-
nowość
-
promocja
DESZCZ - ebook
DESZCZ - ebook
Arcydzieło horroru.
Klasyka współczesnej powieści grozy i ukoronowanie bogatej i różnorodnej twórczości porównywanego z H.P. Lovecraftem Michaela McDowella. Mroczna saga rodzinna, której akcja rozgrywa się na przestrzeni pięćdziesięciu lat w miasteczku Perdido w stanie Alabama, gdzie w Niedzielę Wielkanocną 1919 roku podczas wielkiej powodzi pojawia się tajemnicza nieznajoma…
Rok 1957. Rodzina Caskeyów cieszy się z majątku przekraczającego ich najśmielsze marzenia. Żyją w dostatku, spędzając czas na wystawnych przyjęciach, spotkaniach towarzyskich i romansach. Ale ich życie tylko pozornie jest beztroskie, Caskeyowie wiedzą bowiem, że po ciszy zawsze przychodzi burza. I nie mylą się. Do Perdido – jego mieszkańców i rzek – zbliża się coś strasznego. W powietrzu można wyczuć mroczną obecność czegoś, co wymyka się racjonalnemu postrzeganiu. Nadszedł czas spełnienia przepowiedni.
Saga „Blackwater”, po latach odkryta na nowo, stała się bestsellerem w wielu krajach – w samej Europie sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy.
Wyjątkowa niespodzianka dla miłośników literatury grozy w najlepszym, klasycznym stylu. Wspaniałe – wysmakowane estetycznie i edytorsko – ilustrowane wydanie sześciotomowej sagi „Blackwater” Michaela McDowella, cenionego przez Stephena Kinga scenarzysty (autora między innymi scenariuszy do „Soku z żuka” i „Miasteczka Halloween” Tima Burtona, serialu telewizyjnego „Opowieści z krypty” czy filmowej adaptacji powieści „Chudszy” Kinga) oraz powieściopisarza, tworzącego głównie horrory w nurcie amerykańskiego południowego gotyku.
Fascynująca. Przerażająca. Po prostu wspaniała!
Stephen King
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-235-5 |
| Rozmiar pliku: | 8,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
(1950–1999)
Amerykański pisarz pochodzący z Alabamy, często porównywany do H.P. Lovecrafta. Studiował anglistykę na Harvardzie, a w 1978 roku uzyskał tytuł doktora literatury angielskiej na Uniwersytecie Brandeisa.
Zadebiutował w 1979 roku powieścią _The Amulet_, ale największą popularność przyniosły mu horrory napisane w stylu nazywanym „gotykiem amerykańskiego Południa”: _Cold Moon Over Babylon, Żywiołaki_ oraz cykl _Blackwater_. Łącznie – pod własnym nazwiskiem i pseudonimami – McDowell napisał ponad 30 powieści. Jego ostatnią książkę, _Candles Burning_, dokończyła po śmierci pisarza żona Stephena Kinga, Tabitha King.
W 1985 roku zaczął pisać scenariusze dla telewizji: do seriali _Opowieści z ciemnej strony_, _Opowieści z krypty_ i _Alfred Hitchcock przedstawia_. Jest również autorem scenariuszy filmowych, między innymi do _Soku z żuka_ Tima Burtona oraz do słynnego filmu animowanego _Miasteczko Halloween_.ZARĘCZYNY
Może naprawdę były tylko starymi plotkarkami siedzącymi w małej sypialni w głębi starego domu w odległym zakątku Alabamy. W 1958 roku Siostra Haskew miała sześćdziesiąt cztery lata, leżała przykuta do łóżka, słaba, kłótliwa i despotyczna. Queenie Strickland skończyła sześćdziesiąt sześć i mimo zażywnej postury tryskała energią, życzliwością i radosnym zadowoleniem z życia. Obie kobiety opływały w bogactwa, ale żadna nie poświęcała pieniądzom ani chwili namysłu. Queenie pełniła rolę niewolnicy i szpiega Siostry. Przynosiła i wynosiła. Wybiegała ze swojego domu za pięć siódma, żeby punktualnie o siódmej zanieść Siostrze tacę ze śniadaniem, a o siódmej wieczorem z kolacją. Potem znosiła tacę do ciemnej, pustej kuchni i wzdychając ciężko, z brzękiem stawiała ją na stole. Siostra ani na chwilę nie pozwoliłaby jej odejść od łóżka, gdyby nie trawiła jej nienasycona ciekawość wszystkiego, co się działo w mieście, w tartaku i w rodzinie. Queenie tylko dlatego wolno było grać w brydża, jeździć na zakupy czy na farmę do córki i jeść obiad w domu Elinor, że po powrocie do dusznej, zatęchłej i zagraconej sypialni na piętrze mogła opowiedzieć ze szczegółami, co kto robił i mówił. Siostra słuchała zachłannie, po czym na podstawie chaotycznych strzępków informacji snuła najbardziej zwariowane domysły i proroctwa. Queenie hamowała jej rozbuchaną wyobraźnię.
– Ależ nic podobnego, Siostro – mówiła. – Niemożliwe, żeby coś takiego się wydarzyło.
I rzeczywiście prognozy Siostry nigdy się nie sprawdzały. Tak długo leżała odizolowana od życia rodzinnego i towarzyskiego, że zdążyła już zapomnieć, jakimi prawami się rządzą. Queenie była sumienną reporterką, ale przewidywania Siostry nigdy się nie spełniały.
W ciągu minionych kilkunastu lat dom, w którym mieszkała Miriam z ciotką, całkowicie zmienił charakter. Za życia Mary-Love, a także w czasie dorastania Miriam tętnił życiem; ktoś mógłby rzec, że było to życie zrodzone z małoduszności, ale może w rzeczywistości napędzało je tylko nieustępliwe dążenie do celu. Dom stał twardo na ziemi, wciśnięty między dużo większą rezydencję Elinor i mniejszą, lecz wytworniejszą, Jamesa Caskeya. Jednak ostatnio coś w jego postawie – w werandach, w oknach na parterze przesłoniętych azaliami i kameliami, które rozrastały się dziko i bez przeszkód – wskazywało, że zapada się w sobie, że nie próbuje już stawać w szranki z sąsiadami, że chce się wycofać z batalii i odejść na emeryturę. W środku unosił się zapach starości. Nic się nie zmieniło w umeblowaniu od dnia, kiedy dwadzieścia dwa lata temu zmarła Mary-Love. I nie wynikało to bynajmniej z szacunku dla dawnej właścicielki, lecz z dwóch powodów, które kierowały jego aktualnymi mieszkankami. Miriam nie zależało na żadnych zmianach, natomiast Siostra lubiła sobie przypominać tak często, jak to możliwe – choć nigdy by się do tego nie przyznała nawet przed sobą – że jej matka naprawdę nie żyje.
Postarzała się również Ivey Sapp; miała tyle samo lat co Queenie, a wiosną 1957 roku pochowała męża, Braya. Pomagała jej teraz Melva – wnuczka dawnej kucharki Jamesa, Roxie. Ivey roztyła się jeszcze bardziej niż Queenie i całymi dniami przesiadywała w kuchni, słuchając radia i wydając polecenia Melvie. Ruszała się z miejsca tylko po to, żeby ugotować skromne posiłki, które jadała Siostra.
Siostra leżała w łóżku tak długo, że cały dom przesiąkł zapachem jej kalectwa – mdłą, pudrową słodyczą lawendy, przypominającą zioła, którymi Egipcjanie balsamowali pozbawione wnętrzności zwłoki. Osoba o wrażliwej naturze mogłaby tu oszaleć, nie wiedząc nawet dlaczego, lecz trzydziestosiedmioletnia Miriam Caskey była dość odporna i niezłomna, by wytrzymać tę chorowitą atmosferę, w której spała i mieszkała. Starannie pilnowała, by drzwi jej sypialni pozostawały przez cały dzień zamknięte, dzięki czemu nie przesiąkła niezdrowymi miazmatami unoszącymi się w innych częściach domu.
Mimo że Early ani razu nie zjawił się u żony, Siostra upierała się, że nie zaśnie, dopóki Miriam dwukrotnie nie sprawdzi zamków we wszystkich drzwiach i oknach na parterze.
– Ten człowiek gotów jest wdrapać się po murze, żeby mnie dostać – powtarzała. – Gotów jest przystawić drabinę do ściany i zajrzeć do mojego pokoju przez okno.
Miriam przestała już przekonywać ciotkę, że jej mąż – bez względu na to, gdzie obecnie mieszka – ma sześćdziesiąt cztery lata i tuszę, która z całą pewnością nie pozwalałaby mu na takie akrobatyczne wyczyny.
Siostra i Miriam nie były sobie zbyt bliskie. Bratanica nie potrafiła wybaczyć ciotce, że jej niedołężność, choć teraz już całkiem prawdziwa, zaczęła się od zwykłego udawania. Kiedy po upadku ze schodów wróciła ze szpitala, nawet nie próbowała chodzić. Zasłaniając się rzekomą słabością nóg, pozostała w łóżku, aż jej mięśnie zmarniały. Wszystko po to, żeby odstraszyć męża. Żeby Early nie mógł jej porwać z ukochanego domu. Miriam nie potrafiła się zmusić do spełniania zachcianek kobiety, która umyślnie zrobiła z siebie kalekę. Natomiast Siostra dąsała się, że bratanica spędza za dużo czasu w tartaku i na prowadzeniu interesów naftowych Caskeyów, a za mało się nią zajmuje.
– Jestem bogata, wiesz o tym? – powiedziała Siostra do Queenie. – Mam tyle pieniędzy, że nie przychodzi mi na myśl nic, co mogłabym z nimi zrobić. A wiesz, kto je dostanie? Miriam. Wszystko, co do pensa. Powiedziałam jej to. I jak ona mnie traktuje? Jak ubogą krewną.
– Sama byłam kiedyś ubogą krewną – zauważyła Queenie.
– No właśnie. – Siostra pokiwała głową. – I Miriam traktuje mnie tak samo, jak mama i inni traktowali ciebie. Jakbym była jakimś nieokrzesanym darmozjadem bez grosza przy duszy.
Ta przemowa przestraszyła Queenie, nie dlatego, że była obraźliwa – choć z pewnością była – ale ponieważ zabrzmiała tak, jakby wyszła z ust Mary-Love Caskey. Dało to Queenie do myślenia. Postanowiła sobie na przyszłość zwracać więcej uwagi na zachowanie Siostry. Słuchała, obserwowała i doszła do wniosku, że córka robi się coraz bardziej podobna do matki.
Pewnego dnia wczesną jesienią 1958 roku po powrocie z kościoła Queenie zagadnęła Miriam:
– Zauważyłaś coś w zachowaniu Siostry?
– Mówisz o tym, że z dnia na dzień robi się coraz bardziej wymagająca?
Lato w Alabamie nie odpuszczało tak łatwo i Miriam z ulgą ściągnęła rękawiczki, odpięła kapelusz i potrząsnęła włosami.
– Nie – odparła Queenie, marszcząc brwi. – Mówię o tym, że coraz bardziej upodabnia się do Mary-Love.
Miriam się uśmiechnęła.
– Nie zauważyłaś tego wcześniej? – spytała. – Nie widziałaś, jak podpisuje czeki?
– Elvennia Haskew. A jak inaczej miałaby je podpisywać? – spytała zdziwiona Queenie.
Miriam odwróciła się, weszła po schodach na werandę i usiadła w wiklinowym fotelu bujanym. Queenie zrobiła to samo.
– Mniej więcej rok temu – zaczęła Miriam – wezwali mnie do banku, ponieważ stwierdzili, że ktoś fałszuje czeki Siostry. No więc pojechałam i przyjrzałam się czekom, które do nich przyszły. Owszem, widniał na nich podpis _Elvennia Haskew_, ale złożony charakterem pisma babci. – Roześmiała się. – Serce podeszło mi do gardła. Pomyślałam sobie: „Boże drogi, babcia wstała z grobu! Co my teraz zrobimy?”. Litery „n” wyglądały identycznie jak jej, tak samo „a” na końcu imienia. Jakby pisała to babcia. Wróciłam do domu i spytałam: „Siostro, dlaczego uprawiasz jakieś gierki ze swoim podpisem? Denerwujesz tylko ludzi w banku”. A ona nie miała nawet pojęcia, o czym mówię. Pokazałam jej stary podpis, a potem ten nowy, którym podpisała ostatni czek. „Nie widzę różnicy”, powiedziała. Nie rozmawiałam z nią więcej na ten temat, ale sama możesz to sprawdzić. Każ jej coś napisać, a zobaczysz, że robi to identycznie jak babcia, literka po literce.
– Przecież kochałaś babcię – zauważyła Queenie, chociaż wypowiedź Miriam wcale na to nie wskazywała.
– O tak. Bardzo ją kochałam. Nikogo na świecie tak nie kochałam jak jej. Ale dzięki Bogu nie żyje i dzięki Bogu nigdy nie wróci. Wtedy ona tu rządziła. A teraz rządzę ja. Więc na szczęście nie musimy walczyć o władzę.
– Gdyby Mary-Love żyła, nie próbowałaby z tobą walczyć – zapewniła ją Queenie. – Nadal walczyłaby z Elinor, a ciebie zostawiłaby w spokoju.
– Nieprawda. Uważałaby, że jestem arogancka, i usiłowałaby mnie temperować. Tak jak teraz robi to Siostra. Uważa, że jestem zarozumiała, bo zarządzam tartakiem. Nie liczy się to, że zarabiam pieniądze dla całej rodziny, najważniejsze, że zwracam za mało uwagi na nią. Że nie biegam na każde jej skinienie tak jak ty.
– Mnie to nie przeszkadza.
– Wiem. Ale mnie by przeszkadzało. Ja bym tego nie zrobiła. Siostra sama ściągnęła na siebie nieszczęście, Queenie, doskonale o tym wiesz. Spadła ze schodów jedenaście lat temu. Kilka tygodni później mogła zacząć chodzić, ale nie, po tylu latach dalej każe sobie usługiwać, jakby ludzie nie mieli nic innego do roboty. Kocham ją. Zostałam wychowana tak, żeby ją kochać. Będę ją kochać aż do ostatniej chwili, kiedy wyzionie ducha na tych pięciu puchowych materacach i siedmiu przeklętych poduszkach. Ale nigdy nie powiem: „Siostro, tak mi przykro, że jesteś kaleką”. Ani: „Przykro mi, Siostro, że czujesz się tu samotna”. A ona dobrze wie, że nie powinna mnie o to prosić.
Z sąsiedniego domu przyszła Lilah. Miriam uśmiechnęła się i wyciągnęła ramiona do jedenastoletniej siostrzenicy. Dziewczynka weszła po schodach.
– Babcia mówi, że obiad będzie gotowy za piętnaście minut i żebyście przyszły, kiedy zechcecie.
Queenie, której apetyt nigdy nie odmawiał posłuszeństwa, podniosła się natychmiast.
– Idziesz? – spytała, odwracając się do Miriam.
– Miriam, pokażesz mi swoją biżuterię? – spytała Lilah.
– Dobrze, ale nie całą – odparła jej ciotka. – I nawet pozwolę ci kilka rzeczy przymierzyć.
Tak więc dziewczynka weszła z nią do domu, a Queenie ruszyła przez piaszczyste podwórze z nadzieją, że uda jej się skubnąć coś w kuchni, zanim wszyscy usiądą do obiadu.
***
– Kto idzie?! – zawołała Siostra na dźwięk kroków na schodach.
– To ja! – odkrzyknęła Miriam. – I Lilah!
– Lilah, chodź ze mną porozmawiać!
Dziewczynka pobiegła w głąb korytarza i zajrzała do pokoju Siostry.
– Nie teraz! – rzuciła ze zniecierpliwieniem. – Miriam pozwoli mi przymierzyć swoją biżuterię.
– Przymierz, a potem przyjdź mi pokazać.
Lilah pobiegła do pokoju Miriam. Bała się, że przegapiła najlepszą część – otwieranie szuflady – ale jej ciotka stała przed toaletką z uśmiechem na twarzy.
– Dzisiaj pozwolę ci to zrobić – powiedziała.
Dziewczynka uklękła i z nabożnym podziwem otworzyła najniższą szufladkę starej toaletki. W środku stało dziewięć szkatułek, każda innej wielkości, w innym stylu i o innej fakturze. Dla Lilah różniły się tak jak dziewięć obcych osób czekających w kolejce do banku. I każda skrywała skarb.
– Do której chcesz zajrzeć? – spytała Miriam.
Lilah wskazała środkową szkatułkę po prawej stronie.
– Do tej.
Miriam wyjęła z kieszeni mały kluczyk i podeszła do osobliwej komody stojącej w kącie pokoju, tak samo wysokiej jak ona i tak samo wąskiej, z lustrem wprawionym w drzwiczki. Lilah uwielbiała tę smukłą szafkę, ponieważ nigdy nie widziała niczego podobnego. W środku, na kilkunastu maleńkich półeczkach, Miriam trzymała rzeczy, których nikomu nie pozwalała oglądać. Na samej górze leżały jedynie kluczyki. Setki kluczyków. Tylko Miriam wiedziała, do czego służą. Bez wahania wzięła do ręki brzęczący mały pęk z końca półki i za pierwszym razem otworzyła szkatułkę, którą wskazała siostrzenica.
Lilah zobaczyła w środku jeden wielki galimatias ozdób na uszy: klipsy z rubinami i szmaragdami, sztyfty ze złota w kształcie gwiazdek, statków i koni; złote łezki z perłami; surowe, nowoczesne błyskotki z jedną czarną perłą; masywne precjoza z misternym, ażurowym cyzelunkiem i kolorowymi kamieniami; wyszukane wiszące kolczyki w starym stylu, jakich Lilah nawet sobie nie wyobrażała. Wsunęła dłonie do kasetki i poczuła kłucie pręcików, zapięć i jubilerskich faset, lecz od tego bólu przechodził ją rozkoszny dreszczyk. Wydawało się nie do pomyślenia, że każdy klejnot ma swoją parę w tym drogocennym kłębowisku, Miriam zapewniła ją jednak, że tak jest.
– Nie kupuję pojedynczych sztuk. I nigdy niczego nie gubię. Więc wszystkie muszą tu gdzieś być.
– Nie chciałabyś, żebym ci dobrała je w pary?
– Po co? Kiedy schowamy je z powrotem, i tak się znowu pomieszają. Poza tym Queenie prawdopodobnie umiera już z głodu. Wybierz sobie parę i przymierz.
Lilah nie miała przekłutych uszu, więc wyszukała sobie klips z dużym kwadratowym, czerwonym kamieniem.
– Co to jest?
– Rodolit. Z południowej Afryki. Kupiłam te klipsy na Piątej Alei w Nowym Jorku w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim.
Miriam włożyła dłoń do pudelka i po sekundzie trzymała w ręce klips od pary. Lilah nie była nawet pewna, czy ciotka w ogóle patrzyła do środka. Sprawiała wrażenie, jakby go wyczuła. Przypięła siostrzenicy oba klipsy. Były absurdalnie ciężkie i ciągnęły Lilah za płatki uszu.
– Jak wyglądają? – spytała dziewczynka, zerkając w lustro.
– Głupio – odparła Miriam. – Idź się pokaż Siostrze. No już, szybciutko! Przez całe nabożeństwo burczało mi dzisiaj w brzuchu.
– Wiem! – rzuciła Lilah, wybiegając na korytarz. – Słyszałam.
Popędziła do pokoju Siostry. Podeszła do łóżka i obróciła głowę w prawo, a potem w lewo, żeby stara ciotka mogła podziwiać klejnoty.
– Są drogocenne – oznajmiła Siostra. – Tak samo jak ty, kochanie.
– Dziękuję.
– Miriam nikomu poza tobą nie pozwala przymierzać swojej biżuterii.
– Och, ma jej tak dużo! – szepnęła dziewczynka.
– Cud, że w tym domu jest co jeść – powiedziała surowo Siostra. – Zważywszy na to, ile Miriam wydaje na te śmieci.
– To nie są śmieci!
– Skoro ich nie nosi, to są! Jesteś na pewno pierwszą osobą, która założyła te klipsy na uszy od czasu, gdy zostały kupione.
– Muszę je zdjąć. – Dziewczynka westchnęła.
– Lilah! – zawołała z holu Miriam. – Idziemy!
Lilah zaczęła się odwracać, ale Siostra błyskawicznie wyciągnęła dłoń spod kołdry i chwyciła ją za ramię.
– Twój tatuś jest samotny – wychrypiała półgłosem.
– Słucham?
– Twój tatuś czuje się samotny od czasu, gdy twoja mama utopiła się w Perdido.
– Chyba tak... – zgodziła się niepewnie Lilah, również półgłosem.
– To już dwa lata, prawda? Dwa lata minęły w maju.
– Tak, ciociu.
– Dziwne, że się jeszcze ponownie nie ożenił.
– Tatuś? – spytała zdziwiona dziewczynka. – Z kim miałby się ożenić?
Siostra popatrzyła jej uważnie w oczy, po czym znacząco przeniosła wzrok na drzwi.
Lilah podążyła za jej spojrzeniem, nie rozumiejąc.
– Z kim? – powtórzyła.
Siostra pokiwała głową, ale się nie odezwała.
– Tatuś miałby poślubić Miriam? – spytała dziewczynka.
– A kogóż by innego?
– Tatuś nie poślubi Miriam! – wykrzyknęła Lilah. – Kto cioci tego naopowiadał?
– Nikt mi nie naopowiadał. Nikt nie musiał mi tego mówić. Wy wszyscy myślicie, że skoro jestem przykuta do tego łoża boleści, to niczego nie wiem, niczego nie widzę. Ale to nieprawda. Queenie mówi mi wszystko, co potrzebuję wiedzieć. Mam gości. Mam własne oczy i mogę wyglądać przez okno. I mam dużo wolnego czasu, żeby sobie przemyśleć różne sprawy. I bardzo się zdziwię, jeśli wkrótce nie będziesz miała nowej mamy.
– Nie wierzę w to – powiedziała Lilah. – Zapytam o to Miriam.
– Zaprzeczy, jeśli ją zapytasz. Bo musiałaby przyznać, że miałam rację, a ona nigdy nie da mi takiej satysfakcji. Ale pewnego dnia, gdy wrócisz ze szkoły, twój tatuś powie: „Lilah, kochanie, właśnie się wymknęliśmy i wzięliśmy z Miriam ślub”. Sama się przekonasz.
– Nadal uważam, że to nieprawda.
– Nie chciałabyś dostać tych świecidełek? – Siostra stuknęła kościstym palcem w klips na lewym uchu dziewczynki.
Lilah skrzywiła się z bólu.
– Oczywiście, że bym chciała.
– Jeśli Miriam zostanie twoją mamą, to kiedy umrze, odziedziczysz po niej całą tę biżuterię. Będziesz dziedziczką fortuny w klejnotach.
Dziewczynka nadal wyglądała na nieprzekonaną.
Tymczasem Miriam znowu zawołała z holu.
– Muszę już iść. – Lilah próbowała uwolnić rękę z uchwytu starej ciotki.
Ta uśmiechnęła się wszechwiedząco i puściła jej ramię.
Dziewczynka wybiegła z pokoju. Miriam, która czekała w korytarzu, ściągnęła jej z uszu klipsy i włożyła do kieszeni.
– Lepiej się pospieszmy, bo twoja babcia nas zamorduje – powiedziała.
***
W Perdido panowała powszechna opinia, że Billy Bronze za mało rozpaczał po śmierci żony. Frances Caskey utopiła się w burzliwą noc wiosną 1956 roku. Jej męża nie było wówczas w domu. Koryto rzeki przeszukano dość chaotycznie powyżej i poniżej zbiegu Perdido i Blackwater, ale ciała nie odnaleziono. Elinor poinformowała zięcia o śmierci swojej córki.
– Wyszła jak zawsze, ale tym razem nie wróciła.
– To do niej niepodobne, żeby się utopić w rzece. W życiu nie widziałem nikogo, kto by pływał lepiej niż ona. Była wtedy burza, prawda? Może trafił ją piorun?
Billy opłakiwał żonę w skrytości ducha. Chodził do pracy jak zwykle, nie stracił apetytu, nigdy nie wydawał się roztargniony czy nieobecny. Sypiał w nocy sam i wydawało się, że to jedyna zmiana, jaka zaszła w jego życiu. Perdido dostrzegało tę pozorną nieczułość w jego zachowaniu i miało mu ją za złe. Caskeyowie stanęli jednak w jego obronie. Dyskretnym słowem rzuconym tu i ówdzie Elinor i Queenie przypominały mieszkańcom miasta, jak bardzo Frances oddaliła się przez ostatnie lata od męża, jak bardzo ignorowała zarówno jego, jak i córkę, jak nie dbała o nic poza pływaniem w rzece.
Nawet jeśli żona się od niego odsunęła, to Billy bez wątpienia pozostał w dobrych relacjach z resztą rodziny i śmierć Frances niczego w nich nie zmieniła. Mieszkał nadal w domu teściów i najwyraźniej nawet nie myślał o wyprowadzce. Kiedy Oscar zauważył, że mogą się spodziewać kłopotów, ponieważ nie odnaleziono zwłok jego córki, Billy zapytał tylko:
– Jakich kłopotów?
– No cóż… – odparł zmieszany Oscar – gdybyś chciał się znowu ożenić…
– Ożenić? – Billy się roześmiał. – A z kim miałbym się żenić?
– Nie wiem… Kiedyś może się ktoś pojawić. Przyznaję, że sam nie wiem, ale może pewnego dnia…
Billy znowu się roześmiał.
– Elinor by mi na to nie pozwoliła.
I wzruszył ramionami, jakby mówił: „A ja bym wcale nie chciał, żeby zmieniła zdanie”.
Stosunki Billy’ego z Miriam przez dwa lata jego wdowieństwa pozostały takie same jak dawniej – równie przyjacielskie, zażyłe i rzeczowe. Nigdy nikomu nie przyszło do głowy – aż do czasu, gdy uprzytomniła to sobie Siostra – że Billy Bronze mógłby się ożenić ze szwagierką. Myśl o konsekwencjach takiego związku nie wywoływała u Lilah żadnych silnych emocji, ale dziewczynka miała mgliste przeczucie, że mogą być złe. Tak więc udała się prosto do babci i spytała:
– Czy tatuś ożeni się z Miriam? A jeśli się ożeni, czy to znaczy, że dostanę jej klejnoty, kiedy ciocia umrze?
– Skąd ci, na miłość boską, przyszedł do głowy taki pomysł? – spytała wnuczkę Elinor.
– Siostra powiedziała, że to tylko kwestia czasu, kiedy tata i Miriam uciekną, żeby wziąć ślub. Będą wtedy mieszkać tutaj czy w sąsiednim domu?
– Nie chcę słyszeć więcej ani słowa na ten temat – oświadczyła Elinor. – To nieuprzejme.
– Nieuprzejme? – spytała Lilah.
– Nieuprzejme – powtórzyła jej babcia.
I na jakiś czas dla Lilah ten temat się zakończył.
Ale nie dla jej babki.
– Słyszałeś coś o tym, że Billy miałby poślubić Miriam? – spytała męża.
Oscar zaprzeczył. Nie miały też o tym pojęcia Queenie, Grace, Lucille, Zaddie ani Ivey. Elinor zadzwoniła więc do Siostry.
– Skąd ci przyszedł do głowy ten pomysł?
Siostra wyciągnęła się z dumą na poduszkach.
– Już ja swoje wiem.
– Oscarze, porozmawiaj z Miriam – poprosiła męża nieusatysfakcjonowana Elinor. – Jesteś jedyną osobą w tej rodzinie, której ona zechce wysłuchać.
– Jakie to ma znaczenie, czy Billy ożeni się z nią, czy nie? – spytał Oscar.
– Nie jestem pewna. Ale chciałabym przynajmniej wiedzieć, czy rzeczywiście o tym myślą.
Tak więc tego samego wieczoru przy kolacji, kiedy Zaddie sprzątała ze stołu przed podaniem deseru, Oscar odchrząknął i zaczął:
– Miriam, czy mogę ci zadać pytanie, ale tak, żebyś nie skoczyła mi do gardła?
– Nie wiem – rzuciła Miriam, która nie dałaby się tak łatwo złapać w pułapkę. – Może tak. A może nie. Zależy od pytania.
– Hm… – zawahał się Oscar. – Może w takim razie lepiej zapytam Billy’ego.
Ten zerknął na teścia, a potem na Miriam.
– Oczywiście, pytaj – powiedział. – Nie rozgniewam się.
– Wobec tego zapytam was oboje – zdecydował Oscar.
Mimo to milczał niepewnie.
W drzwiach stała Zaddie z górą naczyń w rękach.
– Pan pyta – poprosiła. – Zanim wszystkie potłukę.
– Zastanawialiśmy się…
– Kto się zastanawiał? – przerwała ojcu Miriam.
– My wszyscy – wypalił Malcolm, po czym się zarumienił.
– Nad czym się zastanawialiście? – zachęcił teścia Billy.
– Zastanawialiśmy się, czy nie planujecie się wymknąć, żeby wziąć ślub.
Billy i Miriam popatrzyli na siebie osłupiali.
– I wszyscy chodziliście po domu i nad tym rozmyślaliście? – spytała Miriam po dłuższej chwili oniemiałej ciszy.
– Ja i Miriam? – wychrypiał Billy.
– Siostra tak powiedziała – wtrąciła Queenie.
– Siostra zapomniała, że za drzwiami jej sypialni istnieje w ogóle jakiś świat – burknęła gniewnie Miriam.
– Więc nie zamierzacie się pobrać? – chciała się upewnić Lilah.
– Oczywiście, że nie – prychnęła Miriam. – To najgłupsza rzecz, jaką w życiu słyszałam. Dlaczego, na miłość boską, miałabym chcieć poślubić Billy’ego?
– Spędzacie ze sobą dużo czasu – zauważyła Queenie. – Billy jest samotny i smutny po śmierci Frances. I tak zawsze wyjeżdżacie razem, więc moglibyście wziąć ślub. Billy nie ożeniłby się z nikim spoza rodziny, a ty nie zadasz sobie trudu, żeby szukać obcego mężczyzny.
– To wszystko są pomysły Siostry – skwitowała Elinor.
– Kompletnie pomylone – dorzuciła Miriam. – Nie mogę mówić w imieniu Billy’ego…
– Owszem, możesz – wtrącił szybko jej szwagier.
– …ale nigdy o tym nie myśleliśmy i nadal nie myślimy.
– Tęsknię za Frances – oznajmił Billy. – Ale Lilah dotrzymuje mi towarzystwa. Nie potrzebuję drugiej żony. I nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby sprowadzać do tego domu obcą kobietę.
– Nikogo takiego byśmy nie przyjęli – oświadczyła ostro Elinor.
– Wiem – odparł Billy. – A ja nie mam najmniejszego zamiaru was porzucać tylko po to, żeby ktoś mi ogrzewał łóżko.
Tak więc kolejne proroctwo Siostry runęło w gruzach i wszystkim Caskeyom spadł kamień z serca. Właściwie nawet nie wiedzieli dlaczego, ale poczuli wyraźną ulgę. Zaddie wyniosła naczynia, wróciła z kawą oraz świeżymi talerzami i sztućcami, a następnie wniosła gorący, wyjęty prosto z kuchenki placek z jeżynami oraz lody brzoskwiniowe.
Elinor nalała kawę i puściła ją wokół stołu. Rozmawiali o innych sprawach, lecz Miriam siedziała milcząca i zamyślona. Obracała filiżankę na spodku i rozglądała się w zamyśleniu po pokoju. W końcu, kiedy rozmowa na chwilę przycichła, podniosła wzrok i powiedziała:
– Poza tym chyba wiecie, że nie moglibyśmy się z Billym pobrać?
– Dlaczego? – spytała Queenie, dla której najważniejsze na świecie było podtrzymywanie rozmowy. – Z powodu Frances? Ponieważ nie została oficjalnie uznana za zmarłą?
– Nie – odparła Miriam. – Ponieważ jestem już zaręczona.