Divine Violence - ebook
Czy można zbudować most między światem, gdzie da się ocalić życie, a tym, gdzie można je stracić?
Ich pierwsze spotkanie w przyszpitalnym ogrodzie, gdzie Seraphina Silva udaje się po stracie pierwszego w życiu pacjenta, a Domenico Marchetti czeka na wiadomość o walczącym na stole operacyjnym bracie, zmieni ich życie na zawsze.
On jest gangsterem, synem dona rodziny mafijnej, którego codzienność naznaczona jest krwią i niemoralnymi wyborami. Ona jest chirurgiem i każdego dnia walczy o przyszłość pacjentów. Nie mogliby być bardziej różni, a jednak…
Żadne z nich nie może zapomnieć o tym spotkaniu i udawanie, że nic się nie wydarzyło, staje się coraz trudniejsze, a przecież tych dwoje dzieli dosłownie wszystko.
Seraphina szybko się zorientuje, że jeżeli ktoś taki jak Domenico czegoś zapragnie, to to dostanie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-589-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Sera
W słuchawkach leci kolejna piosenka, ale jej nie słyszę. W głowie wciąż brzmią mi tylko słowa anestezjologa: „Tracimy ją”.
Słyszę własny głos:
– Łap ssak. Niżej. Niżej, do cholery!
Ale to nic nie daje. Ssanie ani serwety nie powstrzymują krwawienia, które wymknęło nam się spod kontroli. Widzę, skąd tryska krew, i próbuję ją zatamować.
– Nić dwa zero! Dajcie mi nić! – krzyczę, lecz nikt mi jej nie podaje.
Unoszę wzrok, chcąc to powtórzyć, wykrzyczeć, żeby podali mi tę cholerną nić dwa zero, ale wtedy spotykam spojrzenie drugiego chirurga. Widzę w jego oczach żal.
Czuję jego dłonie na swoich, gdy kręci głową. I dopiero wtedy dociera do mnie dźwięk, którego nigdy nie słyszałam, odkąd zaczęłam operować. Patrzę na monitor. Brak funkcji życiowych. Straciłam ją. Straciłam pierwszego pacjenta.
Oczy zachodzą mi łzami. Wiem, że nie powinnam reagować w ten sposób. Nie mogę płakać. A jednak łzy same spływają mi po twarzy.
– Zrobiłaś, co mogłaś – słyszę głos Troya.
Czy na pewno zrobiłam wszystko, co mogłam?
– Wszystkich nie uratujemy, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli – dodaje jeszcze.
Odwracam się, bo nie mogę dłużej patrzeć na urządzenia i ciało kobiety, którą przed chwilą próbowałam ratować.
Opieram się o szybę w sali operacyjnej i słyszę wyraźnie głos anestezjologa:
– Kate Smith. Czas zgonu: siedemnasta trzydzieści dziewięć.
Trzęsącymi się rękami wypełniam kartę zgonu. Na końcu składam podpis.
Teraz siedzę na ławce w szpitalnym ogrodzie. Jest dwudziesta czterdzieści, a ja drżę z zimna. Minęło już półtorej godziny, odkąd skończyłam dyżur, i wciąż tkwię na dworze, choć jest zero stopni. Nie potrafię się zmusić, by wstać i wrócić do domu. Chłód w jakiś sposób łagodzi uczucie porażki. Jeden ból tłumi drugi. Dziś przeżyłam dwa najgorsze momenty swojego życia. Pierwszy – gdy straciłam Kate Smith. Drugi – gdy wyszłam z bloku operacyjnego i poinformowałam rodzinę o jej śmierci.
– Wystąpiły komplikacje. Zaburzenia krzepliwości, o których nie mieliśmy pojęcia. Bardzo mi przykro. Zrobiliśmy, co mogliśmy, ale pacjentki nie udało się uratować.
Powtarzałam słowa, które wcześniej usłyszałam od Troya. Sama nie umiałabym ich ułożyć.
Zachowałam spokój, gdy mąż pacjentki stracił przytomność, a ktoś z rodziny w ostatniej chwili go podtrzymał. Nawet nie drgnęłam, gdy w poczekalni rozległ się płacz. Odeszłam bez słowa. Dopiero w pokoju socjalnym nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Osunęłam się na podłogę, ukryłam twarz w dłoniach i pozwoliłam łzom płynąć.
Podczas analizy i wypełniania dokumentacji zachowałam trzeźwy umysł. Przeanalizowałam przebieg operacji i procesy decyzyjne. Wciąż słyszałam, że to nie była niczyja wina. Kiwałam na to głową. „Patrick jest do waszej dyspozycji”, oznajmił ktoś, lecz ja nie miałam zamiaru jechać na czwarte piętro, by spotkać się z psychologiem. Przepracuję tę stratę inaczej – siedząc w ogrodzie ze słuchawkami w uszach.
Trzask jest tak głośny, że przebija się przez muzykę i moje myśli. Wystraszona odwracam głowę w stronę drzwi i wyjmuję słuchawki.
Do ogrodu wchodzi mężczyzna w ciemnym garniturze i płaszczu w tym samym kolorze. Zatrzymuje się obok dużej donicy, w której rośnie drzewo pozbawione liści. Wyciąga papierosy, wsuwa jednego do ust i odpala go srebrną zapalniczką. Zaciąga się raz, po czym wyraźnie się rozluźnia. Wściekłość wciąż się w nim tli, choć przygasa.
Chcę odwrócić wzrok, jednak w tym momencie mnie zauważa. Nieruchomieje, zaskoczony moją obecnością.
– Nie wiedziałem, że ktoś tu jest – mówi, spoglądając najpierw na drzwi, potem na mnie. – Przepraszam, jeśli cię wystraszyłem.
– Nie szkodzi – odpowiadam słabo.
Zaciąga się ponownie i mierzy mnie wzrokiem.
– Jest zimno.
Dopiero wtedy uświadamiam sobie, jak bardzo marznę.
Odwracam głowę i zamierzam włożyć słuchawki z powrotem do uszu, ale zamieram, gdy słyszę, jak mężczyzna zbliża się do mojej ławki.
– Jest zimno – powtarza, stając obok mnie.
– Tak już bywa w październikowe wieczory.
Prycha i spogląda na mały sprzęt, który wciąż ściskam w dłoni.
– Czego pani słucha? – pyta niespodziewanie.
– Właściwie to nie wiem. – Przenoszę na niego wzrok. Muszę z powrotem odwrócić głowę, bo stoi zbyt blisko. – Piosenki po prostu lecą.
– Próbuje pani zagłuszyć myśli – stwierdza po chwili ciszy.
– Ależ pan spostrzegawczy. – Krzywię się, gdy tylko wypowiadam te słowa. – Przepraszam. Po prostu… nie lubię ciszy.
– Mogę? – Wskazuje na miejsce obok mnie.
– Proszę – odpowiadam, a on siada.
– Nienawidzę szpitali – mówi i zaciąga się papierosem. – A pani?
– Od zawsze chciałam w nich pracować – wyjaśniam, wbijając wzrok w przestrzeń przed sobą.
– I udało się?
Zaciskam powieki. Dopiero wtedy przytakuję.
– Tak.
– To dobrze. – Znów słyszę szelest, gdy wypuszcza dym. – Pracuje pani w tym szpitalu?
– Tak. – Spoglądam na mężczyznę. Ma kilkudniowy zarost i zmęczone oczy, a jednak jego rysy twarzy są uderzająco wyraziste. – A co sprawiło, że pan ich nienawidzi?
Spogląda na mnie ciemnymi oczami. Robi to tak długo, jakby ważył słowa, aż w końcu przenosi wzrok na swoje ręce. Gasi papierosa i wyrzuca go do kosza stojącego obok. Dopiero potem mówi:
– Moja mamma przeszła ciężką chemioterapię. A później… kilka miesięcy później mój brat umarł na stole operacyjnym.
Łza wymyka mi się z oka, zanim zdążę ją powstrzymać.
– Przykro mi – szepczę. To jedyne słowa, które dzisiaj potrafię wypowiedzieć.
– Dlaczego siedzi pani tutaj sama? – pyta, nie podnosząc głowy.
Zanim odpowiem, przyglądam mu się uważnie. Widzę w nim ten sam rodzaj bólu, który mnie rozdziera. Może też coś stracił. A może właśnie czeka na wiadomość o bliskiej osobie.
– Straciłam dziś pacjentkę – mówię w końcu. Głos łamie mi się przy ostatnim słowie. On unosi głowę, a jego spojrzenie staje się uważne, skupione. Milczy, jakby dawał mi przestrzeń. Odbieram to jako zachętę, by kontynuować: – Miała zaburzenia krzepliwości, o których nie wiedziałam. To moja pierwsza pacjentka, którą straciłam na stole. Zrobiłam, co mogłam. Szkolą nas, jak dobrze wykonywać tę pracę, ale nikt nie uczy, jak radzić sobie z tym… potem.
– Przykro mi. – Mężczyzna powtarza słowa, które chwilę temu usłyszał ode mnie.
– Dzięki. – Kiwam głową. – A pan? Dlaczego siedzi pan tutaj ze mną, w ciemnym, szpitalnym ogrodzie?
Cień uśmiechu pojawia się na jego ustach, ale znika natychmiast po kolejnych słowach:
– Mój młodszy brat właśnie jest operowany.
– Co mu się stało? – pytam ostrożnie.
– Dostał trzy kulki. Jedną w prawe ramię. – Spogląda na moje ramię, a potem na klatkę piersiową. – I dwie w tors. – W jego oczach widzę tylko twardy ciężar, zero intymności.
Serce zaczyna mi bić szybciej.
– Jak do tego doszło? – pytam ciszej.
– Był w złym miejscu o złym czasie. – Wzrusza ramionami, lecz w tym geście nie ma obojętności.
– Kto go operuje?
– Douglas.
– Ordynator? – Unoszę brwi zaskoczona. Przecież jego nawet nie powinno tu być o tej porze.
– We własnej osobie – stwierdza krótko.
– W jakim był stanie? – pytam, czując, jak rośnie we mnie napięcie.
Oczy mu gasną, jakby ktoś zgasił w nich światło.
– W nienajlepszym – mówi tylko.
– Ile ma lat? – Moje pytania brzmią jak przesłuchanie, ale chcę mieć pełny obraz sytuacji.
– Dwadzieścia trzy – odpowiada i przygląda mi się, jakby próbował odgadnąć, co sobie myślę.
– Jest młody. I pewnie silny? – Patrzę na niego z ukosa.
Kiwa głową bez wahania. Patrzę na niego uważniej. Jeśli jego brat jest choć w połowie tak dobrze zbudowany jak on, to jego szanse nie są aż takie małe.
– Jeśli operacja się powiedzie, najtrudniejsze dopiero będzie przed nim – mówię powoli. – Pierwsze godziny po wybudzeniu zdecydują, czy…
– Przeżyje – przerywa mi stanowczo. Nie ma w nim ani cienia wahania.
Chcę odpowiedzieć, jednak w tej samej chwili rozlega się dźwięk jego telefonu. Szybkim ruchem wyciąga komórkę z kieszeni. Przykłada ją do ucha. Słyszę czyjś głos, spanikowany, rozedrgany, krzyczący coś o jego bracie. O pielęgniarkach, które biegają. O tym, że nikt nic nie mówi.
Mężczyzna momentalnie wstaje. Ja również podrywam się z ławki – odruchowo, zanim zdążę o tym pomyśleć.
– Muszę tam iść – rzuca i rusza w stronę drzwi, ale się zatrzymuje, po czym odwraca w moją stronę. W jego oczach pierwszy raz widzę strach. – Pomoże mi pani?
Patrzę na niego zdziwiona.
– W czym?
– Pracuje tutaj pani jako lekarz, prawda? – mówi teraz szybciej, nie dając mi czasu na odpowiedź. – Dowie się pani, co z moim bratem? Jak przebiega operacja.
Otwieram usta, by odmówić. Jestem po dyżurze. Nie powinno mnie tu już być. Nie po tym, co wydarzyło się wcześniej. Ale nie mogę… nie potrafię mu odmówić, gdy patrzy na mnie tak… wyczekująco.
– Dobrze – zgadzam się w końcu i ruszam w stronę wyjścia.
Drzwi się otwierają, zanim mam szansę pociągnąć za klamkę. Ciepło korytarza uderza we mnie, ale w pół kroku zamieram. Na mojej drodze stoi trzech wysokich, umięśnionych mężczyzn. Wszyscy patrzą prosto na mnie. Mój wzrok zatrzymuje się na dłoni jednego z nich, którą przesuwa za siebie, jakby miał sięgnąć po…
– To tylko moja ochrona – słyszę nad sobą głos nieznajomego. Teraz ostry, zimny, całkowicie różny od tego, jakim mówił jeszcze chwilę temu. – Możesz iść dalej.
Wzdrygam się, gdy dotyka moich pleców. Delikatnie, acz stanowczo popycha mnie do przodu. Dwóch ochroniarzy mnie mija i idzie przodem, trzeci zamyka pochód, idąc za nim.
– Mówił pan, jak się nazywa? – pytam, zadzierając lekko głowę, by spojrzeć mu w oczy.
– Nie mówiłem – odpowiada twardo. – Domenico Marchetti.
Nazwisko brzmi znajomo, choć w mojej głowie nie łączy się z niczym konkretnym. Patrzę na niego pytająco.
– A pani?
– Seraphina Silva – przedstawiam się cicho, prawie bezwiednie.
Przechodzimy głównym korytarzem szpitala. Rozpoznaję mijane twarze – pielęgniarek, lekarzy, techników. Wszyscy posyłają mi spojrzenia. Zaskoczone, niektóre wręcz zaniepokojone. Doskonale wiem, co widzą – lekarkę w towarzystwie mężczyzny otoczonego zbrojną eskortą.
Ogród i blok operacyjny znajdują się na tym samym piętrze, więc po chwili wchodzimy do poczekalni dla rodzin. Przed drzwiami stoją kolejni bodyguardzi, a w środku panuje duszna atmosfera.
Trzech mężczyzn siedzi w kącie, rozmawiają ze sobą przyciszonymi głosami. Inni stoją przy ścianach. Kolejny chłopak, młody, z pochyloną głową, podrywa się gwałtownie, gdy tylko słyszy nasze kroki.
– Gdzie ty, kurwa, byłeś?! – wybucha, podchodząc do Domenica. – Nie wiem, co się dzieje, bo nikt, kurwa, nikt w tym pieprzonym szpitalu nie chce mi powiedzieć, co jest grane! Pielęgniarki latają jedna z drugą, w tę i z powrotem, a jak pytam, co z Donatellem, żadna, kurwa, nie raczy mi nic powiedzieć!
Domenico zatrzymuje go spojrzeniem. Głos ma chłodny jak stal:
– Uspokój się. Zaraz się dowiemy. – Odwraca się w moją stronę. – To Seraphina Silva. Pani chirurg dowie się, w jakim stanie jest Donatello.
Chłopak patrzy na mnie z desperacją i kiwa głową raz, potem drugi i trzeci, jakby sam siebie próbował przekonać, że to wystarczy. Oczy ma czerwone, ciemne włosy rozczochrane, a dłonie mu drżą.
Nie odzywam się. Zdejmuję jasny płaszcz i rzucam go na krzesło. Z kieszeni wyciągam telefon i ruszam w stronę drzwi z czerwonym napisem: „Sala operacyjna. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”.
Biorę głęboki wdech, gdy drzwi zamykają się za mną, oddzielając mnie od grupy mężczyzn i ich nerwowych szeptów.
W sali przedoperacyjnej wkładam fartuch chirurgiczny i czepek, po czym podchodzę do szyby obserwacyjnej.
– Co z nim? – pytam, kiedy tylko zauważam pielęgniarkę.
Podskakuje gwałtownie, odwraca się do mnie i kładzie dłoń na piersi.
– Doktor Silva! – sapie. – Prawie przyprawiła mnie pani o zawał.
– Przepraszam – mówię szybko, ale już wracam spojrzeniem do wnętrza sali.
Pielęgniarka pociera twarz rękami i tłumaczy zmęczonym głosem:
– Stan jest krytyczny. Ciśnienie spada, tętno niestabilne. Krwawienie jest ogromne. Jeśli tak dalej pójdzie, nawet transfuzja nic nie da.
Patrzę na monitory. Sygnał pulsacyjny drży, linie migają chaotycznie. Po chwili aparatura zaczyna wyć ostrzegawczo – alarm przyspieszonego zaniku funkcji życiowych.
Podchodzę bliżej szyby, niemal opierając się o nią dłonią. Na stole widzę chłopaka. Chirurdzy działają w pośpiechu. Ktoś podaje kolejną jednostkę krwi. Douglas wydaje krótkie, ostre komendy.
Monitor nagle traci rytm. Zatrzymanie krążenia. Natychmiast zaczynają reanimację.
– Taki młody chłopak – szepcze pielęgniarka obok mnie. – Może… gdyby przywieźli go od razu…
– Co masz na myśli? – pytam, nie odrywając oczu od sceny za szybą.
Kątem oka widzę, jak pielęgniarka się waha. Przełyka ślinę i spuszcza wzrok.
– Zajął się nim prywatny oddział ratunkowy – wyjaśnia w końcu. – Stracili mnóstwo czasu. Zdążyli z pierwszym opatrzeniem, ale nic więcej. Przywieźli go, dopiero gdy zaczęło robić się naprawdę źle. A teraz ten dzieciak leży na naszym stole i walczy o życie.
– Kim oni są?
Maszyna przestaje piszczeć, gdy funkcje życiowe wzrastają.
On naprawdę walczy.
– Nie wiem wszystkiego, pani doktor. – Starsza kobieta spuszcza wzrok, jakby sama bała się powiedzieć za dużo. – Ale to rodzina, z którą lepiej nie zadzierać.
– Dlaczego? – Spoglądam na nią uważnie.
– Bo ich pieniądze nie pochodzą z pracy w fabryce czy z prowadzenia sklepu. Ludzie powiadają, że budowali wszystko na interesach, o których głośno się nie mówi. A teraz – zawiesza głos – mają wpływy większe, niż pani sobie wyobraża.
– Pierwszy raz o nich słyszę – mówię bardziej do siebie niż do niej.
– To normalne. Oni dbają, żeby nikt obcy za wiele o nich nie wiedział – stwierdza szybko.
Przestaję patrzeć w szybę. Starsza pielęgniarka przygląda mi się z troską wypisaną na twarzy. Słyszała zapewne o mojej operacji.
– Nie skończyła pani doktor dyżuru kilka godzin wcześniej? – pyta z powątpiewaniem.
– Byłam jeszcze w szpitalu, kiedy usłyszałam o tym chłopaku, ale będę się już zbierać. – Ostatni raz zerkam na młodego członka rodziny Marchettich. – Mogę tablet? – pytam, stojąc już przy drzwiach. – Przekażę informację rodzinie.
– Bardzo proszę. – Pielęgniarka podchodzi do stołu w rogu, by odkazić urządzenie. Ręce lekko jej drżą. – Oni… naprawdę mnie przerażają.
– Dzięki. Zostawię go w recepcji na tym piętrze.
Automatyczne drzwi się otwierają, gdy jestem blisko wyjścia. Ściągam z głowy czepek, którego zapomniałam pozbyć się w sali obserwacyjnej. W drzwiach wita mnie pięciu mężczyzn.
– Nie możemy blokować przejścia – oznajmiam rzeczowo.
Na moje słowa mężczyźni cofają się niemal synchronicznie, zostawiając mi przestrzeń.
– Co z moim bratem? – odzywa się Domenico Marchetti. Stoi dwa kroki przed resztą, a tylko trzy przede mną. Nie musi podnosić głosu, by każdy w pomieszczeniu zamilkł.
Zerkam na tablet połączony z kardiomonitorem. Na ekranie migają wykresy i notatki z sali.
– Czas odegrał tutaj bardzo dużą rolę. Postrzelone płuco doprowadziło do odmy opłucnowej.
– Co to znaczy? – przerywa mi młodszy brat.
– To znaczy, że powietrze nagromadziło się w jamie opłucnowej. – Widzę, że nie rozumie, ale i tak blednie.
– To zagraża jego życiu? – Głos lekko mu drży.
– W jego stanie wszystko zagraża życiu – wyjaśniam spokojnie. – Postrzelone płuco doprowadziło do odmy, krwawienia oraz niewydolności oddechowej. Pacjent został intubowany. Część lewego płuca musiała zostać usunięta. Podczas lobektomii doszło do zatrzymania akcji serca. – Przenoszę spojrzenie na Domenica. – Udało się przywrócić mu funkcje życiowe. Niestety, to nie jedyne obrażenie. Jego stan jest krytyczny, ale walczy.
– Ile to potrwa? – Domenico skinieniem głowy wskazuje na salę operacyjną.
– Kilka godzin.
– A potem? Gdy się obudzi? – pyta młodszy brat, w którego głosie pobrzmiewa desperacja.
– Rekonwalescencja będzie długa. Rehabilitacja oddechowa jest konieczna. Możliwe są infekcje albo ponowne wystąpienie odmy. – Wracam wzrokiem do Domenica. – Ale w odpowiednich warunkach medycznych i przy właściwej opiece… wiele osób wraca do zdrowia po takich urazach. – Widzę, jak starszy Marchetti zaciska dłonie w pięści. Odbiera mój przekaz bez słów. – Proszę być dobrej myśli.
Sięgam po płaszcz, który został starannie złożony, choć pamiętam, że rzuciłam go w pośpiechu na krzesło, kiedy szłam na salę.
– Dziękuję, pani doktor – odzywa się Domenico, gdy zmierzam do wyjścia.
Zatrzymuję się i odwracam.
– Nie ma za co. – Sprawdzam jeszcze tablet. – Donatello stracił bardzo dużo krwi. Ma grupę B Rh+. Czekając na koniec operacji, możecie panowie oddać krew na drugim piętrze, w sali osiemdziesiąt trzy.
Domenico kiwa głową bez słowa. Odpowiadam mu krótkim skinieniem i się odwracam. Wychodząc, czuję na plecach spojrzenia, które trudno mi zignorować.ROZDZIAŁ 2
Sera
Przechodzi mnie zimny dreszcz, gdy wiatr szaleje po szpitalnym ogrodzie. Wyszłam na dwór, bo tylko tutaj nikogo nie spotkam o tej porze – może poza personelem, który od czasu do czasu wymyka się, żeby zapalić. Nie lubię ciszy, ale lubię być sama. To też nie znaczy, że chaos mnie uspokaja. Nic z tych rzeczy. Każdy szuka wyciszenia na swój sposób, choć cisza wcale nie jest do tego konieczna. Można je znaleźć w wielu miejscach i chwilach.
Dziś jednak samotność nie jest mi pisana, bo koło mnie staje Domenico Marchetti.
– Ciężki dyżur? – pyta, nie odrywając wzroku od wieżowców, które majaczą w oddali.
– Ciężka noc – odpowiadam i słyszę metaliczne kliknięcie zapalniczki. Wkrótce w powietrzu unosi się zapach dymu. – Wie pan, że palenie tytoniu odpowiada za prawie trzydzieści procent wszystkich zgonów spowodowanych nowotworami? – rzucam bez ostrzeżenia.
Kaszel rozdziera ciszę, ale po chwili przechodzi w śmiech.
– Cóż za podręcznikowa formułka – mówi, gdy już odzyskuje oddech.
– Bo jest z podręcznika. – Przenoszę na niego wzrok, on odwzajemnia się tym samym. – Ale nie zaszkodzi wziąć jej sobie do serca.
– Nie palę często – stwierdza z tym charakterystycznym wahaniem, które zdradza kłamstwo. – Palę, kiedy… kiedy rzeczy nie idą po mojej myśli.
– Czyli kiedy się pan stresuje? – dopytuję.
– Możemy przejść na „ty”, pani doktor? – W jego głosie słyszę rozbawienie.
– Sera. – Wyciągam dłoń.
– Domenico.
Ściska mi ją, a ja znowu czuję dreszcz. Tym razem nie od chłodu.
– Masz lodowatą rękę – zauważa natychmiast.
Jego spojrzenie nagle staje się bardziej uważne, jakby dopiero teraz naprawdę mnie dostrzegł. Cofając się o krok, rozpina płaszcz, a zanim zdążę zaprotestować, zarzuca mi go na ramiona. Otula mnie ciepło, które rozbraja szybciej niż jego uśmiech. Nie wiedziałam, jak bardzo zmarzłam, dopóki nie poczułam na sobie jego okrycia.
Teraz to on stoi na zimnie, a ja wiem, że powinnam wrócić do środka.
– To nie było konieczne – protestuję, wskazując na jego koszulę pod płaszczem. – Teraz ty zmarzniesz. Zresztą i tak powinnam już wracać. – Zerkam na pager.
– Długo tu pracujesz? – pyta, jakby nie słyszał mojego sprzeciwu.
– Zaczęłam jako rezydentka, a później… – urywam, bo pager nagle wibruje ostrym brzęczeniem. Spoglądam na wyświetlacz i na ułamek sekundy zamieram. – Twój brat. Zatrzymanie akcji serca. – Ruszam biegiem w stronę drzwi.
W korytarzu zrywam płaszcz z ramion i rzucam go w stronę jednego z ochroniarzy. Za sobą słyszę kilka osób – tupot czterech par stóp niesie się za mną jak echo. Wbiegam na oddział i wpadam do sali Donatella prawie równocześnie z pielęgniarkami.
Lorenzo, który od operacji nie opuszczał łóżka brata – wiem to od pielęgniarek – stoi teraz w kącie. Blady, drżący, z szeroko otwartymi oczami, jakby ktoś wraz ze śmiercią brata miał mu odebrać oddech.
– Migotanie komór! – krzyczę, zagłuszając dźwięk alarmu aparatury. – Zestaw do reanimacji! Parametry spadają! – Nachylam się nad Donatellem. – Zostań ze mną! Walcz, słyszysz?
Po drugiej stronie łóżka pielęgniarki przygotowują chłopaka do defibrylacji. Sprawdzam puls na nadgarstku. Nic.
– Brak tętna! – Kładę dłonie na jego klatce piersiowej i zaczynam uciskać. – Ładuj do dwustu!
– Gotowe!
– Czysto! – Odrywam ręce. Pierwszy wstrząs porusza ciałem Donatella. Zerkam na monitor. – Nadal migotanie. Kontynuuję uciski!
– Brak tętna – oznajmia pielęgniarka z lewej.
– Migotanie komór się utrzymuje – potwierdza druga.
– Ładuj do trzystu! – Nie przerywam masażu serca.
– Gotowe!
– Czysto!
Kolejny impuls. Chłopak nie reaguje. Monitor dalej pokazuje chaotyczny zapis.
– Od nowa – syczę przez zaciśnięte zęby i wracam do ucisków, mocniej, szybciej, z całą siłą.
– Wciąż brak tętna – pada chłodne stwierdzenie.
– Kurwa, zróbcie coś! – Krzyk Lorenza przecina powietrze jak nóż.
Nie odwracam się.
– Trzysta sześćdziesiąt! – żądam.
Pielęgniarka spogląda na mnie sceptycznie. Ignoruję jej wątpliwości.
– Trzeci strzał – oznajmia technik, gdy defibrylator jest naładowany.
– Czysto! – Odrywam dłonie i patrzę, jak Donatello się unosi i opada po kolejnym wstrząsie.
Wracam do ucisków. Ręce odmawiają mi posłuszeństwa, drżą, jakby ktoś wysysał ze mnie resztki sił. Oddycham ciężko, zgrzytam zębami. Jeszcze jeden ucisk. Jeszcze jeden. Jeszcze…
I wtedy monitor miga zielonym światłem. Linia zaczyna drgać w rytmie serca. Jest tętno.
– Mamy go! – krzyczy pielęgniarka, a mi spada z serca kamień tak ciężki, że aż na moment tracę równowagę.
Odsuwam się, by pozwolić zespołowi dokończyć procedurę. Wycieram spocone czoło rękawem fartucha i wychodzę z sali.
Na korytarzu czekają bracia Marchetti wraz z ochroniarzami, których wcześniej wyproszono.
– Udało się – mówię krótko, patrząc na Domenica.
Strach w jego oczach przygasa, lecz nie znika całkowicie.
– Mogę do niego wejść? – odzywa się Lorenzo.
– Jeszcze nie – odpowiadam, a on kiwa głową. – Sytuacja może się powtórzyć – dodaję chłodno. – Musicie być gotowi na wszystko.
Nie czekając na odpowiedź, odwracam się i ruszam w przeciwnym kierunku, niż planowałam. Nie wiem dlaczego, ale nie chcę przechodzić obok najstarszego z braci. Coś we mnie protestuje, jakby instynkt próbował mnie ostrzec.
Domenico
Nie cierpię czekać. Czekanie to oznaka bezsilności, a ja nie mogę być bezsilny. Nie teraz, nie tutaj. Ale stoję na tym cholernym korytarzu, a za drzwiami rozgrywa się coś, nad czym nie mam żadnej kontroli. Donatello walczy o życie.
Lorenzo krąży tam i z powrotem jak w klatce. W końcu wybucha, krzyczy coś w stronę drzwi, jakby jego słowa miały moc sprowadzenia Donatella z powrotem. Ja milczę. Gdybym otworzył usta, wszyscy na tym korytarzu usłyszeliby, jak bardzo się boję, że go stracimy. A na to nie mogę pozwolić.
Patrzę na swoich ludzi. Starają się wyglądać pewnie, ale widzę, jak jeden z nich unika mojego spojrzenia. Czują to samo, co ja. Lęk. Nie o siebie, a o konsekwencje tej sytuacji. Bo jeśli Donatello umrze… nic już nie będzie takie samo.
Drzwi się otwierają i wychodzi z nich Seraphina Silva. Fartuch ma wyraźnie wilgotny od potu, a włosy przyklejone do skroni.
– Udało się – oznajmia i patrzy tylko na mnie.
Na ułamek sekundy czuję ulgę. Jej słowa uderzają we mnie jak chluśnięcie lodowatej wody. Ulga nie jest dla mnie. Nigdy nie była. To luksus, na który pozwalają sobie słabi, jednak zanim zdążę odwrócić wzrok, czuję, jak niewidzialny ciężar spada mi z ramion – i wiem, że ona też to widzi.
Lorenzo odzywa się pierwszy:
– Mogę do niego wejść?
– Jeszcze nie – odpowiada Sera stanowczo.
Lorenzo kiwa głową, blady jak ściana, bez walki przyjmuje odmowę.
– Sytuacja może się powtórzyć. Musicie być gotowi na wszystko – dodaje lekarka chłodnym, profesjonalnym tonem.
Odwraca się i rusza korytarzem w przeciwnym kierunku, zanim zdążę jej podziękować.
Powinna przejść obok mnie, ale tego nie robi. Zbacza, jakby coś w niej się buntowało. A ja stoję, wpatrzony w jej plecy, i uświadamiam sobie, że kobieta, która nie boi się rzucić wyzwania śmierci, boi się minąć mnie.
Nie wiem, czy powinno mnie to irytować, czy intrygować.
***
– To wszystko, co o niej wiemy – słyszę głos jednego z ludzi, gdy podaje mi teczkę.
Przyjmuję dokumentację. Tłumaczę sobie, że chodzi wyłącznie o sprawdzenie personelu, który zajmuje się Donatellem. Ale kogo ja oszukuję? Gdyby chodziło tylko o bezpieczeństwo, prześwietliłbym wszystkich w szpitalu. A jednak w moich rękach znajduje się tylko teczka pani chirurg.
Otwieram i pierwsze, co widzę, to jej zdjęcie. Patrzę długo i uważnie. Jest bardzo piękną kobietą. Na fotografii uśmiecha się ciepło, promieniuje radością, której nie ma, gdy staje przede mną. W rzeczywistości jej twarz jest poważna, skupiona.
Powiedziała wcześniej, że straciła pierwszego pacjenta. Ja wiem, jak to jest – pierwszy trup zawsze zostawia ślad na psychice. Może właśnie wtedy straciła część swojej radości, a na jej miejscu pojawił się chłód, który ujrzałem w jej oczach.
Przerzucam stronę i dowiaduję się, że ma dwadzieścia dziewięć lat i pochodzi z małego miasteczka w Teksasie. Jej rodzice prowadzą pensjonat w pobliżu Tyler State Park, a siostra mieszka w Austin z rodziną. Przeciętna, zwyczajna historia jakich wiele. A jednak nic w niej nie jest przeciętne. Przynajmniej nie dla mnie.
Czytam dalej. Studia, rezydentura, wyróżnienia. Wszystko schludne, za czyste. Każdy ma coś na sumieniu, jakieś rysy na powierzchni, ale jej akta są gładkie jak szkło.
Zatrzaskuję teczkę. Nie dlatego, że skończyłem czytać, tylko zaczynam się zastanawiać, dlaczego chcę wiedzieć więcej. Fascynuje mnie, choć zamieniliśmy ze sobą tylko kilka zdań, a ona ratowała życie mojemu bratu jak każda inna lekarka na jej miejscu.
Donatello… Ten szczeniak, który prędzej doprowadzi mnie do siwizny niż cała reszta rodziny razem wzięta. Uparty, nieposłuszny i głupi, a jednak nadal mój brat, moja krew. Oddałbym za niego życie. Odebrałbym tysiąc innych, gdyby ktoś choć próbował go skrzywdzić. I właśnie to zrobię.
Moja rodzina jest nietykalna. Każdy w tym mieście i poza nim powinien o tym pamiętać. Nie obchodzi mnie, kto zaczął. Ważne, że to ja zadaję ostatni cios. A ci, którzy sprawili, że Donatello leży na tym szpitalnym łóżku… zapłacą za to krwią. Zabiję skurwysynów, przez których każda sekunda życia mojego brata jest niewiadomą.
Wstaję, zamykam teczkę i kładę ją na krzesło. Do pani doktor jeszcze wrócę, ale nie teraz. Teraz mam ważniejsze sprawy na głowie.
Wyciągam telefon z kieszeni płaszcza. Simon odbiera już po pierwszym sygnale.
– Nie żyje? – Głos ma chłodny, niemal pozbawiony emocji, ale wystarczyłoby jedno spojrzenie w jego oczy, by zobaczyć strach o życie naszego młodszego brata.
– Zatrzymanie akcji serca, ale go odratowali – wyjaśniam, stając w drzwiach pokoju Donatella. – To się może powtórzyć.
Simon wciąga powietrze i zmienia temat:
– Mamy całą trójkę. Są w miejscu, o którym rozmawialiśmy.
– Sam się tym zajmę – odpowiadam cicho. W myślach mam już osobny, pieprzony plan na każdego z nich.
– Otello to nie tylko twój brat – przypomina mi. – Zrobimy to razem. Kiedy powiemy ojcu i mamie?
– Właśnie się zbieram, by do nich pojechać.
– Nie wiem, kto zabije cię pierwszy. Ojciec, bo zataiłeś przed nim postrzelenie Donatella i zakazałeś go o tym informować, czy mama, której pęknie serce, jak tylko usłyszy, że jej syn prawie dwa razy wyzionął ducha, a jej przy nim nie było. – Obstawiam mamę. – Zjebałeś to.
– Poinformuj Eleonorę i Ginevrę za godzinę. Będę już po rozmowie z rodzicami.
– Wiesz, że oni wszyscy się tam zlecą?
– Dlatego, kurwa, wolałem trzymać gębę na kłódkę. – Gdyby cała rodzina Marchettich znalazła się pod jednym niechronionym dachem, byłoby to jak specjalne zaproszenie dla naszych wrogów. – Weź wszystkich ludzi, których masz wolnych.
– Będę tam za dwadzieścia minut – mówi, po czym się rozłącza.
Przenoszę wzrok z nieprzytomnego brata na Lorenza, który nie odstępuje swojego bliźniaka nawet na krok. Nigdy nie wierzyłem w coś takiego jak bliźniacza więź, ale byłem w jednym pomieszczeniu z Lorenzem, gdy kilka minut przed telefonem o postrzeleniu Donatella uniósł głowę i powiedział, że ma złe przeczucie. Rzuciłem, żeby nie gadał głupot, co ma w zwyczaju, lecz on położył dłoń na klatce piersiowej i oznajmił, że czuje to tutaj. Teraz, jak Bóg mi świadkiem, uwierzę w każdą więź.
Lorenzo podnosi głowę, wyczuwając, że mu się przyglądam. Informuję go krótko, dokąd jadę, po czym po milczącym pożegnaniu się z nim zmierzam do wyjścia w asyście swoich czterech ludzi.
Jeśli dziś zginę, to tylko z ręki własnego ojca. Strzeli mi prosto między oczy za zatajenie przed nim tak ważnej sprawy.ROZDZIAŁ 3
Sera
Moja mama Hazel wychowywała się na obrzeżach Fredericksburga, w sercu teksańskiego Hill Country, na dużym ranczu zajmującym się hodowlą bydła, prowadzonym przez jej rodzinę od pokoleń. Tam, gdzie wzgórza są faliste, a niebo przy zachodzie pali się ogniem, nauczyła się twardej pracy i ciszy poranka. W krwi mojej mamy płynie kowbojska krew. Krew mojego taty Axela przesiąknięta jest z kolei górskimi szlakami Montany. Pochodzi z Bozeman. Wychowywał się wśród gór i lasów.
Dzieciństwo spędzili zupełnie inaczej, a ich tradycje różniły się od siebie jak dzień i noc. A jednak połączyła ich miłość do natury. Wspólne wędrowanie, rozmowy o świecie i marzenie o miejscu, które pozwoli innym na chwilę się zatrzymać, odetchnąć. Tak właśnie powstał ich pensjonat – z dala od zgiełku, a jednocześnie wystarczająco blisko miasta, by życie nie straciło swojego rytmu.
Gdy urodziłyśmy się ja i moja siostra Josie, rodzice wychowali nas tak, byśmy miały cząstkę każdego z nich w sobie – część miłości mamy do kowbojskiego stylu życia i trochę zamiłowania taty do gór i długich wędrówek. Do dziś jestem im wdzięczna za każdą lekcję.
Spędziłam w domu rodzinnym ostatnie cztery dni. Pensjonat na ten czas był zamknięty dla gości. Mama z tatą świętowali kolejną rocznicę ślubu. Przyjechała Josie z mężem i dziećmi, bracia mojej mamy, ciocia z wujkiem od strony taty oraz kilkoro mojego kuzynostwa.
Jesteśmy ze sobą bardzo zżyci. I chociaż każdy z nas mieszka gdzie indziej, ma własne rodziny i sprawy, to i tak co roku spotykamy się przy jednym stole w święto Bożego Narodzenia na rodzinnym ranczu mojej mamy, które jest prowadzone przez jej brata. Mam liczną rodzinę i jestem wdzięczna za nią całą.
Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Nim się obejrzałam, święta minęły, a ja znowu byłam w pracy.
– Wypoczęłaś! – rzuca Troy, gdy spogląda na mnie, wchodząc do pokoju socjalnego.
– I się wyspałam – odpowiadam między kęsami bajgla.
– Dobrze, bo przez kilka następnych dni nie pośpisz. – Kiwa w stronę kalendarza.
Jęczę. Od jutra zaczynam nocne dyżury, które potrwają przez kolejne dwa tygodnie. I nie chcę być źle zrozumiana. Nocne dyżury nie są najgorsze, dostajemy za nie podwójną stawkę. Na oddziale dzieje się mniej w porównaniu do zmiany porannej, więc w teorii plusy przeważają nad minusami, ale ja po prostu lubię spać, szczególnie w nocy, we własnym łóżku – stąd mój jęk rozpaczy.
– Gotowi? – Kim, jedna z moich ulubionych pielęgniarek i najlepsza przyjaciółka, wtyka głowę w uchylone drzwi.
Przełykam ostatni kęs, popijam go herbatą i wstaję.
Obchód w towarzystwie innych lekarzy oraz pielęgniarek zaczynamy od podstawowych informacji – omówienia stanu pacjentów, planów leczenia i wypisów.
Zaskoczona mrugam, gdy na liście osób przeznaczonych do wypuszczenia do domu widzę nazwisko Marchettiego.
– Donatello Marchetti? – upewniam się.
– Tak, wychodzi na własne żądanie – rzuca ordynator.
– Naprawdę?
– No, może nie do końca na własne. Jego rodzina nalegała, żeby wrócił do domu, gdzie sama zapewni mu opiekę.
– Może to i lepiej, bo ci ich ochroniarze są przerażający – dodaje jedna z pielęgniarek.
Dziesięć minut później się rozdzielamy – część zespołu schodzi na dolne oddziały, inni zajmują środkowe i górne piętra, a ja z pozostałymi jadę na piętro dla VIP-ów. Tutaj mamy tylko dwa wypisy, pozostali pacjenci są jeszcze pod obserwacją.
Gdy reszta zajmuje się podsumowaniem obchodu, zmierzam do pokoju Donatella. To ja odpowiadam za jego wypis. Nie do wiary, że chłopak już się wybudził i że rodzina chce go zabrać tak szybko.
Przed jego pokojem stoi dwóch ubranych na czarno ochroniarzy, którzy tylko mierzą mnie wzrokiem, ale nie zatrzymują. Drzwi są lekko uchylone, więc pukam dwa razy, zanim przekraczam próg.
– Dzień dobry – mówię po wejściu do pokoju, w którym znajduje się sześć osób.
Wszyscy odwracają się w moją stronę.
– Dzień dobry, pani doktor. – Jako pierwsza odpowiada mi starsza kobieta, siedząca na fotelu obok szpitalnego łóżka.
Inni idą za jej przykładem, a ja przenoszę spojrzenie na Donatella.
– Jak się dziś czujesz? – Podchodzę do łóżka i unoszę tablet z danymi o jego stanie zdrowia.
– W chuj mnie wszystko boli, ale chyba przeżyję – stwierdza z chrypką w głosie.
– Język! – krzyczy prawdopodobnie jego mama. – Mio Dio! Non ti ho educato così¹!
– Mi dispiace, mamma². – Donatello łapie ją za rękę, a kobieta odwzajemnia ten uścisk.
– Proszę wybaczyć jego słownictwo, pani doktor – zwraca się do mnie, uśmiechając się lekko.
– Nie szkodzi – mówię z takim samym uśmiechem i wracam spojrzeniem do chłopaka. – Czeka cię długa i bolesna rekonwalescencja. Przed wyjściem dostaniesz zalecenia i receptę na leki, które musisz przyjmować w czasie dochodzenia do siebie w domu. Muszę zaznaczyć, że opieka domowa, prowadzona przez waszych lekarzy, musi dorównywać naszej, w przeciwnym razie stan twojego zdrowia może się w każdej chwili pogorszyć. – Zerkam na tablet. – Przez parę najbliższych dni nie możesz się poruszać. Okres ten może się wydłużyć do kilku tygodni, w zależności od tego, jak szybko twój organizm będzie się regenerował. – Znowu patrzę na Donatella. – Masz zakaz spożywania alkoholu, palenia tytoniu i przyjmowania jakichkolwiek używek zagrażających zdrowiu. Każdy lek, który będziesz brać, musi być wcześniej skonsultowany z lekarzem. Dużo odpoczywaj i unikaj stresu. Wszystko jasne?
– Oczywiście, pani doktor – zgadza się bez wahania.
– Wszystko jest już przygotowane na jego pobyt w domu. Zapewnimy mu opiekę dorównującą szpitalnej – dodaje jego matka.
– Mam nadzieję. – Blokuję urządzenie, po czym odwracam się z zamiarem wyjścia, lecz wtedy moją uwagę przykuwa Lorenzo Marchetti, który wbija we mnie wzrok. Przyglądam się jego twarzy, a potem wracam spojrzeniem do obitego i spuchniętego Donatella. – Jesteście bliźniakami? – pytam, choć to oczywiste na pierwszy rzut oka.
– Jednojajowymi – wyjaśnia Lorenzo, po czym wstaje. – Pani doktor cię reanimowała, gdy stanęło ci serce – zwraca się do brata, a potem patrzy z powrotem na mnie. – I uratowała go pani, za co dziękuję.
– Stanęło mi serce? – dziwi się Donatello.
– Dwa razy, debilu – rzuca jego bliźniak.
– O kurwa – klnie pacjent, a jego mama szepcze coś po włosku.
– Dziękuję, pani doktor. – Kobieta wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mnie w kilku krokach. – Uratowała pani mojego syna.
Obejmuje mnie. Odwzajemniam uścisk, chociaż jestem nieco zaskoczona jej reakcją.
– Nie musi mi pani dziękować. To moja praca – mówię, gdy mnie puszcza.
– To piękna praca, pani doktor.
Uśmiecham się do niej ciepło. Zanim wychodzę, dwie inne kobiety, które okazują się siostrami Donatella i Lorenza, również mi dziękują.
Kiwam głową i opuszczam salę pełną rodziny Marchettich.
***
Idziemy z Troyem ramię w ramię szpitalnym korytarzem i omawiamy naszą jutrzejszą operację.
– Nic więcej nie możemy dla niej zrobić poza obustronną mastektomią.
– Zgadzam się. Ty czy ja? – pytam.
– Ja. Ty byłaś ostatnim razem.
– Robimy to za często.
– O wiele – stwierdza z lekkim smutkiem w głosie. – Idziesz po pracy do baru?
– Nie wiem, mam jeszcze kilka pudeł do rozpakowania. Zapytaj mnie na… – urywam w połowie zdania, bo skręcamy i prawie wpadamy na trzech mężczyzn.
Troy łapie mnie za ramię, gdy tracę równowagę.
– Proszę uważać – odzywa się głosem, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam, chłodnym i wrogim. Puszcza mnie, bym mogła wyprostować się u jego boku.
– Proszę wybaczyć. – Ton Domenica Marchettiego jest zimny. – Szukałem cię – mówi do mnie.
– Słucham? – pytam zdziwiona.
– Możemy porozmawiać na osobności?
Nie spuszcza ze mnie wzroku. Widzi, że się waham, więc dodaje:
– Proszę tylko o pięć minut.
Zerkam na jego ochroniarzy, którzy nie są zainteresowani tym, o czym rozmawiamy, a raczej sytuacją wokół nas.
Kiwam głową, ponownie patrząc mężczyźnie w oczy. Domenico się cofa, by zrobić mi miejsce, a wtedy Troy pyta szeptem, czy jestem pewna.
– Zaraz wrócę do pokoju – mówię, nie odpowiadając na jego pytanie.
Domenico rusza przed siebie. Pozwalam mu się prowadzić, choć to on jest w moim szpitalu, nie odwrotnie. Zanim mam szansę zapytać, gdzie dokładnie chce rozmawiać, wchodzimy na korytarz prowadzący do ogrodu.
– Wszystko w porządku z twoim bratem? – pytam, kiedy przechodzimy przez drzwi i zostawiamy jego ochronę za sobą. Pytam o Donatella, chociaż wiem, że ten jest już w drodze do domu.
– Tak – odpowiada od razu.
– Więc o co chodzi? – Nie widzę innego tematu, który moglibyśmy poruszyć.
Zamiast mi odpowiedzieć, mężczyzna ściąga swój płaszcz, który po chwili nakłada mi na ramiona.
– Naprawdę nie trzeba. – Wskazuję na płaszcz. – Muszę wrócić na dyżur.
– Mamma prosiła, bym jeszcze raz podziękował za uratowanie Otella. – Wyjmuje papierosa z paczki.
– Podziękowania należą się ordynatorowi, to on tak naprawdę go uratował – mówię, podczas gdy on odpala srebrną zapalniczkę.
– Otrzymał podziękowania w formie przelewu.
Zaskoczona wybałuszam na niego oczy.
– Ale to ty sprawiłaś, że jego serce zabiło po raz kolejny. Dziękuję.
– To moja praca. – Przełykam ślinę i zerkam nerwowo w stronę drzwi. – Powinnam już iść.
– Sero, czy zjesz ze mną kolację? – pyta w tym samym czasie.
Po raz kolejny patrzę na niego zdziwiona, ale tym razem i z nutą przerażenia.
Kolację?!
Nie mam zamiaru się z nim umawiać. Domenico, owszem, jest przystojny, elegancki, szykowny i bije od niego władza, co widać na kilometr, ale jest także niebezpieczny, uwikłany w szemrane interesy – trochę popytałam, a nawet wyszukałam to nazwisko w internecie.
Nawet dziś podczas obiadu słyszałam okropne plotki na temat jego rodziny. Wystarczyło pięć minut na szpitalnej stołówce, by upewnić się w tym, co podejrzewałam wcześniej – stoimy po przeciwnych stronach barykady.
Ja ratuję życie, a on je odbiera.
Nawet teraz, gdy tylko stoi obok mnie, przytłacza mnie swoją posturą. Jest wysoki i umięśniony. Wystarczyłby jeden jego ruch, bym leżała na ziemi.
I jeszcze ci jego ochroniarze – krok w krok za nim, jak cienie. Są z nim, bo nie wiadomo, kto i kiedy uderzy, by odebrać mu życie. Ta rodzina ma realnych wrogów gotowych ich zabić. To brzmi tak groteskowo, jak akcja z filmu czy książki, lecz to się dzieje naprawdę, a jego brat, który jeszcze niedawno walczył o życie, jest tego dowodem. Ktoś najwyraźniej chciał się zemścić i zabić Donatella. To jest rodzina, od której lepiej trzymać się z daleka.
– Dziękuję za zaproszenie, ale muszę odmówić – mówię, gdy zrzucam z ramion jego płaszcz. Od razu dostaję gęsiej skórki.
– Mogę wiedzieć dlaczego? – pyta, przyjmując ode mnie nakrycie.
– Po prostu nie jestem zainteresowana – odpowiadam prosto z mostu. Spoglądam na pager i kończę to spotkanie: – Muszę wracać do pracy. – Ruszam do wyjścia, jednak zanim wyjdę z ogrodu, żegnam się jeszcze z mężczyzną i dodaję: – Mam nadzieję, że twój brat wydobrzeje.
– Ja też. Do widzenia – słyszę, zanim szklane drzwi zamykają się za mną, a tym samym oddzielają mnie od mężczyzny.