Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Diabelska wyspa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 maja 2026
938 pkt
punktów Virtualo

Diabelska wyspa - ebook

Trwające od sierpnia 1942 do lutego 1943 walki o Guadalcanal były najdłuższą kampanią wojny na Pacyfiku i początkiem amerykańskiej kontrofensywy w wojnie z Japonią. Dramatyczne zmagania w rejonie wyspy prowadzono na lądzie, w powietrzu i na morzu. W książce, napisanej obrazowym i dynamicznym językiem, autor przedstawia zarys bitwy oraz konsekwencje ważniejszych epizodów.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-17871-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PIĘĆDZIESIĄTA DZIEWIĄTA WALKA CHORĄŻEGO SAKAI

Nie­ludzki upał, typowy dla tej pory roku, zda­wał się dusić wszel­kie oznaki życia na wyspie. Pió­ro­pu­szy palm, obrze­ża­ją­cych wycięty w dżun­gli pas lot­ni­ska, nie poru­szał naj­lżej­szy nawet powiew. Roz­ło­żona leni­wie przed bara­kiem grupa japoń­skich lot­ni­ków z utę­sk­nie­niem ocze­ki­wała na roz­kaz startu. Grube kom­bi­ne­zony, kami­zelki ratun­kowe, obcią­ga­jąca pas ciężka kabura z pisto­le­tem – wszystko to skła­dało się na strój nader uciąż­liwy w tro­pi­kach. Dopiero tam, w górze, czło­wiek czuł się lekki i swo­bodny, a kom­bi­ne­zon, heł­mo­fon i szal sta­no­wiły pożą­daną ochronę przed chło­dem.

Dzi­siej­sze zada­nie dywi­zjonu myśliw­ców, sta­cjo­nu­ją­cego na wyspie Nowa Bry­ta­nia, nieco na wschód od Nowej Gwi­nei, pole­gało na osło­nie wyprawy bom­bo­wej, skie­ro­wa­nej prze­ciw ame­ry­kań­skiej bazie lot­ni­czej na połu­dnio­wym skraju Nowej Gwi­nei. Inte­re­su­jąca roz­ma­itość po mono­to­nii codzien­nych patroli – i pod­nie­ca­jąca per­spek­tywa nie­uchron­nej walki powietrz­nej z myśliw­cami wroga.

Ale roz­kaz „do maszyn” nie nad­cho­dził, nato­miast z namiotu, w któ­rym znaj­do­wała się radio­sta­cja, wysko­czył łącz­nik i pobiegł do baraku ope­ra­cyj­nego. Cho­rąży Hatō zga­sił papie­rosa, pod­niósł się i przez okno zaj­rzał do baraku.

– Oho, coś nowego. Stary wyciąga inną mapę. Już nad nią sie­dzą. I mówią jeden przez dru­giego. Prze­stań­cie gadać, może coś usły­szę… Coś o Guadal­ca­nal. Tak, na pewno. Czeka nas w takim razie cie­kawa robota. Kawał drogi do tej wyspy.

Wszy­scy piloci świet­nie znali mapę Pacy­fiku, z pamięci mogli wska­zać poło­że­nie waż­niej­szych wysp i okre­ślić nie­mal bez­błęd­nie dzie­lące je odle­gło­ści. Nagle otwarły się drzwi i sprę­ży­stym kro­kiem wyszedł z nich kapi­tan Masa­hisa Saito, dowódca dywi­zjonu. Piloci pode­rwali się i oto­czyli go zwartą grupą.

– O godzi­nie pią­tej minut dwa­dzie­ścia pięć znaczne siły nie­przy­ja­ciel­skie ude­rzyły na Guadal­ca­nal, drugą od połu­dnia wyspę Archi­pe­lagu Salo­mona, i roz­po­częły lądo­wa­nie, rów­no­cze­śnie zaj­mu­jąc sąsied­nią wyspę Tulagi. Na Guadal­ca­nal budu­jemy od paru mie­sięcy lot­ni­sko, do któ­rego uru­cho­mie­nia dowódz­two przy­wią­zuje bar­dzo dużą wagę. Na Tulagi sta­cjo­nują główne siły powietrz­nego kor­pusu Yoko­hama. Sytu­acja jest poważna. Nasze siły mor­skie otrzy­mały roz­kaz natych­mia­sto­wego skie­ro­wa­nia w ten rejon okrę­tów w celu znisz­cze­nia jed­no­stek inwa­zyj­nych. Nasz dywi­zjon osła­nia grupę śred­nich bom­bow­ców, które ude­rzą w okręty nie­przy­ja­ciela. Star­tu­jemy eska­drami o ósmej i ósmej dzie­sięć. Spraw­dzić zegarki. – Wycią­gnął dłoń i po odli­cze­niu dzie­się­ciu sekund powie­dział: – Jest w tej chwili dokład­nie siódma czter­dzie­ści. Pierw­sza eska­dra odciąga i wiąże wroga w powie­trzu, druga bez­po­śred­nio eskor­tuje bom­bowce. Idź­cie po mapy. Nawi­ga­tor da wam szcze­gó­łowe wska­zówki, jak prze­pro­wa­dzić lot. I pamię­taj­cie: do celu mamy osiem­set kilo­me­trów, to będzie wasza naj­dłuż­sza wyprawa. Oszczę­dzać paliwo!

Dwa­dzie­ścia minut potem cho­rąży Saburō Sakai, dowódca klu­cza, sado­wił się w swej maszy­nie. Gdy koło­wał na start, przez głowę prze­bie­gały mu strzępy otrzy­ma­nych instruk­cji i infor­ma­cji. Naj­waż­niej­sza: po raz pierw­szy w życiu miał się spo­tkać z nie­przy­ja­ciel­skimi pilo­tami mor­skich sił powietrz­nych!

Był asem. Jed­nym z czo­ło­wych asów japoń­skich sił powietrz­nych. Na swym kon­cie miał nie­wia­ry­godną liczbę 57 zestrze­lo­nych nie­przy­ja­ciel­skich maszyn. Wśród nich były chiń­skie samo­loty bojowe – ame­ry­kań­skiej i radziec­kiej pro­duk­cji – z okresu kam­pa­nii chiń­skiej, były ame­ry­kań­skie bom­bowce nur­ku­jące Douglas, były myśliwce Cur­tiss i Buf­falo; pamię­tał smugę dymu walą­cego się w morze swego pierw­szego Boeinga B-17 – jak się potem dowie­dział, pierw­szej lata­ją­cej for­tecy zestrze­lo­nej przez japoń­skiego pilota. Doświad­cze­nie zdo­byte w set­kach walk powietrz­nych wyro­biło w nim głę­bo­kie prze­ko­na­nie, iż przy rów­no­wa­dze liczeb­nej, a nawet prze­wa­dze wroga, zdolny jest poko­nać każ­dego ame­ry­kań­skiego myśliwca. W prze­ko­na­niu tym nie było nawet cie­nia zaro­zu­mia­ło­ści. Ow­szem, Saburō Sakai znał swą war­tość jako pilota, jed­nakże wie­dział rów­nież, że głów­nym jego atu­tem jest jego maszyna: nie­po­ko­nany, osła­wiony myśli­wiec Mit­su­bi­shi A6M Zero. Szyb­szy, zwrot­niej­szy i lżej­szy od uży­wa­nych w stre­fie Pacy­fiku myśliw­ców alianc­kich, góru­jący siłą ognia nad pokła­do­wymi myśliw­cami Buf­falo, które w walce z nim nie miały z reguły żad­nych szans. Pogrom tych wła­śnie samo­lo­tów spra­wił, że w oczach pilo­tów japoń­skich myśli­wiec Zero ucho­dził za wzór dosko­na­ło­ści. Budo­wano go seryj­nie w kilku warian­tach lądo­wych i mor­skich, róż­nią­cych się zasię­giem, udźwi­giem i uzbro­je­niem.

Saburo Sakai przy­po­mniał sobie, jak rok temu, w kasy­nie, jeden z kole­gów tłu­ma­czył roz­ra­do­wa­nym pilo­tom frag­menty arty­kułu facho­wego ame­ry­kań­skiego cza­so­pi­sma „Avia­tion”, według któ­rego więk­szość japoń­skich samo­lo­tów jest już cał­ko­wi­cie lub czę­ściowo prze­sta­rzała, piloci – nie­do­szko­leni, a „całe japoń­skie siły powietrzne mary­narki wojen­nej skła­dają się zale­d­wie z czte­rech lot­ni­skow­ców i dwu­stu samo­lo­tów”. Saburo uśmiech­nął się do sie­bie. Wielki naród japoń­ski ni­gdy nie chwa­lił się swoją potęgą, potra­fił zama­sko­wać lub ukryć rze­czy­wi­ste dane o pro­jek­to­wa­nych i budo­wa­nych pan­cer­ni­kach, krą­żow­ni­kach i lot­ni­skow­cach, nie ujaw­niał praw­dzi­wej cha­rak­te­ry­styki samo­lo­tów i innych rodza­jów uzbro­je­nia. Cudzo­ziemcy widzieli tylko to, co widzieć powinni: naj­czę­ściej broń starą i nie­groźną.

Od czasu wojny w Chi­nach alianci wie­dzieli o ist­nie­niu myśliw­ców Zero, ale żaden samo­lot tego typu nie wpadł w ich ręce, żaden nawet nie był strą­cony, co świad­czyło nie­zbi­cie o jego wyso­kiej kla­sie. Dopiero w lipcu 1942 roku – o czym warto przy­po­mnieć – zdo­łano zdo­być jeden egzem­plarz Zero. Nie­zwłocz­nie został on prze­słany do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i grun­tow­nie zba­dany przez eks­per­tów, któ­rzy stwier­dzili w nim sporo wad. Do tego czasu zdą­żył on zde­kla­so­wać nie tylko stan­dar­dowe myśliwce pokła­dowe Ame­ry­ka­nów typu F2A Buf­falo, z któ­rymi naj­czę­ściej wal­czył w stre­fie Pacy­fiku, lecz i naj­lep­sze spo­śród myśliw­ców lot­nic­twa sił mor­skich (US Navy Air Force) w pierw­szej fazie walk na Pacy­fiku, typu Grum­man F4F-1 Wild­cat. Nie­liczne nowo­cze­śniej­sze modele myśliw­ców – War­hawk i Air­co­bra – wcho­dzące w skład lot­nic­twa sił lądo­wych (US Army Air Force), na ogół rzadko miały oka­zję zmie­rze­nia się z japoń­skim myśliw­cem Zero. Nic więc dziw­nego, że w wal­kach o pano­wa­nie nad Pacy­fi­kiem ame­ry­kań­scy piloci lot­nic­twa mor­skiego pono­sili ogromne straty. Dopiero wtedy, w nad­zwy­czaj trud­nych warun­kach bojo­wych, zorien­to­wali się, jaką prze­wagę mają Japoń­czycy w sprzę­cie, który przed wojną nie był nale­ży­cie doce­niany. Uspo­ka­ja­jące wie­ści, że cesar­skie lot­nic­two dys­po­nuje na ogół prze­sta­rza­łymi samo­lotami, a japoń­scy piloci mają słaby wzrok, oka­zały się bez­pod­stawne.

Saburo Sakai w miarę przy­bli­ża­nia się do celu czuł stop­niowo nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Wie­dział o nie­chyb­nym spo­tka­niu z wro­giem. Uprze­dzono ich, że ame­ry­kań­scy piloci mor­scy latają na nowych maszy­nach, znacz­nie lep­szych od myśliw­ców Buf­falo. Nie oba­wiał się ich, ale mimo woli myślał, czy i tym razem w star­ciu z prze­ciw­ni­kiem myśli­wiec Zero zachowa swą prze­wagę – swój główny atut: pręd­kość, zwrot­ność i siłę ognia.

W tej chwili samo­lot pilo­to­wany przez Sakai wyszedł z chmur. Cztery tysiące metrów pod nim bły­snęła w słońcu roz­lana po hory­zont tafla Pacy­fiku. Na lewo – ciemna, kędzie­rzawa pal­mami Guadal­ca­nal.

Powierzch­nia wody zda­wała się być cał­ko­wi­cie pokryta jed­nost­kami ame­ry­kań­skiej floty. Sakai ni­gdy jesz­cze nie widział tylu okrę­tów nie­przy­ja­ciel­skich jed­no­cze­śnie. Dłu­gie, zje­żone dzia­łami syl­wetki krą­żow­ni­ków, uwi­ja­jące się wokół nich nisz­czy­ciele, opa­słe klocki trans­por­tow­ców, setki maleń­kich kre­se­czek, zauwa­żal­nych dzięki pozo­sta­wia­nym za sobą war­ko­czom spie­nio­nej wody – barek desan­to­wych, dążą­cych do brzegu.

Sakai rzu­cił okiem na boki. Sre­brzy­ste Zero wycho­dziły trój­kami z chmur jak na defi­la­dzie. Poni­żej nad cel nasu­wały się eska­dry bom­bow­ców Mit­su­bi­shi G4M2-1 zwa­nych przez Ame­ry­ka­nów bez­sen­sow­nie, zda­niem Sakai, Betty. Nowe roz­kazy przy­szły zbyt nagle, nie było czasu, by zmie­nić pod­wie­szone już bomby na tor­pedy. Szkoda – pomy­ślał – atak tor­pe­dowy byłby daleko sku­tecz­niej­szy.

Pierw­sze maszyny nad­la­ty­wały nad obszar inwa­zji, od kadłu­bów ode­rwały się bomby, pole­ciały na cel. Jedna, dwie musiały tra­fić – z jakie­goś pokładu buch­nął czarny dym pożaru. Wokół samo­lo­tów pękały setki obłocz­ków; jedna, potem druga maszyna poszła para­bolą w dół, wlo­kąc za sobą czarny war­kocz dymu. Sakai ze zdu­mie­niem zauwa­żył, że ostrze­li­wuje ich arty­le­ria z lądu. Nie mógł powstrzy­mać uczu­cia podziwu, wywo­ła­nego spraw­no­ścią lądo­wa­nia wroga. Pamię­tał, że wyła­du­nek około 30 japoń­skich stat­ków pod­czas inwa­zji na Soera­baję trwał bli­sko tydzień. Tu było ich kil­ka­krot­nie wię­cej, lądo­wa­nie Ame­ry­ka­nów trwało zale­d­wie od paru godzin, a z brzegu biły już bate­rie pelot..

Pilo­tom eskorty myśliw­skiej przy­pa­dała, jak dotąd, jedy­nie rola obser­wa­to­rów. Pierw­sze eska­dry speł­niły widocz­nie swoje zada­nie i odcią­gnęły nie­przy­ja­ciel­skie myśliwce. Niebo było czy­ste.

Ale nie. For­ma­cję Saburo Sakai prze­szyły rap­tem smugi poci­sków. Nie­przy­ja­ciel­skie myśliwce ata­ko­wały z góry, od słońca. Samo­loty roz­pry­sły się w mgnie­niu oka, biły świecą w górę, nur­ko­wały, skrę­cały w bok, usi­łu­jąc strzą­snąć wroga z kar­ków.

Sakai zoba­czył pod sobą trzy myśliwce, ści­gane przez ame­ry­kań­skiego pilota. To chyba moi chłopcy – prze­mknęło mu przez myśl. – Hatori, Yoke­nawa i ktoś jesz­cze. Pocze­kaj, bra­cie – rzu­cił przez zęby pod adre­sem pęka­tej syl­wetki nie­przy­ja­ciel­skiego samo­lotu. Popra­wił maskę tle­nową, pchnął drą­żek ste­rowy i ostro poszedł w dół. Siła przy­spie­sze­nia wgnio­tła go w fotel. Wyostrzo­nym wzro­kiem obser­wo­wał manewry Ame­ry­ka­nina. Syl­wetka wro­giego samo­lotu weszła w kręgi celow­nika. Naci­snął spust. Poci­ski smu­gowe prze­kre­śliły w dole tar­czę morza, mija­jąc cel. Przy tej odle­gło­ści nie mogły być sku­teczne, lecz Sakai osią­gnął to, czego chciał: ame­ry­kań­ski pilot spo­strzegł, że jest ata­ko­wany, porzu­cił ści­gane myśliwce i gwał­tow­nym zwro­tem bojo­wym pode­rwał się do walki z nowym prze­ciw­ni­kiem.

Nie miał wąt­pli­wo­ści: krótka, pękata syl­wetka – to musiał być Grum­man F4F-1 Wild­cat, o któ­rym sły­szał, że jest naj­lep­szym myśliw­cem ame­ry­kań­skiej mary­narki. Pilot też był dobry. W sumie walory bojowe prze­ciw­nika prze­wyż­szały wszystko, z czym Saburo Sakai dotych­czas się w powie­trzu zetknął.

Zwarli się w zacie­kłej walce koło­wej, nazy­wa­nej przez Ame­ry­ka­nów „dog fight”. Roz­pę­dzone maszyny krą­żyły na jed­nym pozio­mie w gigan­tycz­nej karu­zeli, nie mogąc od razu uzy­skać dogod­nej pozy­cji do otwar­cia ognia.

Saburo zorien­to­wał się, że jego Zero łatwiej wcho­dzi w cia­sny wiraż i stop­niowo zdo­bywa prze­wagę nad nie­przy­ja­cie­lem. Wtło­czony w burtę, czu­jąc wła­snym cia­łem pęd hura­ganu, który potęż­nymi cio­sami ude­rzał w maszynę, zaczął zmniej­szać pro­mień kręgu i wcho­dzić na ogon Wild­cata. Jesz­cze parę sekund i pierw­sze serie z kaemów dra­snęły kadłub prze­ciw­nika. Zachwiał się jak pod­cięty batem, ale leciał dalej. W tym poje­dynku uwi­docz­niły się zalety i wady obu samo­lo­tów. Zero był zwrot­niej­szy, lecz Wild­cat prze­wyż­szał go moc­niej­szą kon­struk­cją, lep­szym opan­ce­rze­niem kabiny pilota, odpor­no­ścią na ogień. Znie­cier­pli­wiony Saburo prze­su­nął kciu­kiem prze­łącz­nik dzia­łek, jesz­cze raz naci­snął spust. Ta seria oka­zała się roz­strzy­ga­jąca. Dwu­dzie­sto­mi­li­me­trowe poci­ski roz­szar­pały Wild­cata, w mgnie­niu oka zamie­niły go w pło­nącą masę złomu, która kozioł­ku­jąc spły­nęła w dół. Wprost trudno było uwie­rzyć, że pilot wyszedł cało z tego ognia i zdo­łał otwo­rzyć spa­do­chron. Pięć­dzie­siąte ósme zwy­cię­stwo – pomy­ślał Saburo i ści­snął drą­żek, by dołą­czyć do swej pary, która wisiała nad nim, obser­wu­jąc prze­bieg walki, gotowa przyjść z pomocą w razie potrzeby. Piloci pozdro­wili go ruchami rąk, Hatori poka­zał białe zęby w sze­ro­kim uśmie­chu, Yoke­nawa pod­nie­sioną dło­nią wyra­żał swe uzna­nie.

Bitwa jesz­cze trwała. W zasięgu wzroku widać było krą­żące samo­loty. War­ko­cze dymu, się­ga­jące aż do ziemi i morza, świad­czyły o pono­szo­nych stra­tach. Obie strony wal­czyły zażar­cie, ale Japoń­czycy chył­kiem zaczęli opusz­czać strefę dzia­łań. Zuży­cie paliwa ogra­ni­czało czas powietrz­nego star­cia.

W pew­nej chwili, gdy już weszli na kurs powrotny, Saburo dostrzegł w górze, około sze­ściu tysięcy metrów wyżej, grupę ośmiu maszyn. Po szyku poznał, że to nie­przy­ja­ciel: dwa klu­cze czwór­kowe. Japoń­czycy latali trój­kami. – Nie­przy­ja­ciel w pio­nie! Ata­kuję! – powie­dział do swych bocz­nych i ostrą świecą poszedł w górę. Piloci nie powtó­rzyli jego manewru; z pro­stego wyli­cze­nia wyni­kało, że ledwo star­czy im paliwa na powrót do bazy. Saburo też o tym pamię­tał, ale korzy­sta­jąc z dogod­nej sytu­acji, chciał jesz­cze raz – ata­kiem z dołu – zasko­czyć nie­przy­ja­ciela i zali­czyć sobie pewne zwy­cię­stwo. W taki spo­sób strą­cił już kilka maszyn.

Odle­głość bły­ska­wicz­nie malała. Wybrał ostatni samo­lot, jakby nieco odsta­jący od szyku, i na nim skon­cen­tro­wał całą uwagę. Już widział wyraź­nie szcze­góły syl­wetki, gwiazdę na jed­nym skrzy­dle, lśniący punkt wie­życzki strzelca pokła­do­wego pod kadłu­bem. Natych­miast zro­zu­miał swój błąd. To nie były myśliwce, nie znaj­do­wał się w mar­twej stre­fie. Miał nad sobą lek­kie bom­bowce Aven­ger, dobrze chro­nione od tyłu gór­nym i dol­nym sta­no­wi­skiem sprzę­żo­nych kaemów. Ame­ry­ka­nie musieli go już dostrzec, bo zwarli szyk. Wie­dział, czym to grozi. Jesz­cze chwila i znaj­dzie się w stru­mie­niu poci­sków z szes­na­stu wiel­ko­ka­li­bro­wych kara­bi­nów maszy­no­wych. Już było za późno na ucieczkę, nie zamie­rzał zresztą łatwo sprze­da­wać swej skóry. Zaci­snął szczęki i jesz­cze bar­dziej zbli­żył się do sza­rych pod­brzu­szy bom­bow­ców.

Wie­dział, że zgi­nie, ale razem z nim pój­dzie także do morza wróg. Jed­nego musi prze­cież śmier­tel­nie tra­fić.

Z odle­gło­ści 80 metrów otwo­rzył ogień. Zdą­żył jesz­cze zauwa­żyć, jak migo­tem iskie­rek roz­ja­rzyły się wszyst­kie lufy strzel­ców. Ogni­ste kre­chy skrzy­żo­wały się w powie­trzu z jego seriami. Samo­lot drgnął nagle, zady­go­tał, trza­snęła boczna szyba kabiny. Świat roz­kwitł w oczach Saburo poma­rań­czowo-krwi­stym pło­mie­niem i zapadł się w czerń, w noc, w nicość.DESANT

Pod­puł­kow­nik Pul­ler, dowódca 1 bata­lionu pułku pie­choty mor­skiej, dopi­nał jesz­cze pas z obcią­ża­ją­cym go cięż­kim Col­tem, gdy jego jeep pisz­czał już opo­nami na pierw­szym wirażu. – Cie­kawe, czego oni tam znowu chcą w szta­bie. Żeby czło­wieka o tej porze cią­gnąć – mru­czał pod nosem, bar­dziej do sie­bie niż do kie­rowcy. Jed­nakże kapral Fer­gus­son przy­jął to jako zapro­sze­nie do kon­wer­sa­cji. – Cóż, panie puł­kow­niku, mówimy „cześć, Nowa Zelan­dio”, i zmy­wamy się. Spró­bu­jemy na odmianę desantu. Tylko cie­kaw jestem, gdzie… – Co to za bzdury, kto ci takich bajek naopo­wia­dał? – Pul­ler wzru­szył ramio­nami. – Żadne bajki, panie puł­kow­niku, tylko kucha­rze w dywi­zji mówili. – Co ty mówisz, kucha­rze? – zain­te­re­so­wał się Pul­ler. – To cał­kiem co innego. Kucha­rze, mówisz? No, no… Desant? Niech­by już i desant, żeby tylko wresz­cie coś się zaczęło…

Jesz­cze tej nocy Pul­ler zebrał swo­ich ofi­ce­rów w kasy­nie. – Tak, pano­wie, za dwa dni przy­stę­pu­jemy do prze­ćwi­cze­nia całej ope­ra­cji – mówił. – Współ­dzia­ła­nie: siły lądowe, siły mor­skie, siły powietrzne. Wszystko musi grać jak w zegarku. Wła­ści­wie na opra­co­wa­nie planu ope­ra­cyj­nego i prze­ćwi­cze­nie samej ope­ra­cji trzeba by ze trzy mie­siące. A my mamy tylko mie­siąc, a potem – jazda! Zada­nie zosta­nie ujaw­nione woj­sku dopiero po wyj­ściu z portu. Tym­cza­sem całą rzecz trak­to­wać jako ćwi­cze­nia. Nor­malne ćwi­cze­nia… – Wie­rzyć się nie chce – kapi­tan Sher­wood był, jak zwy­kle, pełen wąt­pli­wo­ści. – Jak to, teraz, w czter­dzie­stym dru­gim roku, prze­cho­dzimy do ofen­sywy? Do tej pory tylko ucie­ka­li­śmy albo nas wyco­fy­wano. A tu mamy pokor­nie nad­sta­wiać Japoń­czy­kom tyłka. Co zresztą robimy z powo­dze­niem od pół roku… – Widzisz, Bob – prze­rwał mu puł­kow­nik – oni tam w Waszyng­to­nie doszli jed­nak do wnio­sku, że już za długo nad­sta­wiamy tyłka i weń dosta­jemy. Że wystar­czy, iż stra­ci­li­śmy całe Indo­chiny, cały Pół­wy­sep Malaj­ski, Archi­pe­lag Wschod­nio­in­dyj­ski, Fili­piny, że tylko patrzeć, jak Japoń­czycy wlezą do Austra­lii, że morale w woj­sku pod psem, że ludzie w kraju coraz gło­śniej pytają, czy ame­ry­kań­skie siły zbrojne na Pacy­fiku nie potra­fią w ogóle się bić, czy Japoń­czycy są rze­czy­wi­ście nie­zwy­cię­żeni? Że trzeba gdzieś zaata­ko­wać, choćby lokal­nie. No i że warto zła­pać któ­rąś z tych zatę­chłych Wysp Salo­mona, by mieć tram­po­linę, jak zaczniemy ska­kać z powro­tem z wyspy na wyspę Japoń­czy­kom po odci­skach. A to chyba nastąpi już za jakiś rok.

– No to może powiesz wresz­cie, jaką mia­no­wi­cie zaki­chaną wysepkę masz na myśli? – włą­czył się dowódca 2 kom­pa­nii. – Guadal­ca­nal. Sły­sze­li­ście o takiej? Nie? Ja też nie. Do dzi­siaj. Ostat­nia na połu­dniu w łań­cuszku Wysp Salo­mona. Góry, dżun­gla, upał jak cho­lera, a kiedy pada, to jak Nia­gara. W ogóle smród. Japoń­czycy nie dość, że ją zajęli, jak swoją, ale rżną na gwałt dżun­glę i robią lot­ni­sko. Nie można im pozwo­lić skoń­czyć. Baza lot­ni­cza w tym miej­scu byłaby nie­sły­cha­nie dokucz­liwa. Lądu­jemy siód­mego sierp­nia, jed­no­cze­śnie na Guadal­ca­nal i Tulagi; to taka wysepka tuż obok. – Wie pan, puł­kow­niku, że to będzie pierw­szy desant w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych od roku tysiąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­tego ósmego? – wtrą­cił mil­czący dotąd porucz­nik Har­ley, o powierz­chow­no­ści i spo­so­bie mówie­nia przy­po­mi­na­ją­cym nauczy­ciela w col­lege’u, któ­rym zresztą był w cywilu. – Sądząc po tym, jak się kłócą w dowódz­twie, ktoś mógłby pomy­śleć, że to będzie pierw­sza ope­ra­cja desan­towa od cza­sów Noego. Opo­wia­dał mi Moore ze sztabu – tu Pul­ler wrzu­cił dwie kostki lodu do szklanki z whi­sky – że każdy ma inne zda­nie na ten temat. Całą stra­te­gię robi wice­ad­mi­rał Ghorm­ley, ale z daleka, z Noumea, pod okiem samego admi­rała Nimitza. Na miej­scu flotą dowo­dzi wice­ad­mi­rał Flet­cher, siłami desan­to­wymi kontr­ad­mi­rał Tur­ner, siłami powietrz­nymi baz lądo­wych wice­ad­mi­rał McCain, siłami powietrz­nymi lot­ni­skowców… – Dosyć, wystar­czy – zama­chał rękami Sher­wood. – Dodaj do tego gene­rała Van­de­gri­fta, dowódcę sił lądo­wych, no i admi­rała Kinga – Pul­ler był nie­ubła­gany. – A musi­cie wie­dzieć, że jeden widzi we flo­cie stałą ochronę dla sił lądo­wych na Guadal­ca­nal, pod­czas gdy ten drugi uważa, że flota wysa­dzi nas na wyspie i spły­nie, żeby jej przy­pad­kiem kto nie zato­pił. A my zosta­niemy jak te sie­roty… No, ale czas spać, pano­wie. Jutro omó­wimy rzecz dokład­nie. Aha, jesz­cze jedno. Kryp­to­nim ope­ra­cji: „Wieża Straż­ni­cza”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij