Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dlaczego jesteś sama, dziewczyno? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 czerwca 2026
20,00
2000 pkt
punktów Virtualo

Dlaczego jesteś sama, dziewczyno? - ebook

Jak odpowiedzieć na pytanie, które niektóre z nas usłyszały bądź usłyszą na różnych etapach życia, kiedy akurat będą bez tej przysłowiowej połówki jabłka – dlaczego jesteś sama? Odpowiedź zależeć będzie od temperamentu: - nie twój interes, - a co to cię obchodzi, - bo tak, - bo nikt mnie nie chce, - bo mi tak dobrze, - bo tak wybrałam - i inne, które cisną się na usta. Czasy się niby zmieniają, ale oczekiwania rodziny czy bliskich nie zawsze. Czy naprawdę kobiety muszą być traktowane jako część całości, a nie wystarczająca całość? W tej książce niektóre z samotnych kobiet odpowiedzą na zadane powyżej pytanie. Oczywiście podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest czysto przypadkowe, a przedstawione historie są fikcją literacką. Dziękuję zarówno tym, którzy będąc w moim życiu sprawiali, że czułam się przeraźliwie samotna i tym, którzy wciąż są (i mam nadzieję, że będą) i sprawiają, że z nimi czuję się szczęśliwa. Anna Wrońska

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397678453
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Siedziałyśmy w kawiarni, czekając na nasze zamówienie. Alka pokazywała mi zdjęcia z wyjazdu z Krzysztofem. Szczęśliwa, uśmiechnięta, piękna, zrelaksowana. I on też szczęśliwy. Zrelaksowany. Uśmiechnięty. Z tym uśmiechem można było powiedzieć, że jest ciut ładniejszy od diabła. Dobrze, że Alka uważała go za pięknego. Najważniejsze, że jej się podobał. Lubiłam Krzyśka. Miał duże poczucie humoru. I duży brzuch. Co tam miał jeszcze dużego, to nie wnikałam. Najważniejsze dla mnie było, że Alkę uszczęśliwiał. A jej szczęście mnie cieszyło. Rozkwitała. Zresztą tak powinno być, prawda? Nasi mężczyźni mają nas uszczęśliwiać, a my ich. Nieważne, co mówią przyjaciółki, matki, siostry, bracia, ojcowie, znajomi. To nie ich życie i nie ich szczęście, to nie ich związek, nie ich mężczyzna ani nie ich kobieta. Patrzyłam na Alkę z uśmiechem, kiedy opowiadała z przejęciem o tym ich pierwszym wyjeździe. I naprawdę cieszyłam się jej szczęściem. Promieniała radością i pozytywną energią tak bardzo, że trochę mi się jej udzieliło. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Nie tylko dlatego, że zaraz mieli mi podać brownie z kubkiem gorącej czekolady. Dużo kalorii, ale warto. Alka zamówiła kawę. Bez mleka, bez cukru i bez ciasta. Postanowiła dbać o linię. Twierdziła, że to wcale nie dla Krzysia, tylko dla samej siebie. Akurat. Znałam Alkę dziesięć lat, a Krzysiek to był jej piąty chłopak z kolei w trakcie naszej znajomości. Byli razem raptem cztery miesiące. Alka zawsze się odchudzała dla mężczyzn, nawet gdy już nie miała z czego zrzucać wagi. Zawsze chciała być lepsza, lżejsza, aktywniejsza, ładniejsza, szybsza, atrakcyjniejsza. Chciała lepiej gotować, interesować się pasjami swojego mężczyzny, lepiej się odżywiała, bo zaczynała diety czy poranne biegi – stawała się za każdym razem kimś innym. Zapominała o jednym. Wszyscy jej mężczyźni zainteresowali się nią wcześniej. Gdy była sobą. Odchodzili, gdy próbowała się do nich dopasować, zmieniać dla nich i tracić siebie. Zakochiwali się przecież w innej dziewczynie. Tej naturalnej, radosnej, bezkompromisowej, która robiła, co chciała, jak chciała, kiedy chciała, gdzie i z kim chciała. Czyli jadła z apetytem, którego niejeden mężczyzna jej zazdrościł, potrafiła pić na równi z facetami, miała swoje pasje, ulubione miejsca i własne zdanie. Była bezkompromisowa, twarda, zabawna, mądra… dopóki nie spotkała mężczyzny i z tej cudownej dziewczyny nie zamieniała się w jego dodatek. Nie zmieniała jedynie swojej wersji imienia. Bezwzględnie kazała mówić na siebie Alka. Miała na imię Aleksandra. Nienawidziła jednak innych zdrobnień, a to sobie wymyśliła, bo chciała się wyróżniać i czuć wyjątkowo. Ktoś zna drugą Alkę? Naprawdę ją uwielbiałam. Nie przepadałam tylko za tymi jej wcieleniami zakochanej kobiety, ale lubiłam, gdy była szczęśliwa. A teraz była. Tylko ile jeszcze? Miesiąc? Rok? Dwa? Westchnęłam niezauważenie. Takie chwile szczęścia są nam potrzebne, żebyśmy miały co wspominać, czyż nie? Lubiłam zamykać oczy, brać głęboki oddech i wracać do tych moich momentów spokoju i bezpieczeństwa. Czułam wtedy, że kocham, że pożądam, że jestem kochana, że jestem pożądana. Teraz częściej pogrążałam się we wspomnieniach, niż przeżywałam momenty. Wprawdzie kochałam. I byłam kochana. Jednak nie zawsze można być w danym momencie z kimś, kogo się darzy uczuciem. Zdawałam się na los. I cieszyłam byciem wolną i niezależną. Tak właśnie o sobie myślałam.

Podano nasze zamówienie i Alka spojrzała z żalem na mój kawałek brownie, a ja spojrzałam na nią. Chyba już miała się złamać i zamówić, ale właśnie w tym momencie do stolika podeszła nasza wspólna koleżanka – Monika. Ani ja, ani Alka za nią nie przepadałyśmy.

– Uuuu – pogroziła mi palcem. – W biodra ci pójdzie.

Teraz już chyba jasne było, dlaczego nie darzyłyśmy jej zbytnią sympatią. Nie uważałam się za grubaskę, ale do chudych faktycznie też nie należałam, uznałam jednak, że parę kalorii nie zaszkodzi. Szczególnie że były to bardzo rozkoszne kalorie wywołujące endorfiny. Zresztą ćwiczyłam. Sama dla siebie, a nie dla żadnego faceta, więc kalorie, a czasem nawet ich nadmiar, spalałam systematycznie. Mniej więcej co dwa tygodnie. Może mój obecny ukochany nie był ze mną na stałe, ale bywał. Intensywnie wtedy ćwiczyliśmy. I taka ilość jego obecności w moim życiu i spalanych z nim kalorii mi wystarczała. Nie byłam gotowa ani na życie z kimś – z nim w szczególności – ani na zmianę dla kogokolwiek, a zwłaszcza dla niego. Kochałam go na swój sposób, ale codzienność z nim odsuwałam na nieokreślone kiedyś, kiedy będę już gotowa. Z tego też względu mało kto o moim ukochanym wiedział. I ja czasem zapominałam, że on jest. Naprawdę nie byłam gotowa na stabilny, trwały, poważny związek. Jeszcze nie teraz. Teraz chciałam zjeść to brownie.

Uśmiechnęłam się do Moniki i wbiłam widelczyk w ciasto, a później wolno wsunęłam kawałek przepysznego smakołyku do ust, mrucząc z zadowolenia. Monika przewróciła oczami i usiadła, a Alka wstała i powiedziała, że idzie zamówić szarlotkę. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Alka oddaliła się zdecydowanym krokiem, zanim Monika otworzyła usta. Miałam zapytać Monikę, co ona zamawia, ale wtedy do naszego stolika podszedł całkiem przystojny mężczyzna, którego skądś kojarzyłam. Próbowałam sobie przypomnieć, skąd mogę go znać.

– Mój mąż – powiedziała z dumą Monika, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek. – Odbierał nas parę razy z tych naszych zakrapianych alkoholem imprez – przypomniała, jakby czytała mi w myślach.

Roześmiałam się krótko i nerwowo. Dlatego go kojarzyłam. Liczyłam na to, że się przy nim wtedy za bardzo nie wygłupiłam, ale pewnie i tak miałam taką konkurencję, że nie zwróciłby uwagi. Swoją drogą, jak to się dzieje, że takie wredne sucze jak Monika mają takich przystojnych, spokojnych i cudownych mężów? To, że był atrakcyjny, stwierdziłam od razu, gdy go zobaczyłam po raz pierwszy, a jego spokój doceniłam podczas rozmowy, która – jak już Alka wróciła zadowolona do stolika – rozkręciła się na dobre. Tematów było bez liku, ku niezadowoleniu Moniki, która w końcu musiała powiedzieć coś takiego, co według niej, powinno nam, a przynajmniej mnie, pójść w pięty. Oczywiście musiała to zrobić spektakularnie. Wyprostowała się, odgarnęła włosy, przytuliła swojego „misiaczka” i tak, żeby słyszeli ją wszyscy goście, łącznie z obsługą, zapytała patrząc na mnie:

– Dlaczego jesteś sama, dziewczyno?

Rozejrzałam się dookoła. Spodziewałam się spojrzeń pełnych politowania albo współczucia. Jednak nie. Nikt tak na mnie nie patrzył. Przyglądały mi się pewne siebie, odważne, silne kobiety – przynajmniej tak mi się zdawało, że takie są. Dwie z nich siedziały w towarzystwie mężczyzn. Nie byłam jedyna, która w tej kawiarni siedziała bez faceta, bo przecież o to Monice chodziło, prawda? O brak kogoś przy mnie. A skoro go nie ma teraz przy mnie, to nie ma go w moim życiu. Jakbym nie mogła po prostu spotkać się z koleżanką sam na sam. Jakbym musiała się afiszować. Czy to faktycznie oznacza, że jestem sama albo samotna? Bo wcale się tak nie czuję. Niemniej jednak naszła mnie ochota zadać to pytanie tym wszystkim kobietom, nie tylko w tej kawiarni. Dziewczyno. Kobieto. Matko. Singielko. Kochanko. Nieistotne, ile masz lat. Dlaczego jesteś sama?ROZDZIAŁ 1 – EWA, LAT 42

W naszym domu nie rozmawiało się o trudnych sprawach. Właściwie w ogóle niewiele się rozmawiało. Najczęściej słuchało się krzyków matki i robiło to, co kazała, bo tak z kolei kazał ojciec.

– Masz słuchać matki – powtarzał. Niezależnie od tego, jak niesprawiedliwe i jak bezsensowne polecenia wydawała.

Ojciec uciekał po wypowiedzeniu powyższych słów, a matka triumfowała i mogła robić z nami, co chciała. Z nami – czyli ze mną i moimi braćmi. Ojciec oddawał jej władzę nad nami i umywał ręce. Dlatego nazywam go ojcem, a nie tatą, bo tatą nigdy nie był. Nasza trójka dorastała w poczuciu niesprawiedliwości. Na nic się zdały płacze, bo to była nasza pierwsza broń w ramach protestu wobec krzywdy, która nas spotykała. Skutek był zgoła odwrotny do zamierzonego. Łzy rozjuszały matkę jeszcze bardziej i wtedy ścierka na plecach była najłagodniejszą karą. Zwykle szarpała nas za włosy albo uszy. Powinniśmy się wspierać nawzajem, bronić, stawiać opór, występować w trójkę przeciwko dwójce dorosłych – z których jednego i tak nie było, bo uciekał z domu, gdzie tylko mógł – ale byliśmy na to za mali.

Byliśmy zastraszeni. Byliśmy bezbronni. Nieświadomi przysługujących nam praw i obowiązków. Byliśmy marionetkami w rękach naszych rodziców, a zwłaszcza matki. I – jak to bywa w przypadku dzieci – rodzice byli dla nas bogami. Wzorami. Autorytetami. Nie mieliśmy wtedy ani innych wzorów, ani autorytetów. Musieliśmy dojrzeć. Do wzorów. Do autorytetów. Do nowych bogów. Dotrwać do wieku nastoletniego i zacząć się buntować. Negować świat, w którym przyszło nam żyć. Zakwestionować zasady, które nam wpajano, bo to były gówniane zasady stworzone przez spaczone, nieleczone, chore umysły. Zasady, które spierdoliły życie i mnie, i moim braciom. Zasady, które spowodowały, że latami musieliśmy jako dorośli leczyć się z traum dzieciństwa. Zasady, które sprawiły, że w dorosłym życiu popełnialiśmy niewybaczalne i karygodne błędy. Zasady, z powodu których nigdy nie będziemy szczęśliwi i nigdy nie będziemy cieszyć się życiem. Rodzice zawsze są najlepszymi rodzicami, jakimi być mogą, ale i tak dla dzieci szczególnie w wieku dorastania, zawsze są tymi złymi. Nasi jednak dla nas byli naprawdę źli. Wychowali nas na słabeuszy bojących się życia, własnego zdania i innych ludzi.

Tak oto wyposażeni w nieufność, zawiść, zazdrość i brak poczucia własnej wartości wyruszyliśmy w świat. Ja zniosłam to najgorzej, bo mój starszy brat umarł, gdy byliśmy jeszcze mali. Młodszy mało czasu spędzał ze starszym i twierdził później, że go prawie nie – albo po prostu to wyparł, mimo że kiedyś chodził za nim jak wierny pies za swoim panem. Ja pamiętałam go doskonale.

Mam wrażenie, że mój starszy brat, wtedy w wieku już nastoletnim, wymodlił sobie tę śmierć. Sam nie miał odwagi odejść z tego świata, więc modlił się, żeby spotkało go coś złego, co pozbawi go życia. No i zdarzył się mu wypadek. Samochodowy. Ktoś mógłby powiedzieć, że sam się wpakował pod ten pojazd, ale tak nie było. Po prostu znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Bardzo to z młodszym bratem przeżywaliśmy. Ja wciąż to pamiętam, a mój brat poradził sobie z tą traumą, zapominając. I zostaliśmy w tym przeżywaniu sami, bo rodzice skupili się na obwinianiu siebie nawzajem. Mama oskarżała tatę, że to przez to, że nas zostawił, bo w końcu odszedł jakoś tak dwa lata przed tym wypadkiem, a tata obwiniał mamę, że była z nami, znaczy dziećmi, non stop i nie upilnowała mojego brata. Bo brat „szlajał się” po nocach i właśnie podczas takiego jednego „szlajania” ze znajomymi zginął pod kołami jakiegoś idioty, który pędził opustoszałą ulicą przez centrum miasta, pewny, że około drugiej wszyscy ludzie leżą w łóżkach i nikomu nie przyjdzie do głowy wyjść na ulicę, a co dopiero przez nią przechodzić. Mój brat nie przechodził sam, ale to w niego uderzyło auto idioty. Nie zginął na miejscu, ale zmarł, zanim dojechała karetka. Pamiętam, jak ze snu wyrwał nas telefon, a później krzyk i płacz mamy, właściwie to wycie, i to takie, jakiego nigdy wcześniej i nigdy później nie słyszałam. A później wypadła z domu w pidżamie i płaszczu i zostawiła nas samych w środku nocy. A my nie wiedzieliśmy, co się dzieje, i zapukaliśmy do sąsiadki o prawie czwartej nad ranem. I ta sąsiadka wkurzona zastanawiała się, czy ma zadzwonić do opieki społecznej, czy do naszej mamy, ale ponieważ opieka była o tej porze zamknięta, to wybrała numer mamy i słyszeliśmy tylko: „O mój Boże”, „Tak mi przykro”, „Tak, tak, zaopiekuję się nimi”, „Naprawdę nie ma problemu”, „Tak mi przykro, tak bardzo mi przykro”, a później spojrzała na nas ze łzami w oczach, przytuliła i powiedziała, że zrobi nam kakao. A potem wszystko było jak w filmie, który – mam wrażenie – tylko oglądałam. Pamiętam migawki. Zapuchnięta, zapłakana twarz mamy. Wściekła twarz taty. Ubrania w kolorze czarnym rzucone na nasze łóżka. Wizyta w sklepie i przymierzanie ubrań. W kolorze czarnym oczywiście. I ignorowanie naszych pytań o brata. Wszyscy nas ignorowali aż do momentu, kiedy mama krzyknęła z wściekłością, że go nie ma i że go nie będzie, bo to nasza wina, bo byliśmy okropnym rodzeństwem i to wszystko przez nas i że nas nienawidzi. Pamiętam nasz płacz, bo na takie słowa to można tylko się rozpłakać. Tuliłam brata, a on mnie i tak bardzo płakaliśmy. Tak bardzo było nam przykro, ale chyba bardziej z tego powodu, że naszego brata nie ma i nie będzie, bo do nienawiści mamy to już przywykliśmy. A później był kościół, cmentarz i coś, co wszyscy nazywali stypą. A wieczorem krzyki mamy i taty w domu. Myśleliśmy, że tata wrócił, i sama nie wiedziałam, czy mam się z tego powrotu cieszyć, czy się bać, bo skoro tata miał krzyczeć na mamę, a mama na niego, to nie wiedziałam, czy tego chcę. Ale tata pokrzyczał i wyszedł, trzaskając drzwiami, a mama została i zamknęła się w sypialni.

Słyszeliśmy, jak płacze, a w kuchni z czasem pojawiało się coraz więcej pustych butelek po winie i wódce. W końcu przyjechała do nas babcia i wtedy pomyślałam, że wszystko będzie dobrze, bo przy babci mama była inna. Okazało się jednak, że babcia wcale nie przyjechała do nas i że nie będzie lepiej między mamą a nami, tylko babcia zjawiła się po nas i zabrała nas do siebie. Do końca szkoły i na wakacje. Spędziliśmy u niej prawie pół roku. A jak wróciliśmy do domu, to mama już była radosna jak nigdy i w dodatku mieszkał u nas jakiś pan. Podobno poznała go na jakiejś terapii. I świetnie na nią działał. I w sumie, odkąd mieszkał z nami, było prawie normalnie. Mieliśmy drugie śniadania przygotowane do szkoły, w domu czekał obiad, jedliśmy wspólne kolacje, a w weekendy całą czwórką gdzieś wychodziliśmy. Przy nim mama w ogóle na nas nie krzyczała i nawet czasem na nas spoglądała i próbowała się do nas uśmiechać, ale my nie odwzajemnialiśmy tych uśmiechów. Ten pan zawsze miał mnóstwo świetnych pomysłów. Było prawie normalnie. Prawie. Bo nie było w naszym życiu taty. Kiedyś, gdy byliśmy tylko w trójkę, zapytałam o niego, a mama zaczęła krzyczeć na mnie tak strasznie, że mój brat się popłakał. Pomyślałam wtedy, że wszystko wraca do starej normy. Z tego całego krzyku zrozumiałam, że mama robi, co może, żeby dać nam to, czego potrzebujemy, a tata nas nie kocha, nie kochał, nie chce i nie chciał.

I z tą myślą poszłam w świat. Chyba szukałam taty w kolejnych związkach, ale przecież ktoś, kto ma być partnerem, nie może być równocześnie ojcem. W końcu byłam kobietą, a nie małą dziewczynką. I w końcu każdy mój partner chciał być partnerem, a nie tatuśkiem. Za późno to zrozumiałam. Kiedy sobie to uświadomiłam, moje wielokrotnie złamane serce nie miało już siły pokochać nikogo, więc pozostało mi pokochać siebie. Koleżanka poleciła mi terapię. I na tej terapii zrozumiałam, że nie potrafię płakać i mówić o trudnych tematach. Spycham je głęboko. Zakopuję. Ukrywam. Na co dzień uśmiecham się i udaję, że wszystko jest w porządku. Moje relacje z ludźmi jednak są tak naprawdę powierzchowne, bo boję się zaangażowania. A boję się zaangażowania, bo boję się odrzucenia. Zostałam odrzucona przez najbliższych i dlatego tworzę pozorne relacje ze wszystkimi ludźmi, nie tylko z potencjalnymi partnerami życiowymi. A jeśli chodzi o związki, to niestety, ale mam wgrany pewien schemat i automatycznie mi się on załącza. Jestem osobą, która krzyczy, wymaga i kontroluje, bo taki miałam przykład mamy i taty. I podświadomie zawsze spodziewam się odejścia ukochanego, bo jakimś cudem nie potrafiłam wgrać sobie przykładu związku, jaki moja mama realizowała z tym panem z terapii. A ten pan z terapii jest wciąż z mamą. Pewnie było już dla mnie za późno, żeby mi się to wgrało.

Jednak nic straconego. Muszę to przerobić. Pozwolić emocjom przejść przeze mnie. Tym negatywnym. Tym zakopanym głęboko. Tym ukrytym. Tym zepchniętym do podświadomości. A to będzie bolało. Więc muszę się przygotować na ból i dopuścić do siebie wszystko, co złe i raniące. I z tego cierpienia zrodzę się nowa ja. Ale przede wszystkim muszę nauczyć się mówić o trudnych sprawach. Więc zaczęłam mówić. Najpierw oczywiście z mamą. I w sumie skończyło się na moim monologu. Wyrzygałam z siebie cały żal do niej i poczułam się lepiej. Ja. Bo mama się popłakała i powiedziała, że jestem niewdzięczna i wszystko, co mi się złego zdarzyło, to moja wina. I jestem winna nawet tego, co zdarzyło jej się złego. Zaczęła coś mówić o moim zmarłym bracie, ale się w porę opanowała. A ja wtedy, słuchając jej żalu, nie poczułam nic. Żadnych wyrzutów sumienia. Żadnego bólu. I poczułam się wyzwolona. Bo byłam brutalnie szczera ze wszystkimi z mojego otoczenia. Zostałam sama. Sama i szczęśliwa. Czasami tylko, gdy siedzę sama w święta, czuję lekki żal, że nie ma przy mnie nikogo, ale później myślę sobie, że lepiej być samemu niż z ludźmi, którzy sprawiają ból i swoją obecnością powodują, że odczuwa się przy nich jeszcze większą samotność. Mam jednak nadzieję, że to okres przejściowy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij