Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Detektyw w Brudnym Mieście - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
32,99
3299 pkt
punktów Virtualo

Detektyw w Brudnym Mieście - ebook

W Brudnym Mieście jesteś tylko marionetką…

W pewnym brudnym, dusznym mieście, gdzie niecne występki są stałym elementem codzienności mieszkańców, służbę pełni Detektyw – znany z bezkompromisowości, błyskotliwego umysłu i… kompletnego braku zdolności do współpracy.

Przez lata wzniósł wokół siebie mur z cynizmu i alkoholu, co skutecznie odstrasza każdego, kto próbował się do niego zbliżyć. Do czasu.

Młoda Policjantka właśnie spełnia swoje marzenie – została przydzielona do pracy u boku legendarnego Detektywa. Zafascynowana jego mroczną aurą, nie daje się spłoszyć chłodem i arogancją. Im mocniej on stara się ją odepchnąć, tym głębiej ona wnika w jego świat – zawodowo i uczuciowo.

Gdy jednak w mieście zaczynają znikać młode dziewczyny, oboje muszą chwilowo odstawić emocje na bok i uciszyć rządzące nimi demony. Śledztwo sprawia, że coraz bardziej wikłają się w sieć przemocy oraz tajemnic, które mogą odebrać im nie tylko karierę… ale także życie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-293-4
Rozmiar pliku: 806 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

– 1 –

Za­ła­twio­ny

Na Ko­men­dzie by­ło dusz­no i par­no. Dym pa­pie­ro­so­wy uno­sił się nad biur­ka­mi, pod­sy­ca­jąc at­mos­fe­rę znu­dze­nia i wiecz­ne­go nie­za­do­wo­le­nia. Gdy się tam wcho­dzi­ło, moż­na by­ło od­nieść wra­że­nie, że jest się in­tru­zem. Tyl­ko ktoś do­brze po­in­for­mo­wa­ny wie­dział, z kim moż­na coś za­ła­twić, od ko­go wy­cią­gnąć in­for­ma­cje, ko­go mieć w głę­bo­kim po­wa­ża­niu, a ko­go się bać. By­ła jed­na oso­ba, któ­ra nie za­li­cza­ła się do żad­nej z grup. De­tek­tyw cho­dził wła­sny­mi dro­ga­mi, z ni­kim się nie li­czył, ni­ko­mu nie ufał… Je­go współ­pra­cow­ni­cy, a na­wet Szef, pod­cho­dzi­li do nie­go tyl­ko w ra­zie na­głej i wy­jąt­ko­wo pil­nej po­trze­by. Ta­kiej jak ta…

– Co to? – spy­tał z prze­ką­sem „wczo­raj­szy” De­tek­tyw.

– Tecz­ki. – Mło­da Po­li­cjant­ka po­ło­ży­ła ak­ta na biur­ku.

– Co ty nie po­wiesz… Po cho­le­rę mi to? – wark­nął, nie za­szczy­ca­jąc jej spoj­rze­niem.

– Masz się te­mu przyj­rzeć. Po­le­ce­nie Sze­fa.

De­tek­tyw spoj­rzał na jed­ną i od­rzu­cił wszyst­kie na bok.

– Nie zaj­mu­ję się za­gi­nio­ny­mi. Weź to do ucie­ki­nie­rek. Wi­dać, że lu­bi­ła dać no­gę.

– Skąd wiesz, że lu­bi­ła? My­ślisz, że nie ży­je? – Mło­da Po­li­cjant­ka od­wró­ci­ła się i ode­szła, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. De­tek­tyw pró­bo­wał coś od­po­wie­dzieć, ale nie zdą­żył. Zresz­tą i tak nic nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy oprócz po­spo­li­te­go „spier­da­laj”. Nikt go tak ni­g­dy nie trak­to­wał. Ri­po­sta Mło­dej Po­li­cjant­ki nie prze­szła bez echa wśród obec­nych na Ko­mi­sa­ria­cie.

De­tek­tyw wstał i skie­ro­wał się w stro­nę to­a­let. Upew­nił się, że jest sam w środ­ku, wy­jął z kie­sze­ni pier­siów­kę i wy­pił ca­łą jej za­war­tość, aby móc w ogó­le za­cząć co­kol­wiek ro­bić. Po­pa­trzył chwi­lę w lu­stro. To, co zo­ba­czył, by­ło wy­jąt­ko­wo nie­za­do­wa­la­ją­ce. Na­wet nie cho­dzi­ło o zmarszcz­ki, a o pod­krą­żo­ne, smut­ne oczy i usta nie­pa­mię­ta­ją­ce uśmie­chu. Nie lu­bił swo­je­go od­bi­cia. Przy­po­mi­na­ło mu o je­go po­raż­kach i o tym, że w ży­ciu nic już do­bre­go go nie spo­tka. Opu­ścił wzrok. Nie wy­tarł­szy umy­tych dło­ni i twa­rzy, skie­ro­wał się do swo­je­go biur­ka.

Za­nim się­gnął po pierw­szą tecz­kę, spoj­rzał przez prze­szklo­ne drzwi na ko­ry­tarz. Sta­ła tam Mło­da Po­li­cjant­ka. Ta od akt. Za­uwa­żył, że by­ła dość zgrab­ną, ni­ską bru­net­ką ze wścib­skim no­sem. Jej by­stre spoj­rze­nie wy­ra­ża­ło wyż­szość i de­ter­mi­na­cję. Wy­czu­wał, że to za­dzior­na i nie­ste­ty sek­sow­na ko­bie­ta. Nie tyl­ko on to za­uwa­żył. Jej ty­łek przy­cią­gał mę­skie, lu­bież­ne spoj­rze­nia, a pier­si bu­dzi­ły po­dziw. Jed­nak on, czter­dzie­sto­let­ni pi­ja­czy­na, mógł tyl­ko po­pa­trzeć.

Pierw­sza tecz­ka z nu­me­rem spra­wy M/PP2/WOZ/2017/020123.

„Za­gi­nio­na Mi­le­na Szuk. Lat 17. Ostat­nio wi­dzia­na 11 stycz­nia br. na uli­cy Ja­na Paw­ła II oko­ło go­dzi­ny 22:00. Ubra­na w czar­ną, krót­ką, skó­rza­ną spód­nicz­kę, czar­ną, skó­rza­ną kurt­kę i czar­ne, skó­rza­ne ko­za­ki się­ga­ją­ce po­wy­żej ko­lan”.

Dla De­tek­ty­wa spra­wa by­ła pro­sta. Dziew­czy­na ucie­kła z do­mu. Spoj­rzał na zdję­cie. Ład­na. I to mu wy­star­czy­ło.

Dru­ga tecz­ka z nu­me­rem spra­wy M/PP2/WOZ/2017/020167.

„Za­gi­nio­na Ka­ta­rzy­na Bu­rak. Lat 19. Ostat­nio wi­dzia­na 27 stycz­nia br. na uli­cy Pro­stej oko­ło go­dzi­ny 19:00. Ubra­na w czar­ną, krót­ką, skó­rza­ną spód­nicz­kę, czar­ną, skó­rza­ną kurt­kę i czar­ne, skó­rza­ne ko­za­ki się­ga­ją­ce po­wy­żej ko­lan”.

Trze­cia tecz­ka z nu­me­rem spra­wy M/PP2/WOZ/2017/020172.

„Za­gi­nio­na Ewe­li­na Mi­szak. Lat 16. Ostat­nio wi­dzia­na 1 mar­ca br. na uli­cy Okręż­nej oko­ło go­dzi­ny 23:00. Ubra­na w czar­ną, skó­rza­ną spód­nicz­kę, czar­ną, skó­rza­ną kurt­kę i czar­ne, skó­rza­ne ko­za­ki za ko­la­na”.

Mo­że urzą­dzi­ły so­bie la­tek­so­wy zlot pod­lot­ków – na po­zór ten­den­cyj­ne po­dej­ście by­ło tyl­ko ilu­zją i kłam­stwem na­wet wo­bec sa­me­go sie­bie. Uda­wa­niem, że wszyst­ko jest tak, jak chciał. Że ży­cie uło­ży­ło się po je­go my­śli, bez żad­nych przy­krych nie­spo­dzia­nek. Da­le­kie to od praw­dy. Al­ko­hol ła­go­dził wszyst­kie ne­ga­tyw­ne uczu­cia… smu­tek, tę­sk­no­tę, sa­mot­ność, po­czu­cie stra­ty, ży­cio­wej po­raż­ki i brak per­spek­tyw.

De­tek­tyw wziął ak­ta i po­szedł do Sze­fa Wy­dzia­łu Za­bójstw. Prze­ło­żo­ny miał du­ży ga­bi­net, ale za­gra­co­ny ak­ta­mi spraw, któ­re daw­no po­win­ny zo­stać roz­wią­za­ne. W po­wie­trzu kłę­bi­ło się jesz­cze wię­cej dy­mu pa­pie­ro­so­we­go. Szef był star­szym fa­ce­tem, któ­ry tyl­ko cze­kał na eme­ry­tu­rę. Jesz­cze dzie­sięć dłu­gich lat.

O ile bę­dzie mu da­ne prze­trwać w mia­rę o zdro­wych zmy­słach i do­żyć upra­gnio­nej eme­ry­tur­ki. Dla po­li­cjan­ta, a szcze­gól­nie Sze­fa Wy­dzia­łu Za­bójstw z ta­kim pod­wład­nym, by­ło to nie­skoń­cze­nie dłu­go. Sza­ra i zre­zy­gno­wa­na twarz jesz­cze bar­dziej po­sza­rza­ła, gdy zo­ba­czył De­tek­ty­wa w drzwiach, trzy­ma­ją­ce­go ak­ta w dło­ni. Jak on go nie­na­wi­dził. Na szczę­ście z jaw­ną wza­jem­no­ścią. Obaj wie­dzie­li, że ta nie­na­wist­na za­ży­łość to coś wię­cej niż nie­na­wiść. To za­zdrość i chęć po­grą­że­nia dru­giej stro­ny. Jed­nak każ­dy z nich miał tę ro­bo­tę we krwi. Nie pra­gnie­nie po­szu­ki­wa­nia spra­wie­dli­wo­ści, ale chęć ze­msty i oglą­da­nia mar­twych ciał, któ­re za szyb­ko gni­ją i tak du­żo skry­wa­ją. Cho­ro­bli­wa żą­dza wła­dzy i tłam­sze­nia in­nych czy­ni­ła ich stra­co­ny­mi męż­czy­zna­mi o bliź­nia­czych du­szach i cha­rak­te­rach. Lu­strza­ny­mi od­bi­cia­mi, któ­re pra­gnę­ły wza­jem­nej zgu­by, a mo­że na­wet śmier­ci.

– Do­brze, że je­steś. Mam dla cie­bie no­wi­nę – oznaj­mił Szef.

– Ja też. Nie wci­skaj mi wię­cej ta­kich bzdur. – De­tek­tyw już miał się od­wró­cić, kie­dy usły­szał wrzask.

– Ty, kur­wa, ze mną nie po­gry­waj! Mam we­zwać dro­gów­kę, że­by cię al­ko­ma­tem wy­ru­cha­li? – Szef wie­dział, że tyl­ko w ten spo­sób mo­że zmu­sić De­tek­ty­wa do odro­bi­ny uwa­gi i roz­wa­gi w po­stę­po­wa­niu.

– Co tam? I weź nie krzycz, bo zmę­czo­ny je­stem. Dzie­ci mi w no­cy pła­ka­ły i ta­kie tam.

– Masz part­ne­ra. – Szef pu­ścił uwa­gę mi­mo uszu. Nie by­ło sen­su. – To ta Mło­da Po­li­cjant­ka, co ci przy­nio­sła ak­ta no­wej spra­wy. Jest tu­taj zu­peł­nie no­wa i na szczę­ście nie wie nic o to­bie.

– Dla­cze­go? Prze­cież ostat­nio nic nie od­pier­do­li­łem. – De­tek­tyw był za­sko­czo­ny ta­kim ob­ro­tem spraw. Od cza­su jak po­bił swo­je­go part­ne­ra kil­ka lat te­mu, pra­co­wał sam. Ni­ko­go mu nie wci­ska­li. Na­wet te­go nie chciał. Ale je­śli to ko­bie­ta, to być mo­że…. Szko­da, że nie przyj­rzał się tej Mło­dej Po­li­cjant­ce od ty­łu. Te­raz wie­dział­by, jak za­re­ago­wać, że­by wy­kpić się i po­zbyć smar­ku­li od ra­zu, a nie mor­do­wać się z nią przez kil­ka dni, za­nim sa­ma nie zre­zy­gnu­je.

– Pra­co­wa­ła na Lwow­skiej przez trzy la­ta i by­li z niej bar­dzo za­do­wo­le­ni. Ale po­pro­si­ła o prze­nie­sie­nie tu­taj.

– Za­do­wo­le­ni? To brzmi obie­cu­ją­co. – Pró­bo­wał uśmiech­nąć się lu­bież­nie. – Ale dla­cze­go mi to ro­bisz?

– W po­da­niu na­pi­sa­ła, cy­tu­ję… bla bla… to nie­waż­ne… O, tu­taj jest: „Pro­szę o prze­nie­sie­nie na Ko­men­dę Po­li­cji OD 1 do Wy­dzia­łu Za­bójstw, gdyż pra­gnę zdo­by­wać no­we umie­jęt­no­ści. Nie bo­ję się wy­zwań i wie­rzę, że no­we do­świad­cze­nia po­mo­gą mi le­piej słu­żyć oby­wa­te­lom. Mo­ja po­sta­wa wo­bec osób nie­prze­strze­ga­ją­cych pra­wa jest nie­zmien­na, acz­kol­wiek spra­wie­dli­wa i zgod­na z wy­mo­ga­mi ko­dek­su po­li­cjan­ta”. Ko­niec cy­ta­tu. – Szef za­śmiał się.

– „Pra­gnę”? „Wie­rzę”? Niech idzie do bur­de­lu al­bo do ko­ścio­ła. W bur­de­lu to jesz­cze mo­gę ją od­wie­dzić, ale za dar­mo, bo wy­jąt­ko­wa nie jest – skwi­to­wał De­tek­tyw. Po­mi­mo to za­zdro­ścił jej tych chę­ci i umie­jęt­no­ści oszu­ki­wa­nia się, że pra­ca po­li­cjan­ta jest za­ję­ciem pra­wym i uczci­wym. Jed­nak już daw­no utra­cił tę mło­dzień­czą żar­li­wość, aby ka­rać zbrod­nia­rzy i bro­nić nie­win­nych.

– Po co mi to czy­tasz? Nie chcę part­ne­ra. Wiesz, jak to się ostat­nio skoń­czy­ło.

Tak… Wszy­scy pa­mię­ta­ją. Je­den błąd mło­de­go, głu­pie­go i nie­do­świad­czo­ne­go po­li­cjan­ta. We­dług De­tek­ty­wa mło­dy sam był so­bie win­ny. We­dług Ko­mi­sji rów­nież, więc nie by­ło sen­su te­go po­now­nie roz­trzą­sać. Ale praw­da by­ła zu­peł­nie in­na.

– Mu­sisz być tym ra­zem bar­dziej uważ­ny. Mieć oczy do­oko­ła gło­wy. Ta mło­da jest by­stra. By­ła naj­lep­sza na ro­ku w szko­le po­li­cyj­nej. Wcze­śniej skoń­czy­ła re­so­cja­li­za­cję. Mo­że się du­żo od cie­bie na­uczyć, a ty od niej. Spró­buj te­go nie spie­przyć. A te­raz spier­da­laj.

Pod­wład­ny pierw­szy raz w ży­ciu zo­stał po­trak­to­wa­ny jak… pod­wład­ny. I pierw­szy raz w ży­ciu tak się po­czuł.

– Aha. I jesz­cze jed­no. Nie prze­leć jej. Cho­ciaż pew­nie na­wet na cie­bie nie spoj­rzy. – Szef za­śmiał się iro­nicz­nie.

– Mo­gę przej­rzeć jej ak­ta?

Pół go­dzi­ny póź­niej De­tek­tyw zro­zu­miał, że nie bę­dzie lek­ko. Pa­trząc na pa­pie­ry no­wej part­ner­ki, mógł mieć pew­ność, że bę­dzie wy­ma­ga­ła od nie­go współ­pra­cy, a nie wy­ra­ża­ła śle­pe po­słu­szeń­stwo. To, co spo­strzegł wcze­śniej, by­ło praw­dą. I Szef miał ra­cję – nie prze­le­ci jej. Do­brze uro­dzo­na pa­nien­ka się­ga­ła po wyż­sze sfe­ry. Prze­nio­sła się na ten po­ste­ru­nek, bo li­czy na ka­rie­rę. Tu­taj tra­fia­ją się naj­trud­niej­sze i naj­gło­śniej­sze spra­wy, na któ­rych moż­na szyb­ko się wy­bić al­bo wszyst­ko stra­cić. Oba te eta­py za­li­czył.

Ostat­nie pół go­dzi­ny pra­cy po­sta­no­wił spę­dzić, pi­sząc ra­port z za­mknię­te­go dzi­siaj do­cho­dze­nia. By­ło krót­kie i bez­pro­ble­mo­we.

Mat­ka za­bi­ła w afek­cie sie­dem­na­sto­let­nie­go sy­na i czter­dzie­sto­dwu­let­nią sio­strę. Zna­la­zła ich we wła­snym łóż­ku upra­wia­ją­cych seks. Zszo­ko­wa­na po­szła do kuch­ni, wzię­ła ta­sak i ich za­bi­ła. Spra­wę zgło­si­ła są­siad­ka z miesz­ka­nia obok, któ­ra usły­sza­ła krzy­ki i wy­zwi­ska. Póź­niej wszyst­ko uci­chło. Zgło­si­ła spra­wę, gdyż w tej ro­dzi­nie ni­g­dy nie zda­rza­ły się kłót­nie. Gdy dziel­ni­co­wy do­tarł na miej­sce, pra­wie zwy­mio­to­wał. We­zwał po­sił­ki. Na­wet De­tek­tyw był w szo­ku. Mor­der­czy­ni to drob­na ko­bie­ta, zda­wa­ło­by się, że sła­ba, jed­nak ad­re­na­li­na zro­bi­ła swo­je.

Krew by­ła w ca­łej sy­pial­ni. Gdzie­nie­gdzie le­ża­ły po­je­dyn­cze czę­ści ciał ofiar. W ca­łym do­mu uno­sił się odór śmier­ci i krzep­ną­cej krwi. Tech­ni­cy za­bez­pie­cza­li śla­dy i ro­bi­li zdję­cia. Ra­tow­ni­cy z ka­ret­ki po­go­to­wia przy­je­cha­li po mat­kę, któ­ra sie­dzia­ła w ką­cie ła­zien­ki ca­ła za­krwa­wio­na, z ta­sa­kiem w rę­kach. Nie ru­sza­ła się, tyl­ko ci­cho wy­ła. Wszyst­ko to sta­ło się trzy ty­go­dnie te­mu, a ona na­dal nie by­ła w sta­nie ze­zna­wać.

Mąż mor­der­czy­ni do­wie­dział się o wszyst­kim w pra­cy. Są­siad­ka przy­szła od ra­zu, aby po­wie­dzieć mu „no­wi­nę”, że je­go ro­dzi­na wła­śnie prze­sta­ła ist­nieć. Był tak wście­kły, że po­bił ją do nie­przy­tom­no­ści.Po­sta­no­wi­ła, że nie wnie­sie oskar­że­nia o po­bi­cie.

Męż­czy­zna zo­stał za­bra­ny na po­ste­ru­nek w ce­lu zło­że­nia ze­znań. Oka­za­ło się, że sio­stra nie by­ła świę­ta i wy­lą­do­wa­ła w łóż­ku nie tyl­ko z sio­strzeń­cem. Mąż tak­że na­le­żał do gro­na szczę­śliw­ców. Nie wia­do­mo, czy je­go żo­na o tym wie­dzia­ła. Pó­ki co nikt te­go nie do­wie­dzie, gdyż nie ma żad­ne­go kon­tak­tu z ko­bie­tą.– 2 –

Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu

Mło­da Po­li­cjant­ka otwo­rzy­ła oczy i przy­po­mnia­ło jej się, że jej ży­cie jest peł­ne na­dziei i pla­nów, za­rów­no tych speł­nio­nych, jak i nie­uda­nych. We­dług niej więk­szość to suk­ce­sy i do­ko­na­nie rze­czy, o któ­re wal­czy­ła jak lew. Drob­na ko­bie­ta o za­do­wa­la­ją­cych kształ­tach. Tak o so­bie my­śla­ła. Tak na­praw­dę jej kształ­ty za­do­wo­li­ły­by nie­jed­ne­go męż­czy­znę.

Po­szła pod prysz­nic, dłu­gi i go­rą­cy, nie my­śląc przy tym, co ją cze­ka póź­niej te­go dnia. De­lek­to­wa­ła się go­rą­cą wo­dą i pa­rą, któ­ra moc­no draż­ni­ła noz­drza. Nie­odzow­ne uczu­cie du­sze­nia to­wa­rzy­szy­ło jej od cza­sów dzie­ciń­stwa. Lu­bi­ła to dziw­ne wra­że­nie, ad­re­na­li­nę, oba­wy, że to bę­dzie ostat­ni od­dech. Ma­rzy­ła o chwi­li, kie­dy nie bę­dzie mo­gła już zła­pać tchu i ze­mdle­je. A póź­niej po mi­ło­snym unie­sie­niu obu­dzi się sa­ma. Nie lu­bi to­wa­rzy­stwa męż­czyzn nad ra­nem w jej łóż­ku. Jed­nak pra­gnie­nia speł­nia­ją się nie­ste­ty co­raz rza­dziej.

Na śnia­da­nie jak za­wsze tost z pa­stą z zie­lo­ne­go grosz­ku, któ­ry sa­ma przy­rzą­dzi­ła. Do te­go czar­na ka­wa lub wo­da. Nic in­ne­go nie po­trze­bo­wa­ła, że­by wy­star­to­wać. Te na­wy­ki da­wa­ły jej po­czu­cie kon­tro­li, któ­rą tak lu­bi­ła.

Za­ło­ży­ła mun­dur i wy­szła do pra­cy.

Dzień za­po­wia­dał się zno­śnie; sła­be pro­my­ki słoń­ca wal­czy­ły o swój udział w po­lep­sza­niu hu­mo­rów miesz­kań­ców mia­sta. Ja­dąc ro­we­rem, mi­ja­ła miesz­kań­ców i przy­jezd­nych. Ja­ko świe­żo upie­czo­na po­li­cjant­ka nie mia­ła jesz­cze wy­ostrzo­ne­go szó­ste­go zmy­słu, któ­ry po­mógł­by jej roz­po­znać prze­stęp­cę w mgnie­niu oka, wśród po­zor­nie nie­po­zor­nych prze­chod­niów. Dla­te­go po­sta­no­wi­ła uczyć się od naj­lep­szych. Prze­nio­sła się na Głów­ny, aby być bli­sko le­gen­dy po­li­cji miej­skiej, bez­kom­pro­mi­so­we­go w swo­im dzia­ła­niu De­tek­ty­wa z wy­jąt­ko­wą in­tu­icją. Od cza­sów na­sto­let­nich po­dzi­wia­ła go jak ni­ko­go in­ne­go na świe­cie. Stu­dio­wa­ła każ­dy ar­ty­kuł o spra­wach, któ­ry­mi się zaj­mo­wał. Po­sta­no­wi­ła spró­bo­wać wszyst­kie­go, aby się do nie­go zbli­żyć. Uda­ło jej się skoń­czyć szko­łę po­li­cyj­ną z naj­lep­szy­mi wy­ni­ka­mi. Tyl­ko dla nie­go. Mia­ła na­dzie­ję, że od ra­zu do­sta­nie się na Głów­ny, ale nie­ste­ty przy­dzie­lo­no ją na Lwow­ską. Tam też by­ła naj­lep­sza, dzię­ki szcze­gó­łom, któ­re w mig wy­ła­py­wa­ła. Ob­my­śla­ła każ­dy de­tal swo­je­go po­stę­po­wa­nia, każ­de sło­wo wy­po­wie­dzia­ne do ko­le­gów i ko­le­ża­nek. Nie uwa­ża­ła sie­bie za wy­ra­cho­wa­ną, ale zda­rza­ło się. Ro­bi­ła tyl­ko to, co by­ło ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Mu­sia­ła się ja­koś wy­bić, bo szczę­ściu trze­ba po­móc. Ta­kie tłu­ma­cze­nie uspo­ka­ja­ło ją i spra­wia­ło, że my­śla­ła o so­bie jak o nor­mal­nej oso­bie.

Ja­dąc na ro­we­rze, przy­po­mnia­ła so­bie Bier­nac­kie­go. Ma­ły, tę­py chuj ze zbyt du­żą prze­rwą mię­dzy zę­ba­mi. Je­go lu­bież­ne spoj­rze­nia w jej stro­nę de­ner­wo­wa­ły ją za każ­dym ra­zem. Nie wie­dzia­ła, jak de­li­kat­nie so­bie z nim po­ra­dzić, jak go znie­chę­cić do dal­szych i co­raz śmiel­szych za­lo­tów. Nie mo­gła uda­wać les­bij­ki, gdyż wte­dy nie zro­bi­ła­by ka­rie­ry w po­li­cji. Nie mo­gła go stłuc z te­go sa­me­go po­wo­du. Po­sta­no­wi­ła za­tem, że zro­bi to na wspól­nym pa­tro­lu z tym nie­udacz­ni­kiem.

Póź­nym wie­czo­rem za­trzy­ma­li czar­ne Au­di Q7 na peł­nym wy­pa­sie. Mu­zy­ka dud­ni­ła ze środ­ka, za­głu­sza­jąc ją i jej nie­chcia­ne­go part­ne­ra. Wie­dzia­ła, że to je­dy­ny spo­sób i że to, co za­mie­rza­ła, mo­że się udać. Kie­row­cą był mło­dy męż­czy­zna, zbyt bo­ga­ty, aby przej­mo­wać się kon­tro­lą dro­go­wą. Na wi­dok Mło­dej Po­li­cjant­ki roz­ocho­cił się.

– Wi­tam sek­sow­ną pa­nią – ode­zwał się Kie­row­ca ze zbyt du­żą pew­no­ścią sie­bie.

– Do­ku­men­ty pro­szę – po­wie­dzia­ła oschle.

– Pro­szę bar­dzo, ślicz­not­ko.

– Do po­li­cjan­ta pro­szę się od­po­wied­nio zwra­cać – wtrą­cił się Bier­nac­ki.

– A ja pa­na po­li­cjan­ta nie za­uwa­ży­łem. Prze­pra­szam.

– Mam pra­wo po­dej­rze­wać, iż do­ku­men­ty są fał­szy­we. Mu­si­my pa­na za­brać na po­ste­ru­nek i wy­ja­śnić tę spra­wę. Pro­szę do ra­dio­wo­zu. Au­to zo­sta­nie od­ho­lo­wa­ne na par­king po­li­cyj­ny.

– Jak to fał­szy­we?! No­wy sa­mo­chód z sa­lo­nu!! Co ty, kur­wa, wy­my­ślasz?!! – Kie­row­ca za­czął krzy­czeć, jed­nak po chwi­li zro­zu­miał, że są in­ne spo­so­by. Pod­szedł do Mło­dej Po­li­cjant­ki. – Prze­pra­szam, że się unio­słem. Mo­że da­ło­by ra­dę ja­koś za­ła­go­dzić tę sy­tu­ację.

Wszyst­ko ukła­da­ło się po jej my­śli.

– Nie ze mną ta­kie roz­mo­wy. – De­li­kat­nie się od­wró­ci­ła, uda­jąc, że coś pi­sze.

Kie­row­ca pod­szedł do Bier­nac­kie­go.

– Pa­na ko­le­żan­ka jest nie­prze­jed­na­na. Mo­że pan się za mną wsta­wi. Ro­zu­miesz… Ja­dę do la­ski z kwia­ta­mi i cze­ka, aż ją… po­ca­łu­ję.

Bier­nac­ki ob­ru­szył się i spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na part­ner­kę. Ta jed­nak sta­ła ty­łem do męż­czyzn, uda­jąc, że spraw­dza au­to. Po­li­cjant uznał to za po­zwo­le­nie.

– A w ja­ki spo­sób mam ją prze­ko­nać?

– Mo­że pan za­brać ślicz­ną ko­le­żan­kę na za­ku­py lub na ko­la­cję.

– Z pen­sji po­li­cjan­ta? – Bier­nac­ki był zbyt głu­pi, aby po­my­śleć, co aku­rat zro­bił.

– To pro­szę. – Kie­row­ca wsu­nął do kie­sze­ni funk­cjo­na­riu­sza zwi­tek pie­nię­dzy.

Wszy­scy od­je­cha­li w swo­ich kie­run­kach. Mło­da Po­li­cjant­ka nic nie mó­wi­ła, uda­jąc, że nie sły­sza­ła ca­łej roz­mo­wy.

Na­stęp­ne­go dnia po­szła do Prze­ło­żo­ne­go, mło­de­go i sza­le­nie przy­stoj­ne­go, z ide­al­nym za­ro­stem i sze­ro­ki­mi bar­ka­mi. Wie­le ra­zy wi­dzia­ła w snach je­go du­że rę­ce na swo­jej szyi.

– Słu­cham? – za­py­tał, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od mo­ni­to­ra.

– Dzień do­bry. Wzy­wał mnie pan. – Sta­ła na bacz­ność.

– Tak… Czy chce mi pa­ni coś po­wie­dzieć?

– Em…. Chy­y­y­ba tak. – Je­śli by nie zo­sta­ła po­li­cjant­ką, to na pew­no by­ła­by świet­ną ak­tor­ką.

– Więc? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny.

– Wczo­raj na pa­tro­lu… nie wiem, czy do­brze wi­dzia­łam, ale funk­cjo­na­riusz Bier­nac­ki chy­ba przy­jął ła­pów­kę od kie­row­cy czar­ne­go Au­di Q7. Nie je­stem pew­na, przez chwi­lę roz­ma­wia­li o czymś. Bier­nac­kie­go kie­szeń by­ła póź­niej wy­pcha­na. Nie wiem… Mo­że to by­ły chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne.

– Dzię­ku­ję za szcze­rość.

– Ale skąd pan to wie? – za­py­ta­ła. – Ka­me­ry… – mu­sia­ła zgad­nąć. Ina­czej oka­za­ła­by się bez­myśl­na i bez­u­ży­tecz­na.

– Oczy­wi­ście. Czy spi­sa­ła pa­ni da­ne oso­bo­we kie­row­cy? – za­py­tał się.

– Tak.

– Ale niech pa­ni wy­tłu­ma­czy jak de­bi­lo­wi. Mia­ła pa­ni po­dej­rze­nia co do ory­gi­nal­no­ści do­ku­men­tów, więc dla­cze­go pa­ni nie zro­bi­ła te­go, co za­mie­rza­ła.

Mło­da Po­li­cjant­ka uda­ła wy­pło­cha.

– Ja chcia­łam, ale Bier­nac­ki ma wyż­szy sto­pień i po­wie­dział, że nie zo­sta­ły sfał­szo­wa­ne, i po­zwo­lił kie­row­cy od­je­chać. Jesz­cze w ra­dio­wo­zie mu mó­wi­łam, że ta­kie rze­czy się spraw­dza w ra­zie naj­mniej­szych po­dej­rzeń. Póź­niej pod ko­mi­sa­ria­tem za­pro­sił mnie na ko­la­cję, ale… pro­szę na nie­go spoj­rzeć. Śle­pa i głu­cha pro­sty­tut­ka by go nie ze­chcia­ła.

Prze­ło­żo­ny uśmiech­nął się lek­ko. Lu­bił ją, ale czuł w niej coś dziw­ne­go, coś, co go od­stra­sza­ło. Nie ufał jej.

– Do­brze za­tem. Ca­ła pro­ce­du­ra zo­sta­nie wsz­czę­ta. Aha i jesz­cze jed­no. Ten sa­mo­chód skra­dzio­no dwa dni te­mu, a toż­sa­mość kie­row­cy i do­ku­men­ty by­ły fał­szy­we. Mia­ła pa­ni do­bre prze­czu­cia. Oby tak da­lej. – Prze­ło­żo­ny po­ka­zał zę­by w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Dzię­ku­ję. Czy mo­gę odejść?

– Oczy­wi­ście.

Jesz­cze te­go sa­me­go wie­czo­ru le­ża­ła na­ga w łóż­ku, czu­jąc ulgę po swo­im speł­nie­niu.

– Wiesz… pier­dol­nię­ta je­steś – po­wie­dział Kie­row­ca Au­di Q7, scho­dząc z niej.

– Mia­łam w tym swój cel, a to­bie nic do te­go. Spa­li­łeś do­ku­men­ty?

– Tak jest, sek­sow­na Pa­ni Wła­dzo.

– Sa­mo­chód po­rzu­ci­łeś bez od­ci­sków? – za­py­ta­ła po­waż­nie. Nie ob­cho­dzi­ły ją kom­ple­men­ty i in­ne ta­kie bzdu­ry.

– Tak.

– To wy­pier­da­laj. Nikt nie mo­że cię u mnie zo­ba­czyć.

– I nie zo­ba­czy – za­pew­niał. – Mo­że zo­sta­nę do ra­na?

– Chcia­ła­bym, ale wiesz, że nie mo­gę ry­zy­ko­wać. Kie­dyś to so­bie od­bi­je­my. – Mu­sia­ła zmie­nić ton, ina­czej ni­g­dy by się nie wy­niósł.

Ubrał się i po­szedł, zo­sta­wia­jąc Po­li­cjant­kę sa­mą, na­gą i pod­du­sza­ną przed go­dzi­ną.

Spra­wa z Bier­nac­kim po­to­czy­ła się dość szyb­ko. Zo­stał wy­rzu­co­ny z po­li­cji i te­raz cze­ka go spra­wa w są­dzie. Nie wie­dział zbyt­nio, co się sta­ło. Kto wszyst­ko wy­ja­wił? I o ja­kiej ko­la­cji by­ła mo­wa. A te pie­nią­dze? Nikt nie mó­wił o pie­nią­dzach!! A ten zwi­tek to nie wie skąd. Prze­cież ona by mu te­go nie zro­bi­ła. By­ła dla nie­go ta­ka mi­ła w ba­rze w to­a­le­cie dwa dni wcze­śniej. To na pew­no nie ona. I na pew­no nie wi­dział jej z tym ko­le­siem na Pu­ła­skie­go oko­ło pół­no­cy. Nie… Prze­cież póź­niej przy­szła do nie­go po­wie­dzieć, jak jej przy­kro, że nie mo­gą być ra­zem. Po­li­cjant­ka i prze­stęp­ca. Ona tak bar­dzo ko­cha swo­ją pra­cę. Ale obie­ca­ła, że zro­bi wszyst­ko, aby od­zy­skał do­bre imię. Bo chce z nim pra­co­wać.

We­szła do ko­mi­sa­ria­tu, wspo­mi­na­jąc głu­pie­go Bier­nac­kie­go z de­li­kat­nym uśmie­chem na twa­rzy. Po­de­szła do dy­żur­ne­go z pa­pie­ra­mi świad­czą­cy­mi o jej prze­nie­sie­niu. Tam, gdzie pra­cu­je jej pry­wat­ny bóg.

Na Głów­nym mło­dy, przy­stoj­ny po­li­cjant, lat oko­ło trzy­dzie­stu, uśmiech­nął się do po­nęt­nej bru­net­ki zza okien­ka dy­żur­ki. Ogar­nę­ła wzro­kiem ca­ły hall. Kil­ka pro­sty­tu­tek, ja­kiś ob­dar­tus w kaj­dan­kach, pła­czą­ca ko­bie­ta z ma­łym dziec­kiem mó­wi­ła w nie­zna­nym Po­li­cjant­ce ję­zy­ku. Dym pa­pie­ro­so­wy i ogól­na wrza­wa nie za­chę­ca­ła do wkro­cze­nia do ja­ski­ni lwa. Od­no­si­ło się wra­że­nie, że każ­dy, na­wet po­li­cjant, jest tam in­tru­zem chcą­cym zbu­dzić be­stię. Miej­sce od­py­cha­ło nie tyl­ko ha­ła­sem i at­mos­fe­rą, ale za­pa­chem dy­mu stę­chli­zny, bru­du i ku­rzu. Jed­nak Mło­da Po­li­cjant­ka szła z jed­nym za­mia­rem: zbli­żyć się do De­tek­ty­wa naj­bar­dziej jak się tyl­ko da. By­ła zde­ter­mi­no­wa­na na ty­le, by po­świę­cić wszyst­ko, co do tej po­ry osią­gnę­ła.

Po­de­szła do przy­stoj­nia­ka i po­da­ła mu pa­pie­ry.

– Pro­szę udać się do Sze­fa. Ko­ry­ta­rzem w pra­wo. Na pew­no pa­ni znaj­dzie. Na drzwiach jest enig­ma­tycz­nie brzmią­cy na­pis „Szef”. – Przy­stoj­ny po­li­cjant pu­ścił do niej oczko.

Jej twarz po­zo­sta­ła nie­wzru­szo­na, ka­mien­na, jak­by nie sły­sza­ła lub za­mie­nia­ła wszyst­kich w słup so­li. Gdy zna­la­zła upra­gnio­ne drzwi, za­pu­ka­ła i cze­ka­ła na za­pro­sze­nie.

– Wcho­dzić, kur­wa. Lu­dzie, nie wie­cie, że się wcho­dzi?? Ty­le lat i na­dal za­po­mi­na­ją gnoj­ki nie­do­uczo­ne – usły­sza­ła mę­ski, za­chryp­nię­ty głos.

– Wi­tam. Zo­sta­łam prze­nie­sio­na na Głów­ny z Lwow­skiej. I nie­ste­ty nie po­in­for­mo­wa­no mnie o bra­ku wy­mo­gów, co do pa­nu­ją­cych tu­taj zwy­cza­jów – oznaj­mi­ła oschle. Od­nio­sła wra­że­nie, że Szef za­nie­mó­wił.

Za­dzior­na jest. Nada się – stwier­dził w my­ślach.

– Ach tak. Cze­ka­łem na cie­bie. Je­steś nie­do­świad­czo­na, ale masz od­po­wied­nie po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści, pó­ki co. Przy­dzie­lam cię do De­tek­ty­wa. Je­mu przy­da się smycz, to­bie do­świad­cze­nie, a mi in­for­ma­tor – po­wie­dział, od­sła­nia­jąc po­żół­kłe zę­bi­ska.

– Czy­li trzy pie­cze­nie na jed­nym ogniu. – Po­li­cjant­ka pro­mien­nie się uśmiech­nę­ła.

Więc już je­steś mój – po­my­śla­ła.

– Idź do dwu­nast­ki. Zo­sta­wi­łem dla cie­bie ak­ta do przej­rze­nia. Za­po­znaj się z ni­mi i po­wo­dze­nia z no­wym part­ne­rem. – Pierw­sze roz­ka­zy od Sze­fa.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się ukryć szczę­ście, któ­re wy­peł­ni­ło jej ser­ce. Nie są­dzi­ła, że od ra­zu tra­fi pod Je­go skrzy­dła.

Opu­ści­ła po­kój i skie­ro­wa­ła się do dwu­nast­ki…– 3 –

Pa­ni Pa­to­log w ak­cji

Wy­so­ka, szczu­pła i nie­zmier­nie po­nęt­na ko­bie­ta pew­nym kro­kiem prze­mie­rza­ła ko­ry­tarz na Głów­nym. Czu­ła na so­bie lu­bież­ne spoj­rze­nia ko­le­gów z Głów­ne­go. Uwiel­bia­ła to. By­ła ko­bie­tą spryt­ną, prze­bie­głą i nad wy­raz wy­ra­cho­wa­ną. Szczy­ci­ła się tym każ­de­go dnia przed lu­strem. Po­dzi­wia­ła się za to. Ma­ki­jaż zaj­mo­wał jej go­dzi­nę. By­ła per­fek­cjo­nist­ką. Z te­go też wzglę­du sta­ła się naj­bar­dziej roz­chwy­ty­wa­nym pa­to­lo­giem w mie­ście. Za­czę­ła pra­co­wać nad naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny­mi spra­wa­mi, ja­kie tra­fia­ły się sza­now­nej i nie­zmier­nie pra­co­wi­tej po­li­cji. Mia­ła jed­nak o nich swo­ją opi­nię. Uwa­ża­ła ich za po­zba­wio­nych mó­zgu tłu­ków, któ­rzy le­d­wo skoń­czy­li szko­łę po­li­cyj­ną, a ich pra­ca nie mia­ła nic wspól­ne­go z za­pew­nia­niem po­rząd­ku w mie­ście.

Je­dy­nie De­tek­tyw był in­ny. Im­po­no­wał jej pod każ­dym wzglę­dem. Po­zna­ła go zna­ko­mi­cie, gdy spo­ty­ka­li się ja­kiś czas te­mu. Spę­dzi­li ze so­bą kil­ka wspa­nia­łych wie­czo­rów i upoj­nych no­cy. Ale nie mo­gła znieść my­śli, że on nie an­ga­żu­je się tak jak ona. By­ła za­ko­cha­na, a je­mu cho­dzi­ło wy­łącz­nie o seks i do­bre to­wa­rzy­stwo, któ­re póź­niej co­raz czę­ściej za­mie­niał na kum­pli w ba­rze al­bo rand­kę z bu­tel­ką wód­ki.

Jed­ne­go wie­czo­ru po­sta­no­wi­ła się z nim roz­mó­wić. Po­wie­dzia­ła, cze­go od nie­go ocze­ku­je. A chcia­ła mi­ło­ści i od­da­nia, czy­li te­go, co ona mo­gła dać od sie­bie je­mu w każ­dej chwi­li, gdy­by tyl­ko ze­chciał. Zna­ła fi­nał roz­mo­wy, ale tlił się w niej pło­myk na­dziei, że mo­że jed­nak on się obu­dzi i za­cznie się sta­rać, że oka­że jej za­in­te­re­so­wa­nie, na ja­kie za­słu­gi­wa­ła. Wie­dzia­ła, że to męż­czy­zna dla niej i że by­li­by ra­zem bar­dzo szczę­śli­wi. Po nie­uda­nym mał­żeń­stwie mia­ła ocho­tę zwią­zać się z kimś zu­peł­nie in­nym niż jej bez­na­dziej­ny by­ły mąż. De­tek­tyw był przy­stoj­ny na­wet mi­mo wie­lo­let­nie­go uza­leż­nie­nia od al­ko­ho­lu. Do te­go sek­sow­ny i nie­zmier­nie in­te­li­gent­ny. Sil­ny pod każ­dym wzglę­dem. A ona po­trze­bo­wa­ła ko­goś ta­kie­go. Nie chcia­ła być sa­ma. Nie zno­si­ła sa­mot­no­ści, pu­ste miesz­ka­nie co wie­czór przy­po­mi­na­ło o bez­na­dziej­no­ści jej ist­nie­nia. Dla­te­go pra­co­wa­ła po dwa­na­ście go­dzin i czę­sto opi­sy­wa­ła wy­ni­ki sek­cji po no­cach w do­mu.

Roz­mo­wa z De­tek­ty­wem uga­si­ła ostat­ni pło­myk na­dziei na szczę­ście. Je­go sło­wa by­ły okrut­ne i wry­ły się w jej pa­mięć bar­dzo głę­bo­ko.

„Je­steś wy­bra­ko­wa­na”.

„Nie chce mi się dziś roz­ma­wiać”.

„Co ci prze­szka­dza w na­szym ukła­dzie? Pie­przę cię, kie­dy chcesz. Ma­ło ci jesz­cze?”

Od­po­wie­dzia­ła tyl­ko: „Ro­zu­miem. Więc pro­szę cię, abyś te­raz wy­szedł”. I do­pie­ro gdy opu­ścił jej miesz­ka­nie, za­czę­ła pła­kać. Bo ko­cha­ła go ca­łą so­bą. Uświa­do­mi­ła so­bie, że jed­nak nie seks ją przy nim trzy­mał. By­ły to je­dy­ne chwi­le szczę­ścia i re­lak­su, ja­kich za­zna­ła od cza­su roz­wo­du. Mi­mo ca­łe­go ide­ału, ja­ki so­bą przed­sta­wia­ła, nie czu­ła się ani pięk­na, ani na ty­le do­bra, że­by móc roz­ko­chać w so­bie je­dy­ne­go męż­czy­znę, na ja­kim jej za­le­ża­ło. To wy­da­rze­nie bar­dzo ją zmie­ni­ło. Dla ko­bie­ty, któ­ra chce dać z sie­bie wszyst­ko, po­czu­cie od­rzu­ce­nia jest naj­gor­sze. Mi­mo ca­łej si­ły, któ­rą w so­bie mia­ła, nie by­ła w sta­nie my­śleć, że ma po co żyć. Znaj­do­wa­ła szczę­ście w przy­god­nym sek­sie i ad­o­ra­cji męż­czyzn, któ­ry­mi ona nie by­ła za­in­te­re­so­wa­na. Bo nie by­li Nim…

– Cześć. Gdzie De­tek­tyw? – za­py­ta­ła jed­ne­go z funk­cjo­na­riu­szy.

– Wi­tam Pa­nią Pa­to­log. Ostat­nio był przy swo­im biur­ku.

– Dzię­ku­ję.

Skie­ro­wa­ła się ku wy­bran­ko­wi swo­je­go ser­ca. Gdy go zo­ba­czy­ła, ogar­nę­ło ją uczu­cie szczę­ścia i smut­ku jed­no­cze­śnie.

– Cześć. Przy­nio­słam wy­ni­ki sek­cji zwłok te­go sie­dem­na­sto­lat­ka i ko­bie­ty. Cie­ka­wa spra­wa. On był pod wpły­wem bar­dzo sil­nych le­ków uspo­ka­ja­ją­cych. Ona też, ale mia­ła ich o wie­le mniej­szą ilość w or­ga­ni­zmie. Sprawdź­cie w miesz­ka­niu, czy znaj­dzie­cie tam le­ki. Aha… I jesz­cze jed­no. Oni nie od­by­li sto­sun­ku.

De­tek­tyw był zdzi­wio­ny ty­mi re­we­la­cja­mi. Są­dził, że spra­wa jest ba­nal­nie pro­sta. Już za­czął pi­sać ra­port koń­co­wy.

Po­dzię­ko­wał tyl­ko za ak­ta i za­czął je czy­tać. Pa­ni Pa­to­log po­czu­ła w ser­cu do­tkli­we ukłu­cie igłą obo­jęt­no­ści De­tek­ty­wa. Ko­cha­ła go, ale z dru­giej stro­ny nie­na­wi­dzi­ła. Z jed­nej stro­ny go chcia­ła, a z dru­giej gar­dzi­ła nim. Z jed­nej stro­ny chcia­ła z nim być, jed­nak z dru­giej wie­dzia­ła, że by­ła­by z nim bar­dziej niż nie­szczę­śli­wa. Ta huś­taw­ka emo­cjo­nal­na sta­ła się nie do wy­trzy­ma­nia. Mę­czy­ły ją cią­głe prze­my­śle­nia na te­mat mi­ło­ści jej ży­cia… Co ro­bi… O czym my­śli… Czy ma ko­goś… Czy ko­goś pie­przy…

Mia­ła wra­że­nie, że on my­śli o niej; że nie wie, co zro­bić. Ta tlą­ca się w niej na­dzie­ja by­ła nie­zno­śna. Nie chcia­ła wiecz­nie cze­kać na je­go po­wrót do ży­wych. Ale ro­bi­ła to przez dłu­gie mie­sią­ce. Spę­dzi­ła je w cier­pie­niu, pła­cząc i tę­sk­niąc każ­de­go wie­czo­ru. Z cza­sem przy­zwy­cza­iła się do bó­lu, któ­ry od­czu­wa­ła nie­mal fi­zycz­nie. Jak­by wbi­ja­no ty­sią­ce igieł w każ­dy frag­ment cia­ła za każ­dym ra­zem, gdy je­go ob­raz po­ja­wiał się w gło­wie. Nie mu­sia­ła go wi­dzieć. Wy­star­czył wi­dok ja­kie­go­kol­wiek łóż­ka, że­by przy­po­mnia­ły jej się ich wspól­ne, peł­ne na­mięt­no­ści wie­czo­ry i no­ce. Już wte­dy wie­dzia­ła, że dla nie­go to tyl­ko pra­gnie­nie przy­jem­no­ści. Je­go sło­wa ca­ły czas dud­ni­ły w gło­wie Pa­ni Pa­to­log: „A dla­cze­go miał­bym od­ma­wiać so­bie przy­jem­no­ści?”. Nie mia­ła mu te­go za złe. Do mi­ło­ści nie moż­na ni­ko­go zmu­sić. Nie­ste­ty…

Po­mi­mo wszyst­kie­go, co zro­bił, nie by­ła w sta­nie zło­ścić się na nie­go. Jed­nak tyl­ko jed­no zda­nie rzu­ci­ło cień na ca­łą je­go nie­ska­zi­tel­ną po­stać.

„Je­steś wy­bra­ko­wa­na”.

Mi­mo że to by­ła jej wi­na, nie mo­gła prze­stać my­śleć, że nikt nie ma pra­wa mieć do niej o to pre­ten­sje. Chcia­ła dzie­ci. On nie. Nie mo­że ich mieć, więc w czym pro­blem? Wie­dzia­ła, że w ni­czym. To był ko­lej­ny spo­sób, że­by się jej po­zbyć. Jed­nak by­ła mu wdzięcz­na, że jest dla niej ta­ki su­ro­wy i oschły. Tłu­ma­czy­ła to fak­tem, iż nie chciał jej ra­nić nie­do­mó­wie­nia­mi. Pró­bo­wał ją do sie­bie znie­chę­cić, lecz jej mi­łość by­ła sil­niej­sza niż je­go bez­na­dziej­ne sta­ra­nia wzbu­dze­nia w niej nie­na­wi­ści do nie­go.

Czę­sto my­śla­ła o je­go ko­bie­tach. Ni­g­dy nie wi­dzia­ła go z żad­ną dziw­ką. Jed­nak męż­czy­zna ma swo­je po­trze­by. Nie ukry­wa­ła, że brak or­ga­zmu u nie­go był dla niej przy­kry, ale po jej po­dwój­nym unie­sie­niu nie po­tra­fi­ła się tym zbyt­nio przej­mo­wać. Z cza­sem prze­sta­ła się tym mar­twić. On mó­wił, że waż­ne, że ona się speł­nia. Po każ­dej „wpad­ce” mó­wił: „Za du­żo ręcz­ne­go”. Nie ro­zu­mia­ła te­go. Jak wła­sna rę­ka mo­że być lep­sza od jej cip­ki? Wie­dzia­ła, że to przez du­że ilo­ści al­ko­ho­lu i czę­sto pa­lo­ną traw­kę w mło­do­ści. Mógł się le­czyć, ale nie śmia­ła mu te­go za­pro­po­no­wać.

Z je­go szcząt­ko­wych opo­wie­ści wy­ni­ka­ło, że miał ko­goś w prze­szło­ści. Mar­ce­li­na… Co to w ogó­le za imię? Pod ko­niec związ­ku nie sy­pia­li już ze so­bą. Mo­że już wte­dy po­ja­wił się ta­ki pro­blem… Zo­sta­wi­ła go. Dla tak dum­ne­go fa­ce­ta jak on był to cios. Cios w je­go ego. Pa­ni Pa­to­log mo­gła się tyl­ko do­my­ślać, dla­cze­go Pa­ni M. go po­rzu­ci­ła. Być mo­że przez je­go brak doj­rza­ło­ści i chę­ci do stwo­rze­nia ro­dzi­ny… Al­bo pro­ble­my sek­su­al­ne… Moż­li­we, że nie mia­ła ocho­ty dzie­lić ży­cia z kimś, kto nie pod­cho­dzi do nie­go po­waż­nie. Z kimś, dla ko­go al­ko­hol, traw­ka i kum­ple by­li naj­waż­niej­si.

Ale wie­dzia­ła, że już nie pa­li. Tyl­ko pi­je. Za­rze­ka się, że nie ma pro­ble­mu z al­ko­ho­lem. Jed­nak nie był w sta­nie wy­trzy­mać bez wód­ki na­wet jed­ne­go dnia.

Wy­cho­dząc z po­ko­ju, w któ­rym pra­co­wał De­tek­tyw, mi­nę­ła Mło­dą Po­li­cjant­kę. Ni­ska, sek­sow­na bru­net­ka. Za­in­te­re­so­wa­ło to Pa­nią Pa­to­log. „Ja­kaś no­wa su­ka”. Zbyt ład­na na te re­jo­ny. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać i po­sta­no­wi­ła spraw­dzić, kim ona jest. Za­trzy­ma­ła się i za­czę­ła roz­ma­wiać z in­nym de­tek­ty­wem o no­wej spra­wie, któ­rą do­sta­ła. Ką­tem oka ob­ser­wo­wa­ła tę mło­dą, jak pod­cho­dzi do De­tek­ty­wa i za­czy­na z nim roz­ma­wiać, po czym sia­da przy biu­ru obok i pi­sze coś na lap­to­pie. I wszyst­ko sta­ło się ja­sne. To je­go no­wa part­ner­ka!!!

Jak Pa­ni Pa­to­log go zna­ła. Za­czął spo­glą­dać na Mło­dą Po­li­cjant­kę nie­co ner­wo­wo. SPODO­BA­ŁA MU SIĘ!!! To był cios. Je­dy­ne po­cie­sze­nie to fakt, iż ona nie spo­glą­da­ła na nie­go w ogó­le. Sie­dzia­ła obo­jęt­nie przy swo­im biur­ku, zbyt za­an­ga­żo­wa­na w pra­cę. ZBYT!!! Uda­wa­ła. Wie­dzia­ła, że De­tek­tyw pa­trzy na nią. Że jej obo­jęt­ność iry­tu­je go i pod­nie­ca. Na­gle on po­da­je jej wy­ni­ki sek­cji zwłok, któ­re do­stał wcze­śniej. Na pew­no by­li part­ne­ra­mi… Go­rzej być nie mo­gło.

Pa­ni Pa­to­log z pro­mien­nym uśmie­chem na twa­rzy po­że­gna­ła się i uda­ła do swo­je­go pro­sek­to­rium nu­mer 4. Ro­bi­ła tam to, co lu­bi naj­bar­dziej. Kro­iła, ana­li­zo­wa­ła, ba­da­ła i od­kry­wa­ła ta­jem­ni­ce tych, któ­rzy już nic nie mo­gli po­wie­dzieć.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij