Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Destrukcja - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 czerwca 2026
27,00
2700 pkt
punktów Virtualo

Destrukcja - ebook

Wybitna czeska powieść wyróżniona prestiżową nagrodą Magnesia Litera, w przekładzie Anny Maślanki. Bezimienny młody nauczyciel porzuca miasto i podejmuje pracę w wiejskiej szkole, licząc na spokój i odzyskanie równowagi. Trafia jednak do świata, w którym pozorny porządek szybko odsłania mroczne zaplecze. Biler kreśli obraz prowincji dotkniętej powolnym rozpadem: wysychające studnie, jałowe pola, pustoszejące ogrody. Rzeczywistość chwieje się coraz wyraźniej, ale nikt nie chce tego zauważyć. W czarnym humorze, absurdzie i grozie powieść odsłania mechanizmy zbiorowego wyparcia oraz bezwzględne narracje, którym zostaje podporządkowane życie ludzi i wspólnot. Historia o świecie na granicy wyczerpania – klimatycznego i egzystencjalnego – w którym rozpad staje się codziennością, a katastrofa czymś, do czego można się przyzwyczaić.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68759-85-3
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

2.

Korzenie. Ziemia ojczysta. Porządna praca. Nowe życie. Idę zziębnięty przez ścięte mrozem pole, a w mojej głowie kłębią się myśli o nowej sytuacji. Niełatwo było zrezygnować z absolutnie wszystkiego i zacząć absolutnie od nowa. Opuścić przyjaciół. Wynieść się na drugi koniec kraju.

Miasto mnie wykańczało, myślę. Przyjaciół za bardzo nie miałem, uświadamiam sobie. Ten kraj nie jest duży, przychodzi mi do głowy. Może nawet z niczego nie zrezygnowałem, stwierdzam z przerażeniem. Uciekłem.

Nie da się rozwiązywać złożonego równania od środka. Należy zacząć od początku. Więc i ja wróciłem do początków. Na wieś. Do świata, gdzie dwa plus dwa wciąż jeszcze równa się cztery, a żadne niewiadome nie istnieją. Do świata, gdzie ludzie żyją razem, dla siebie, a nie obok siebie i przeciwko sobie. Do świata, gdzie wciąż jeszcze wiadomo, co jest dobrem, a co złem.

Wciągam do płuc nieskażone wiejskie powietrze. Solidną mieszankę spalanego węgla brunatnego i przedmiotów, które raczej spalane być nie powinny. Na skraju pola widnieje budynek szkoły podstawowej. Szkoły, w której naucza się elementarnych rzeczy. Rzeczy, o których możemy mówić w sposób pewny, tak jak na wsi możemy w sposób pewny żyć. Dwa i dwa to cztery, a mężczyzna współżyje z kobietą. Zasada nieoznaczoności Heisenberga i homoseksualiści niech lepiej zostaną w mieście. Horyzont zdarzeń nie wbije gwoździa w belkę, a penetracja alternatywnych otworów ciała nie zaowocuje poczęciem. Na wsi świat ma trzy wymiary, a czas wciąż płynie w tym samym tempie.

Powtarzam sobie to, co podstawowe, i staram się w to uwierzyć. Nie wątpić. Jeśli żyłem źle, teraz będę żył dobrze. Wtedy żyłem tak, a teraz będę żył na odwrót.

W szkole podstawowej naucza się podstawowych rzeczy, myślę i zastanawiam się, jak zacząć swój pierwszy dzień. W samym środku roku, a jednak od początku. Spoglądam na zapierające dech w piersiach piękno krajobrazu skrytego pod ciężkim kocem smogu. Las, ziemia, szkoła. Kilkadziesiąt centymetrów urodzajnej gleby dzieli nas od śmierci. Nogi marzną mi na ściętym mrozem polu, a ja coraz usilniej odpędzam natrętne pytanie, jaki jest sens tego wszystkiego. Puszczam się biegiem i liczę, że zapomnę, ale potknięcie i zderzenie twarzą z zamarzniętą ziemią przypominają mi, że ostatecznie raczej sam upadnę, niż rzeczywiście ucieknę lub dokądkolwiek dobiegnę. Wszystko mnie kiedyś dogoni. Wlokę za sobą swoje życiowe rupiecie, a im szybciej pędzę, tym głośniej przypominają mi o przeszłości. Jeśli chcę uciec, muszę się czołgać, powoli i w ciszy. Niemal się nie ruszać. Przestać oddychać.

Podnoszę z ziemi swoją rozbitą twarz. Brudną i zakrwawioną. Takie jest życie, myślę. Spoglądam na ścięte mrozem pole, na którym nie ma śladu po moim upadku, moja twarz za to jest pełna śladów ściętego mrozem pola. Rozważam, jak teraz ocalić godność. Spluwam.

Długo planowałem swój wyjazd. W każdej sytuacji nie do zniesienia powtarzałem sobie: mnie jest już wszystko jedno, i tak niedługo stąd zniknę, przecież tu nie da się żyć, odejdę z miasta dokądś, gdzie można jeszcze oddychać, gdzie człowiek nie zderza się wciąż ze ścianą, wspominam to, wdychając spalany węgiel brunatny i przedmioty, które raczej spalane być nie powinny. Moją twarz szpecą ślady ściętego mrozem pola.

Długo planowałem swój wyjazd. Długo o nim mówiłem. Wkrótce wyjadę, powtarzałem każdemu. Byłem bardzo przekonujący. Aż przekonałem w końcu sam siebie. Po pewnym czasie wielu nawet myślało, że już wyjechałem. Co? ty tutaj? z wizytą? – pytali ci, którzy mnie spotykali. Nie trzeba było już nikomu wyjaśniać, dlaczego chcę wyjechać. W powietrzu wisiało inne pytanie: dlaczego ciągle tu jestem?

I gdy później przychodziły sytuacje nie do zniesienia, to nie ja byłem tym, kto mówił: i tak wkrótce stąd wyjadę. Wtedy już inni mówili: tobie jest wszystko jedno, i tak wkrótce stąd wyjedziesz, będziesz miał spokój. Sytuacja stała się na tyle nieznośna, że sama moja obecność krępowała wszystkich wokół. Byłem tak przekonujący, że w końcu musiałem wyjechać. Życie z myślą o wyjeździe przychodziło z łatwością. Nic nie było na serio, nic nie było prawdziwe, wszystko tylko na chwilę i wszystko bez zobowiązań. Ale co teraz?

Tu na wsi wszystko jest proste. To jest szkoła, tutaj się uczy. Wchodzi się przez te drzwi, a później także wychodzi, tu są schody i one prowadzą na górę, a później także na dół, a tu, za tymi drzwiami, jest pana gabinet. Wszystko tak bardzo proste, jak dwa i dwa to cztery. Nie tylko pana. Tak proste to wcale nie jest, pana koleżanka chyba gdzieś wyszła na chwilę, nie mam pojęcia dokąd, może pan później spytać, dziś jest w zasadzie wolne, dlatego jej tutaj nie ma, a właśnie myślałem sobie, że siedzą te pędraki coś cicho.

Chodźmy teraz do mnie do gabinetu podpisać dokumenty. Ruszyłem za dyrektorem szkoły, lecz ku memu zaskoczeniu minęliśmy drzwi z tabliczką „Dyrektor” i zmierzaliśmy dalej do wyjścia. Przez popękany placyk z betonu doszliśmy do zielonych wrót budynku, który równie dobrze mógł być garażem. Zamek ustąpił, wrota zaskrzypiały, przestrzeń pracowni oraz mnóstwo rzeczy, które chyba komuś żal było wyrzucić, zalał blask migających jarzeniówek.

Gdzie ja to położyłem, zastanawia się dyrektor i otwiera szufladę biurka. Tu proszę mi podpisać – podaje umowę o pracę, upstrzoną plamami oleju. I umowa wynajmu domu. Podpisuję pośpiesznie. No, to mamy załatwione, odzywa się do mnie dyrektor i wrzuca papiery do kartonowego pudła, w którym dostrzegam żółć starych gazet i obnażone udo z okładki pisma „Leo”. Jak ma pan uczyć, pewnie pan wie, dzieci są wszędzie takie same, a gdyby pan czegokolwiek potrzebował, koleżanka wyjaśni co i jak. Mnie znajdzie pan tutaj, wszędzie – ale po co by mnie pan miał szukać? – spytał dyrektor w taki sposób, jak gdyby czekał na odpowiedź. Myślę, że będę kontynuować pracę poprzednika, najlepiej jak potrafię – próbuję przełamać ciszę raczej z przyzwyczajenia, niż żeby faktycznie mi przeszkadzała.

To przecież niemożliwe, odpowiada zdziwiony mężczyzna z zapadniętą klatką piersiową oraz wypukłym brzuchem.

...a czemu nie?

Bo nie żyje.

...nie wiedziałem, myślałem, że odeszła uczyć gdzie indziej.

Nie żyje.

...przykro mi.

Znał ją pan?

...nie, nie znałem, nie wiedziałem nawet, że to była kobieta, co jej się stało?

Umarła, gdzieś tu mógłbym znaleźć jej umowę o pracę, gdyby chciał pan zobaczyć.

...to raczej nie będzie konieczne.

Na pewno ją tu mam, mówi dyrektor i wyciąga z pudła najpierw moją umowę, później stare gazety poprzekładane starymi pismami porno. Widzi pan, tu jest, podaje mi wyblakłe, brudne dokumenty, a światło jarzeniówek odbija się od jego łysej głowy.

...ale to nie jest umowa, mówię w nadziei, że wszystko to jakoś się wyjaśni.

Nie, to gwarancja na podkaszarkę, widzi pan, skończyła się pięć lat temu, jak się zepsuje, będziemy musieli sami sfinansować naprawę, może już się nie będzie dało i trzeba będzie kupić nową, a za co? Kto nam ją kupi? Jak nie będziemy przycinać w ogrodzie, to cały nam zarośnie, w końcu pochłonie szkołę. Widziałem dokument o mieście opuszczonym przez ludzi, całe miasto wchłonęła puszcza, a po kościołach i szkołach ganiają dzisiaj małpy, mówi dyrektor, a w jego głosie narasta złość. Niewiele trzeba, ciągnie dyrektor, by cały świat runął w gruzy. Jedna zepsuta podkaszarka i świat pada jak domino, dyrektorowi trzęsie się głos, przysiada na stołeczku, ze stołu bierze archiwalny numer magazynu „Leo” i powoli go kartkuje. Jego oddech się uspokaja, a z rysów twarzy znika napięcie. Próbuję się pożegnać, ale nie reaguje. Odchodzę. Może koleżanka posłuży mi wsparciem, jak obiecywał, myślę, zamykając za sobą zielone wrota garażu. Podnoszę wzrok na budynek szkoły. Wygląda, jakby z kilku różnych fragmentów skleił go roztargniony bóg. Jak wtedy, gdy dziecko buduje domek z Lego i w trakcie prac zmienia przeznaczenie obiektu. Tej szkoły, myślę, nikt nie budował jako szkoły. Na jej fasadzie wiją się pęknięcia.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij