Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Devourer of Men. Gdy wzywa mrok. Devourer. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3959 pkt
punktów Virtualo

Devourer of Men. Gdy wzywa mrok. Devourer. Tom 1 - ebook

Czym jest honor, gdy nocą szepcze do ciebie bestia?

Kapitan James Hak od lat dźwiga ciężar klątwy i wspomnienia Wendy Darling. Kiedy jej trop prowadzi go na mroczną wyspę, znaną jako Kraina Wieczności, staje twarzą w twarz z Rokiem– Krokodylem, swoim największym wrogiem… i osobą, do której niebezpiecznie go ciągnie.

Zmuszeni do współpracy, wkraczają w świat wróżkowych pokus, dworskich spisków i magii. Ich śledztwo prowadzi prosto do Wendy – teraz królowej uwięzionej między polityczną walką a uczuciami, które nigdy nie wygasły.

Gdy nienawiść przeradza się w coś znacznie bardziej zakazanego, a dawne klątwy budzą się do życia...Czy miłość może ocalić to, co zostało przeklęte? A może prawdziwy potwór dopiero się budzi?

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-660-3
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

Powstanie tej serii nie byłoby możliwe bez pomocy kilku czytelników.

Przede wszystkim chciałabym podziękować Jeffowi za dokładne przeczytanie książki Devourer of Men pod kątem treści wrażliwych i pomoc w przedstawieniu relacji Jamesa Haka z Krokodylem z odpowiednią wiernością i szacunkiem. Wszelkie nieścisłości w treści książki są wyłącznie moją winą.

Składam ogromne podziękowania dla Rae i Ashleigh za beta-lekturę i – jak zawsze – utrzymywanie mnie na powierzchni!

Na koniec dziękuję JV St. Crowe’owi, mojemu mężczyźnie numer jeden i serdecznemu przyjacielowi. Doceniam wszystkie nasze rozmowy na temat fabuły, dyskusje o postaciach i nieustające wsparcie. Gdybym była postacią z romansu z gatunku „po co mam wybierać”, byłbyś moim ulubionym mężem.

1

Hak

Przebywam na Siedmiu Wyspach już od bardzo dawna – być może tak długo, że nie odważyłbym się policzyć. Minęło wiele, wiele lat, odkąd postawiłem stopę na wyspie znanej jako Kraina Wieczności.

Kraina Wieczności leży w archipelagu wysp pomiędzy Krainą Przyjemności i Mroczną Krainą. Na północ od niej znajduje się Nibylandia. Od zawsze miała poważne problemy z tożsamością, o ile wyspy mogą ją mieć. Chciałaby być szanowana i potężna, ale w gruncie rzeczy trudno jej sprostać własnym oczekiwaniom. Wydaje się, że odkąd tu byłem wiele lat temu, poddała się swoim godnym ubolewania dążeniom.

Powietrze śmierdzi sadzą i szczynami. Nie czuć tu żadnej energii, jakby ktoś nacisnął przełącznik.

Byłem tak bardzo pochłonięty wojną z Peterem Panem, że nie miałem czasu obserwować, jak zmieniło się Siedem Wysp.

– A więc…? – Spogląda na mnie zarządczyni doków. Ma cienkie brwi tworzące łuk nad oczami, które są szeroko otwarte, jakby w wyrazie ciągłego niepokoju. Rozdarcia jej tweedowej marynarki zostały zszyte karmazynową nicią, która prawdopodobnie miała pasować do odcienia jej jaskrawoczerwonych włosów. Wokół niej unosi się zapach, który przywodzi na myśl dym z palonej szałwii i herbatę z przyprawami.

– Słucham? – pytam, bo nie do końca pamiętam, na czym skończyliśmy rozmowę.

– Jak długo? – powtarza. Siedzi z uniesionym piórem nad otwartym dziennikiem.

Spoglądam na mój statek zacumowany w połowie doku. Na pokładzie została moja młodsza siostra Cherry z garstką ludzi z załogi. Powiedziałem jej, że ma pilnować jedynego miejsca, które możemy nazwać domem. Tak naprawdę bardziej martwię się o jej bezpieczeństwo na lądzie niż o swoje na morzu.

– Na początek tydzień – odpowiadam.

– W porządku.

Obserwuję, jak w sąsiednim doku wydzierają się na siebie dwaj mężczyźni. Po chwili jeden z nich wyciąga pistolet i strzela. Zarządczyni doku ignoruje to i po prostu robi notatkę w swoim dzienniku.

– Co się stało z tym miejscem? – mruczę.

Kobieta spogląda na mnie przez grzywkę rudych włosów.

– Chcesz usłyszeć prawdę czy moją opinię?

– A jest jakaś różnica?

– Monarchia – oznajmia i zatrzaskuje księgę – została opanowana przez malum vermes. Tfu. – Udaje, że pluje w kierunku doku nadgryzionego przez złą pogodę.

Malum vermes. Złe robaki. Mieszkańcy Krainy Wieczności nigdy nie lubili nazywać wiedźm po imieniu – prawdopodobnie dlatego, że ich monarchia została założona przez wiedźmy. Muszą teraz poprawiać własną historię, aby czuć się lepiej.

Ze wszystkich wysp archipelagu tutaj wierzy się w najwięcej przesądów. Ostatnim razem, gdy tu byłem, mieszkańcy wieszali nad oknami woreczki z ostem nasączonym mlekiem w nadziei, że zmyli to vermes.

– Złe robaki, powiadasz? Więc jak to jest?

– Hę? – Jej brwi opadają, ale tylko odrobinę.

– To twoja opinia czy prawda?

Wzrusza ramionami i oblizuje koniec pióra, aby ponownie zwilżyć atrament.

– To będzie sto frongów za tydzień.

– Sto! Chyba żartujesz.

– Jeśli cena ci nie pasuje, możesz popłynąć na inną wyspę.

– Cholera jasna. – Sięgam do kieszeni kurtki i wyciągam pieniądze. – Za stówę te doki powinny być wybrukowane złotem.

Parska i bierze pieniądze.

– Załatw to z królową.

– Na pewno z nią o tym porozmawiam. – Uśmiecham się do niej szelmowsko.

Ktoś woła jej imię, a ona pospiesznie odchodzi, mamrocząc coś o dandysach w aksamitach. Spoglądam w dół na mój aksamitny surdut i zaczynam się zastanawiać, czy na pewno powinienem go wkładać. Wytworny aksamit z Zimowej Krainy kosztował mnie więcej, niż byłbym skłonny przyznać. Miał być rodzajem deklaracji – że jestem szanowanym obywatelem i dobrze mi się powodzi. Ojciec wbił mi to do głowy już w dzieciństwie.

Zawsze musimy wyglądać na kogoś lepszego.

Ale to działa tylko na ludzi, którym to imponuje. Tutaj to ubranie po prostu krzyczy: Cześć. Jestem frajerem. Łatwo mnie okraść.

Z pomrukiem niezadowolenia szarpię za klapy, aby poprawić marynarkę, i ruszam wzdłuż doku.

Port numer trzy jest przeznaczony dla podróżnych, więc ludzie, którzy się tu kręcą, nigdzie się nie spieszą, a wielu z nich jest pijanych.

Udaję się do serca miasta Południowe Avis w Krainie Wieczności. Avis przylega do muru zamku, a z odpowiedniego punktu można dostrzec jego wieże wystające zza horyzontu. Teraz zbliża się zmierzch i jest zbyt ciemno i pochmurno. Zresztą i tak nie przybyłem tu, aby podziwiać potęgę monarchii.

Smee potwierdziła, że Wendy była widziana ostatnio w więzieniu w Wieży na wschodnim krańcu Avis. Skaliste wybrzeże i słone morskie fale sprawiają, że jest to naprawdę niegościnne miejsce. Od czasu, gdy Pan porzucił Wendy na tej wyspie, minęło wiele lat i wątpię, żeby nadal tam była. Niemożliwe, by ktokolwiek przetrwał w Wieży tak długo.

Nasuwa się jednak pytanie: jeśli nie jest już więźniem, to dlaczego nie dostałem od niej żadnej wiadomości? Dlaczego nie wróciła do Nibylandii?

Właściwie nie jestem pewien, czy chcę poznać wszystkie odpowiedzi. Czasami lepiej głęboko pogrzebać pewne kwestie, potrzebuję jednak informacji, zanim będę mógł opracować plan.

Na głównej drodze prowadzącej do doków rozbrzmiewa kakofonia odgłosów końskich kopyt, gazeciarzy i ulicznych sprzedawców nawołujących do zakupu. Powietrze pachnie prażonymi orzeszkami ziemnymi i końskim gównem.

Zapach orzeszków sprawia, że natychmiast zaczynam myśleć o nim – moim śmiertelnym wrogu – więc oddalam się z tego miejsca tak szybko, jak mogę.

Ze stukotem kół przejeżdża powóz. Czekam na rogu, aż droga będzie wolna. Dalej ulica rozwidla się w trzech kierunkach. Powinienem podążyć Second Street, która wznosi się do części miasta określanej mianem Na Wzgórzu. Jest tam mnóstwo pokoi do wynajęcia, a w tawernach wielu pijaków z niewyparzonymi gębami.

Gdy docieram na szczyt, a ulica przestaje się piąć pod górę, dostrzegam zwisający szyld zajazdu Królewska Komnata. Na górze namalowano czerwone serce, a wokół napisu wiją się kolczaste pnącza. Wnętrze zajazdu jest wypełnione po brzegi. Śmiech, odgłosy biesiady, picia i tańców wypełniają zadymioną przestrzeń. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Podchodzę do baru, przy którym wita mnie kobieta o połowę młodsza ode mnie, ubrana w kurtkę z wysokim kołnierzem i czerwonym sercem wyszytym na piersi.

– Witam – mówi nieco rozkojarzona barmanka. Przez ramię ma przewieszony ręcznik, trzyma pustą tacę. – Jak mogę panu pomóc?

– Potrzebuję pokoju, jeśli macie jakiś wolny.

– Oczywiście. – Odstawia tacę na bok i wyciąga grube tomiszcze, księgę hotelową. – Pańskie nazwisko, sir?

– Kapitan James Hak.

Wpisuje moje nazwisko, po czym podaje mi żelazny klucz.

– Pokój jest z tyłu. Numer jedenaście, sir. Kolacja jest serwowana o wpół do szóstej. Dziś już jest za późno, ale mogę przygotować dla pana coś na zimno, jeśli jest pan głodny. Mamy dzisiaj gulasz z dziczyzny. Przy okazji, jestem Mills. Kucharka i właścicielka gospody.

– Miło mi panią poznać. Chętnie zjem kolację jutro, a dzisiaj bardzo dziękuję.

Jakiś mężczyzna wykrzykuje imię kobiety, a ona wypuszcza z irytacją powietrze.

– Czy to wszystko?

– Tak, dziękuję.

Boczne drzwi tawerny prowadzą do alejki na tyłach, oddalonej od ruchliwej i hałaśliwej ulicy. Znajduję pokój numer jedenaście, przekręcam klucz w zamku i słyszę, jak rygiel się otwiera. Drzwi skrzypią, gdy je popycham. Pomieszczenie nie jest tak duże jak mój pokój w domu rodzinnym. Zaskakuje mnie ukłucie tęsknoty.

Nie mogę wrócić do domu.

Nie mam innego domu niż mój statek.

Peter Pan wyraził to wystarczająco jasno.

W pokoju są trzy okna: dwa naprzeciwko od wejścia i jedno po zachodniej stronie, które wychodzi na niewielki ogródek. Widzę dwuosobowe łóżko z nierównym materacem i wytartą kołdrą pomiędzy dwoma stolikami, na których stoją lampy. Z kranu w łazience kapie woda.

Pod jednym z okien, przy okrągłym stole stoi wyglądające na chybotliwe drewniane krzesło. Siadam. Gdy w końcu odpoczywam, czuję w nogach echo fal oceanu. Opieram się o krzesło, zamykam oczy i biorę głęboki oddech. A jeśli nie znajdę Wendy Darling? Co jeśli nie chce zostać znaleziona? Albo gorzej – co jeśli on znajdzie ją pierwszy?

Niemożliwe. Zostawiłem go nieprzytomnego w Nibylandii i mam sporą przewagę. Krokodyl nie mógłby mnie tu dorwać.

Może w ogóle mnie nie znajdzie.

Może już nigdy go nie zobaczę.

Na samą myśl ściskają mi się wnętrzności.2

Hak

Minęło siedem dni. Odwiedziłem pół tuzina tawern i wydałem niezliczoną ilość monet, aby otworzyć usta miejscowych i zdobyć choćby strzęp informacji. Choćby ślad.

Czego się dowiedziałem?

Niczego.

Nikt nie słyszał o Wendy Darling.

Nikt nie ma znajomych w Wieży ani w straży więziennej.

Odbiłem się od muru.

– Dobry wieczór, kapitanie – woła Mills, gdy omijam wejście do tawerny i kieruję się na tyły. Stoi przy słupku ogrodzenia i trzcinką trzepie dywan. W powietrzu unoszą się tumany kurzu. Kosmyki jej ciemnobrązowych włosów przylgnęły do spoconego czoła.

– Dobry wieczór pani.

– Mills – poprawia mnie.

– Oczywiście. – Uśmiecham się do niej i idę dalej. Mimo że nie ma jeszcze pory kolacji, moja głowa pulsuje, a wzrok jest niepewny po wypiciu trzech pełnych kieliszków miejscowego wina, które polecił mi Duży Billy Green.

Pomimo swojego przydomka Duży Billy jest niższy ode mnie o całą dłoń, ale pił, jakby był dwa razy wyższy. Być może nie widzi butelek stojących na najwyższych półkach baru, ale na pewno potrafiłby wypić ich zawartość.

Podobno znał Smee, co kazało mi przypuszczać, że może znać Wendy. Ale to też był ślepy zaułek.

Podchodzę do drzwi, wyciągam żelazny klucz z kieszeni i zakładam na koniec haka. Obracam go i rozmyślam.

Być może źle do tego podchodzę.

Ile lat minęło, odkąd ostatni raz widziałem Wendy? Ile miałaby teraz lat?

Na archipelagu ludzie nie starzeją się tak jak zwykli śmiertelnicy, ale magia każdej wyspy jest trochę inna. Na Nibylandii nikt się nie starzeje, ale w Krainie Wieczności ten proces przebiega podobnie jak w domenach śmiertelników.

Na samą myśl o tym ściska mi się żołądek.

Może Wendy już nie żyje?

Co jeśli…

Coś chrzęści na kamieniu pod moim butem. Podnoszę stopę i znajduję rozsypane skorupki z fistaszków.

Powietrze zamarza mi w płucach, a lód wypełnia żyły.

Nie.

Odwracam się. Słyszę, jak wali mi serce, ale nikogo tam nie ma.

Tylko Mills, która trzepie dywan.

Klap. Klap.

Echo końskich kopyt z ulicy w dole wzgórza miesza się z głosami dobiegającymi z otwartych okien na tyłach tawerny.

Gdzie jesteś, Krokodylu?

Powiew wiatru przecina dziedziniec, a suche liście szeleszczą na bruku.

Może czeka na mnie w tawernie?

Za otwartymi oknami przesuwają się cienie, ale nie mogę dostrzec twarzy. Czuję się, jakbym był na widoku, bezbronny. Chyba dokładnie o to mu chodziło.

Moja twarz płonie, gdy myślę o tym, że mnie obserwuje.

Pieprzyć to i pieprzyć jego. Prowokuje mnie. Nie dam się na to złapać. Wchodzę do pokoju, zanim zdążę pomyśleć, czy warto się tak spieszyć.

A jeśli czeka w środku?

Wymachuję hakiem jak bronią. Drugą rękę trzymam na rękojeści pistoletu, tak na wszelki wypadek. Sprawdzam za drzwiami, a potem wchodzę do łazienki.

Nikogo tam nie ma.

Z tawerny dobiega salwa śmiechu, aż podskakuję. Potem słyszę stukot kufli z piwem o solidne drewniane stoły.

Czubkiem buta zamykam drzwi i zasuwam rygiel, po czym przyciągam jedno z krzeseł na środek pokoju i siadam na nim, twarzą do drzwi. Nabity pistolet leży na moich na kolanach.

Kiedy tu przyjdzie, wpakuję mu pieprzoną kulę prosto między oczy.

Wydaje mi się, że siedzę na tym pieprzonym krześle już od wielu godzin, ale nie mam co do tego pewności. Wyrzuciłem zegar przez okno od razu, kiedy tu przyszedłem. Wiem tylko, że na zewnątrz panuje ciemność, a biesiada w tawernie ucichła.

Mijają minuty i godziny, a Krokodyl się nie pojawia.

Przez chwilę chodzę po pokoju, próbując zaplanować jakąś strategię. Jednocześnie zastanawiam się, jakie są jego plany.

Może znalazł już Wendy? Może łupiny orzeszków były tylko sztuczką, by mnie tu zatrzymać?

Nalewam sobie rumu, bo od ciągłego chodzenia bolą mnie już plecy. Siadam ze szklanką w dłoni i biorę długi łyk. Trunek pomaga się pozbyć uczucia chłodu w moim wnętrzu, ale nie działa na zszargane nerwy.

Jestem wyczerpany. Moje powieki są ciężkie, ale nie zasnę przez całą noc, jeśli będę musiał.

Opróżniam szklankę, stawiam ją na podłodze obok siebie i ponownie wyciągam pistolet. Czuję się lepiej, gdy wyczuwam spust pod ręką.

Zamykam oczy i budzę się sekundę później.

– Nie śpij – mruczę do siebie, jakby dźwięk mojego głosu mógł osłabić napięcie i poczucie zagrożenia.

Ile jeszcze do świtu? Cztery godziny? Sześć? Cholera jasna. Gdybym tylko tak cholernie nie nienawidził zegarów…

Ponownie mrugam, gdy wyczerpanie grozi, że wciągnie mnie w objęcia snu. Dam radę. Muszę.

Jestem głupcem, skoro tak myślę.3

Roc

Dostanie się do pokoju kapitana nie sprawia mi żadnego problemu.

Właścicielka gospody, Mills, z radością dała mi zapasowy klucz, gdy powiedziałem jej, że chcę zrobić niespodziankę mojemu najlepszemu przyjacielowi, kapitanowi Jamesowi Hakowi.

– Wyglądał, jakby potrzebował przyjaciela – powiedziała Mills.

– Nie ma pani pojęcia, jak bardzo – odrzekłem.

Kiedy wchodzę do jego pokoju, zastaję go śpiącego na rozklekotanym krześle, z pistoletem w dłoni. Noc jest młoda – jeszcze nie nadeszła nawet godzina czarów.

Zostawiam otwarte drzwi, podchodzę do niego i się pochylam. Dzieli nas tylko stopa.

Biorę wdech i czuję zapach pirata. Rum, przyprawy i stare cygara.

Jego usta są lekko uchylone, spomiędzy warg wymyka się równomierny oddech. Ogolił się po tym, jak mnie zostawił.

Dlaczego?

Wygląda teraz na o połowę młodszego. Mniej na zawadiackiego pirata, bardziej na syna kupca, który udaje kogoś innego.

Być może próbuje się przede mną ukryć, jak gdyby bestia taka jak ja nie potrafiła rozpoznać go w ciemności.

W mojej piersi odzywa się dziwne uczucie. Serce wali mi coraz mocniej.

Gdy tutaj płynąłem, planowałem, jak sprawię, żeby kapitan Hak zaczął krzyczeć. Ale teraz, gdy przed nim stoję, krzyk nie wydaje mi się już równie satysfakcjonujący jak jęk.

Może najpierw się z nim pobawię. Może sprawi mi to przyjemność.

Po cichu wyciągam drugie krzesło spod stolika przy oknie i siadam na nim. Kapitan się nie rusza.

Na stoliku nocnym wciąż pali się lampa naftowa, która wypełnia pokój ciężkim, migoczącym światłem.

Wyciągam garść fistaszków, rozłupuję jeden i czekam.

Budzi się o wpół do dwunastej.

Jego rzęsy trzepoczą chwilę. Prostuje się, wyciąga nogi, po czym przypomina sobie, że powinien być czujny i uważać na przerażające bestie. Podskakuje na krześle.

Dostrzega mnie po drugiej stronie pokoju, a jego instynkty biorą górę. Podnosi pistolet i pociąga za spust. Pocisk trafia w ścianę tuż nad moim ramieniem, a tynk opada na podłogę.

– Tęskniłeś za mną, kapitanie? – pytam i rzucam na podłogę łupinę orzeszka ziemnego. – Ja też za tobą tęskniłem.

Błyskawicznie staje na nogi, ale jest zdezorientowany i trochę pijany, więc z łatwością usuwam mu się z drogi.

Jestem też szybszy. Bycie pradawnym, nadprzyrodzonym potworem ma swoje zalety. Obraca się, patrząc szeroko otwartymi oczami.

– To ty.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij