Diabelska wyspa - ebook
Trwające od sierpnia 1942 do lutego 1943 walki o Guadalcanal były najdłuższą kampanią wojny na Pacyfiku i początkiem amerykańskiej kontrofensywy w wojnie z Japonią. Dramatyczne zmagania w rejonie wyspy prowadzono na lądzie, w powietrzu i na morzu. W książce, napisanej obrazowym i dynamicznym językiem, autor przedstawia zarys bitwy oraz konsekwencje ważniejszych epizodów.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-17871-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nieludzki upał, typowy dla tej pory roku, zdawał się dusić wszelkie oznaki życia na wyspie. Pióropuszy palm, obrzeżających wycięty w dżungli pas lotniska, nie poruszał najlżejszy nawet powiew. Rozłożona leniwie przed barakiem grupa japońskich lotników z utęsknieniem oczekiwała na rozkaz startu. Grube kombinezony, kamizelki ratunkowe, obciągająca pas ciężka kabura z pistoletem – wszystko to składało się na strój nader uciążliwy w tropikach. Dopiero tam, w górze, człowiek czuł się lekki i swobodny, a kombinezon, hełmofon i szal stanowiły pożądaną ochronę przed chłodem.
Dzisiejsze zadanie dywizjonu myśliwców, stacjonującego na wyspie Nowa Brytania, nieco na wschód od Nowej Gwinei, polegało na osłonie wyprawy bombowej, skierowanej przeciw amerykańskiej bazie lotniczej na południowym skraju Nowej Gwinei. Interesująca rozmaitość po monotonii codziennych patroli – i podniecająca perspektywa nieuchronnej walki powietrznej z myśliwcami wroga.
Ale rozkaz „do maszyn” nie nadchodził, natomiast z namiotu, w którym znajdowała się radiostacja, wyskoczył łącznik i pobiegł do baraku operacyjnego. Chorąży Hatō zgasił papierosa, podniósł się i przez okno zajrzał do baraku.
– Oho, coś nowego. Stary wyciąga inną mapę. Już nad nią siedzą. I mówią jeden przez drugiego. Przestańcie gadać, może coś usłyszę… Coś o Guadalcanal. Tak, na pewno. Czeka nas w takim razie ciekawa robota. Kawał drogi do tej wyspy.
Wszyscy piloci świetnie znali mapę Pacyfiku, z pamięci mogli wskazać położenie ważniejszych wysp i określić niemal bezbłędnie dzielące je odległości. Nagle otwarły się drzwi i sprężystym krokiem wyszedł z nich kapitan Masahisa Saito, dowódca dywizjonu. Piloci poderwali się i otoczyli go zwartą grupą.
– O godzinie piątej minut dwadzieścia pięć znaczne siły nieprzyjacielskie uderzyły na Guadalcanal, drugą od południa wyspę Archipelagu Salomona, i rozpoczęły lądowanie, równocześnie zajmując sąsiednią wyspę Tulagi. Na Guadalcanal budujemy od paru miesięcy lotnisko, do którego uruchomienia dowództwo przywiązuje bardzo dużą wagę. Na Tulagi stacjonują główne siły powietrznego korpusu Yokohama. Sytuacja jest poważna. Nasze siły morskie otrzymały rozkaz natychmiastowego skierowania w ten rejon okrętów w celu zniszczenia jednostek inwazyjnych. Nasz dywizjon osłania grupę średnich bombowców, które uderzą w okręty nieprzyjaciela. Startujemy eskadrami o ósmej i ósmej dziesięć. Sprawdzić zegarki. – Wyciągnął dłoń i po odliczeniu dziesięciu sekund powiedział: – Jest w tej chwili dokładnie siódma czterdzieści. Pierwsza eskadra odciąga i wiąże wroga w powietrzu, druga bezpośrednio eskortuje bombowce. Idźcie po mapy. Nawigator da wam szczegółowe wskazówki, jak przeprowadzić lot. I pamiętajcie: do celu mamy osiemset kilometrów, to będzie wasza najdłuższa wyprawa. Oszczędzać paliwo!
Dwadzieścia minut potem chorąży Saburō Sakai, dowódca klucza, sadowił się w swej maszynie. Gdy kołował na start, przez głowę przebiegały mu strzępy otrzymanych instrukcji i informacji. Najważniejsza: po raz pierwszy w życiu miał się spotkać z nieprzyjacielskimi pilotami morskich sił powietrznych!
Był asem. Jednym z czołowych asów japońskich sił powietrznych. Na swym koncie miał niewiarygodną liczbę 57 zestrzelonych nieprzyjacielskich maszyn. Wśród nich były chińskie samoloty bojowe – amerykańskiej i radzieckiej produkcji – z okresu kampanii chińskiej, były amerykańskie bombowce nurkujące Douglas, były myśliwce Curtiss i Buffalo; pamiętał smugę dymu walącego się w morze swego pierwszego Boeinga B-17 – jak się potem dowiedział, pierwszej latającej fortecy zestrzelonej przez japońskiego pilota. Doświadczenie zdobyte w setkach walk powietrznych wyrobiło w nim głębokie przekonanie, iż przy równowadze liczebnej, a nawet przewadze wroga, zdolny jest pokonać każdego amerykańskiego myśliwca. W przekonaniu tym nie było nawet cienia zarozumiałości. Owszem, Saburō Sakai znał swą wartość jako pilota, jednakże wiedział również, że głównym jego atutem jest jego maszyna: niepokonany, osławiony myśliwiec Mitsubishi A6M Zero. Szybszy, zwrotniejszy i lżejszy od używanych w strefie Pacyfiku myśliwców alianckich, górujący siłą ognia nad pokładowymi myśliwcami Buffalo, które w walce z nim nie miały z reguły żadnych szans. Pogrom tych właśnie samolotów sprawił, że w oczach pilotów japońskich myśliwiec Zero uchodził za wzór doskonałości. Budowano go seryjnie w kilku wariantach lądowych i morskich, różniących się zasięgiem, udźwigiem i uzbrojeniem.
Saburo Sakai przypomniał sobie, jak rok temu, w kasynie, jeden z kolegów tłumaczył rozradowanym pilotom fragmenty artykułu fachowego amerykańskiego czasopisma „Aviation”, według którego większość japońskich samolotów jest już całkowicie lub częściowo przestarzała, piloci – niedoszkoleni, a „całe japońskie siły powietrzne marynarki wojennej składają się zaledwie z czterech lotniskowców i dwustu samolotów”. Saburo uśmiechnął się do siebie. Wielki naród japoński nigdy nie chwalił się swoją potęgą, potrafił zamaskować lub ukryć rzeczywiste dane o projektowanych i budowanych pancernikach, krążownikach i lotniskowcach, nie ujawniał prawdziwej charakterystyki samolotów i innych rodzajów uzbrojenia. Cudzoziemcy widzieli tylko to, co widzieć powinni: najczęściej broń starą i niegroźną.
Od czasu wojny w Chinach alianci wiedzieli o istnieniu myśliwców Zero, ale żaden samolot tego typu nie wpadł w ich ręce, żaden nawet nie był strącony, co świadczyło niezbicie o jego wysokiej klasie. Dopiero w lipcu 1942 roku – o czym warto przypomnieć – zdołano zdobyć jeden egzemplarz Zero. Niezwłocznie został on przesłany do Stanów Zjednoczonych i gruntownie zbadany przez ekspertów, którzy stwierdzili w nim sporo wad. Do tego czasu zdążył on zdeklasować nie tylko standardowe myśliwce pokładowe Amerykanów typu F2A Buffalo, z którymi najczęściej walczył w strefie Pacyfiku, lecz i najlepsze spośród myśliwców lotnictwa sił morskich (US Navy Air Force) w pierwszej fazie walk na Pacyfiku, typu Grumman F4F-1 Wildcat. Nieliczne nowocześniejsze modele myśliwców – Warhawk i Aircobra – wchodzące w skład lotnictwa sił lądowych (US Army Air Force), na ogół rzadko miały okazję zmierzenia się z japońskim myśliwcem Zero. Nic więc dziwnego, że w walkach o panowanie nad Pacyfikiem amerykańscy piloci lotnictwa morskiego ponosili ogromne straty. Dopiero wtedy, w nadzwyczaj trudnych warunkach bojowych, zorientowali się, jaką przewagę mają Japończycy w sprzęcie, który przed wojną nie był należycie doceniany. Uspokajające wieści, że cesarskie lotnictwo dysponuje na ogół przestarzałymi samolotami, a japońscy piloci mają słaby wzrok, okazały się bezpodstawne.
Saburo Sakai w miarę przybliżania się do celu czuł stopniowo narastające podniecenie. Wiedział o niechybnym spotkaniu z wrogiem. Uprzedzono ich, że amerykańscy piloci morscy latają na nowych maszynach, znacznie lepszych od myśliwców Buffalo. Nie obawiał się ich, ale mimo woli myślał, czy i tym razem w starciu z przeciwnikiem myśliwiec Zero zachowa swą przewagę – swój główny atut: prędkość, zwrotność i siłę ognia.
W tej chwili samolot pilotowany przez Sakai wyszedł z chmur. Cztery tysiące metrów pod nim błysnęła w słońcu rozlana po horyzont tafla Pacyfiku. Na lewo – ciemna, kędzierzawa palmami Guadalcanal.
Powierzchnia wody zdawała się być całkowicie pokryta jednostkami amerykańskiej floty. Sakai nigdy jeszcze nie widział tylu okrętów nieprzyjacielskich jednocześnie. Długie, zjeżone działami sylwetki krążowników, uwijające się wokół nich niszczyciele, opasłe klocki transportowców, setki maleńkich kreseczek, zauważalnych dzięki pozostawianym za sobą warkoczom spienionej wody – barek desantowych, dążących do brzegu.
Sakai rzucił okiem na boki. Srebrzyste Zero wychodziły trójkami z chmur jak na defiladzie. Poniżej nad cel nasuwały się eskadry bombowców Mitsubishi G4M2-1 zwanych przez Amerykanów bezsensownie, zdaniem Sakai, Betty. Nowe rozkazy przyszły zbyt nagle, nie było czasu, by zmienić podwieszone już bomby na torpedy. Szkoda – pomyślał – atak torpedowy byłby daleko skuteczniejszy.
Pierwsze maszyny nadlatywały nad obszar inwazji, od kadłubów oderwały się bomby, poleciały na cel. Jedna, dwie musiały trafić – z jakiegoś pokładu buchnął czarny dym pożaru. Wokół samolotów pękały setki obłoczków; jedna, potem druga maszyna poszła parabolą w dół, wlokąc za sobą czarny warkocz dymu. Sakai ze zdumieniem zauważył, że ostrzeliwuje ich artyleria z lądu. Nie mógł powstrzymać uczucia podziwu, wywołanego sprawnością lądowania wroga. Pamiętał, że wyładunek około 30 japońskich statków podczas inwazji na Soerabaję trwał blisko tydzień. Tu było ich kilkakrotnie więcej, lądowanie Amerykanów trwało zaledwie od paru godzin, a z brzegu biły już baterie pelot..
Pilotom eskorty myśliwskiej przypadała, jak dotąd, jedynie rola obserwatorów. Pierwsze eskadry spełniły widocznie swoje zadanie i odciągnęły nieprzyjacielskie myśliwce. Niebo było czyste.
Ale nie. Formację Saburo Sakai przeszyły raptem smugi pocisków. Nieprzyjacielskie myśliwce atakowały z góry, od słońca. Samoloty rozprysły się w mgnieniu oka, biły świecą w górę, nurkowały, skręcały w bok, usiłując strząsnąć wroga z karków.
Sakai zobaczył pod sobą trzy myśliwce, ścigane przez amerykańskiego pilota. To chyba moi chłopcy – przemknęło mu przez myśl. – Hatori, Yokenawa i ktoś jeszcze. Poczekaj, bracie – rzucił przez zęby pod adresem pękatej sylwetki nieprzyjacielskiego samolotu. Poprawił maskę tlenową, pchnął drążek sterowy i ostro poszedł w dół. Siła przyspieszenia wgniotła go w fotel. Wyostrzonym wzrokiem obserwował manewry Amerykanina. Sylwetka wrogiego samolotu weszła w kręgi celownika. Nacisnął spust. Pociski smugowe przekreśliły w dole tarczę morza, mijając cel. Przy tej odległości nie mogły być skuteczne, lecz Sakai osiągnął to, czego chciał: amerykański pilot spostrzegł, że jest atakowany, porzucił ścigane myśliwce i gwałtownym zwrotem bojowym poderwał się do walki z nowym przeciwnikiem.
Nie miał wątpliwości: krótka, pękata sylwetka – to musiał być Grumman F4F-1 Wildcat, o którym słyszał, że jest najlepszym myśliwcem amerykańskiej marynarki. Pilot też był dobry. W sumie walory bojowe przeciwnika przewyższały wszystko, z czym Saburo Sakai dotychczas się w powietrzu zetknął.
Zwarli się w zaciekłej walce kołowej, nazywanej przez Amerykanów „dog fight”. Rozpędzone maszyny krążyły na jednym poziomie w gigantycznej karuzeli, nie mogąc od razu uzyskać dogodnej pozycji do otwarcia ognia.
Saburo zorientował się, że jego Zero łatwiej wchodzi w ciasny wiraż i stopniowo zdobywa przewagę nad nieprzyjacielem. Wtłoczony w burtę, czując własnym ciałem pęd huraganu, który potężnymi ciosami uderzał w maszynę, zaczął zmniejszać promień kręgu i wchodzić na ogon Wildcata. Jeszcze parę sekund i pierwsze serie z kaemów drasnęły kadłub przeciwnika. Zachwiał się jak podcięty batem, ale leciał dalej. W tym pojedynku uwidoczniły się zalety i wady obu samolotów. Zero był zwrotniejszy, lecz Wildcat przewyższał go mocniejszą konstrukcją, lepszym opancerzeniem kabiny pilota, odpornością na ogień. Zniecierpliwiony Saburo przesunął kciukiem przełącznik działek, jeszcze raz nacisnął spust. Ta seria okazała się rozstrzygająca. Dwudziestomilimetrowe pociski rozszarpały Wildcata, w mgnieniu oka zamieniły go w płonącą masę złomu, która koziołkując spłynęła w dół. Wprost trudno było uwierzyć, że pilot wyszedł cało z tego ognia i zdołał otworzyć spadochron. Pięćdziesiąte ósme zwycięstwo – pomyślał Saburo i ścisnął drążek, by dołączyć do swej pary, która wisiała nad nim, obserwując przebieg walki, gotowa przyjść z pomocą w razie potrzeby. Piloci pozdrowili go ruchami rąk, Hatori pokazał białe zęby w szerokim uśmiechu, Yokenawa podniesioną dłonią wyrażał swe uznanie.
Bitwa jeszcze trwała. W zasięgu wzroku widać było krążące samoloty. Warkocze dymu, sięgające aż do ziemi i morza, świadczyły o ponoszonych stratach. Obie strony walczyły zażarcie, ale Japończycy chyłkiem zaczęli opuszczać strefę działań. Zużycie paliwa ograniczało czas powietrznego starcia.
W pewnej chwili, gdy już weszli na kurs powrotny, Saburo dostrzegł w górze, około sześciu tysięcy metrów wyżej, grupę ośmiu maszyn. Po szyku poznał, że to nieprzyjaciel: dwa klucze czwórkowe. Japończycy latali trójkami. – Nieprzyjaciel w pionie! Atakuję! – powiedział do swych bocznych i ostrą świecą poszedł w górę. Piloci nie powtórzyli jego manewru; z prostego wyliczenia wynikało, że ledwo starczy im paliwa na powrót do bazy. Saburo też o tym pamiętał, ale korzystając z dogodnej sytuacji, chciał jeszcze raz – atakiem z dołu – zaskoczyć nieprzyjaciela i zaliczyć sobie pewne zwycięstwo. W taki sposób strącił już kilka maszyn.
Odległość błyskawicznie malała. Wybrał ostatni samolot, jakby nieco odstający od szyku, i na nim skoncentrował całą uwagę. Już widział wyraźnie szczegóły sylwetki, gwiazdę na jednym skrzydle, lśniący punkt wieżyczki strzelca pokładowego pod kadłubem. Natychmiast zrozumiał swój błąd. To nie były myśliwce, nie znajdował się w martwej strefie. Miał nad sobą lekkie bombowce Avenger, dobrze chronione od tyłu górnym i dolnym stanowiskiem sprzężonych kaemów. Amerykanie musieli go już dostrzec, bo zwarli szyk. Wiedział, czym to grozi. Jeszcze chwila i znajdzie się w strumieniu pocisków z szesnastu wielkokalibrowych karabinów maszynowych. Już było za późno na ucieczkę, nie zamierzał zresztą łatwo sprzedawać swej skóry. Zacisnął szczęki i jeszcze bardziej zbliżył się do szarych podbrzuszy bombowców.
Wiedział, że zginie, ale razem z nim pójdzie także do morza wróg. Jednego musi przecież śmiertelnie trafić.
Z odległości 80 metrów otworzył ogień. Zdążył jeszcze zauważyć, jak migotem iskierek rozjarzyły się wszystkie lufy strzelców. Ogniste krechy skrzyżowały się w powietrzu z jego seriami. Samolot drgnął nagle, zadygotał, trzasnęła boczna szyba kabiny. Świat rozkwitł w oczach Saburo pomarańczowo-krwistym płomieniem i zapadł się w czerń, w noc, w nicość.DESANT
Podpułkownik Puller, dowódca 1 batalionu pułku piechoty morskiej, dopinał jeszcze pas z obciążającym go ciężkim Coltem, gdy jego jeep piszczał już oponami na pierwszym wirażu. – Ciekawe, czego oni tam znowu chcą w sztabie. Żeby człowieka o tej porze ciągnąć – mruczał pod nosem, bardziej do siebie niż do kierowcy. Jednakże kapral Fergusson przyjął to jako zaproszenie do konwersacji. – Cóż, panie pułkowniku, mówimy „cześć, Nowa Zelandio”, i zmywamy się. Spróbujemy na odmianę desantu. Tylko ciekaw jestem, gdzie… – Co to za bzdury, kto ci takich bajek naopowiadał? – Puller wzruszył ramionami. – Żadne bajki, panie pułkowniku, tylko kucharze w dywizji mówili. – Co ty mówisz, kucharze? – zainteresował się Puller. – To całkiem co innego. Kucharze, mówisz? No, no… Desant? Niechby już i desant, żeby tylko wreszcie coś się zaczęło…
Jeszcze tej nocy Puller zebrał swoich oficerów w kasynie. – Tak, panowie, za dwa dni przystępujemy do przećwiczenia całej operacji – mówił. – Współdziałanie: siły lądowe, siły morskie, siły powietrzne. Wszystko musi grać jak w zegarku. Właściwie na opracowanie planu operacyjnego i przećwiczenie samej operacji trzeba by ze trzy miesiące. A my mamy tylko miesiąc, a potem – jazda! Zadanie zostanie ujawnione wojsku dopiero po wyjściu z portu. Tymczasem całą rzecz traktować jako ćwiczenia. Normalne ćwiczenia… – Wierzyć się nie chce – kapitan Sherwood był, jak zwykle, pełen wątpliwości. – Jak to, teraz, w czterdziestym drugim roku, przechodzimy do ofensywy? Do tej pory tylko uciekaliśmy albo nas wycofywano. A tu mamy pokornie nadstawiać Japończykom tyłka. Co zresztą robimy z powodzeniem od pół roku… – Widzisz, Bob – przerwał mu pułkownik – oni tam w Waszyngtonie doszli jednak do wniosku, że już za długo nadstawiamy tyłka i weń dostajemy. Że wystarczy, iż straciliśmy całe Indochiny, cały Półwysep Malajski, Archipelag Wschodnioindyjski, Filipiny, że tylko patrzeć, jak Japończycy wlezą do Australii, że morale w wojsku pod psem, że ludzie w kraju coraz głośniej pytają, czy amerykańskie siły zbrojne na Pacyfiku nie potrafią w ogóle się bić, czy Japończycy są rzeczywiście niezwyciężeni? Że trzeba gdzieś zaatakować, choćby lokalnie. No i że warto złapać którąś z tych zatęchłych Wysp Salomona, by mieć trampolinę, jak zaczniemy skakać z powrotem z wyspy na wyspę Japończykom po odciskach. A to chyba nastąpi już za jakiś rok.
– No to może powiesz wreszcie, jaką mianowicie zakichaną wysepkę masz na myśli? – włączył się dowódca 2 kompanii. – Guadalcanal. Słyszeliście o takiej? Nie? Ja też nie. Do dzisiaj. Ostatnia na południu w łańcuszku Wysp Salomona. Góry, dżungla, upał jak cholera, a kiedy pada, to jak Niagara. W ogóle smród. Japończycy nie dość, że ją zajęli, jak swoją, ale rżną na gwałt dżunglę i robią lotnisko. Nie można im pozwolić skończyć. Baza lotnicza w tym miejscu byłaby niesłychanie dokuczliwa. Lądujemy siódmego sierpnia, jednocześnie na Guadalcanal i Tulagi; to taka wysepka tuż obok. – Wie pan, pułkowniku, że to będzie pierwszy desant w historii Stanów Zjednoczonych od roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego? – wtrącił milczący dotąd porucznik Harley, o powierzchowności i sposobie mówienia przypominającym nauczyciela w college’u, którym zresztą był w cywilu. – Sądząc po tym, jak się kłócą w dowództwie, ktoś mógłby pomyśleć, że to będzie pierwsza operacja desantowa od czasów Noego. Opowiadał mi Moore ze sztabu – tu Puller wrzucił dwie kostki lodu do szklanki z whisky – że każdy ma inne zdanie na ten temat. Całą strategię robi wiceadmirał Ghormley, ale z daleka, z Noumea, pod okiem samego admirała Nimitza. Na miejscu flotą dowodzi wiceadmirał Fletcher, siłami desantowymi kontradmirał Turner, siłami powietrznymi baz lądowych wiceadmirał McCain, siłami powietrznymi lotniskowców… – Dosyć, wystarczy – zamachał rękami Sherwood. – Dodaj do tego generała Vandegrifta, dowódcę sił lądowych, no i admirała Kinga – Puller był nieubłagany. – A musicie wiedzieć, że jeden widzi we flocie stałą ochronę dla sił lądowych na Guadalcanal, podczas gdy ten drugi uważa, że flota wysadzi nas na wyspie i spłynie, żeby jej przypadkiem kto nie zatopił. A my zostaniemy jak te sieroty… No, ale czas spać, panowie. Jutro omówimy rzecz dokładnie. Aha, jeszcze jedno. Kryptonim operacji: „Wieża Strażnicza”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki