż. Ale łopata?

Cóż, odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta.

Po pierwsze, moja łopata znacząco różni się od tych zwykłych łopat używanych na co dzień w ogródkach czy na budowach. Została wykonana na specjalnie zlecenie przez rzemieślnika, do którego niewielu ma dostęp, tak aby jej głownia z każdej strony była ostra jak brzytwa. Jej ciężar w połączeniu z siłą moich ramion potrafił rozpłatać czaszki nawet tych najwytrzymalszych diabłów.

Po drugie, łopatą mogłem przywalić tak, aby uderzony nie doznał poważnych obrażeń, a jedynie stracił przytomność. Bądź co bądź ta opcja też nierzadko mi się przydawała, chociaż zdecydowanie częściej w styczności z ludźmi niż z jakimiś kutasami z piekła rodem, z którymi zazwyczaj się użerałem. Zdziwiłbyś się, jak często w mojej pracy musiałem sięgnąć po łopatę właśnie w celu uśpienia jakiegoś zawadzającego mi w pracy cwaniaczka.

Po trzecie i chyba najważniejsze — gdy zabijałem łopatą, od razu potem mogłem zakopać ciało. Nieważne, kogo właśnie posłałem do piachu, pozbycie się zwłok była nierozłączną częścią mojej roboty, a tym sposobem miałem jedną rzecz mniej do taszczenia.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Takiego burdelu nie widziałem jeszcze nigdy, a byłem już w naprawdę wielu paskudnych miejscach. Popularna w tamtych czasach meblościanka była cała rozwalona, jej kawałki walały się po całej podłodze. Stary telewizor miał wybity ekran kawałkiem krzesła, a stół zdążył wylecieć stamtąd jeszcze przede mną, tyle że przez inne okno. Na ziemi walało się tyle drewna, szkła czy porcelany, że każdy mój krok wydawał głośne chrupnięcia.

Schowałem za pas swoją łopatę i wyjąłem strzelbę. Była to stara broń, samopowtarzalna z drewnianą kolbą i czółenkiem oraz magazynkiem na cztery naboje. Pomimo swojego wieku i wyraźnych śladów użytkowania była w wyśmienitym stanie i służyła mi wierniej od psa. Gdy ją przeładowałem, na ziemię upadła pusta łuska. Postawiłem pierwszy ostrożny krok, później następny. W miarę przesuwania się w stronę korytarza, ciemność przede mną ujawniała kolejne tajemnice tamtego przeklętego domu. Ślady po pazurach na tandetnej tapecie pokrywającej ściany, pozbijane dekoracje czy zniszczone meble. I co najważniejsze — ślady krwi. Wtedy już zdawałem sobie sprawę z tego, co się tam wydarzyło, wiedziałem zatem, że krew doprowadzi mnie prosto do potwora. A szło to mniej więcej tak:

Wezwanie na akcje dostałem listownie. Wieczorem, w mojej skrzynce na listy znalazłem pogniecioną, cienką kopertę ze znaczkiem naklejonym tak niechlujnie, że do głowy przyszły mi wtedy dwie opcje — albo nadawcą był jakiś niewyrośnięty szczyl z okolicy robiący mi numer, albo zwyczajnie zalany w trupa menel pomylił adresy. Otworzyłem ją zębami i ssąc własnej roboty miętowego cukierka zacząłem czytać. Data wysyłki pokazywała poprzedni wieczór, ledwie kilkanaście godzin wcześniej. Ktokolwiek próbował się ze mną skontaktować, zadbał o to, żebym jak najprędzej dostał jego wiadomość. Znaczy, że była ona najwyższej wagi.

Treść była bardzo chaotyczna, a słowa napisane tak szybko, że wyglądały gorzej od koperty, w której do mnie przybyły. Mimo to nie miałem problemu z rozszyfrowaniem, o co chodziło, w końcu sam pisałem jak kura pazurem. Opisana historia może i była doprawdy tragiczna, za to nie mogłem powiedzieć, że jakoś specjalnie oryginalna. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Pisał do mnie anonimowy żonaty mężczyzna, który bez żadnego wstępu przeszedł do rzeczy. On i jego żona dopiero co mieli dziecko w drodze. Pora porodu przyszła szybko, a wtedy ona zdecydowała się rodzić w domu. Nie wiem czemu, może tradycjonalistka, w sumie nie bardzo mnie to obchodziło. W każdym razie coś poszło nie tak i dziecko mimo interwencji lekarza zmarło. Rodzice pochowali je skromnie, na brzegu pobliskiego lasku, bez żadnych gości, za to z księdzem i odpowiednimi honorami. Żałoba dotknęła ich do głębi, ale najgorsze miało dopiero przyjść.

Strata dziecka odbiła się na niedoszłej matce wyjątkowo źle, nawet jak na tragedię podobnego charakteru. Z rozpaczy postradała zmysły, przestała jeść, pić, spać czy w ogóle się odzywać. Załamany mąż wiedział, że jak szybko czegoś nie zrobi, to zaraz będzie musiał wykopywać drugi dół. Wpadł zatem na, jego zdaniem jedyne, a moim najgłupsze, rozwiązanie i poszedł do lokalnej wróżki i znachorki w jednym. Ta miała dać mu amulet przesiąknięty potężnym zaklęciem będącym w stanie przywrócić dziecko do życia. Miał podrzucić go dziecku do trumienki i po trzech dniach wrócić na miejsce pochówku, żeby odkopać z powrotem żywego bachora. Wierząc, że tym sposobem odzyska utraconą rodzinę, zgodził się, nie zastanawiając się za bardzo nad sensem własnych działań.

Wziął amulet i pod osłoną nocy rozkopał świeży grób. Złożył go na piersi niemowlaka, całość zakopał i wrócił do domu. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie.

Już następnego dnia rano facet poszedł przyszykować się do pracy, kiedy na środku jego salonu zauważył ogromne ślady krwi i śluzu prowadzące do łazienki. Wyglądało to podobno, jakby przez środek jego chałupy przeszedł wielki, czerwony ślimak. Ślad był świeży. Cokolwiek go zostawiło, weszło do środka przez tylne drzwi prowadzące do ogrodu. Przerażony i przekonany, że wlazł mu do domu jakiś okropnie ranny zwierz, wszedł powoli do łazienki. Gdy przekonał się, co naprawdę tam było, zapewne pożałował, że jednak nie była to świeża padlina.

Na środku pomieszczenia, tyłem do niego stała jego żona. Nuciła pod nosem piosenkę dla dzieci i kołysała się lekko w jej rytm. Mimo że była obrócona tyłem, było widać, że coś jest z nią nie tak. Krwawy ślad prowadził prosto do niej i urywał się tuż pod jej stopami. Piżama, w której zasnęła i którą miała wtedy na sobie, przybrała ohydnego odcienia szkarłatnej czerwieni. Gdy kołysząc się w rytm melodii wreszcie stanęła przodem do niego, jego nogi ugięły się, a w oczach mu pociemniało.

Jego żona trzymała w rękach niemowlaka, tego samego, którego razem pochowali. To była ich zmarła przy porodzie córka, przestała ona jednak przypominać ludzkie dziecko. Teraz stała się zdeformowana, o niezdrowym, fioletowawym kolorze i wybałuszonych, czarnych oczach. Cała pokryta świeżą krwią, bardziej przypominała demona niż człowieka.

Postawiony na nogi panicznym strachem o małżonkę, wyrwał jej dziecko i chciał wyrzucić je przez okno na zewnątrz. Widocznie to w tym domu częsty sposób radzenia sobie z problemami — wyjebać przez okno. Nie zamierzałem go jednak oceniać, w końcu sam nie wiedziałem, co zrobiłbym na jego miejscu. To zbyt nierealny scenariusz, aby ktokolwiek się na niego zawczasu przygotowywał. Wtedy już do reszty niespełna rozumu kobieta dogoniła go, wyrwała mu z rąk tę szkaradę, po czym zamknęła się z nią w piwnicy, aby ojciec tyran nie odebrał jej cudownie uratowanego przez Boga dziecka. Mężczyzna walił w drzwi z całej siły, jednak te trzymały mocno. Wszystkie narzędzia, które mogłyby mu pomóc pokonać blokadę, jak na złość zamknięte były właśnie w tym pomieszczeniu, do którego próbował się dostać.

W końcu, gdy zza drzwi zaczęły dochodzić koszmarne i budzące dreszcze dźwięki, mężczyzna zdecydował się poprosić sąsiada o pomoc. Za jego radą, na chwilę przed wspólną próbą sforsowania drzwi do piwnicy, napisał do mnie tamten list, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. I jak już wiesz, właśnie tak się wydarzyło.

Akurat byłem wolny, więc od razu wskoczyłem na motor i pojechałem na miejsce. Gdy tam dotarłem, zastany przeze mnie widok tylko upewnił mnie w przekonaniu, że jasny chuj trafił lekkomyślny plan mojego zleceniodawcy. Jego samotna chatka mieściła się pośrodku niczego, w małej wsi nieopodal niedużego lasu. Najbliższy dom był tak daleko, że palące się w nim światła były ledwo widoczne nawet w absolutnych ciemnościach, które tam wówczas panowały. Może to i lepiej, bo nikomu nie życzę ujrzeć takiego widoku.

W progu drzwi frontowych leżało ciało. To był wspomniany w liście sąsiad. Zgadywałem, że był właścicielem domu, o którym przed sekundą pisałem. Już z daleka widziałem, że został okrutnie zmasakrowany. Leżał na brzuchu, przodem do wyjścia, z szeroko otwartymi oczyma, w których ciągle odbijało się absolutne przerażenie. Miał głęboką ranę na całych plecach, która rozdarła mu skórę i mięśnie tak mocno, że mogłem zobaczyć biało-beżowy odcień jego kręgosłupa. Cokolwiek wstąpiło w ciało tamtego gówniarza, znacząco wzrosło na sile w ciągu tych ostatnich kilkunastu godzin. Znaczy, że znalazło źródło pożywienia.

Powoli wszedłem do środka i dokładnie przeczesałem dom. Ojca „dziecka” i zarazem mojego zleceniodawcę znalazłem w jednym z pokoi na górze, gdzie zabarykadował się przed demonem. Obficie krwawił z lewego barku, na którym brakowało sporego kawałka mięsa. Poza tym można powiedzieć, że nie było z nim najgorzej, w końcu nie był jeszcze martwy.

Tak jak mógł zabezpieczył swoją ranę przed utratą krwi, jednak mimo wszystko z jej utraty ciągle tracił i na nowo odzyskiwał przytomność. Gdy nieco go docuciłem solami trzeźwiącymi, wydukał mi, że siedział tam prawie całą dobę. Z sąsiadem mieli otworzyć piwnicę poprzedniej nocy. Z przerażeniem w oczach opowiedział, z imponującą ilością szczegółów, co tam zobaczyli. Chwilę potem znowu stracił przytomność. Na szczęście ja nie potrzebowałem już od niego niczego więcej.

Z listu już wcześniej sam domyślałem się, z czym będę musiał stanąć do walki. Gdy dodałem do tego dopiero co przedstawiony mi opis, skurwysyn nie najgorzej pasował do pewnego dobrze znanego mi rodzaju demona. Słynął on z imponującej mocy, na szczęście sztuka wciąż była bardzo młoda. Znaczy odesłanie jej z powrotem do jej rogatego pana powinno być znacząco ułatwione.

Pobłogosławiłem pokój, w którym znajdował się mężczyzna, a następnie z wodą święconą w ręce ponownie obszedłem cały dom, również go święcąc. Tym sposobem chciałem odciąć złemu duchowi wyjście z domu, niszcząc jakiekolwiek plany ucieczki mogące zrodzić się w jego niedorozwiniętej łepetynie. Demon musiał to wyczuć, bo zaatakował mnie, jak święciłem salon. Ledwo zdążyłem wystrzelić, chybiając potwornie swoją drogą, a w następnej sekundzie znalazłem się na trawie w ogrodzie, cały pokryty stłuczonym szkłem.

Tak oto wracamy do momentu rozpoczęcia mojej historii.

Ruszyłem korytarzem. Pod nosem odmawiałem cicho wyuczony na pamięć psalm dziewięćdziesiąty pierwszy, znany ze swojej skuteczności w obronie przed złem. Tym razem od razu skierowałem się w stronę konkretnego pomieszczenia. Ostatniego, którego nie zdążyłem jeszcze pobłogosławić, czyli jedynego, w którym mógł komfortowo przebywać zły duch.2

Stojąc nad wejściem do piwnicy widziałem tylko stare drewniane schody prowadzące w dół i nieprzeniknioną ciemność, w którą się zagłębiały. Już tam, gdzie stałem, czuć było ulatniający się z dołu przesadnie słodki odór świeżych zwłok. Gdy tylko rozpoznałem znajomy zapach, poczułem to charakterystyczne uczucie w rękach i zalewającą mnie falę gorąca. Wziąłem głęboki wdech, żeby opanować niespokojne serce. Nie mam na to czasu. — pomyślałem.

Wyjąłem z kieszeni płaszcza starą zapalniczkę. Dostałem ją po dziadku, jeszcze za dzieciaka. Stara to była sztuka, jeszcze z samego początku dwudziestego wieku. Cała srebrna, z wygrawerowaną na jednej stronie literką „K.M”. Otworzyłem klapkę kciukiem. Odskoczyła do tyłu z metalicznym kliknięciem. Pociągnąłem kółkiem, które dopiero za trzecim razem chwyciło nieśmiały płomień.

— Resistite diabolo, et fugiet a vobis. — wyszeptałem, po czym zszedłem na dół.

Każdy stopień skrzypiał paskudnie, a w całkowicie otaczającej mnie ciszy dźwięk ten roznosił się jeszcze bardziej. Czujny jak ważka i napięty do granic możliwości, stanąłem na betonowej podłodze. Piwnica była zaskakująco duża, z wieloma półkami pełnymi słojów z dżemami czy zaprawami i ogólnie pojętymi górami gówna i syfu. Wszędzie były stare meble, zbutwiałe kartony, całe kolumny ułożone z nigdy nieczytanych książek. I znowu ślady krwi.

