-
nowość
-
promocja
Dlaczego ryby nie istnieją - ebook
Dlaczego ryby nie istnieją - ebook
„Co jest sensem życia?” – pyta siedmioletnia dziewczynka swojego ojca naukowca. „Nic” – słyszy w odpowiedzi.
Lulu Miller przez lata szukała sposobu, by temu zaprzeczyć. Rozglądała się za duchowym przewodnikiem, który pomógłby jej opanować życiowy chaos. Wertując książki i przeglądając archiwa, trafiła na ważnego naukowca z przełomu XIX i XX wieku – Davida Starra Jordana. W trakcie swojej kariery akademickiej Jordan odkrył tysiące gatunków ryb, konserwował cenne okazy i je katalogował. Nawet gdy w 1906 roku trzęsienie ziemi zniszczyło całą jego kolekcję, nie stracił ducha i nie przestał dążyć do celu: uporządkowania rybiego świata.
Chcąc się jednak dowiedzieć wszystkiego o Jordanie, autorka stopniowo odkrywa mroczne strony tej postaci – skandale, morderstwo, a także aktywne zaangażowanie badacza w rozwój eugeniki, teorii, która na wiele lat przed II wojną światową doprowadziła w Stanach Zjednoczonych do uwięzienia i przymusowej sterylizacji tysięcy ludzi.
Dlaczego ryby nie istnieją to po części życiorys Davida Starra Jordana, po części pamiętnik Lulu Miller, a po części naukowa przygoda. Strona po stronie przechodzimy od biografii do kryminału, od hołdu dla ludzkich odkryć do zdumienia ludzkim okrucieństwem, by w wielkim finale dotrzeć do wyjaśnienia tytułu: opowieści o tym, jak natura w mistrzowski sposób zemściła się na badaczu, który uwierzył, że może nad nią zapanować.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8396-259-7 |
| Rozmiar pliku: | 851 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wyobraź sobie osobę, którą najbardziej kochasz. Wyobraź sobie, jak siedzi na sofie, je płatki śniadaniowe i peroruje na jakiś totalnie rozczulający temat, na przykład jak bardzo irytują ją ludzie, którzy podpisują mejle pojedynczym inicjałem, zamiast dodać te cztery uderzenia w klawiaturę i dokończyć sprawę…
Dopadnie ją Chaos.
Uderzy w nią z zewnątrz – spadającą gałęzią, rozpędzonym samochodem, kulą – albo unicestwi ją od środka poprzez bunt jej własnych komórek. Chaos sprowadzi zgniliznę na twoje rośliny, śmierć na twojego psa i rdzę na twój rower. Zniszczy twoje najcenniejsze wspomnienia, obróci w ruinę twoje ulubione miasta, obróci w proch każdy azyl, jaki sobie zbudowałaś.
Nie: czy, tylko: kiedy. Chaos to jedyna pewna rzecz na tym świecie. Pan i władca nas wszystkich. Mój ojciec naukowiec nauczył mnie bardzo wcześnie, że nie ma ucieczki przed drugim prawem termodynamiki: entropia jedynie wzrasta; nie da się jej zredukować w żaden sposób.
Mądry człowiek przyjmuje tę prawdę. Mądry człowiek nie próbuje z nią walczyć.
Lecz pewnego wiosennego dnia 1906 roku wysoki Amerykanin o wąsach jak u morsa odważył się rzucić wyzwanie naszemu władcy.
Nazywał się David Starr Jordan i zawodowo zajmował się zwalczaniem Chaosu w różnych znaczeniach tego słowa. Był taksonomem, uczonym mającym zaprowadzać porządek wśród ziemskiego Chaosu poprzez odkrywanie kształtu wielkiego drzewa życia – bujnie rozgałęzionego wykresu rzekomo ukazującego to, w jaki sposób wszystkie rośliny i zwierzęta są ze sobą powiązane. Specjalizował się w rybach i poświęcił życie żeglowaniu po całym globie w poszukiwaniu nowych gatunków. Nowych wskazówek, które, miał nadzieję, odsłonią kolejne fragmenty ukrytego planu natury.
Pracował wiele lat, wiele dekad, tak niestrudzenie, że wraz ze swoim zespołem zdołał odkryć nie mniej niż _piątą_ część gatunków znanych ludzkości w tamtych czasach¹. Łowił nowe okazy tysiącami, wymyślał dla nich nazwy, wytłaczał te nazwy na lśniących cynowych plakietkach, a potem umieszczał plakietki wraz z okazami w słojach wypełnionych etanolem, stopniowo wznosząc coraz wyższy stos swoich odkryć.
Aż trzęsienie ziemi pewnego wiosennego poranka w 1906 roku strąciło jego lśniącą kolekcję na ziemię.
Setki słoi roztrzaskanych na podłodze. Rybie okazy pokaleczone przez odłamki szkła i spadające półki. Najbardziej jednak ucierpiały _nazwy_. Cynowe plakietki, pracowicie wkładane do słojów, rozsypały się przypadkowo po całej podłodze. W przerażającym odwróconym akcie stworzenia tysiące skrupulatnie opisanych ryb na powrót przeobraziły się w wielki stos nienazwanego.
Lecz stojąc pośród szczątków, nad wypatroszonym truchłem swoich wieloletnich wysiłków, wąsaty uczony zrobił coś zaskakującego. Nie poddał się ani nie wpadł w rozpacz. Zignorował to, co wydawało się jasnym przesłaniem trzęsienia ziemi: że w rządzonym przez Chaos świecie wszelka próba zaprowadzenia porządku skazana jest ostatecznie na porażkę. Zakasał rękawy i zaczął przetrząsać zgliszcza, aż znalazł najmniej prawdopodobną broń na świecie: igłę krawiecką.
Ujął ją między kciuk i palec wskazujący, nawlókł nitkę i wziął na cel jedną z nielicznych ryb, które rozpoznawał pośród zniszczeń. Jednym płynnym ruchem przebił mięśnie w rybim gardle. A potem za pomocą nici przymocował plakietkę z nazwą bezpośrednio do zwierzęcia.
Powtarzał ten drobny gest wobec każdego okazu, jaki zdołał ocalić. Nie zamierzał pozwolić, by cynowe plakietki nadal spoczywały ryzykownie w słojach. Zamiast tego przytwierdzał każdą do skóry stworzenia. Imię przyszyte do gardła. Do ogona. Do gałki ocznej. Za tą drobną innowacją kryło się buntownicze pragnienie, by jego dzieło zostało zabezpieczone przed atakami Chaosu; by narzucony przez niego porządek następnym razem przetrwał szturm.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o ataku, jaki David Starr Jordan przypuścił na Chaos, miałam dwadzieścia kilka lat i zaczynałam pracę dziennikarza naukowego. Natychmiast uznałam go za głupca. Igła mogła pomóc wobec trzęsienia ziemi, ale co z pożarem albo powodzią, rdzą lub każdym z tryliona innych rodzajów zniszczeń, których nie wziął pod uwagę? Jego innowacja uosabiana przez igłę krawiecką wydawała się tak licha, tak krótkowzroczna, tak kompletnie nieświadoma sił mających go w swojej mocy. Wydał mi się wcieleniem pychy. Ikarem ichtiologicznej kolekcji.
Lecz gdy przybyło mi lat, kiedy Chaos i mnie potraktował wedle swojego kaprysu, kiedy doprowadziłam do ruiny własne życie, a potem podjęłam próbę poskładania go z kawałków, zaczęłam rozmyślać o tym taksonomie. Może odkrył coś na temat wytrwałości, dążenia do celu czy tego, jak się nie poddawać, coś, co powinnam wiedzieć. Może to w porządku żywić odrobinę przesadną wiarę w siebie. Może radykalna odmowa przyjęcia do wiadomości tego, że nie mamy szans, nie jest cechą głupca, lecz – sama myśl wydawała się grzechem – zwycięzcy?
Zatem pewnego zimowego popołudnia, kiedy czułam się szczególnie zdesperowana, wpisałam w Google’a nazwisko „David Starr Jordan” i zobaczyłam sepiową fotografię białego starca z sumiastym wąsem niczym u morsa. Jego oczy spoglądały trochę surowo.
„Kim jesteś? – dumałam. – Historią ku przestrodze? A może wzorem postępowania?”
Kliknęłam, żeby zobaczyć więcej zdjęć. Oto on jako chłopiec, zaskakująco potulny, z niesfornymi ciemnymi lokami i odstającymi uszami. Oto młodzieniec wyprostowany w łódce wiosłowej. Jego ramiona nabrały krzepy i przygryzał dolną wargę w sposób, który można by niemal nazwać ponętnym. Oto dobrotliwy staruszek siedzący w fotelu, drapiący kudłatego białego psa. Zobaczyłam linki do artykułów i książek jego autorstwa. Przewodniki o kolekcjonowaniu ryb, studia taksonomiczne gatunków Korei, Samoa, Panamy. Lecz były też rozprawy o pijaństwie, humorze, sensie życia i o rozpaczy. Pisywał książki dla dzieci, satyry i wiersze oraz – co najcenniejsze dla zagubionych dziennikarzy szukających przewodnictwa w biografiach innych ludzi – pamiętnik (nakład wyczerpany) zatytułowany _The Days of a Man_ i wypakowany tak wielką liczbą szczegółów dotyczących wspomnianych dni wspomnianego mężczyzny, że trzeba je było rozdzielić na dwa tomy. Książki nie wznawiano od blisko stulecia, lecz znalazłam antykwariusza, który mógł mi ją przesłać za 27,99 dolara.
Kiedy przesyłka dotarła, wydawała się ciepła w dotyku, zaczarowana. Jak gdyby zawierała mapę skarbu. Nożem do steków przecięłam taśmę do pakowania i wypadły dwa oliwkowozielone tomy połyskujące złotymi literami. Zaparzyłam wielki dzbanek kawy i umościłam się na sofie z pierwszą częścią na kolanach, gotowa odkryć, co nas czeka, jeśli nie zgodzimy się ulec Chaosowi.1 CHŁOPIEC Z GŁOWĄ W GWIAZDACH
David Jordan urodził się w sadzie jabłkowym w północnej części stanu Nowy Jork w 1851 roku, o najciemniejszej porze roku, co być może tłumaczy jego fascynację gwiazdami. „Gdy łuskałem kukurydzę w jesienne wieczory – pisze o swoim dzieciństwie – zaciekawiły mnie nazwy i znaczenie ciał niebieskich”¹. Nie umiał po prostu cieszyć się ich mruganiem; ujrzał w nich nieład, który należy uporządkować, poznać. W wieku około ośmiu lat natknął się na atlas astronomiczny z mapami nieba i zaczął porównywać to, co widzi na stronicach, z tym, co ma nad głową. Noc w noc wykradał się z domu i starał się poznać imię każdej z gwiazd na niebie. I wedle jego relacji wystarczyło mu zaledwie pięć lat, by zaprowadzić porządek na całym nocnym nieboskłonie. W nagrodę za drugie imię obrał sobie „Starr”² i nosił je dumnie przez resztę życia.
Zapanowawszy nad tym, co niebiańskie, zwrócił się ku ziemi. Grunty jego rodziny wzbierały i falowały własnymi konstelacjami drzew, głazów, zabudowań gospodarczych i inwentarza. Rodzice pilnowali, by nie brakło mu zatrudnienia przy pracach domowych, strzyżeniu owiec, karczowaniu zarośli oraz jego specjalności – zszywaniu dywaników z gałganków³ (ścięgna jego palców wcześnie zostały wdrożone w sztukę operowania igłą). Lecz w wolnych chwilach David zaczął poznawać okolicę.
O pomoc zwrócił się do Rufusa – starszego o trzynaście lat brata, cichego i łagodnego miłośnika natury o przenikliwych brązowych oczach. Rufus nauczył Davida, jak uspokajać konie, gładząc je długimi ruchami po szyi, i gdzie znaleźć w zaroślach najsoczystsze borówki. David słuchał zafascynowany, gdy Rufus objaśniał przyrodę; twierdził, że traktował brata z „absolutną czcią”⁴. Stopniowo zaczął kreślić szczegółowe mapy wszystkiego, co zobaczyli⁵. Szkicował plany rodzinnego sadu, swojej drogi do szkoły, a kiedy skończył z terenami, które znał, zwrócił się ku odleglejszym miejscom. Kopiował mapy dalekich miasteczek, stanów, państw, kontynentów, aż jego wygłodniałe drobne palce dotknęły niemal każdego zakątka globu.
„Moja ówczesna gorliwość – pisał – nieco trapiła moją matkę”⁶, rosłą kobietę o imieniu Huldah. Pewnego dnia, mając dość, zgarnęła cały stos wygniecionych i poplamionych dziecinnym potem map, by je wyrzucić.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Dlaczego? Któż to wie. Może dlatego, że ona i jej mąż Hiram byli szczerymi purytanami. Szczycili się męczeńskimi osiągnięciami w rodzaju tego, że nigdy nie śmieją się głośno⁷ oraz co rano przed świtem zrywają się do pracy w polu. Przeznaczanie czasu na to, by sporządzać mapy krain już opisanych, musiało wydawać się frywolnością, marnowaniem dnia komuś harującemu tak jak oni, skoro jabłka czekały na zerwanie, ziemniaki na okopanie⁸ i gałganki na pozszywanie.
A może dezaprobata Huldah stanowiła po prostu znak czasów. W połowie XIX stulecia obsesyjne porządkowanie świata natury powoli wychodziło z mody. Epoka odkryć zaczęła się ponad czterysta lat wcześniej i faktycznie dobiegła kresu w 1758 roku, kiedy ojciec współczesnej taksonomii Karol Linneusz ukończył swoje arcydzieło _Systema naturae_, sugerowany schemat powiązań między organizmami żywymi. (Nieważne, że jego wykres roił się od omyłek⁹: błędnie zakwalifikował nietoperze do naczelnych oraz jeżowce do robaków, by wymienić tylko dwie z nich). Odkąd statki coraz częściej ścigały się między portami¹⁰, ekscytacja faktem, że ujrzało się egzotyczny okaz czy mapę – dawniej wabik ściągający gapiów do sklepów, tawern i kawiarni – malała. Gabinety osobliwości pokrywały się kurzem; świat, zdawało się, został poznany.
Możliwe też, że chodziło o coś innego. Akurat w tamtym okresie spod pras drukarskich spłynął pewien bluźnierczy tekst. _O powstawaniu gatunków_ zaprezentowano masowemu czytelnikowi w 1859 roku, akurat gdy mały David zaczynał zadzierać głowę ku gwiazdom. Czy istnieje jakaś szansa, że Huldah czytała gazety? Czy przeczuwała, że naturalny porządek świata lada moment się załamie?
Bez względu na przyczynę była nieugięta. Ściskając w garści plik zmiętych map, oświadczyła synowi, że ma sobie poszukać „bardziej odpowiedniego”¹¹ sposobu na spędzanie czasu.
Jak przystało na grzecznego chłopca – usłuchał. Przestał rysować mapy. Lecz jak prawdziwy chłopiec – nie ustąpił. Nie tak naprawdę.
„Okolica mojego domu obfitowała w polne kwiaty”¹² – pisał, próbując przerzucić na ziemię winę za własne grzechy. W drodze powrotnej ze szkoły zaczął od czasu do czasu zrywać rosnący w trawie aksamitny błękitny pompon lub jedwabistą pomarańczową gwiazdę. Niektóre wąchał, po czym pozwalał, by wyślizgnęły mu się z palców; niekiedy jednak pozostawały w jego dłoni i trafiały z nim do sypialni, gdzie rzucone na łóżko drażniły go swoim tajemniczym ułożeniem płatków. Starał się tłumić pragnienie, by je poznać – ich nazwy, dokładną pozycję na drzewie życia. I radził sobie całkiem nieźle, póki nie dopadł go okres dojrzewania.
Pierwszego dnia gimnazjum David w tajemnicy przemycił z biblioteki „pewną książeczkę o kwiatach”¹³. I po powrocie do domu w zaciszu swojego pokoju zasiadł z podręcznikiem przy biurku zasłanym kwiatami, by określać, który kwiat jest którym; rozbierać rodzaj, gatunek. Będąc już niemal mężczyzną, z owłosionymi palcami stóp i obniżającym się głosem, przekomarzał się czasem z matką, rzucając naukowe nazwy mijanych kwiatów – transmutował barwinek w _Vinca major_ lub słonecznik w _Helianthus annuus _– jakby dając jej do zrozumienia, że tej namiętności nie zdoła wykorzenić klapsami, zgnieść ani wyrzucić. „Zapewne nieco przeciągnąłem strunę, ozdabiając dogodnie białe ściany mej sypialni nazwami rozmaitych roślin, w miarę jak je identyfikowałem”¹⁴, napisał.
Wpadł w podejrzane towarzystwo: zaczął się zadawać z mieszkającym po sąsiedzku ubogim farmerem Joshuą Ellenwoodem znającym naukowe miana niemal wszystkich roślin występujących w okolicy. Wyczyn ten zyskał mu wśród sąsiadów opinię „niemrawca i trwoniącego czas próżniaka”¹⁵.
David darzył go głębokim szacunkiem. Zaczął towarzyszyć starszemu mężczyźnie w przechadzkach po okolicy, starając się poznać jak najwięcej jego sztuczek – odkryć, jak gatunki wyjawiają swoją tożsamość poprzez kształt liścia, liczbę płatków lub zapach. Od poznania Joshuy David wyrzekł się swojej miłości do piękna, deklarując, że pospolite i brzydkie kwiaty – dmuchawce (_Taraxacum officinale_) czy jaskry (_Ranunculus acris_) – dostarczają lepszych wskazówek o planie natury. „Te małe – pisał – choć niepiękne, znaczyły dla mnie więcej niż setki wszelkiego rodzaju najwspanialszych. Szczególnym dowodem zainteresowań naukowych w odróżnieniu od estetycznych jest darzyć uwagą to, co ukryte i niepozorne”¹⁶.
_Ukryte i niepozorne_.
Czy możliwe, że David zdradza tu coś na własny temat? Choć rzadko wspominał o tym w pamiętniku, ludzki świat potrafił mu dopiec. Historyk Edward McNall Burns pisze, że kiedy rodzice posłali Davida do szkoły z internatem, „dziewczęta nie uznały za zbyt obiecującego, jak się bowiem powiada, innych młodzieńców wciągano niekiedy nocą w koszu na opał”¹⁷. David niestety ani razu nie przeżył cudownego lotu koszem.
W miarę jak dorastał, zdawało się, surowość świata zewnętrznego jedynie rosła. Młodzieniec wspomina, jak jeździł na łyżwach po zamarzniętym stawie, lecz wdał się w przepychankę z chłopcem znacznie mniejszym od siebie¹⁸; jak próbował śpiewać, ale został uciszony przez nauczyciela muzyki¹⁹; o meczu bejsbola, w którym brał udział jako szesnastolatek, zakończonym raptownie, kiedy zanurkował po wysoką piłkę, po czym został „sprowadzony z boiska ze złamanym nosem, który źle złożono i od tamtej pory pozostał lekko skrzywiony”²⁰. A potem pierwsza dorywcza praca nauczyciela z gromadą niesfornych chłopców z pobliskiego miasteczka w charakterze jego uczniów. Przez wiele tygodni starał się zaprowadzić na lekcjach jakiś pozór porządku, pomagając sobie drewnianym wskaźnikiem: wymachiwał nim, by skupić ich uwagę, niekiedy smagał nim najbardziej nieposłusznych. To jest do czasu, gdy się zbuntowali. Rzucili się na Davida, wyrwali mu wierny wskaźnik i spalili²¹.
Pisze, że zwrócił się ku bardziej samotniczym rozrywkom – czytaniu powieści przygodowych oraz poezji, trawieniu czasu na próbach „przeskoczenia splecionych dłoni”²². Lecz nawet w samotności nie był bezpieczny. Pewnego dnia, gdy jako jedenastolatek radośnie „oddawał się rozkosznej czynności palenia pniaków”²³, w drzwiach farmy ukazała się jego starsza siostra Lucia, krzycząc, jak wspomina David, „że jeśli chcę zobaczyć brata żywego, muszę się pośpieszyć”.
David poczuł się zdezorientowany. Rufusa nie powinno być na farmie. Ów żarliwy abolicjonista wyjechał, by zaciągnąć się do armii unionistów. Lecz zanim miał szansę, by wyruszyć na pole bitwy i poddać próbie siłę swoich przekonań, zaraził się w obozie szkoleniowym tajemniczą chorobą. Niemoc szybko rozpanoszyła się w jego ciele, podnosząc temperaturę i znacząc skórę różowymi plamami. W tamtym czasie ani nie znano jej przyczyny, ani nie potrafiono jej leczyć, a nazywano ją po prostu „gorączką wojskową”. (Wiele dziesięcioleci później nadano jej miano tyfusu).
Kiedy David stanął przy łóżku brata, źrenice Rufusa przetaczały się bezwładnie niczym igły kompasów; chory ledwie potrafił skupić wzrok. David trwał przy nim wiele godzin, siłą woli próbując wymóc na Mojrach, by przywróciły bratu nieco sił.
Następnego ranka Rufus się nie obudził.
„Wciąż pamiętam długi okres samotności i rozpaczy po jego przedwczesnej śmierci – pisał David. – Noc w noc śniłem, że to nieprawda i że powrócił cało i zdrowo”²⁴.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Po śmierci brata dzienniki Davida eksplodowały barwami²⁵. Szkice drobiazgowo odwzorowanych polnych kwiatów i paproci, bluszczu i jeżyn, i wszelkich dzieł natury, jakie zdołał wyrwać światu. Rysunki nie są zgrabne; są wymęczone, pokryte smugami grafitu, kleksami atramentu, śladami po gumce i drobnymi rozdarciami wskutek zbyt energicznego kolorowania²⁶. Lecz w owej surowości można dostrzec obsesję, desperację, niemal mięśniowy wysiłek włożony w to, by utrwalić kształt nieznanych rzeczy. Pod każdym szkicem widnieje – na koniec – nazwa naukowa. Atrament nagle płynie łatwiej, litery gną się zdyscyplinowanie. _Campanula rotundifolia. Kalmia glauca. Astragalus canadensis_. David opisuje wrażenie, gdy wymawiał je na głos – łacińskie deklaracje zwycięstwa, panowania. „Ich miana – pisze – były jak miód na moich wargach”²⁷.
Nawiasem mówiąc, ów słodki balsam, jakim może się stać kolekcjonerstwo w okresach cierpienia, został zbadany przez psychologów. W książce _Collecting. An Unruly Passion_ Werner Muensterberger, który przez wiele dziesięcioleci zajmował się kompulsywnymi zbieraczami, zauważa, że nawyk ten często raptownie się nasila po jakiegoś rodzaju „stracie, porażce lub zranieniu”²⁸, gdyż każdy nowy nabytek dostarcza kolekcjonerowi uzależniającego impulsu „wyobrażonej wszechmocy”. Francisca López-Torrecillas z Uniwersytetu w Grenadzie, która przez wiele lat badała zbieraczy, odnotowała podobne zjawisko: osoby doświadczające stresu lub lęku zwracają się ku kolekcjonerstwu, by złagodzić swój ból. „Kiedy ludzie mierzą się z uczuciem osobistej bezradności – pisze – kompulsywne zbieractwo pomaga im poczuć się lepiej”²⁹. Jedyne niebezpieczeństwo, ostrzega Muensterberger, polega na tym, że – jak w wypadku każdego natręctwa – istnieje granica, poza którą nawyk z „radosnego” zmienia się w „niszczący”³⁰.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Gdy David dorósł, gdy jego ramiona nabrały tężyzny, a wargi stały się pełniejsze, głód nowych okazów jedynie wzrósł. Jak się jednak wydaje, młodzieniec nie potrafił znaleźć nikogo, kogo by to obchodziło. Nieważne, jak ciężko studiował, jak wiele nazw nowych gatunków sobie przyswoił czy jak wiele artykułów taksonomicznych zdołał opublikować, wspomina, „w szkole nie poświęcano moim zainteresowaniom żadnej uwagi”³¹. Wstąpił na Uniwersytet Cornella, gdzie w ciągu zaledwie trzech lat uzyskał tytuły licencjata i magistra. Mimo to nie mógł znaleźć pracy³². Uniwersytety poszukiwały towarzyskich mężczyzn w elegancko zawiązanych krawatach, którzy potrafią zapanować nad salą mocą wskaźnika i uroku osobistego. Ciche czołganie się wśród roślin z otartymi kolanami i brudnymi łokciami, które David tak uwielbiał, traktowano z góry jak dziecinadę.
I mogło tak pozostać. On: rozpaczliwie oddany zbieraniu kwiatów. Świat: nieprzekonany o doniosłości jego powołania. Upływ czasu: w którym David coraz głębiej pogrążałby się w liściastej samotności.
Gdyby nie postawił stopy na wyspie Penikese.2 PROROK Z WYSPY
Penikese leży dwadzieścia dwa kilometry od wybrzeża Massachusetts. Długa na półtora kilometra i niemal pozbawiona osłony drzew chroniących przed palącym słońcem¹, była nazywana „niedorostkiem” archipelagu², „smutną i samotną skałką”³ oraz „forpocztą piekła”⁴.
Lecz z jakiegoś powodu na jej nagich brzegach ludzie od niepamiętnych czasów próbowali uprawiać nadzieję. W początkach XIX wieku była kolonią trędowatych prowadzoną przez lekarza, który chciał znaleźć lekarstwo dla swoich podopiecznych⁵. W latach pięćdziesiątych XX wieku przerobiono ją na ostoję ptaków, w której przyrodnicy chcieli odwrócić losy gwałtownie kurczącej się populacji rybitw. W latach siedemdziesiątych stała się zakładem poprawczym dla młodocianych przestępców, krnąbrnych lub trudnych chłopców (określenia zmieniały się zależnie od dekady), gdzie jak liczył pewien żołnierz piechoty morskiej i rybak, rygor odosobnienia, pracy fizycznej, hodowli zwierząt, szkutnictwa, wspólnotowego życia i nauki szkolnej zdoła „zmienić bandę potencjalnych morderców w złodziei samochodów”⁶. Kiedy odkryłam jej istnienie, była ośrodkiem odwykowym dla heroinistów, gdzie uzależnieni od tego narkotyku próbowali wyrwać się ze szponów nałogu raz na zawsze. Lecz kto szukał ocalenia na tej samotnej skałce wcześniej, w czasach Davida Starra Jordana? Naturaliści.
W roku 1873, gdy David był świeżo upieczonym absolwentem Uniwersytetu Cornella, jeden z najsłynniejszych przyrodników tamtej epoki Louis Agassiz poczuł głębokie zaniepokojenie o przyszłość swojego rzemiosła. Agassiz był szwajcarskim geologiem, charyzmatycznym, krzepkim jak niedźwiedź mężczyzną z bujnymi bokobrodami, który zyskał sławę jako jeden z pierwszych propagatorów teorii o istnieniu epoki lodowcowej. Do swojej wizji ziemi skutej lodem doszedł dopiero po drobiazgowych badaniach skamieniałości oraz bruzd na podłożu skalnym. W efekcie uwierzył, że najlepszą metodą nauczania przedmiotów ścisłych jest uważna obserwacja natury. „Studiujcie przyrodę, nie książki”⁷, brzmiało jego motto i znany był z tego, że zamykał swoich studentów w składziku z martwymi zwierzętami⁸, nie pozwalając im wyjść, póki nie odkryją „wszelkich prawd, jakie kryją owe eksponaty”⁹.
W piątej dekadzie życia przyjął posadę na Harvardzie; zaniepokoiło go to, co tam zastał. Żadnego grzebania w ziemi, żadnych studentów trzymanych pod kluczem w towarzystwie drobnych gnijących truchełek. Tylko papiery, testy i bezmyślne recytowanie opinii zaczerpniętych z publikacji naukowych. Takie podejście budziło obawy Agassiza ostrzegającego, że „nauka generalnie nie znosi przekonań”¹⁰. Jeszcze w latach pięćdziesiątych XIX wieku na przykład wielu poważnych naukowców wyznawało teorię „samorództwa” głoszącą, że pchły i czerwie mogą powstawać z drobinek kurzu; kilka dziesięcioleci wcześniej uczeni wierzyli w magiczną substancję zwaną „flogistonem” decydującą o tym, czy dany materiał jest palny; w czasach samego Agassiza ludzie w żaden sposób nie potrafili uchronić swoich ukochanych przed tajemniczymi chorobami w rodzaju „gorączki wojskowej” – jeszcze nie odkryto, że ich przyczyną są bakterie. Nie! Jeśli ktoś zadowala się panującymi opiniami, troskał się Agassiz, pozostanie skarłowaciały, ograniczony, chory. Wyjściem z sytuacji, drogą ku oświeceniu jest nieustannie się przyglądać – uważniej, dłużej – kamykom, płatkom kwiatów i zwierzęcym skórkom tego świata.
Marzył zatem o stworzeniu bezpiecznej przystani, gdzie mógłby zaradzić temu złu; o czymś na kształt letniego obozu dla młodych naturalistów, gdzie wykładałby sztukę bezpośredniej obserwacji na łonie przyrody. Kiedy więc w 1873 roku pewien bogaty właściciel ziemski zaproponował, że podaruje na ten cel Penikese, Agassiz skwapliwie skorzystał z okazji.
Wyspa miała idealne położenie – o godzinę od stałego lądu, łatwo dostępna, a zarazem na tyle odległa, by czuć się wolnym. I takież rozmiary: wystarczająco rozległa, by można po niej wędrować, lecz na tyle mała, by nie zabłądzić. A jeśli chodzi o dostępne obiekty badań? Hm, od czego by tu zacząć… Bezdrzewne wybrzeże porastał bujny dywan trawy morskiej, falującej na wietrze i rojącej się od skarbów – krabów, ważek, węży, myszy, świerszczy, siewek, chrząszczy, sów. Były muliste baseny pływowe pełne ślimaków, wodorostów i pąkli. I to, co Agassiz lubił chyba najbardziej: spore płowe głazy rozrzucone po całej wyspie niczym wielkie, toporne zębiska, niektóre wysokie na blisko pięć metrów, pokryte bruzdami zdradzającymi, w jakim kierunku jakieś dwadzieścia tysięcy lat wcześniej sunął potężny lądolód. I na koniec sam uroczo pluszczący ocean: szafirowy półmisek oferujący nieskończone bogactwa – rozgwiazdy, meduzy, ostrygi, jeżowce, płaszczki, skrzypłocze, żachwy, bioluminescencję i niezliczone wspaniałe, oślizgłe, połyskujące ryby. Sieci zarzucane przez naturalistów nigdy nie były puste. Dla kogoś pragnącego nauczać z pomocą samej natury to miejsce było kopalnią złota.
Gdy Agassiz zaczął zwozić na wyspę drewno na budowę obozu, pół kraju dalej, w Galesburgu w stanie Illinois, David Starr Jordan siedział, czytając gazetę. Wreszcie znalazł posadę jako wykładowca nauk ścisłych na małym chrześcijańskim uniwersytecie zwanym Lombard College. Czuł się jednak nieszczęśliwy, izolowany geograficznie i duchowo. Koledzy krytykowali go za propagowanie bluźnierczej teorii epoki lodowej oraz, co gorsza, za pozwalanie, by jego studenci używali sprzętu laboratoryjnego i „marnowali odczynniki”¹¹. W Illinois było zimno i płasko; David tęsknił za ukwieconymi wąwozami ze swojej młodości. Lecz pewnego posępnego ranka wczesną wiosną, przerzucając strony, natrafił na ogłoszenie o „naukowym kursie historii naturalnej, który planuje się przeprowadzić na wybrzeżu morskim”¹², ni mniej, ni więcej – pod kierunkiem samego Louisa Agassiza.
Wyobrażam sobie, jak David krztusi się, aż poranna kawa tryska mu nosem – choć nie mogła to być kawa, bo całe życie był abstynentem (unikał nie tylko alkoholu i tytoniu, lecz także kofeiny ze względu na jej groźny wpływ na percepcję). Zapewne więc prychnął wodą, herbatą ziołową lub czymś podobnym – z niedowierzania, że takie miejsce w ogóle istnieje. Najszybciej jak zdołał, zgłosił chęć udziału w obozie. Po kilku tygodniach otrzymał pocztą list z wieścią, że został przyjęty: bilet na wyjazd z Illinois podpisany własną ręką Agassiza.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Zaledwie kilka miesięcy później, 8 lipca 1873 roku¹³, David Starr Jordan zszedł na nabrzeże w New Bedford w stanie Massachusetts i pierwszy raz w życiu ujrzał ocean. Miał dwadzieścia dwa lata.
Stopniowo zaczęli przybywać kolejni młodzi naturaliści, kobiety i mężczyźni. Był piękny ranek. Zatoka leżała spokojna, niebo było intensywnie błękitne. W stronę zgromadzonych zmierzał holownik mający przewieźć ich na odległą plamkę widoczną na horyzoncie. Rzucono trapy i pięćdziesięcioro młodych przyrodników wspięło się na pokład. O czym rozmawiali obozowicze, kołysząc się na falach, skryła pomroka dziejów. Może wymieniali się fantastycznymi opowieściami o faunie swoich rodzinnych stron; może pytali jedni drugich, kto przysiągł wierność któremu królestwu: zwierząt, roślin czy minerałów. David mógł odpowiedzieć często powtarzanym żartem, że z powodu bluszczu gęsto porastającego dom jego dzieciństwa został „botanikiem w akcie samoobrony”¹⁴. A może stał uczepiony relingu, wypatrując pośród przetaczających się szarych fal lśnienia skóry; przyznawał, że w tamtych latach dręczyły go uporczywa nieśmiałość, nieufność wobec nowych miejsc¹⁵; być może pocieszał się prastarą metodą: szukaniem ucieczki w naturze.
Jakąś godzinę później holownik wrzucił niższy bieg i zaczął podchodzić do wyspy. David ze swojego miejsca na pokładzie zobaczył sylwetkę długiego mola ze stojącym na końcu człowiekiem. Pisze:
Żaden z nas nigdy nie zapomni pierwszego spotkania z Agassizem¹⁶. Przybyliśmy z New Bedford wczesnym rankiem na pokładzie niewielkiego holownika, a Agassiz czekał na przystani. Stał prawie sam na skromnym nabrzeżu, a jego duża twarz promieniała ukontentowaniem…
Wysoka, krzepka postać, szerokie ramiona nieco przygięte pod ciężarem lat, duża, krągła twarz rozświetlona życzliwym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu, radosny uśmiech… Powitał nas bardzo ciepło po przybiciu do brzegu. Zaglądał nam w twarze, by się upewnić, że słusznie wybrał właśnie nas z grona wielu, których mógł zaprosić.
Przywitawszy każdego studenta uściskiem dłoni, „wielki naturalista” zaprowadził ich na wzgórze, by mogli zobaczyć nowe dormitorium. Nie prezentowało się najlepiej, budowa bowiem trwała dłużej, niż Agassiz przewidywał. Wciąż brakowało szyb w oknach i gontów¹⁷, przepierzenie zaś oddzielające męską i damską sypialnię na razie miało postać lichej zasłony z żaglowego płótna zawieszonej u krokwi¹⁸.
Niektórzy ze studentów byli przerażeni. Frank H. Lattin, młody obserwator ptaków z Rochester, uznał, że „odludne” położenie wyspy, prymitywne budynki i wszechobecne słońce tworzą niemal piekielną atmosferę. „Sama w sobie – pisze – była miejscem w najwyższym stopniu nieatrakcyjnym i z początku z trudem potrafiłem sobie przetłumaczyć, iż zdołam się cieszyć pobytem tutaj”¹⁹.
Lecz oko, ów podstępny organ, różnym osobom ukazuje różne obrazy. Ten sam rozpalony skrawek lądu wabił Davida, złoty piasek połyskiwał od tajemniczych muszli, gąbek, wodorostów. Podczas gdy studenci nawiązywali znajomości, flirtowali i wybierali sobie posłania w długim szeregu łóżek polowych, David wymknął się nad ocean, by pierwszy raz musnąć palcami słoną wodę. Podniósł gładki czarny kamień, potem zielonkawy, a jego umysł zalała typowa dla jego egzystencji panika – „Czy to hornblenda? Czy to epidot? Jak odróżnić jedno od drugiego?”²⁰.
W końcu zawołano go, by dołączył do grupy zebranej w stodole na późne śniadanie. Owce wyprowadzono stamtąd zaledwie kilka dni wcześniej²¹ – wprowadzono za to czworonożne stoły – więc w budynku z pewnością unosiła się woń siana, uryny, trawy, życia. Na krokwiach wciąż królowały pajęczyny i gniazda jaskółek²². Tu miała się tego lata mieścić główna sala do nauki. Studenci zajęli miejsca przy długich stołach i gawędząc z ożywieniem, zabrali się do jedzenia. Możliwe, że w czasie posiłku Davidowi mignęły rudobrązowe włosy młodej botaniczki z Massachusetts nazwiskiem Susan Bowen. Tych dwoje miało się do siebie zbliżyć; mieli przemierzać brzegi Penikese przy blasku księżyca, zanurzać stopy w czarne fale, by obudzić migotliwe fajerwerki zielonej bioluminescencji²³.
_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._PRZYPISY KOŃCOWE
Prolog
1.
1 David Starr Jordan, _The Days of a Man. Being Memories of a Naturalist, Teacher and Minor Prophet of Democracy_, vol. 1: 1851–1899, Yonkers-on-Hudson, NY: World Book Company, 1922, s. 288.
1. Chłopiec z głową w gwiazdach
1.
1 David Starr Jordan, _The Days of a Man. Being Memories of a Naturalist, Teacher and Minor Prophet of Democracy_, vol. 1: 1851–1899, Yonkers-on-Hudson, NY: World Book Company, 1922, s. 21.
2.
2 Tamże, s. 21. Jordan twierdzi, że wybrał je częściowo także z powodu „wielkiej admiracji jego matki dla pism Kinga”; Tamże.
3.
3 Tamże, s. 14.
4.
4 Tamże, s. 9.
5.
5 Tamże, s. 3, 11, 12, 22, 26.
6.
6 Tamże, s. 22.
7.
7 Tamże, s. 3, 4, 7.
8.
8 Tamże, s. 41–44.
9.
9 Louis Agassiz, _Methods of Study in Natural History_, Boston: J. R. Osgood and Company, 1875, s. 7; Kathryn Schulz, _Fantastic Beasts and How to Rank Them_, „The New Yorker”, 30.10.2017.
10.
10 Carol Kaesuk Yoon, _Naming Nature. The Clash Between Instinct and Science_, New York: W. W. Norton & Company, 2009, s. 34, 35.
11.
11 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 22.
12.
12 Tamże, s. 24.
13.
13 Tamże.
14.
14 Tamże.
15.
15 Tamże.
16.
16 Tamże, s. 25.
17.
17 Edward McNall Burns, _David Starr Jordan. Prophet of Freedom,_ Stanford, CA: Stanford University Press, 1953, s. 2.
18.
18 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 17.
19.
19 Tamże, s. 28.
20.
20 Tamże, s. 38.
21.
21 Tamże, s. 40.
22.
22 Tamże, s. 3.
23.
23 Tamże, s. 9.
24.
24 Tamże.
25.
25 Tamże, s. 27.
26.
26Szkice ołówkiem i tuszem, SC0058, seria II-B, pudełko 6B, Special Collections and University Archives, Uniwersytet Stanforda.
27.
27 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 512.
28.
28 Werner Muensterberger, _Collecting. An Unruly Passion_, Princeton, NJ: Princeton University Press, 1994, s. 3, 254.
29.
29 _Collecting Can Become Obsession, Addiction_, „United Press International”, 15.03.2011, upi.com, tinyurl.com/4a2cshhh, dostęp: 31.07.2025.
30.
30 W. Muensterberger, _Collecting_, dz. cyt., s. 6.
31.
31 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 24.
32.
32 Tamże, s. 149–154.
2. Prorok z wyspy
1.
1 David Starr Jordan, _The Flora of Penikese Island_, „The American Naturalist”, kwiecień 1874, s. 193.
2.
2Daniel Robb, _Crossing the Water. Eighteen Months on an Island Working with Troubled Boys – a Teacher’s Memoir_, New York: Simon & Schuster, __ 2002, s. 36.
3.
3 Marlene Pardo Pellicer, _The Outcasts of Penikese Island_, „Miami Ghost Chronicles”, 31.08.2018.
4.
4 Elizabeth Mehren, _Disciplinary School for Boys Teaches Some Tough Lessons_, „Chicago Tribune”, 17.08.2001.
5.
5 I. Thomas Buckley, _Penikese. Island of Hope_, Brewster, MA: Stony Brook Publishing, 1997, s. 72.
6.
6 Dave Masch, cyt. za: Daniel Robb, _Crossing the Water_, dz. cyt., s. 34.
7.
7 David Starr Jordan, _The Days of a Man. Being Memories of a Naturalist, Teacher and Minor Prophet of Democracy_, vol. 1: 1851–1899, Yonkers-on-Hudson, NY: World Book Company, 1922, s. 118.
8.
8 Samuel H. Scudder, _In the Laboratory with Agassiz_, „Every Saturday”, 4.04.1974, s. 369, 370.
9.
9 William James, _Louis Agassiz. Words Spoken by Professor William James at the Reception of the American Society of Naturalists by the President and Fellows of Harvard College_, Cambridge, MA: Printed for the University, 1897, s. 9.
10.
10 Frank Haak Lattin, _Penikese. A Reminiscence by One of Its Pupils_, Albion, NY: Frank H. Lattin, 1895, s. 54.
11.
11 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 104–106.
12.
12 F. H. Lattin, _Penikese_, dz. cyt., s. 42.
13.
13 Burt G. Wilder, _Agassiz at Penikese_, „The American Naturalist”, marzec 1898, s. 190.
14.
14 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 10.
15.
15 Tamże, s. 18.
16.
16 David Starr Jordan, _Agassiz at Penikese_, „Popular Science Monthly”, kwiecień 1892, s. 723.
17.
17 B. G. Wilder, _Agassiz at Penikese_, dz. cyt., s. 190, 191.
18.
18 F. H. Lattin, _Penikese_, dz. cyt., s. 24.
19.
19 Tamże, s. 21.
20.
20 D. S. Jordan, _The Days of a Man_, vol. 1, dz. cyt., s. 109.
21.
21 B. G. Wilder, _Agassiz at Penikese_, dz. cyt., s. 191.
22.
22 Tamże.
23.
23 _Rest in Peace. Burial of Mrs. Susan B. Jordan_, nieznana publikacja, 17.11.1885, David Starr Jordan papers, 000240, pudełko 38 (Susan Bowen Correspondence), teczka 38-24, Hoover Institution Archives.