Departament Theta - ebook
Na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. padła w Europie ideologia socjalistyczna. Dopiero po latach stanie się oczywiste dla odbudowującego się wywiadu rosyjskiego, że od początku do końca cały proces został bardzo dokładnie wyreżyserowany przez Amerykanów. Tajna broń psychologiczna, którą wykorzystano do wymuszania na włodarzach radzieckiego imperium błędnych decyzji prowadzących kraj do bankructwa, stała się teraz w swej defensywnej wersji osłoną dla przywódców wszystkich państw Paktu Północnoatlantyckiego, by nigdy żadnego Zachodniego kraju nie spotkał los upadłego imperium radzieckiego. Z istnienia tajnych Departamentów Theta, odpowiedzialnych w krajach NATO za taką ochronę, wywiad rosyjski zdał sobie sprawę dość szybko, ale z infiltracją tych komórek było już gorzej. Na szczęście dla Rosjan, w jednym z krajów swojej dawnej strefy wpływów do władzy doszli ludzie, dla których Zgniły Zachód był równie nieakceptowalny, jak dla odbudowującego się rosyjskiego imperium...
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397415553 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Proces rozpadu Związku Radzieckiego zakończył się w 1991 roku powstaniem Wspólnoty Niepodległych Państw, która miała zrzeszać wszystkie postsowieckie komponenty ogromnego niegdyś obszaru mocarstwa ZSRR.
Należeć do nich miały Rosja, Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Armenia, Azerbejdżan i Gruzja.
Czy to byłaby kluczowa, czy zaledwie kosmetyczna zmiana — o tym zadecydować miała późniejsza historia. A w szczególności siła perswazji okrojonej Rosji i jej rzeczywisty wpływ na byłe komponenty składowe Związku Radzieckiego.
A niektóre z tych tworów miały nieco inne aspiracje i wcale nie chciały już być częścią dogasającego Bloku Wschodniego.
Rosja sama w sobie była słaba i potrzebowała pomocy z zewnątrz. Rywal zza oceanu stał się nagle starszym bratem, który podaje rękę i wspiera. Oczywiście pod pewnymi warunkami.
Demokracja była w Rosji wprowadzana powoli, ale w sposób zdecydowany jak przystało na wielkie państwo, w którym obywatele nigdy nie wiedzieli, o co w tej cholernej demokracji właściwie chodzi.
Zwycięzca był bardzo wyrozumiały. Mądrość zawsze powinna ustępować głupocie, więc specyfikę Narodu, który demokracji wcześniej nie widział na oczy, należało uwzględnić w odpowiednio stonowanych oczekiwaniach zachodniej cywilizacji.
Główny argument, który odwraca sprawy z powrotem, z głowy na nogi to oczywiście ekonomia. Potrzeba jednak co najmniej kilku dekad, żeby Naród zauważył, że wszystko w świecie opiera się na racjonalnych przesłankach, zamiast na czynie społecznym i pojęciu dobra wspólnego… wąskiego grona przedstawicieli Narodu, jak wcześniej było tam przez wieki.
Wszyscy się cieszyli, że władze na Kremlu w końcu nauczyły się żyć jak ludzie cywilizowani. Z Rosją zaczęto handlować. Zaczęto ją uzależniać od Zachodu, wpinając ją w nowy łańcuch światowych finansowych zależności.
Żaba, podgrzewana powoli, nigdy nie orientuje się, kiedy jest już za późno, żeby z garnka wyskoczyć.
I nikt nawet nie przewidywał, że władze na Kremlu… myślą dokładnie tak samo, tyle że to nie one czuły się tą żabą.
Uzależnienie Rosji od Zachodu można było odwrócić w łatwy sposób. Cykliczny noworoczny szantaż niektórych odbiorców rosyjskiego gazu nikogo nigdy nie zaalarmował, bo to, co oczywiste bywa nawet dla przedszkolaka, jest niemożliwe do uświadomienia dla światowej społeczności, która przecież typowej analitycznej świadomości nie posiada.
Bogactwo surowcowe stanowiło dla Rosji bazę, ale do odbudowy jej historycznej pozycji potrzeba było czegoś więcej.
Z nieocenioną pomocą przyszedł postęp technologiczny, a zwłaszcza globalna sieć internetowa, która nie znała dotychczasowych granic, nie potrzebowała central telefonicznych, numerów kierunkowych i innych utrudnień.
W Rosji szybko zauważono, że te nowe możliwości są wręcz fantastyczne dla odpowiedniego formowania społeczeństw, które w założeniu stanowić miały nowo-starą strefę rosyjskiego wpływu.
Nigdy wcześniej w historii czegoś podobnego na zbliżoną skalę nie było i — żeby zachować obiektywizm — zrozumiały to obie strony w dość charakterystyczny dla siebie sposób.
Zachód oszalał na punkcie manipulacji potrzebami konsumpcyjnymi swoich obywateli, by tworzyć coraz bardziej sugestywne przekazy zachęcające ich do wydawania pieniędzy, a Rosja zajęła się wytwarzaniem potrzeb duchowych, które każdy oddany swojemu krajowi patriota powinien pielęgnować, by odseparować swój kraj od społeczności międzynarodowej.
Gdy wymyślony przez Billa Gatesa system operacyjny rozszerzył dostęp komputerów dla największych nawet idiotów, rozpoczęły się eksperymenty z forami dyskusyjnymi na Litwie i w Gruzji.
A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, byłoby głupotą, aby nie rozszerzyć menu o byłe radzieckie satelity, które stanowiły od czasów końca II Wojny Światowej całą radziecką strefę wpływu.
Polska, Czechy, Słowacja…
Tak zaczynał się wielki sen o reaktywacji wielkiej Rosji, który z roku na rok przechodził przez kolejne fazy, od utopijnych mrzonek, poprzez mgliste marzenia na nieokreśloną przyszłość, aż po najbardziej strzeżone konkretne plany ze ściśle określonym terminem realizacji.
Sukces gospodarczy, uzależnienie Europy od rosyjskich surowców oraz wpływ na sieć globalnej komunikacji za pomocą opiniotwórczych trolli sterujących nastrojami całych społeczeństw państw demokratycznych, to solidna podstawa nowoczesnej wojny budującej nową potęgę upadłego mocarstwa.
Była tylko jedna poważna przeszkoda: NATO miało pewną tajemnicę. Broń, którą użyto do rozmontowania Związku Radzieckiego na początku lat dziewięćdziesiątych, a w której istnienie nikt racjonalnie myślący i tak by nie uwierzył.
Gdy amerykański naukowiec, późniejszy prekursor badań nad synchronizacją półkul mózgowych, Robert Monroe (1915 — 1995) opisywał w swojej słynnej trylogii badań naukowych zjawisko eksterioryzacji (OOBE), wąskie grono zainteresowanych po raz pierwszy mogło się dowiedzieć, że te nowatorskie badania w zakresie nowoczesnej psychologii wcale nie są aż tak nowatorskie dla służb specjalnych Stanów Zjednoczonych.
Nowe zjawisko, którego nikt wcześniej w badaniach psychologicznych nie opisywał, okazało się być nie tylko dobrze znane i przebadane przez amerykańskie służby specjalne, ale i wykorzystywane w codziennej praktyce do ochrony osoby sprawującej funkcję Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Opisany przez Roberta Monroe przypadek z próbą „odwiedzenia” w ciele astralnym Prezydenta USA, zakończył się dla amatora astralnych podróży napotkaniem uzbrojonego agenta Secret Service… również w ciele astralnym.
To, czego się nie dowiedzieliśmy przy tej okazji, pozostaje w sferze spekulacji, co by się stało, gdyby naukowiec nie przybył w zamiarach pokojowych albo co by było, gdyby dopuszczony został do takiego kontaktu.
Czy miałby szanse wpłynąć na proces myślowy pierwszego obywatela Stanów Zjednoczonych?
Prawdopodobnie skuteczna blokada podobnych, mniej lub bardziej świadomych „wizyt”, sprowokowała w którymś momencie służby wywiadowcze do wykorzystania tych zaawansowanych mentalnie „stróżów” Prezydenta do przełączenia trybu na ofensywny.
Dziesięć lat później Amerykanie rozpoczną proces wpływania tą nieznaną metodą na decyzje najpierw gospodarcze, potem polityczne władz Związku Radzieckiego.
Sugestie telepatyczne wprowadzane w czasie, gdy człowiek jest na nie najbardziej podatny, powodują, że często budzimy się z zaskakującym, przełomowym pomysłem. Wielu ludzi musi „przespać się z problemem”, budząc się z gotowymi rozwiązaniami, których próżno by wcześniej szukać w zmęczonej głowie.
Efekt „Eureka”, w przypadku włodarzy Bloku Wschodniego, dotyczył nie tylko samych pomysłów, ale i wyobrażeń całkowicie nierealistycznych skutków, które w rzeczywistości nie miały prawa zaistnieć przy zastosowaniu takich akurat wyśnionych przyczyn.
System w efekcie końcowym nie oparł się naciskowi tej niewykrywalnej i niepozostawiającej żadnych śladów broni i doprowadził do gigantycznego kryzysu Wschodniej Ideologii oraz do jej ostatecznego upadku.
Błędem Amerykanów — jak się później miało okazać — było rozpowszechnienie jej do użytku we wszystkich krajach Paktu Północnoatlantyckiego. Służby wywiadowcze wielu nowych członków Paktu były dużo lepiej zinfiltrowane przez wywiad rosyjski, niż służby amerykańskie.
Sam system ochrony mentalnej przeszedł z powrotem w fazę defensywną, ograniczając się do ochrony decydentów, by żaden niewinny Robert Monroe, czy inny potencjalny agresor nie wpływał na ich decyzje.
Agenci mentalni nowo utworzonych Departamentów Theta stanowili wprawdzie układ na tyle hermetyczny, że nie udawało się Rosjanom zinfiltrować tych specjalistycznych komórek natowskich i ustalić zakresu ich prawdziwych możliwości, ale infiltracja pozostałych komórek wywiadowczych nowo przyjętych do Paktu państw ponad wszelką wątpliwość sygnalizowała istnienie tej nowatorskiej dla Rosjan, nieznanej im broni psychologicznej.
Rozpoczęto więc prace nad próbą przeniknięcia do natowskiego systemu w miejscu, w którym okaże się on najsłabszy.
Jedyna nadzieja, jaka została rosyjskim wywiadowcom, to czekać, aż w jednym z krajów natowskich pojawi się władza, która uzna cywilizację zachodnią za zagrożenie również dla siebie i świadomie lub w roli pożytecznego idioty rozpocznie realizować cele zbieżne z polityką Kremla…Rozdział 1 — Wrogie służby specjalne — Jarek
Siedzę dokładnie w tym samym miejscu, co osiem lat temu. Może nawet na tym samym, drewnianym krześle. Przede mną te same masywne drzwi odgradzające tę samą świetlicę przesłuchań od tej samej obskurnej poczekalni.
Przewodniczący komisji też jest ten sam. Z tym samym potencjałem intelektualnym, co dawniej, choć jego możliwości niestety nie są te same, co wtedy.
Za chwilę spotkamy się pewnie w tej samej sprawie, co kiedyś, lecz teraz przy tych samych wnioskach końcowych, skończy to się na pewno nie tak samo jak poprzednio.
Spoglądam na drzwi wejściowe, przez które za chwilę wejdę, by wysłuchać jakichś politycznych bredni. Oczyma wyobraźni widzę tego pilota, co przez nie wychodził lata temu.
Jest taki poziom absurdu, po przekroczeniu którego człowiek orientuje się, że to tylko sen. Jedni budzą się w takim momencie od razu, inni próbują wyreżyserować coś niemożliwego, by, choć przez chwilę poczuć rozkosz pobytu w świecie, gdzie żadne bariery nie istnieją.
On w pierwszym momencie chciał z furią trzasnąć drzwiami, ale się powstrzymał i zamknął je w cywilizowany sposób, po czym ugiął lekko kolana i wyciągnął dłonie ku górze.
Pamiętam to, jakby to było wczoraj.
Nie widział mnie. Zachowywał się naturalnie jak każdy Supermen, który za chwilę wzbije się w powietrze.
— Uważaj na sufit! — ostrzegłem go dobrodusznie.
Mężczyzna zastygł w pozycji startowej, obracając jedynie głowę w moją stronę. Nie wiem, czym był mocniej zszokowany, czy tym, że nie jest jednak sam, czy tym, że gdyby udało mu się wzbić w powietrze, zdekonspirowałby swoje nadprzyrodzone moce przy osobie postronnej.
Przez chwilę wydawało się, że chce zatrzeć te dziwaczne wrażenie i huknąć w złości, że to wszystko, to jakiś absurd. Odchrząknął jednak tylko nerwowo, nie wiedząc przecież, kim jest ta dziwna postać, która przed sufitem go ostrzega.
Szybko przeistoczył swój nieudany start w coś na kształt telemarku, zakończonego próbą zasznurowania poprawnie zawiązanego buta.
— Do widzenia — rzekł w końcu zmieszany i pogodzony z tym, że się wiarygodnie nie wybroni ze swej niezręcznej sytuacji.
Uśmiechnąłem się sam do swoich wspomnień. Wtedy widziałem tego człowieka po raz ostatni.
Mój zegarek wydał krótki sygnał na znak, że minęła pełna godzina. Była więc równo dziesiąta — godzina, o której miałem się tutaj punktualnie stawić.
Wstałem z krzesła i bez namysłu otworzyłem masywne odrzwia świetlicy.
Wnętrze sprawiało wrażenie nowoczesnej wersji stalinowskiego pomieszczenia przesłuchań, gdzie rolę jupitera skierowanego na twarz przesłuchiwanego pełniło Słońce, które świeciło zza ogromnego okna spoglądającego spokojnie na plecy śledczych.
Przestępca sam doskonale oświetlony, widział przed sobą tylko zarysy szarych postaci, które ze słońcem w tle wyglądały jak funkcjonariusze służb porządkowych świecący w oczy zatrzymanemu w środku nocy zbiegowi gigantycznym reflektorem.
— Jak się wchodzi, to się puka! — warknął polityk siedzący pośrodku dwóch zestawionych ze sobą kancelaryjnych stołów, zasnutych zielonym zamszem.
Wzruszyłem ramionami.
— Taki szyld na burdelu zrobiłby furorę — zauważyłem pod nosem, rozglądając się spokojnie po pomieszczeniu.
Chyba burknąłem trochę za głośno. Usłyszeli.
— Pan się chyba zapomina — burknął urzędnik siedzący po prawicy centralnie umiejscowionego polityka.
Stary, komunistyczny styl. Świetlicowe stoliki zasłane zielonym suknem, by podkreślić wagę postaci, które za nimi zasiadają. Ze trzy metry przed tym postsowieckim ołtarzem drewniane krzesło dla przesłuchiwanego.
— Gdyby jeszcze przy tym siedzisku stała popielniczka — zauważyłem, nie tracąc humoru, gdy zasiadałem na wprost komisji — szukałbym Pasikowskiego z kamerą i tyłka bym nie posadził, żeby Linda nie stał jak z mroku wyjdzie.
Nie był to ten rodzaj humoru, który bawiłby trzech członków państwowej komisji.
— Tak się pan zachowuje, jakby pan nie zdawał sobie sprawy z powagi swojej sytuacji — zauważył przewodniczący, otwierając jakieś akta.
Rozpiąłem guzik swojej marynarki i dla pewności jeszcze raz sprawdziłem wzrokiem, czy pod nogami krzesła nie stoi popielniczka.
— Zaczynajmy — zaproponowałem, nie chcąc brnąć dalej w tą niepotrzebną wymianę uprzejmości.
Przewodniczący komisji przewrócił parę kartek z akt, które trzymał w dłoniach. Było to średnio zagrane, bo ogromna, wymiętolona płachta z przygotowanymi uprzednio pytaniami, aż kłuła w oczy, leżąc na stole obok niego.
Polityk odchrząknął i uciekł wzrokiem z akt na kartkę.
— Mam wrażenie, że my się już kiedyś spotkaliśmy — powiedział, udając głupowato, że ledwo to pamięta.
— Tak — przyznałem. — Osiem lat temu oskarżał mnie Pan o utrudnianie sprawowania urzędu Prezydentowi RP. Wedle pana przypuszczeń to ja byłem tym, który uniemożliwił lądowanie Tupolewa w strefie działań wojennych z pięcioma głowami państw na pokładzie.
Mężczyzna odchrząknął, jakby chciał tym zagłuszyć ewentualny ciąg dalszy mojej wypowiedzi.
— Pamiętam — wycedził pospiesznie. — Namieszał pan w głowie pilotowi statku powietrznego, wspierając go w popełnieniu przestępstwa z artykułu 343 paragraf 2 kodeksu karnego polegającym na odmowie wykonania rozkazu, wydanego przez Zwierzchnika Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
Nasze spojrzenia się spotkały. Przed jego twarzą z potwornym warkotem przeleciała mucha, najbardziej niegodna istota, która mogła się tam w tym momencie pojawić.
Mężczyzna dmuchnął przytomnie, próbując sprężonym powietrzem zmusić ją do zmiany trajektorii lotu.
— Wtedy był pan dla nas… NN — odezwał się ponownie. — Obce mocarstwa chroniły pana do tego stopnia, że nawet nie mieliśmy przyjemności poznania pana z imienia i nazwiska. Dzisiaj jest już nieco inaczej panie… Jarosławie Targosz.
Drgnąłem niespokojnie. Gdyby nazwał mnie Stanisławem Siwek, to już byłoby za dużo, bo nawet moich „roboczych” personaliów znać nie powinien, ale on wymienił moje prawdziwe imię i nazwisko.
— „Obce mocarstwa” to zwrot rodem z czasów Układu Warszawskiego — zauważyłem. — Długo pan hibernował.
Polityk uśmiechnął się nieznacznie.
— Jak każdy polski patriota, który dopiero teraz może budzić się w wolnej Polsce. I nikt mu nie będzie już wmawiał, że musi słuchać rozkazów ze Wschodu, czy z Zachodu.
Wzruszyłem ramionami, zastępując w ten sposób swoją werbalną odpowiedź. Nie przyszedłem tutaj po to, żeby uczestniczyć w jakiejś dyskusji akademickiej na tematy ideologiczne.
Polityk właściwie odczytał moje milczenie, przechodząc dalej.
— Proszę przypomnieć komisji, panie Targosz, jakie zadanie główne jest panu powierzone przez NATO w ramach wykonywania przez pana obowiązków służbowych dla naszej ojczyzny — nakazał.
— Niech pan spyta Jensa Stoltenberga, mojego obecnego szefa — poradziłem.
Polityk potrzebował chwili do namysłu, a ja nie zamierzałem zrobić absolutnie nic, żeby ułatwić mu to przesłuchanie.
— Przypominam panu, że jest pan Polakiem i zeznaje pan przed polską komisją, która jest przedstawicielem polskich władz.
— Problem w tym, że świadomie bądź nieświadomie gwałci pan tą komisją wszelkie międzynarodowe prawa, a samo zaproszenie mnie tutaj wyczerpuje znamiona czynu z artykułu 129 kodeksu karnego.
Przewodniczący komisji nachylił się delikatnie w stronę milczącego dotąd kolegi po swojej lewej stronie. Ten szepnął mu do ucha prawdopodobnie skróconą wersję artykułu prawa, które przywołałem, dotyczącego zdrady dyplomatycznej i działania na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej. Pewnie był z całej tej trójki najmądrzejszy, bo po próżnicy nie hałasował.
— Panie Jarosławie — odezwał się przewodniczący z udawanym politowaniem. — Przez ponad pięćdziesiąt lat uczono nas, co jest polską racją stanu. Więc pozwoli pan, że w końcu to my samodzielnie to będziemy definiować, a nie Zagranica.
Nie pozostało mi nic innego, jak wzruszyć obojętnie ramionami, by poczuł się w obowiązku kontynuować swój słowotok. Jak trafnie się domyślił, nie miałem zamiaru odpowiadać na jego poprzednie pytanie.
— Więc może zróbmy inaczej — zaproponował. — Ja będę mówił, a pan niech mnie prostuje jak poczuje pan taką potrzebę, dobrze?
Pytanie musiało być retoryczne, bo nikt z komisji nawet nie udawał, że czeka na odpowiedź.
— Jest pan dyrektorem jednego z tajemniczych departamentów opłacanych z podatków polskich obywateli — odkrył polityk. — I przy okazji bezpośrednim… można tak to nazwać, stróżem Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
— Nie jest to wykluczone — zauważyłem głupowato.
Ewidentnie brakowało mu mojego potakiwania, co każde jego zdanie.
— Komórka, jaką nam podsunęła Zagranica, sprawia wrażenie prozachodniej, jednak pana ostatnia aktywność zastanawia nas, czy nie działa pan bardziej na korzyść Federacji Rosyjskiej, niż na rzecz NATO. Nie jest to w pełni czytelne dla członków komisji, przed którą pan w dniu dzisiejszym stoi.
— Z nas dwojga, to raczej pan bardziej z profilu Lenina przypomina — zauważyłem, wykorzystując chwilę ciszy, jaką mi wymownie pozostawił.
— Pan jesteś bezczelny! — wypalił polityk, na moment tracąc opanowanie.
Szybko się jednak zreflektował, a na jego twarzy wypełzną szyderczy uśmiech obiecujący, że dla dobra kraju zachowa zimną krew już do końca przesłuchania.
— Czy ten fragment mojej wypowiedzi dotyczący pana głównych zadań, jest zgodny z prawdą, panie Jarosławie? — spytał.
Zrobiłem bliżej nieokreślony ruch głową.
— Brakuje mi inteligencji, żeby pojąć pana definicję prawdy, więc przy najlepszych intencjach powiem tylko, że niezależność głowy państwa leży mi na sercu nieco bardziej, niż panu.
— Tak pan twierdzi… — westchnął polityk. — Ale nie jest pan z grona wyborców pana prezydenta, jeśli wolno mi spytać?
Przymknąłem na moment oczy. Poczułem, że gest pilota prezydenckiego Tu–154 M, który przed laty po wyjściu z tego pomieszczenia usiłował się przysłowiowo uszczypnąć w rękę, był ze wszech miar usprawiedliwiony także i dzisiaj.
— A następne pytanie będzie o preferencje seksualne, czy o wiarę? — spytałem.
Polityk otworzył po raz kolejny akta i z nieukrywaną satysfakcją wypalił:
— Pana preferencje seksualne są członkom komisji dobrze znane. W pana biurku znaleziono cały plik zdjęć wielu mężczyzn z otoczenia Pana Prezydenta, którzy również, tak jak i pan, odpowiadają za bezpieczeństwo głowy państwa. Różne są to zdjęcia. Robione często z ukrycia. Rozpięta koszula…
— Piękno męskiego ciała nie na każdego faceta działa w ten sam sposób. Niech pan nie mierzy każdego własną miarą, panie przewodniczący.
Polityk skrzywił się z dezaprobatą, po czym wyjął z foliówki plik zdjęć i zaczął nim nerwowo machać przede mną z odległości trzech metrów. Zdjęcia natychmiast wypadły mu z ręki i rozsypały się po zielonym suknie oraz po podłodze.
— Więc jak mamy to rozumieć? — spytał, usiłując udawać zdrowy rozsądek.
— Głowa państwa jest osobą publiczną. Znam go z setek wypowiedzi, z tysięcy jego dość przewidywalnych reakcji na różne sytuacje i zdarzenia. Nie mam żadnego problemu z odczytywaniem jego planów i zamierzeń, ale bezpieczeństwo prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zależy nie tylko od grymasów wyżej wymienionego. Zależy ono również od odporności jego otoczenia na wszelkie podszepty z zewnątrz. Więc… wybaczy pan, ale sam zwykłem podejmować decyzję jak chronić prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i kogo w tym celu fotografować z ukrycia.
Polityk skrzywił się po raz kolejny. Wyraźnie próbował się rozluźnić.
— Więc jesteś pan jak jakiś szaman. Potrzebujesz pan zdjęcia, żeby włamać się do psychiki danego człowieka… Widzi pan, ja jestem człowiekiem mocno stąpającym po ziemi i takie czary-mary raczej mnie nie przekonują.
Zaśmiałem się.
— Mam nadzieję, że to konkluzja końcowa — powiedziałem. — Czy zatem mogę już panów opuścić?
— Nie tak gwałtownie, panie Targosz. Myślałem, że jest pan wojownikiem raczej, a nie stroną kapitulującą.
Wzruszyłem ramionami.
— Z kim mam wojować? — spytałem — Przed kim kapitulować? Pojęcia nie mam o czym pan w ogóle do mnie mówi.
— Miałem nadzieję, że przybliży nam pan w jakiś sposób swoje unikalne możliwości, ale widzę, że… nie ma czego przybliżać?
Wzrok, jakim na mnie patrzył, był mieszaniną lekceważenia i ironii.
— Mam do pana pytanie, panie przewodniczący, mogę?
Polityk zrobił swoje „słodkie oczy”.
— Proszę.
— Czy notatka z tej rozmowy zostanie dołączona do dokumentacji zgodnie z procedurami i jej kopia zostanie przesłana do Kwatery Głównej NATO? — spytałem.
— Oczywiście, panie Targosz. Wszystko u nas zawsze przebiega zgodnie z procedurami — odparł nieszczerze polityk, z dołączonym szyderczym uśmiechem.
Miałem na końcu języka coś o procedurach jego formacji politycznej, ale się w niego ugryzłem. Eskalacja nie była przecież w niczyim interesie.
— Pana wiara jest tu nikomu do niczego niepotrzebna — odezwałem się z humorem. — Ale jeśli pan potrzebuje dowodów skuteczności mojej pracy, zawsze służę pomocą. Niech pan pomyśli o jakimś typowo polskim owocu… No co pan? Awokado? A jakieś zwierze domowe… Słoń? Pan to masz skojarzenia. Może jakieś typowo polskie danie?
Polityk uderzył pięścią w stół.
— Dość tych sztuczek! — zażądał.
Wybuchnąłem spontanicznym śmiechem.
— Frytki w sosie łososiowym? To ma być typowo polskie danie?
— Akurat pomyślałem o rosole! — wycedził polityk przez zaciśnięte zęby.
Nachyliłem się w stronę tego ich ołtarza i wycedziłem w podobnym stylu:
— Nie. Myślałeś pan o frytkach w sosie łososiowym, tak jak i obydwoje pana koledzy, bo ja sobie tego od was zażyczyłem.
Krótką chwilę ciszy przerwał mężczyzna zasiadający po prawicy polityka:
— Ja pierdolę!
Szybko zakrył dłonią usta, jakby ten gest miał w nie powtórnie wtłoczyć te dwa niechcący wypowiedziane słowa.
— I prosiłbym, żeby to „ja pierdolę” też zaprotokołować — dodałem z humorem. — Żeby pozostał po waszej komisji ślad, że działacie wbrew jej ustaleniom. Niech potomni analizują wasze prawdziwe motywacje, bo mój departament jest właśnie od tego, żeby prezydent nie myślał czyimiś przekazami dnia, a był na tyle samodzielny, na ile sam tak zdecyduje.
Gdybym ufał tylko swoim oczom, musiałbym uznać, że polityk był jedynym z tej trójki, na którym mój pokaz nie zrobił żadnego wrażenia. Wiem jednak, że nie była to prawda. Trochę go przestraszyłem, co spowodowało, że w plan przeprowadzenia tej rozmowy wdał się chwilowy chaos.
Mężczyzna przeszedł do improwizacji.
— Tym bardziej mnie dziwi — powiedział z nutą zawodu w głosie, — że Prezydent nie może liczyć na tę pańską komórkę w czasie… swoich słabszych chwil…, że się tak oględnie wyrażę.
— Ta moja komórka nie jest od tego, żeby w czasie nocnych czatowań prezydenta z wyborcami utrudniać mu, jak pan to kiedyś wyraził, sprawowanie urzędu.
— Dość powiedziałem! — mężczyzna po raz kolejny uderzył pięścią w stół.
— I to na wasze wyraźne życzenie — kontynuowałem. — Gdybym nie wziął sobie je głęboko do serca, nasze kolejne spotkanie odbyłoby się już dwa lata po pierwszym, a pan wyłby wtedy z oburzenia, że Prezydent przez takich, jak ja, nie przybył punktualnie do Katynia na zaplanowane uroczystości rocznicowe.
…i pięść przewodniczącego uderzyła w blat po raz kolejny, tym razem z takim już hukiem, że producent mebla z miejsca nabył prawa do odznaczenia państwowego za wybitne zasługi dla kraju w dziedzinie jakości produkcji.
— Do brzegu — zaproponowałem spokojnie.
Przewodniczący komisji odchrząknął niczym sędzia szykujący się do wygłoszenia wyroku. Odzyskał spokój ducha w iście sportowym tempie.
— Niestety muszę panu zakomunikować, że pierwszy obywatel Rzeczypospolitej Polskiej nie widzi możliwości dalszej współpracy z departamentem, co do którego lojalności i zamiarów nie ma żadnej pewności, czy organ ten rzeczywiście działa w wyłącznym interesie polskiej racji stanu.
Słońce zza jego pleców nie przeszkadzało mi, żeby dostrzec szyderczy uśmieszek na jego twarzy.
— A co na to sam prezydent? — spytałem niewinnie, gasząc jego uśmiech.
— Pierwszy obywatel Rzeczypospolitej Polskiej — zawył polityk, święcie przekonany, że jego podniesiony ton pokona szyderstwo ukryte w moim pytaniu — jest jednocześnie świadomy różnego rodzaju zagrożeń, jakim musi przeciwdziałać współczesny kontrwywiad, więc odmawiając kontynuowania tego rodzaju misji pod banderą NATO, nosi się z zamiarem powołania naszego rodzimego, polskiego odpowiednika departamentu natowskiego, który pan reprezentuje.
— Chcecie nas przejąć, odcinając się od niezbędnej nam koordynacji w ramach sojuszu — powiedziałem z niedowierzaniem.
— Gierki słowne są tu naprawdę nie na miejscu — uśmiechnął się mężczyzna, niewiele sobie robiąc z mojej uwagi. — Decyzja już zapadła. Jeśli chcesz pan nadal pracować dla Polski, prezydent widzi pana na tym samym stanowisku, ale polecenia będziesz pan dostawał od nas, a nie od Zagranicy, jak miało to miejsce do tej pory.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
— Zdaje sobie pan sprawę z konsekwencji takiego działania? — spytałem. — Właśnie nasze departamenty są w trakcie rozwijania dodatkowych struktur, dołączając do defensywy również agresywne działania wywiadowcze, skierowane przeciw zakusom Federacji Rosyjskiej. Polski Departament Theta jest kluczowym elementem tej strategii. Ja sam jestem w trakcie pozyskiwania jednego z lepszych światowych specjalistów…
— … A pod polską flagą będzie pan miał związane ręce, panie Targosz? — spytał polityk ironicznie.
Wstałem z krzesła.
— W specyficzny sposób pan chcesz połączyć polski interes ze strukturami NATO — zauważyłem. — Niebieskie barwy Paktu chcesz pan włożyć między nasze barwy narodowe. Niech się pan nad tym dobrze zastanowi z kolegami, jaka flaga z tego powstanie.Rozdział 2 — Elita wśród elit — Edek
Tej nocy kompletnie nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, co chwilę napawając się myślą, że jutro o tej porze będzie już wszystko wiadome.
To z pewnością będzie najważniejszy dzień w moim życiu. Nie wiem, czy najszczęśliwszy… ale na pewno najważniejszy.
Już sam fakt, że mnie wybrano, sprawiał, że było to moje życiowe osiągnięcie. Mniejsza już z tym, jak to się skończy.
Przed oczami wyobraźni stanął mi film „Armagedon” z Bruce’em Willisem. On tam też z całej branży wiertniczej świata był najlepszy. Rząd Stanów Zjednoczonych rozumiał, że z całej światowej elity tej branży on właśnie jest Numerem Jeden.
Czy tak o mnie właśnie myślał rząd mojego kraju? Czy ja jestem ich Numerem Jeden?
Byle kogo by przecież nie wołali.
— Jesteście z NASA — krzyczał mi w głowie Bruce Willis. — Jesteście najmądrzejszymi ludźmi na Ziemi!
Za coś chciał ich ochrzanić, ale nie pamiętałem, za co.
To był już jakiś niekontrolowany galop myśli. Przecież ja nie będę krzyczał z jakimiś pretensjami do swoich jutrzejszych pracodawców.
Ze zmęczenia mieszało mi się już w głowie. Jeszcze godzina bezsenności, a zacznę układać plan, do czego się przyczepić i jakie warunki stawiać ludziom, którzy spośród ogromu takich jak ja, wybrali, nie wiedzieć czemu, właśnie mnie.
Niedorzeczność jak apetyt rośnie w trakcie jedzenia…
Zadzwonił budzik, gwałtownie wyrywając mnie ze snu o bezsenności.
„Więc jednak trochę spałem” — zreflektowałem się, unosząc głowę znad poduszki.
Było jak zwykle. Wieczorem człowiek ma siłę góry przenosić, a z rana jest taki malutki, że niemal się wstydzi, że w ogóle istnieje i powietrze nieprawnie zużywa, nie przedstawiając dla świata żadnego pożytku.
Ale… chyba nie ja. Nie powinienem tak o sobie myśleć! Ja jestem użyteczny. Jestem potrzebny i dysponuję z pewnością takimi umiejętnościami, jakich nie mają w zanadrzu inni, do mnie podobni.
To była absolutna elita wśród elit. Właściwie to… nie. Jeszcze nikt nigdy z mojego grona nie był wybrany do tak odpowiedzialnej i prestiżowej pracy. To się nigdy wcześniej nie zdarzało.
Nie wiem jak dotarłem we wskazane mi miejsce. Na wszelki wypadek pojawiłem się o godzinę wcześniej. Tyle przecież rzeczy mogło się wydarzyć po drodze. Tyle fatalnych zbiegów okoliczności i zdarzeń mogło stanąć między mną a moim największym marzeniem.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. To tak naprawdę przecież wcale nie było moje marzenie. Aż o tak wielkich rzeczach żaden z nas nie odważył się chyba nigdy marzyć.
Do budynku nie wchodziło się tak z marszu, tak… z ulicy. Na parterze był jakiś siwy funkcjonariusz za szybą, i to do niego trzeba było podejść z kartką, jaką dostałem.
Wszelkie dylematy, jakie wcześniej rozstrzygały się w mojej głowie, na temat konieczności zapamiętania, gdzie mam iść i którędy, też okazały się niepotrzebne.
Miałem zaczekać, aż ktoś po mnie zejdzie, odbierze mnie i zaprowadzi, gdzie trzeba.
Czekałem długo, chyba z godzinę, choć zegarek mówił, że było to tylko pięć minut. Może i tak było, a ja z nerwów odczuwałem to inaczej.
Powędrowałem za jakimś młodym człowiekiem w spodniach od garnituru i białej koszuli, z której kieszeni napierśnej zwisała plakietka z imieniem, nazwiskiem i funkcją.
Miałem świadomość, że to mogło być tak tajne, że nawet nie miałem odwagi zawiesić tam wzroku ani na chwilę.
Mój przewodnik zaprowadził mnie do niewielkiego przedsionka z ławą i wieszakiem przy oknie. To była taka poczekalnia przed gabinetem, na którym nie było żadnego napisu. Z boku był tylko numer 34.
Usiadłem na tej ławie. Czułem jak mi się nogi trzęsą ze strachu i z emocji. Zaraz wejdę na rozmowę kwalifikacyjną…
— Nie — pokręciłem głową z przekonaniem. — Ja się do tego na pewno nie nadaję. Dwa, trzy pytania i leżę! To się nie może udać!
Nie ma sensu się ośmieszać. Sama wizyta tutaj w poczekalni to już osiągnięcie, którym nie będzie się mógł pochwalić nikt z grona moich znajomych.
Na tym trzeba poprzestać i wyjść, zanim się publicznie skompromituję. W głowie mam przecież całkowitą pustkę.
Sam już nie wiedziałem, czy to głupota, czy racjonalne myślenie, poparte zdrowym rozsądkiem… Wstałem i zdecydowanie obróciłem się na pięcie, żeby stąd uciec.
To nie dla mnie. Kogo ja będę oszukiwał?
— Pan Edmund Skiba? — usłyszałem pytanie zadane zdecydowanym, kobiecym głosem dochodzącym od strony drzwi, spod których planowałem właśnie uciec.
Zbiegło się to akurat z moimi najnowszymi dylematami i pytaniem, czy mogę w ogóle stąd tak po prostu uciec i czy ten groźny urzędnik na dole wypuści mnie bez przewodnika z plakietką?
— Nieee — skłamałem z pełnym przekonaniem, obracając swoją zdumioną twarz.
— Nieee? — uśmiechnęła się kobieta przyjaźnie, zapraszając mnie gestem do pomieszczenia.
Przełknąłem głośno ślinę. Może to tylko jakaś asystentka, której nikt nie spyta, co tu się właśnie wydarzyło przed chwilą.
Spuściłem głowę i z rosnącym przerażeniem skierowałem się w stronę gabinetu.
To było średniej wielkości pomieszczenie z dwoma biurkami pod dwoma przeciwległymi ścianami. Gdyby to ode mnie zależało, w życiu tak nie ustawiłbym tych biurek.
Musieli się tam niedawno wprowadzić, bo na obydwu biurkach były te same gadżety. Segregator biurkowy z drewna na trzy przegródki dokumentów w poziomie i dwie w pionie oraz jeżyk z niemal taką samą liczbą przeźroczystych długopisów z niebieską zatyczką.
Gdyby to nie było na świeżo, byłoby tam więcej osobistych rozwiązań zastępujących schematy narzucone odgórnie.
Pod biurkiem prawym stało jeszcze proste drewniane krzesło dla petentów. Pod lewym takiego nie było, więc tylko jeden urzędnik z tych dwóch stanowisk przyjmował interesantów.
Za tym biurkiem przy prawej ścianie siedział jakiś starszy urzędnik w jasnoniebieskim garniturze. W klapie na chusteczkę, zamiast niej miał brakujący w swoim jeżyku niebieski długopis przeźroczysty.
— Proszę sobie usiąść, panie Edku — zaproponował i wskazał mi krzesło, na które przed chwilą patrzyłem.
Usiadłem. Zadziałało to bardzo uspokajająco dla moich roztelepanych nogawek spodni. Nieśmiało uniosłem wzrok na urzędnika. Minę musiałem mieć nienaturalnie przerażoną, bo uśmiechnął się przyjaźnie, nie dając mi odczuć, że widzi, w jakim jestem stanie.
— Chciałby pan dla nas pracować — odezwał się dziwnie przyjaznym tonem. — A co pan potrafi, panie Edku, jeśli wolno spytać?
To najprostsze pytanie, jakiego można się było spodziewać. Jak odpowiedź wklepałem niemal na blachę, nie miałem jeszcze świadomości, w jakim stanie emocjonalnym przyjdzie mi to deklamować. Oni potrzebowali naprawdę ludzi z najwyższej półki.
— Umiem wykonywać porządek na biurku — wyrecytowałem łamiącym się głosem, — segregować dokumenty z nagłówkami tak, żeby było… dobrze, umiem schować dokumenty do segregatora jak mi ktoś powie, jaki ma mieć kolor, umiem nałożyć papier do drukarki…
Zamilkłem na chwilę, a w mojej głowie przeraźliwie zawył jakiś głos, który wcześniej niesłusznie zignorowałem.
„Boże… żeby ten pan tylko nie szukał dziury w całym — usłyszałem. — Czy jak kilka kartek zostało w zasobniku, to czy należy je wyjąć, czy na nie położyć nową porcję papieru?!”.
Miałem przed rozmową o to spytać kogoś, kto by to wiedział. Strasznie nonszalancko się zachowałem, nie drążąc do końca tego ważnego tematu. Teraz, to już za późno.
— A czy umie pan też niszczyć dokumenty? Bo szukamy właśnie kogoś, kto potrafiłby przepuszczać przez niszczarkę tony niepotrzebnych dokumentów? — zaskoczył mnie urzędnik.
Miałem umysł dziwnie jasny. Od razu skojarzyłem mamę i jej przekonanie, że w niszczeniu różnych przedmiotów i ubrań to ja jestem po prostu mistrzem.
— Wykonuje niszczenia również — powiedziałem poważnym tonem. — I to w sposób… dość jednoznaczny.
Urzędnik spojrzał na mnie nieco zdumiony. Razem z tą panią, która mnie tu wprowadziła, był teraz trzecią osobą w tym pomieszczeniu, która kompletnie nie wiedziała, co to miałoby oznaczać.
— Rozumiem — odparł, nie pytając na szczęście, co miałem na myśli, wprowadzając podział na niszczenia jednoznaczne i niejednoznaczne. — A ma pan ze sobą orzeczenie?
Poczułem jak adrenalina uderza mi w skronie. Może gość się zajmie studiowaniem mojego orzeczenia o niepełnosprawności i nie spyta jak w praktyce dołożyłbym papier do drukarki?
— Mam — powiedziałem pospiesznie, wyjmując dokument z foliowej okładki.
Szybko położyłem go przed nim. Ma się ten refleks! Gdybym mu go podał i czekał, aż go sam odbierze, mógłby go nigdy nie otrzymać, bo… weź go odbierz od kogoś, komu tak bardzo telepały się ręce.
— Stopień lekki — wyszeptał urzędnik, kiwając głową.
— Tak — przyznałem ze znawstwem.
Oby takich pytań więcej, a wtopa z drukarką dzisiaj mi nie grozi.
— No cóż, panie Edmundzie… — urzędnik wymownie wzruszył ramionami i wstał.
Przeczuwałem, co to oznacza. Szybko poszło. Dokładnie tak jak się podświadomie spodziewałem. Wyjątkowo mocne zdarzenie w moim życiu. Będę miał co opowiadać do późnej starości, a i tak niewielu mi pewnie uwierzy, że tu w ogóle byłem.
I tak kolegom powiem, że siedziałem tu bite trzy godziny. Niech wiedzą, że ja nie jestem byle kim…
— Witamy na pokładzie! Zacznie pan od poniedziałku — dokończył urzędnik, kompletnie nieświadom znaczenia dla mnie jego słów.
Poczułem jak cała krew napływa mi do głowy, a włosy stają mi dęba. Przez chwilę byłem pewny, że coś źle zrozumiałem, ale uśmiech mężczyzny i ta wyciągnięta do mnie dłoń… to nie wyglądało jak jakieś pożegnanie.
Zatyczkę na długopisie w klapie marynarki miał lekko zgryzioną. Mama była w podobnym wieku, co on i już nie gryzła, bo mówiła, że zęby ją bolą.
— Znaczy, że… tu? — wymamrotałem, nie mając zielonego pojęcia, co mówię.
— Pani Leokadia wyjaśni panu wszystkie szczegóły — powiedział urzędnik, wskazując kobietę, która przed paroma minutami powstrzymała mnie przed ucieczką.
Pani Leokadia siedziała przy sąsiednim biurku i nie robiła chwilowo nic, choć przed nią leżała kartka zapisana pismem odręcznym do połowy, a połowa jeszcze była pusta i można tam było jeszcze sporo napisać.
Mój sparaliżowany umysł zarejestrował to niejako przy okazji. Nie pamiętam, jak mnie pani Leokadia wyprowadziła. Z tego miliona spraw, jakie mi przez kolejne minuty wyjaśniła, zarejestrowałem tylko tyle, że najważniejsze, co muszę wiedzieć, to to, że wszystko, co najważniejsze będę miał zapisane na tej kartce, która początkowo leżała na jej biurku.
I po kilkunastu minutach największego szoku, jaki w życiu przeżyłem, stanąłem z tą ważną kartką zapakowaną w przeźroczystą okładzinę, w której przyniosłem wcześniej swoje orzeczenie o niepełnosprawności przed gmachem mojego przyszłego… miejsca pracy.
Nie wiem, jak to zrobiłem, ale właśnie zostałem zatrudniony w służbach specjalnych Rzeczypospolitej Polskiej, i to bez praktycznego sprawdzenia umiejętności dokładania papieru do drukarki laserowej.
Choćby się wkrótce okazało, że moje umiejętności biurowe są jednak niewystarczające, to przecież już do końca życia będę mógł ludziom opowiadać, że byłem jak niegdyś James Bond…
I będzie to czysta prawda!
Rozdział 3 — To hurtownia nie detal — Tomasz
Spojrzałem na tego chłopaka z rozbawieniem. Może i był jakimś tam informatykiem, ale na pierwszy rzut oka już było widać, że nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi.
— Tomasz, do cholery, czy ty chciałbyś mieć konto: „celina2765” albo „przemek1432”, i to w dodatku jeszcze bez zdjęcia profilowego? Przecież to śmierdzi na kilometr — dodał, jakby nagle uznał, że ma jakąś misję, żeby usprawnić nasze niedoskonałe działania.
Uśmiechnąłem się z politowaniem i odpaliłem przygotowaną uprzednio dyskusję w dwóch osobnych grupach, z których jedna była stosunkowo świeża, a drugą rozwijaliśmy już któryś rok z rzędu.
— Przyjrzyj się tym dwóm wymianom poglądów — zaproponowałem. — I spróbuj wyłapać różnice.
Zamknął się w końcu na chwilę i jego oczy uzbrojone pancerną szybą potężnych okularów wbiły się w jeden z dwóch monitorów stojących na moim biurku.
A ja pomyślałem, że chyba się starzeję, bo zamiast gadać i „uczyć”, mam pod ręką kilka elektronicznych przykładów na każde możliwe pytanie rekruta i mu je podsuwam zadowolony, że nie muszę kłapać dziobem.
Przez te ostatnie siedem lat przewinęło się przeze mnie wielu nowych ludzi. Każdy z nich miał niemal identyczne obserwacje i pomysły startowe, a ja za każdym razem musiałem „recytować” te same pouczenia i uwagi.
I odkąd opracowałem tych kilka zrzutów ekranów, by ilustrować to, co musiałbym każdemu opowiadać, niezmiennie od lat nienawidziłem tego momentu, jaki właśnie po tym następował.
Młody, trzydziestoletni programista, z zamiłowania haker i zadeklarowany anarchista kiwał głową z uśmiechem, wskazując wymownie oba ekrany transmitujące obraz z mojego komputera.
Zaraz się odezwie i się na dobre okaże, czy rzeczywiście czai, czy walnie czymś tak błahym i nieważnym, że zapragnę wywalić go na zbity pysk.
— Tutaj botów jest zdecydowanie mniej! — powiedział niemal z entuzjazmem, wskazując ekran po prawej.
— Świetnie Przemku — przyznałem z udawanym podziwem. — I tu masz właśnie efekt końcowy tego, co budujemy na ekranie po lewej. Różnica między tymi grupami polega na tym, że ta po lewej jest stosunkowo świeża, a ta po prawej rozwijana jest przez nas od lat.
— I tam już… przeważają komentarze… normalnych ludzi — mamrotał Przemek pod nosem, nadal wpatrzony w ekrany monitorów.
— Botów są tysiące — wyjaśniałem dalej — To produkcja hurtowa, niedetaliczna i nikt nie będzie ich upiększał, bo nie ma takiej potrzeby.
— Ale jaki sens ma rozmowa z takim botem? Ludzie przecież nie są aż tak tępi — zdumiał się mój rozmówca.
Uśmiechnąłem się ponownie.
— Ludzie mają cię w dupie. Nikt nie patrzy, czy ty jesteś Heniek, czy Barbara ani, jak wyglądasz na zdjęciu wielkości kilku pikseli — powiedziałem spokojnie. — Nikt nie analizuje, kim jesteś, tylko czyta, co piszesz. Na razie musisz uwierzyć mi na słowo, że odsetek tych przytomnych, którzy zastanawiają się, z kim piszą, jest na tyle niewielki, żeby sobie nimi i ich alarmami głowy nie zawracać.
— Chcesz powiedzieć, że wasz przekaz jest wyłącznie dla tumanów?
— Po co od razu tak wielkie słowa? Ludzie po prostu szukają odpowiednich dla siebie treści. To jak stół szwedzki. Podchodzisz i bierzesz tylko to, co ci smakuje. Reszty nie ruszasz, bo nie masz na nią ochoty. I wtedy się raczej nie zastanawiasz, kto i jak przyrządził twój przysmak, a już tym bardziej, czy ma zdjęcie profilowe.
— Tak… to działa? — wymamrotał informatyk. — I nikt nawet nie pomyśli, że… „Stanisławzak siedem tysięcy dwieście pięćdziesiąt cztery” nie istnieje?
Specjalnie wyartykułował osobno każde słowo składające się na tę liczbę, by dodatkowo wyeksponować absurd, który się za ową konstrukcją nieudolnie próbował ukryć.