Poszedłem nimi, nawiedzany przy okazji unoszącą się w powietrzu ohydną słodyczą martwego ciała. Ważąc każdy krok i wytężając wszystkie zmysły, powoli przesuwałem się do przodu. Od tamtego momentu byłem na terytorium demona, w każdej chwili więc mogłem spodziewać się ataku. W skromnym świetle zapalniczki zobaczyłem leżące na posadzce porwane kobiece ubrania. Ich przesiąknięte szkarłatem strzępy przykleiły się do zimnego betonu jak mokry papier toaletowy. Zatrzymałem się, gdy światło mojej zapalniczki ukazało mi kobiecą stopę. Leżała luźno, wolna od reszty nogi. W jakim stanie znajdowała się reszta jej ciała, tego postanowiłem już nie sprawdzać. Nie po to tam zszedłem.

Czując narastającą złość, zacisnąłem ręce, tak mocno, że całe mi posiniały. Wróciłem na idący dalej krwawy szlak nie myśląc, już o niczym prócz zemsty. Prowadziły one w głąb pomieszczenia, aż do ogromnej kupy „mogących się kiedyś przydać rzeczy”, które ja najczęściej nazywam po prostu śmieciami.

Ślady zakręcały obok tej górki i kończyły się za nią. Smród śmierci nabrał na sile. Teraz doszedł do niego również odór siarki. Usłyszałem ciche rzężenie. Bingo. Zgasiłem zapalniczkę i schowałem ją do kieszeni. Teraz potrzebowałem już obu rąk. Poczekałem jeszcze kilka sekund, aż oczy na nowo przyzwyczają się do ciemności. Wziąłem kilka wdechów, żeby uspokoić ciało, i wypaliłem prosto przed siebie.

Kula z głośnym hukiem przeszła prosto przez jeden z kartonów i utknęła w czymś, co wydało z siebie porażający ryk. Góra śmieci eksplodowała i spod nich wyskoczyło coś co wyglądało jak prawie dwumetrowy fioletowy gówniarz z kawałkiem pępowiny zwisającym między tłustymi nogami, wyłupiastymi, przekrwionymi oczami i szeroką gębą pełną ostrych zębów. W dodatku cały wysamrowany był zaschniętym śluzem, prawdopodobnie tym z łona jego zmasakrowanej matki.

Spodziewałem się takiej reakcji demona, więc zdążyłem uskoczyć w bok, spokojnie unikając ataku. Szybko przeładowałem i wypaliłem drugi raz. Trafiłem dużo lepiej, w pierś, tuż obok serca. Pierwsza kula, ta wystrzelona na ślepo w górę śmierci, trafiła w ramię demona. Jednak ani jedna, ani druga nie zdołała go powstrzymać.

No, ale może pora wreszcie zdradzić, z czym dokładnie stanąłem wtedy do boju.

Porońce to niesamowicie potężne skurwysyny powstające z martwych ciał nowonarodzonych dzieci, które zostały pochowane niezgodnie z obyczajem. Ze względu na obecny w nich potencjał straconego przedwcześnie życia są jednymi z groźniejszych demonów słowiańskich. Na tych terenach ten zły duch wypracował sobie już nie lada renomę. Widziałem już dziesiątki ofiar tego gówna i trudno sobie wyobrazić bardziej bolesną śmierć. Rozerwanie na strzępy. Pożarcie żywcem. Wybebeszenie. Nawet topowi specjaliści przy pomocy najlepszego sprzętu i przemyślanego planu muszą liczyć się z imponującą mocą porońca. Łatwo skończyć jak zużyta zabawka, kiedy się zlekceważy demona tylko dlatego, że zawładnął ciałem dzieciaka.

Jednak ja nie byłem jakimś tam topowym specjalistą. Byłem głazem, o który każda demoniczna siła rozbijała sobie rogaty łeb. Chociaż przez wieloletnią aktywność w zawodzie moja krew zdążyła już nieco ostygnąć, to wciąż była to krew mojej rodziny.

Przed następnym ciosem uchyliłem się w ostatniej chwili. Do nieszczęścia wtedy brakowało tak niewiele, że przez chwilę byłem w stanie poczuć okropny smród przelatującej obok przerośniętej łapy tej bestii. Spragniony krwi demon zaryczał wściekle, a ja przeładowałem strzelbę i wystrzeliłem. Z tego pośpiechu nie trafiłem go tam, gdzie chciałem. Kula nie ugodziła w łeb tylko w lewy policzek, gruchocząc jej twarz, ale nie zabijając na miejscu. Przekląłem głośno. Na moje nieszczęście była to ostatnia kula w magazynku.

Chwyciłem za rozgrzaną lufę strzelby i przywaliłem bestii z całej siły. Trafiłem w szczękę. Od razu wyrzuciłem broń i sięgnąłem po łopatę. Potwór splunął krwią, ale poza tym cios zdawał się go jedynie rozjuszyć. Poroniec rzucił się na mnie, brutalnie powalając na ziemię. Już chciał odgryźć mi czerep, kiedy wepchnąłem mu do pyska koniec mojej łopaty. Zaryczał wściekle, a po rączce mojej broni poleciała cuchnąca krew. Zęby demona zacisnęły się wokół trzonka, pochłaniając całą głownię i próbując ją odgryźć. Nie wiedział jednak, że to nie była byle łopata. Jej nie dało się tak po prostu złamać.

Naparł na mnie całym ciałem, próbując dosięgnąć mnie swoim paskudnym łbem. Gdy poczułem, że już nie dam rady jej przytrzymać, przechyliłem rączkę łopaty delikatnie w lewo i puściłem ją, tak że opadła na ziemię tuż pod moją pachą. Wciąż trzymała się pionowo z tym, że teraz betonowa, zimna podłoga piwnicy odwalała za mnie całą robotę.

Szybko sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągając z niego coś co miało pomóc mi ostatecznie rozliczyć się z tą pokraką. Mój płaszcz nie był mi tylko okryciem. Długi, mocny i pełen kieszeni, służył mi za przenośny magazyn broni oraz wszelkiego rodzaju narzędzi do wykonywania zawodu. Wyjąłem z niego niewielki toporek i buteleczkę soli. Ten pierwszy, wykonany z najwyższej jakości stali galwanizowanej czystym srebrem, był szczególnie skuteczny względem wszelkiej maści sił nieczystych, którym broń z innego stopu sprawia dużo mniej problemów. Łopata wykonana była w ten sam sposób, dlatego napierająca na nią bestia zdawała się nieco słabnąć. Sól z kolei działa na demony jak rozżarzony węgiel, paląc je i drażniąc niesamowicie.

Srebro osłabia, sól parzy. Używanie tych dwóch to podstawa w moim fachu.

Odkorkowałem buteleczkę i sypnąłem porońcowi solą prosto w ten paskudny pysk. Nie czekając na rezultat, zamachnąłem się toporkiem jak tylko mogłem i wbiłem go w jego szyję. Gdy sól zaczęła przeżerać jego oczy i skórę na pysku, z ran zaczęła unosić się para z przeżeranego ciała. Demon wypluł moją łopatę i wydarł się tak, że aż zapiszczało mi w uszach. Zakołysał się do tyłu i zaczął wierzgać po całej piwnicy, oszalały z bólu i strachu spowodowanego nagłą ślepotą.

Wstałem powoli, podpierając się o łopatę. Wiedziałem, że już wygrałem. Poroniec oślepł, a spod sterczącego mu z szyi srebrnego toporka wylewały się strumienie krwi. Podobnie zresztą jak z dziur po kulach. Podszedłem do spluwy, którą wcześniej niedbale odrzuciłem na bok. Wyjąłem z kieszeni pudełko z amunicją i w akompaniamencie agonalnych ryków potwora uzupełniłem magazynek. Przeładowałem i strzeliłem demonowi prosto w pysk. Teraz mogłem nieco lepiej przycelować, więc pocisk trafił bezbłędnie. Wszedł przez prawy oczodół i wyszedł potylicą, lądując ostatecznie w jednej ze ścian. Tym razem z gardła szkarady wydostał się tylko cichy jęk. Z pękniętej czaszki wylał się płyn mózgowo-rdzeniowy wraz z pozostałościami po pływającym w nim organie. Nic więcej jak widmo po człowieczeństwie dziecka, które na krótką chwilę zamieszkało w tym ciele.

Poroniec padł na ziemię i znieruchomiał. Podszedłem do niego ostrożnie. Był martwy. Był tak martwy, jak to tylko możliwe, a jednak przeładowałem raz jeszcze i władowałem mu kulkę prosto w czoło, miażdżąc jego czaszkę raz jeszcze i obryzgując wszystko dookoła krwią, odłamkami czaszki i resztami mózgu. Może i nie było to już potrzebne, jednak ja nie zamierzałem ryzykować. Przeżyłem na tym świecie tak długo tylko dlatego, że zawsze dmuchałem na zimne.

Splunąłem na ziemię i poszedłem w stronę schodów.3

Wszedłem na górę, do pokoju, w którym ukrywał się mój zleceniodawca. Zastałem go tam nieprzytomnego, ale żywego. Nawet w półmroku widziałem, jaki był blady. Wiedziałem, że potrzebuje jak najszybszej interwencji medycznej, jednak przed pogotowiem była jedna instytucja, którą musiałem zawiadomić w pierwszej kolejności. Miałem znajomego w pewnym miejscu. Prowadził sieć firm sprzątających, nic wielkiego. Głównie zlecenia obejmowały prywatne posesje lub od czasu do czasu lokalne instytucje publiczne. Ot, jeden z wielu podobnych przedsiębiorców. Jedynie niewielu wiedziało, że tak naprawdę utrzymuje się on ze zleceń zupełnie innej maści. Powiedzmy, że zdołał on znaleźć sobie dość nietypową… niszę. Oczywiście nie chwalił się tym na lewo i prawo. Zresztą, kto normalny by mu uwierzył?

Na dole znalazłem telefon. Wykręciłem numer na starej tarczy i poczekałem, aż dyspozytorka z centrali połączy mnie z kim trzeba. Po chwili usłyszałem w słuchawce jego zaspany, gniewny głos.

— Halo? — odezwał się chrypliwym głosem. — Co do cholery? Pan to nie wie, że w nocy się śpi? Jeżeli to są jakieś żarty, to…

— To co? — rzuciłem spokojnie. Mój głęboki, silny głos wypełnił mrok domu, odbijając się od ponurych ścian.

Odpowiedziała mi krótka cisza.

— To ty?… — zapytał głos, brzmiąc teraz dużo wyraźniej.

— Nie, twoja stara. — warknąłem i kaszlnąłem głośno. Unoszący się tam smród drażnił mi gardło. — Robota jest.

Usłyszałem, jak ten zrywa się na równe nogi.

— Gdzie? — zapytał pośpiesznie.

Podałem mu adres i grzecznie powiedziałem, żeby się pośpieszył. Obiecał, że będzie najszybciej, jak się da, i rozłączył się. Odłożyłem słuchawkę i poszedłem na górę. Zniosłem nieprzytomnego mężczyznę na dół i, przechodząc ostrożnie nad trupem jego sąsiada, wyszedłem na zewnątrz. Odszedłem kilka metrów i położyłem go ostrożnie na trawie przed domem. Był środek lata, więc nie musiałem się martwić, że zmarznie. Najważniejsze, aby ratownicy w trakcie udzielania mu pomocy nie szwendali się po domu.

Rozerwałem jego koszulę, całą sztywną od zaschniętej krwi. Wyraźnie zaznaczone ślady zębów sprawiały koszmarne wrażenie. Brzegi rany zdążyły w ciągu całej doby spuchnąć i zsinieć od wybroczyn podskórnych. Pojawił się stan zapalny i okropny obrzęk, rozerwana skóra wypełniła ubytki cuchnącym osoczem. Facet był w okropnym stanie. Wiedziałem, że bez szybkiej pomocy medycznej jego stan z chujowego zmieni się na krytyczny.

Zdjąłem mój płaszcz i położyłem obok siebie na trawie. W licznych kieszeniach jego wewnętrznej strony poza narzędziami do walki z demonami trzymałem między innymi własnoręcznie zrobione lekarstwa i artykuły pierwszej pomocy. Najpierw otworzyłem sporą, metalową piersiówkę znajdującą się w jednej z wyższych kieszeni. Łyknąłem z niej odrobinę i wyplułem wszystko na ziemię obok. Czysty spirytus. Polałem najpierw swoje ręce, potem jego ranę, a na końcu jego zgięcie łokcia. To tam zamierzałem podać mu zastrzyk penicyliny.

Sięgnąłem ręką po niewielką strzykawkę. Pod nią było kilka pasków przytrzymujących niewielkie, szklane buteleczki. Wybrałem jedną z nich i otworzyłem. Założyłem igłę na strzykawkę i trzęsącymi się rękoma zanurzyłem ją w zawartości pojemniczka z penicyliną. Kurwa. — pomyślałem. — Nie ma opcji, że w taki sposób trafię mu w żyłę.

„Zaczynasz zbierać żniwo swojej pracy. Dotyka to każdego, kto będzie miał szczęście przeżyć tak długo co ty”. — usłyszałem w głowie. Cmoknąłem niezadowolony. To wszystko naprawdę zaczynało działać mi już na nerwy.

Zdecydowałem, że najwyższa pora w końcu zrobić z tym porządek. Pewnie, jeśli zrobiłbym to przed akcją, nie chybiłbym, strzelając do porońca i jego egzekucja przebiegłaby dużo sprawniej. Sam nie wiedziałem, dlaczego tego nie zrobiłem. Chyba wciąż trudno było mi się przyzwyczaić do tego sposobu radzenia sobie z moimi problemami. Z kieszeni po zewnętrznej stronie płaszcza wyjąłem papierośnicę. Wsadziłem sobie do pyska jednego i podpaliłem zapalniczką.

Oczywiście nie był to papieros załadowany tytoniem, nie byłem idiotą. Jeszcze tego by mi brakowało, abym z własnej woli osłabiał swój organizm paląc jakieś gówno. Mnie nie było stać na taką głupotę. Zawinięty przeze mnie kilka dni wcześniej papieros zawierał w środku coś zupełnie innego, coś, co pomagało mi uspokoić ciało, oczyścić przeładowany przemocą umysł i skupić się na zadaniu, przy okazji nie odbijając się aż tak mocno na zdrowiu. Oczywiście takie papierosy również nie zostawiały moich płuc bez szwanku, jednak była to cena, jaką musiałem zapłacić, aby być w ogóle zdolnym do pracy.

Zapaliłem go i zaciągnąłem się porządnie. Wziąłem kilka wdechów, delektując się nimi jak prawdziwy smakosz. Irytowało mnie to, że muszę to palić, ale skoro już było to konieczne, to cieszyłem się, że smak tego specyfiku przypadł mi do gustu. Dzięki temu faktycznie łatwiej było mi funkcjonować z tym… bagażem, z którym wiązał się mój zawód. Szybko stwierdziłem z zadowoleniem, że mój pędzący umysł w końcu zwolnił, a trzęsące się łapy momentalnie się uspokoiły. Poczułem, jak całe moje ciało rozluźnia się, odzyskując dawną gibkość, jak… małpa. No, może przestanę silić się na metafory, jestem guślarz, a nie jebany grajek. Zresztą i tak wiesz, o co mi chodzi.

Wraz z opanowaniem pewność siebie na nowo zaczęła mnie rozpierać. Zakasałem rękawy i zabrałem się do roboty. Tym razem igła weszła pewnie, pozostawiając po sobie zaledwie kropelkę krwi. Wyrzuciłem ją od razu po zastrzyku, a strzykawkę położyłem na trawie obok mnie. Potem sięgnąłem do jednej z większych kieszeni i wyjąłem z niej kolejną buteleczkę, tym razem z miodem, oraz ciasno zwinięty bandaż. Samodzielnie pozyskany od leśnych pszczół miód delikatnie rozprowadziłem po ranie. Zawiera on nadtlenek wodoru i jest lekko kwaśny, co pomaga zwalczać bakterie, które mogłyby zainfekować ugryzienie. Na końcu ostrożnie zabandażowałem całe ramię. To powinno w miarę ustabilizować jego stan do czasu przybycia ratowników.

Podniosłem się i zarzuciłem na siebie płaszcz. Łopatę włożyłem na swoje miejsce przy moim biodrze, strzelbę przymocowałem na pasku do swoich pleców. Paląc, spojrzałem na zegarek. Mruknąłem niezadowolony. Powinien był już przyjechać, wiedziałem, że nie miał do mnie daleko. Korzystając z wolnej chwili, wróciłem do środka i wezwałem ambulans. Bez względu na to, jak długo tamten głąb miał zamiar tam jechać, wiedziałem, że i tak wyrobi się przed ratownikami.

Zdecydowałem się zignorować fakt, że raz już się nie wyrobił. Długo musiałem wtedy tłumaczyć lekarzowi z pogotowia, że ta kobieta z mordą przeżartą kwasem to tak naprawdę sama go na siebie wylała. Do dziś wątpię, żeby mi uwierzył, na głupiego nie wyglądał. Wątpię jednak, aby kiedykolwiek zgadł, co było za winowajcą tamtych ran. Może kiedyś opowiem ci i tę historię.

Powróciłem myślami do mojej potyczki z porońcem. Coś w tej sprawie nie dawało mi spokoju. Demon ten powstawał z ciała nienarodzonego dziecka, które zostało pochowane niezgodnie z obyczajem. Tutaj napotkałem pierwszą nieścisłość, ponieważ w swoim liście ojciec bachora wspominał mimochodem, że córkę pochował ze wszelkimi możliwymi honorami. Dlaczego mimo to ciało dziecka zostało przejęte przez siły nieczyste? Pewnie ta zagadka byłaby dużo trudniejsza do rozwiązania, gdyby nie to, że jak mówiłem, ja miałem już solidne podejrzenia, jak mogło do tego dojść, a wszystko podał mi na tacy nie kto inny jak mój zleceniodawca. Myślę, że i ty domyślasz się już, co odpowiadało za narodzenie porońca, nie jesteś przecież idiotą. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Na razie dalej tkwiłem przy poważnie rannym ojcu, nie mogąc go opuścić, dopóki na miejsce nie przybędzie ten obibok, po którego dzwoniłem już jakieś wieki temu. Na szczęście, jak się okazało, nie musiałem już czekać zbyt długo. Nie zdążyłem jeszcze dopalić mojego papierosa, kiedy zobaczyłem zbliżające się z daleka światła samochodu.

Po chwili tuż przede mną zatrzymała się błękitna furgonetka z napisem „Pucuś” na boku. Pod nim dopisane było: „Firma sprzątająca Tadeusza Kwiaśniuka, profesjonalne sprzątanie powierzchni komercyjnych, prywatnych posesji, elewacji i wiele więcej!”. Za nią nadjechała druga, identyczna.

Mężczyzna siedzący za kierownicą tej pierwszej wysiadł i uścisnął mi dłoń. Był stary, miał białego wąsa i sporą łysinę. Zgarbiony też był jak cholera. Z siedzenia pasażera wyszedł chłopak, ubrany nie w normalne ciuchy, a w jednoczęściowy, pomarańczowy kombinezon z czarnymi rękawicami i opuszczoną teraz na plecy szczelną maską. Skoczył do mnie pośpiesznie, również ściskając mi rękę. Był rudy, piegowaty i chudy jak szczotka. Do tego bardzo młody, nie dałbym mu więcej niż dwadzieścia pięć lat. Starszy, Tadeusz, był jego ojcem i założycielem firmy. Na tamten moment, gdy zrobił się już za stary, aby prowadzić biznes, zaczął przyuczać do niego swojego jedynego syna.

Z drugiej furgonetki wyszło dwóch mężczyzn w średnim wieku, również ubranych w kombinezony. Oni, nie zawracając sobie głowy mną, od razu poszli na tył wozu i zaczęli wypakowywać sprzęt.

— Wojciech, syn. — zaczął starszy mężczyzna, pokazując na młodego.

Skinąłem tylko głową.

— Co tym razem? — zapytał ponuro.

— Poroniec. — odparłem wyjmując papierosa z buzi.

Tadeusz zaklął cicho.

— Ilu?

— Dwóch.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Tylko dwóch?

— Młoda sztuka. — stwierdziłem. — Zresztą spójrz wokół, tu nie ma kogo zabijać. — zaciągnąłem się głęboko. — Trup leży w wejściu, nie sposób ominąć, drugi wraz z demonem są w piwnicy. Ten tu — pokazałem na opatrzonego przeze mnie mężczyznę — żyje, ale potrzebuje pomocy. Pogotowie jest już w drodze, więc bierz dupę w troki i zabieraj się do pracy. Nikt nie może zobaczyć śladów tego, co wydarzyło się w tym domu.

Staruszek spojrzał na syna, który gapił się na mnie z otwartą gębą.

— A ty co, ogłuchłeś? Zasuwaj do roboty! To teraz twój biznes do kroćset!

Rudzielec spłonął rumieńcem i rzucił się do pomocy dwójce swoich pracowników.

Tadeusz spojrzał ponad moje ramię na dom i leżącego na ganku mężczyznę. Potarł zarost ręką i westchnął głęboko.

— Jak długo jeszcze zamierzasz się w to bawić?

— To nie zabawa, jeśli nikt się nie śmieje. — mruknąłem.

— Wiesz, o czym mówię. — syknął. — Prędzej czy później ta fucha cię zabije. To i tak cud, że dotrwałeś tak długo, jeszcze nikomu się to chyba nie udało. Spoza twojej rodziny oczywiście. Nie jesteś jeszcze taki stary, możesz zająć się czymś innym, wiesz, przebranżowić się. Mówię serio, dobrze ci radzę…

— Jeśli znasz kogoś, kto się tym zajmie na moje miejsce — skinąłem na dom — to wal śmiało. Ale sprzątałeś już po zbyt wielu akcjach, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, co tam znajdziesz. Zbyt mało jest takich, co potrafią to co ja, a nawet tacy wolą iść do sił specjalnych albo Legii Cudzoziemskiej. Większe szanse, że wrócą do domu.

Zaciągnąłem się po raz ostatni i wyrzuciłem niedopałek na ziemię. Zdeptałem go podstawą potężnego buta i ruszyłem w stronę lasku, tam, skąd chwilę wcześniej przyjechała furgonetka. Tam też zarazem czekało na mnie wspomniane wcześniej rozwiązanie zagadki powstania porońca.

— A ty, gdzie? — krzyknął po mnie Tadeusz. — Kto nam zapłaci?

— Już zapomniałeś, jak to działa? Napisz raport, dołącz zdjęcie i wyślij poleconym, gdzie trzeba. Dobrze zapłacą, gwarantuję. — rzuciłem przez ramię nie odwracając się.

Idąc w stronę drzew, schowałem papierośnicę i z kieszeni znajdującej się na mojej drugiej piersi wyjąłem podłużne pudełeczko. Wąskie i długie, o dnie w kształcie okręgu, zamykane było na małą, zapinaną klapkę. Zdjąłem zabezpieczenie i kciukiem odtrąciłem klapkę do góry, po czym uniosłem całość i wysypałem sobie zawartość do pyska. O razu poczułem na języku niewielką, twardą kulkę i rozchodzący się po nim odświeżający, słodki smak mięty. To jest moje drugie po paleniu uzależnienie. Z taką różnicą, że miętowe landrynki nie były przykrą nowością. Je wpierdalałem zdecydowanie dłużej.

Po kilkuminutowym spacerze wzdłuż drzew światło księżyca odsłoniło przede mną dokładnie to, co spodziewałem się zobaczyć. Dość głęboki dół z porozrzucaną wszędzie wokół świeżą ziemią i śladami po krwi i śluzie, którym oblepiona była bestia. Stanąłem nad dziurą, uważnie zaglądając do środka. Od razu uderzył mnie potworny smród. Zakasałem rękawy i wskoczyłem do środka. Wylądowałem na resztkach małej trumienki, z której teraz pozostały zaledwie drzazgi. Krzywiąc się od paskudnego odoru, zacząłem delikatnie skrobać łopatą powierzchnię dołu. Pośród połamanych kawałków drewna i resztek białego materiału ukryte było właśnie to, co spodziewałem się tam zastać. Pod cienką warstwą świeżej ziemi usłyszałem cichy grzechot. Schyliłem się i podniosłem krótki sznurek, na którym było zawieszone kilka koralików. Na jego końcu zawieszona była mała, ptasia czaszka, z brązowo czarnym piórem po jej lewej stronie i ptasią łapką po prawej.

Przedmiot okazał się dokładnie tym, czym sądziłem, że będzie, czyli amuletem. Tym samym, który ojciec dziecka dostał od wróżki. Czy może powinienem powiedzieć, wiedźmy, bo z tamtą chwilą stało się to bardziej niż pewne, że nie była to byle oszustka naciągająca ludzi na wróżby z kart czy horoskopy. Wiedźma sprzedała zdesperowanemu wieśniakowi amulet przywracający ludzi do życia i, co by nie mówić, spełniła życzenie klienta. Dziecko jednak, zamiast jako człowiek, wróciło do życia jako potężny demon. Nie wiem, jak głupim trzeba być, aby nabrać się na sztuczkę z medalionem, jednak ludzie z desperacji i rozpaczy robią różne rzeczy. Dlatego też nie był to pierwszy raz, gdy musiałem uporać się z podobnym zadaniem.

Owinąłem przedmiot w ścierkę i wyszedłem z dołu. Zanim odszedłem, złożyłem ręce i krótko poleciłem Bogu duszę zmarłego dziecka. Wiem, że po tych pierwszych stronach mój wizerunek nie bardzo pasuje do kogoś pobożnego, ale to samo życie, które zrobiło ze mnie bezlitosnego i twardego drania, jednocześnie wiele razy zostało mi w niesamowity sposób podarowane. W czasie, kiedy miały miejsce opisywane wydarzenia, przepracowałem już w zawodzie większość swojego życia. Pośród niezliczonej ilości okropieństw, które widziałem, znalazło się też miejsce na kilka cudów, koło których nawet taki bydlak jak ja nie mógł przejść obojętnie.

Wróciłem po swój motor. Chłopaki zdążyli już na dobre zająć się robotą. Gdy się do nich zbliżyłem, właśnie pakowali tamtego sąsiada do czarnego wora.

— Wiesz już coś więcej? — zapytał Tadeusz, gdy odpalałem maszynę. W przerwie od instruowania syna i pracowników popalał sobie papierosa, normalnego oczywiście, jak zresztą każdy w tamtych czasach.

— Powiedzmy. — mruknąłem.

— To co teraz zrobisz?

Zerknąłem na niego. Prychnął i zaciągnął się.

— Im mniej wiem, tym lepiej. Zrozumiano.

— Trzymaj się. — rzuciłem.

— Nie, to lepiej ty się trzymaj.4

Potem odjechałem. Skierowałem się prosto do pobliskich chat w celu szybkiego uzupełnienia informacji. Wiedziałem od zleceniodawcy, że przeklęty medalion dostał od lokalnej znachorki. To, że zamiast tego była to wiedźma, było dla mnie oczywiste, jednak dalej nie wiedziałem, gdzie tamta jędza się podziewała. Któż inny miałby to wiedzieć, jak nie miejscowi i często zabobonni mieszkańcy? W końcu w takich dziurach każdy dobrze zna każdego.

Zapukałem w wiele drzwi, kilka wywaliłem z buta, potem trochę pokrzyczałem i tym sposobem szybko dostałem upragnioną odpowiedź. Wiem, nieco brutalne, ale czasu było coraz mniej, a z doświadczenia wiedziałem, że mało kto dobrowolnie przyznaje się do korzystania z podobnych usług. Nawet ci, którzy w to wierzą, są świadomi, że to zjebane. Z opowieści miejscowych wywnioskowałem, że kobieta zajmująca się tego typu pierdołami żyła w sąsiedniej miejscowości. Ponoć to do niej przylatywali wszyscy lokalni mieszkańcy po wróżbę lub po wszelaką pomoc. Według niektórych miała ona dysponować potężną mocną magiczną. Jasne.

Banda idiotów.

Po dwudziestu minutach drogi, podczas której powinienem dostać co najmniej kilka mandatów za przekroczenie prędkości, stanąłem przed właściwym domem. Był całkiem duży, raczej stary i dość niepozorny. Nie wyglądał na typową norę potężnej wiedźmy, nie znaczyło to jednak, że nią nie był. Każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, nie wychylałby się za bardzo, zajmując się takimi rzeczami, to chyba oczywiste. W końcu w przeciwnym razie łatwo można zwrócić na siebie uwagę kogoś takiego jak ja. Wtedy pojawiają się kłopoty, a nie o to im przecież chodzi.

Sprawdziłem adres z tym, który podało mi kilka niezależnych osób. Wszystko się zgadzało. Przeskoczyłem przez płot i poszedłem na ogród. Pomyślałem sobie, że na moją korzyść działałoby wjebanie się do środka od tyłu. Tak dla efektu zaskoczenia. Wtedy niespodziewanie zobaczyłem, że w dużej szopie stojącej w rogu posesji paliło się światło. Bingo. Instynkt od razu kazał mi wyjąć strzelbę. Możliwe, że dziwka siedziała w środku. Zbliżyłem się cicho do drzwi i zacząłem nasłuchiwać.

W szopie ktoś był. Usłyszałem jeden, żeński głos, dość młody. Potem rozbrzmiał następny. I jeszcze jeden. Co to kurwa, zlot czarownic? — pomyślałem. — Przecież one nienawidzą siebie nawzajem. Prędzej wilk dogada się z owcą niż one wejdą razem do jednej szopy i zaczną sobie gawędzić.

Zresztą głosy były… radosne. To był teren wiedźmy, nie było co do tego wątpliwości, przecież upewniłem się przed wejściem. Nie wszystkie z nich są obrzydliwymi staruchami czy demonami, niektóre nie wyróżniają się spośród tłumu. Czy ta dziwka aż tak dobrze się ukrywa, że zdołała omamić ludzi z jej bezpośredniego otoczenia?

Cóż, dosyć tego pierdolenia. — pomyślałem. Nadeszła pora przekonać się na własne oczy. W następnej sekundzie mocnym kopnięciem wywaliłem drzwi i wparowałem do środka, drąc japę na cały głos.

— WSZYSTKIEGO NAJLEPSZE… — lecz przerwałem w połowie. Do dziś pamiętam szok, który sparaliżował mój mózg na dłuższą chwilę po tym, co wtedy zobaczyłem.

Na ścianach ze sklejki zawieszone były urodzinowe dekoracje, a na plastikowym stoliku na środku pomieszczenia leżały papierowe talerzyki po cieście. Przede mną, w urodzinowych czapeczkach siedziało pięć kobiet koło pięćdziesiątki, które, w radosnej dotąd atmosferze, gapiły się w filiżanki po kawie i wróżyły sobie z fusów. Ich uśmiechy zbladły dopiero na widok mnie i mojej strzelby. Zazwyczaj, gdy wpierdalałem się gdzieś z buta miałem zwyczaj krzyczenia „WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO” i częstowania kogo popadnie prezencikiem ze srebra i ołowiu między oczy. Teraz, gdy okazało się, że rzeczywiście przerwałem czyjeś przyjęcie urodzinowe, stanąłem jak wryty, samemu nie wiedząc co zrobić.

Kiedy początkowe zaskoczenie minęło, wszystkie pięć kobiet zaczęło drzeć się w niebo głosy, odsuwając się w sam kąt szopy, jak najdalej ode mnie. Nie mogłem wręcz uwierzyć w absurd tej sytuacji. Przyjechałem ukręcić łeb wiedźmie, która rozdawała przeklęte amulety, a trafiłem na pieprzone przyjęcie urodzinowe w ogrodowej szopie. Czy to możliwe, aby którakolwiek z tych kobiet była moim celem? — zapytałem sam siebie. Sądząc po ich minach szczerze w to wątpiłem.

— Czy to Morelowa 13? — po tym, co zobaczyłem, musiałem się upewnić.

Jedna skinęła lekko głową.

— Która z was jest wróżką? — zapytałem, opuszczając strzelbę. To wszystko było jakimś jednym wielkim nieporozumieniem.

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Podszedłem krok bliżej i jedna z nich aż pisnęła ze strachu.

— Nie mam czasu na gierki. — warknąłem. — Która z was jest tą wróżko-znachorką czy czymś tam. Wiem, że ktoś taki jest w okolicy i mieszka pod tym adresem.

Znowu cisza. Spojrzałem na każdą z osobna. Nienawidziłem, gdy ludzie patrzyli się na mnie w ten sposób. Jakbym nie ratował ich przed demonami, tylko sam nim był. Robili to, od kiedy tylko pamiętam. Przeładowałem strzelbę, nie po to, aby strzelić, lecz aby zmusić je do mówienia.

— Nie zapytam trzeci raz.

Odezwała się najgrubsza z nich, niska blondynka o krótkich, falowanych włosach.

— J-j-ja…

Zmierzyłem ją wzrokiem. Odsunąłem się na bok odsłaniając drzwi.

— Reszta wyjazd.

Tym razem nie musiałem powtarzać. Wszystkie poza tą jedną, już bladą i spoconą ze strachu, wyleciały na zewnątrz aż się za nimi kurzyło. Piętą zamknąłem za sobą drzwi. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem zeń szmatkę, w którą owinięty był amulet. Rzuciłem w jej kierunku. Nie złapała. Nawet się nie ruszyła.

— Podnieś i powiedz, co to. — powiedziałem.

Trzęsąc się okropnie, chwyciła zawiniątko i wyjęła stamtąd amulet. Spojrzała na mnie jeszcze szerszymi oczami. Poznała go.

— Skąd to masz? — zapytałem.

Może i ta kobieta była wróżką czy nawet znachorką, ale było to jasne jak słońce, że nie mogła być wiedźmą zdolną wyrządzić drugiemu człowiekowi taką krzywdę. Na wróżeniu z fusów czy pierdoleniu trzy po trzy jej kompetencje na tym polu prawdopodobnie się kończyły.

— N-nie zrobiłam go, p-przysięgam… j-ja…

— Wiem, że nie. Muszę wiedzieć, skąd go masz? Znalazłaś? Ktoś ci go dał?

Pokiwała głową.

— Kto?

Przełknęła głośno ślinę.

— K-kobieta, k-koło trzydziestki. Kapturem zasłaniała twarz, t-tylko długie brązowe włosy ż-żem widziała. — wyjąkała przerażona. — Czerwonym r-rowerem jechała, jak akurat wynosiłam śmieci. Zaoferowała sprzedaż amuletów n-na szczęście, t-to wzięłam kilka, b-bo…

— Kilka? — zerwałem się. — Jak to kilka? Były jeszcze inne?

— N-nie sprzedałam więcej! — przestraszyła się kobieta. — T-tylko ten jeden, p-przysięgam! Taki pan go kupił, m-mówił, że potrzebuje potężnego amuletu, ż-żeby… — tutaj zawahała się — ż-żeby kogoś p-przywrócić do życia. Wiele takich obłąkanych już widziałam, ten też chory był czy co… t-taki wzrok miał. To wcisnęłam mu ten, j-jak akurat miałam… przepraszam… — pisnęła na koniec.

Odwróciłem się do niej bokiem i schowałem strzelbę. Byłem przekonany, że już wiem, o co tu chodzi, a jednak tak bardzo się myliłem. Niedobrze. Sprawy znacząco się skomplikowały. Ruchem dłoni dałem jej znać, aby oddała mi amulet. Rzuciła go koślawo, nie stawiając w moją stronę najmniejszego kroku. Owinąłem go materiałem i schowałem pod płaszcz.

— Spal pozostałe, byle nie w swoim domu. — odparłem. — Potem leć po księdza. Poświęć dom i członków rodziny, tak na wszelki wypadek. I lepiej znajdź sobie inne hobby, jeśli nie chcesz narobić sobie więcej kłopotów.

Wyszedłem na zewnątrz. Trawa w ogródku była cała podeptana. Na drucianym płocie został kawałek materiału z czyjejś bluzki. Widocznie przerażone sąsiadki w panice przez niego przeskakiwały. I dobrze, może to je zniechęci do takich głupich zabaw. — pomyślałem. Z takimi zainteresowaniami zawsze trzeba krótko, bo łatwo mogą zajść o kilka kroków za daleko.

Miałem medalion, lecz nie należał on do głównej podejrzanej. Musiałem czym prędzej znaleźć kobietę sprzedającą te gówna albo ofiar mogło być znacznie więcej. Tylko jak złapać kogoś takiego? Ona mogła być już kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę, nawet jeśli poruszała się jedynie rowerem. Niby istniał jeden sposób, ale na samą myśl o nim, jeszcze bardziej podskakiwało mi ciśnienie. Mimo mojego statusu fachowca wciąż miałem pewne braki w zakresie zaawansowanych klątw, zaklęć i uroków. Mów, co chcesz, ale moim zdaniem magia to pizdowata dziedzina. Siedzenie na dupie i bawienie się w jakieś totemy czy mikstury jest dobre dla tchórzy, co boją się bezpośredniej konfrontacji. Ja wolę prostsze metody zwalczania szkodników. Łomot łopatą i kula w łeb.

Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej robocie często się z nią spotykałem i brak odpowiedniego wykształcenia na tym polu zrekompensowałem sobie siecią odpowiednich znajomości. Wtedy nastał odpowiedni czas, aby je wykorzystać.10

Zgarnąłem szybko swój motor i podjechałem nim pod płot staruszka. Ciężką torbę zarzuciłem sobie na ramię i ruszyłem w stronę drzwi. Z tego co widziałem, okna faktycznie były zabite deskami. Bardzo dobrze, widocznie stary miał trochę oleju w głowie. Zapukałem stanowczo. Usłyszałem szybkie kroki i po chwili drzwi otworzyły się na oścież. Za nimi stał siwiejący mężczyzna około pięćdziesiątki, z nogą od stołu gotową do ataku. Za nim stał drugi, młodszy i również uzbrojony w byle co. W tyle, zza ściany na końcu korytarza łypała na mnie para przestraszonych, kobiecych oczu.

Wszedłem do środka, przeciskając się między nimi.

— Zamknijcie drzwi. — rzuciłem za sobą. — Zaraz przyjdzie noc.

Salon wyglądał jak każdy wiejski dom w tamtych czasach. Drewniana podłoga pokryta wytartym linoleum, stara meblościanka, stół z ceratą w jakieś fioletowe kwiaty. Wokół niego stały cztery obite denną tapicerką krzesła, a pod oknem stał obskurny tapczan z zarzuconym na niego kocem. Całość oświetlona była sporymi świecami porozrzucanymi po całym pomieszczeniu. Nic specjalnego, oczywiście jeśli nie licząc wychudzonej krowy siedzącej z boku i przeżuwającej leniwie jakieś zielsko.

— Co tu, kurwa, robi krowa? — zapytałem wskazując na zwierzę. Jej oczy wlepiły się we mnie, jakby zrozumiała, że wspomniałem właśnie o niej.

— To ostotnia sztuka we wsi. — powiedział stary. — Nie mogliśmy jej zostowić somej. Już od jokiegoś czosu Boba śpi z nomi pod jednym dochem.

Zwierzę wlepiało we mnie niespokojny wzrok. Jej wątłe mięśnie napięły się, a ogon podniósł się sztywno do góry.

— Co ona taka przestraszona? — zapytała jedna z kobiet, podchodząc do… Boby. Widząc u jej boku staruszkę na wózku domyśliłem się, że była to Kamińska.

— Każdy jest? — zapytałem gospodarza, starając się nie patrzeć w tamtą stronę.

— Ono. — potwierdził. — O co pon w tym plecoku niesie?

Przeliczyłem na szybko wszystkich. Kamińska z matką była, jedna młodsza kobieta też, ojciec z synem i stary gospodarz również. Dobrze.

Ignorując jego pytanie, podszedłem do stołu i położyłem na nim torbę. Rozpiąłem ją i wyjąłem ze środka wszystko, co ze sobą przywiozłem. Gdy to robiłem, nikt z obecnych nie odezwał się nawet słowem. Jedynie gospodarz podszedł do mnie wolno i zajrzał mi przez ramię. Gdy zobaczył zawartość torby, sapnął głośno i przeżegnał się. Jako starszy człowiek ze wsi musiał domyślać się, co i czemu tam przyniosłem.

Piętnaście kilogramów soli w słoikach, dziesięć kamieni lapis lazuli, dwadzieścia główek czosnku, dodatkowo kilka srebrnych krzyży, spory baniak wody święconej i duże kadzidło z przygotowanymi w metalowych pojemniczkach ziołami do palenia.

— Każdy niech weźmie krzyż. — nakazałem.

Nikt się nie poruszył. Każdy wpatrywał się we mnie z końca pokoju z szeroko otwartymi oczyma, jakbym właśnie kazał im zeżreć własne gówno. Ten wzrok był mi bardzo dobrze znany, jednak wciąż niesłychanie mnie wkurwiał. I choć w życiu bym się do tego nie przyznał, trochę smucił.

— Która część polecenia była niezrozumiała? — warknąłem.

— Czy to konieczne? — zapytała Kamińska, zerkając to na stół, to na moją strzelbę.

— Absolutnie nie jest to konieczne. — odparłem, patrząc jej w oczy. — Jednak, jeżeli chcecie dożyć świtu, nalegam na spełnianie moich wskazówek. — rozejrzałem się po pozostałych. — Chcecie robić po swojemu, proszę bardzo, jednak niestosowanie się do moich poleceń może nas wszystkich wiele kosztować. Wraz z nadejściem nocy ze swojego legowiska wyjdzie potężny demon. Przywłaszczył sobie waszą wioskę na część swojego terytorium i wiedząc, że znajdzie w niej resztki ostatnich mieszkańców, będzie was szukał. Nie ma tu dużo chat do sprawdzenia, więc możecie być pewni, że w końcu tu trafi. Do tego czasu musimy zabezpieczyć dom albo on wedrze się do środka, a wtedy biada nam wszystkim.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij