Dług - ebook
Są niczym ogień i woda. Ona – doskonale zapowiadająca się pianistka, on – człowiek działający w półświatku. Nieoczekiwanie ich drogi się krzyżują, gdy Wiktoria dowiaduje się od brata, że jest on winny sporo pieniędzy pewnym typom spod ciemnej gwiazdy. Jest przerażona, ale i zdeterminowana, aby załatwić sprawę długu na własną rękę, zwłaszcza że na jego spłatę pozostało zaledwie kilka godzin. Okazuje się, że wierzycielami są dwaj bracia, Mateusz i Artur, właściciele klubu nocnego, działający na pograniczu prawa. Żaden z nich nie zamierza okazać litości, lecz zbieg okoliczności sprawia, że Wiktoria zawiera bardzo oryginalną umowę, dzięki której będzie mogła spłacić dług. Niestety, będzie też musiała zmierzyć się z niezdrową rywalizacją pomiędzy braćmi. Obaj zrobią wszystko, by ją zdobyć i wykorzystać do własnych celów.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788366352438 |
| Rozmiar pliku: | 6,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedy weszła do mieszkania, powitała ją dziwna, nienaturalna cisza. Zaskoczona, odruchowo spojrzała na poczerniały ze starości zegar, wiszący w wąskim korytarzyku tuż obok lustra. Dochodziła dwudziesta. Mamy nie było, bo tydzień wcześniej pojechała w końcu na zasłużony turnus do sanatorium, ale Szymon powinien już wrócić. O tej porze miał w zwyczaju oglądanie swego ulubionego serialu, coś w rodzaju reality show, których tak nie cierpiała Wiktoria. Lekko zaniepokojona odwiesiła torebkę, zdjęła sandały i na boso udała się do kuchni, a potem do salonu.
Na kanapie siedział jej brat. Skulony, zgarbiony, z dłońmi wplecionymi we włosy. W całkowitej ciszy, znieruchomiały, wyglądał, jakby wydarzyło się coś bardzo złego. Serce Wiki zatrzepotało, bo od razu pomyślała o matce.
– Szymon!
Potrząsnęła jego ramieniem, a wtedy uniósł głowę i na nią spojrzał. Był młodszy o trzy lata, dopiero zaczął studia. Wydawał się spokojnym, zrównoważonym młodym człowiekiem. Zawsze miał znakomite wyniki w nauce, uprawiał kolarstwo, udzielał się jako wolontariusz. Był też wysokim, smukłym brunetem o nieco melancholijnej twarzy. Pomimo tego, że ich ojciec zmarł bardzo dawno temu, stanowili niezwykle zżytą rodzinę. A teraz brat płakał i biedna Wiki na ten widok omal nie oszalała z przerażenia.
– Mama?
– Co „mama”? – wyjęczał, tarmosząc już i tak wzburzone włosy.
– Coś się jej stało?
– Nie. Gorzej…
To nie były słowa dodające otuchy, ale mimo wszystko poczuła ulgę. Tylko co oznaczało to „gorzej”?
– Mów! – rozkazała, zajmując miejsce naprzeciwko. Nie miała w zwyczaju bawić się w podchody, delikatnie wypytywać o szczegóły. – Bez kłamstw, krętactw i zwięźle, zanim dostanę zawału.
– W tym wieku nie dostaniesz – mruknął nieco urażony brat. – Za to ja od razu mogę poszukać taniego zakładu pogrzebowego, bo jeśli nie oni, to ty mnie zabijesz.
– Mów! – powtórzyła, tym razem ostrzej. – Co za oni i dlaczego miałabym cię zabijać?
– Pożyczyłem pieniądze – wyznał markotnie. – Dużo pieniędzy. A jeszcze więcej muszę oddać.
– Ile…?
Wiki poczuła, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Akurat tego się nie spodziewała. Prędzej nieszczęśliwej miłości, kłopotów na uczelni czy czegoś w tym stylu. Ale nie tego!
– Trzydzieści tysięcy. – Głos Szymona był jak tchnienie wiatru, a sam winowajca skulił się, wpatrując błagalnie w siostrę.
– Trzydzieści tysięcy?! Chyba żartujesz!
– Nie. Mam zwrócić dług dziś do północy. Inaczej mnie zabiją.
– Ale przecież…
– Nie o siebie się martwię. Bardziej o ciebie i mamę.
– Na co, do diabła, pożyczyłeś tyle pieniędzy?! – jęknęła z rozpaczą Wiktoria, wplatając smukłe palce we włosy. Zrobiła dokładnie to samo, co przed chwilą brat.
– Ja… – chrząknął. Już dawno chciał zwrócić się do Wiktorii o pomoc, o radę czy chociażby o słowo pociechy, ale dotąd nie miał odwagi tego zrobić. Teraz zaczął mówić z nagłą determinacją: – Dobrze, przyznam się. To zaczęło się jakieś pół roku temu. Na początku wygrywałem i było super. Wrzucałem dychę, dwie i automat zwracał przynajmniej stówkę. Sam nie wiem, kiedy popłynąłem. A gdy zabrakło pieniędzy…
– Automat? Grałeś na maszynach?
– Teraz wszędzie tego pełno – powiedział ze skruchą. – Wziąłem kilka chwilówek, ale gdy terminy zaczęły mnie gonić, firmy groziły windykacją i tym podobnym, postanowiłem, że pożyczę od takich jednych kolesi całą sumę na trzy miesiące, abym mógł się odegrać.
– Ty głupku! Ty skończony głupku! – podsumowała jego słowa z goryczą. – I?
– Czas minął, a ja nie mam ani grosza. Resztę przegrałem wczorajszego wieczoru.
Wiktoria siedziała w bezruchu, patrząc na brata z prawdziwym przerażeniem. To, co usłyszała, wydawało się sennym koszmarem, scenariuszem rodem z głupawego filmu sensacyjnego.
– Pożyczyłeś i przegrałeś trzydzieści tysięcy…? – wyszeptała zmartwiałymi wargami.
– Niezupełnie. Dali mi zaledwie piętnaście. Reszta to odsetki.
– Odsetki? Za trzy miesiące? Chyba oszalałeś!
– Czasami mam wrażenie, że tak – odparł posępnie. – To koniec, Wiki. Muszę uciekać. Wy też. Ci ludzie nie żartują, jeśli chodzi o takie sprawy.
– Uciekać? – Jego siostra głęboko odetchnęła. Było inne wyjście, chociaż na samą myśl o tym żal ściskał jej serce niczym żelazna obręcz. – Mam z mamą oszczędności. Jakieś dwadzieścia dziewięć tysięcy na koncie. Ale dziś sobota. Banki są nieczynne, a z bankomatu nie mogę wypłacić wszystkiego, bo mam za mały limit. Wezmę jedną trzecią i…
– Ty weźmiesz? Sorry, siostrzyczko, ale na to nie pozwolę. Tym bardziej że dla nich to żadne tłumaczenie.
– Od kogo pożyczyłeś? – spytała krótko, nie wdając się w bezcelowe według niej kłótnie.
– Jest takich dwóch braci, Artur i Mateusz. W sobotnie wieczory przesiadują w knajpie na rynku. Tam miałem się stawić z kasą.
– A konkretnie? Co to za knajpa?
– Copacabana. Mają tam swoje tak zwane biuro. Dasz mi te pieniądze i pójdę, choć przypuszczam, że znów doliczą sobie za zwłokę.
Wiktoria nadal siedziała nieruchomo. Powstrzymała cisnące się na usta słowa. Wymyślanie Szymonowi od głupków czy skończonych idiotów może i przyniosłoby chwilową ulgę, ale nie rozwiązywało problemu. Musiała działać i w żadnym wypadku nie zostawić tego bratu. Kto wie, w co jeszcze mógłby się wpakować… Poza tym może kobietę potraktują bardziej ulgowo?
Wstała i wstawiła wodę. Była oszołomiona, ale to powoli mijało. Gdzieś tam krystalizował się plan. Dzień różnicy to nie tak dużo. Wystarczy spokojnie porozmawiać z tymi bandytami, w poniedziałek spłacić resztę i po kłopocie. Teoretycznie, bo będzie musiała jeszcze wytłumaczyć mamie, gdzie podziały się ich oszczędności. Ale to zostawi na później, teraz trzeba rozwiązać podstawowy problem. I wymknąć się z domu wbrew protestom Szymona. Zerknęła na wciąż zgarbionego brata i podjęła błyskawiczną decyzję. Wystarczyło tylko znaleźć w apteczce odpowiednie tabletki.
– Napijesz się herbaty? – spytała, zachowując pozorny spokój.
– Chętnie – mruknął brat. – Potem pójdziemy wypłacić pieniądze, zgoda?
– Tak. Najpierw kolacja. Kłopoty czy nie, jeść trzeba.
Nie miał apetytu, ale nie zaprotestował. Wstał i zajął miejsce przy kuchennym stole, po czym wbił wciąż zasępiony wzrok w podniszczony blat. Nie zwrócił uwagi, że siostra wrzuciła do jego filiżanki dwie okrągłe tabletki. Potem dosypała cukru, wycisnęła cytrynę i postawiła nieco wyszczerbiony kubek przed Szymonem.
– Wypijemy i pójdziemy do bankomatu. Całe szczęście, że mama wraca z sanatorium dopiero za dwa tygodnie. A w poniedziałek idziemy do lekarza, poszukamy jakiejś grupy wsparcia czy czegoś w tym rodzaju. Jesteś hazardzistą, zdajesz sobie z tego sprawę?
– Tak.
– To dlaczego prędzej nic nie powiedziałeś?
– Wstydziłem się.
– No tak…
Upiła łyk herbaty. Zerknęła na zegarek. Za kwadrans dwudziesta pierwsza. Tabletki zaczną działać za kilkanaście minut. Powinien zasnąć kamiennym snem i obudzić się dopiero późnym rankiem.
A ja już w międzyczasie wszystko załatwię, postanowiła, podniesiona na duchu tym, że będzie mogła wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko że tak naprawdę w najmniejszym stopniu nie była świadoma tego, z jakimi ludźmi będzie miała do czynienia.
Mała Wiktoria zawsze chciała zostać pianistką. Ta starsza z powodzeniem realizowała swoje dziecięce marzenia – obecnie studiowała w Wyższej Szkole Muzycznej i wygrywała większość ogólnopolskich konkursów. Żyła w swoim własnym świecie, pełnym muzyki, marzeń o cudownej przyszłości u boku ukochanego mężczyzny, pod szklanym kloszem, odgradzającym ją od wszelkiego brudu tego świata.
Nie chodziła na dyskoteki czy do pubów, bo wolała koncerty. Kina nie lubiła, za to kochała teatr i operę. Nie umawiała się na randki, bo żaden mężczyzna nie wydawał się odpowiedni. Była samotniczką i oryginałem jak na czasy, w których przyszło jej żyć. Brat z początku usiłował to zmienić, ale zazwyczaj stanowczo odmawiała. Skusiła się na jedną imprezę, ale wyszła z klubu po niecałej godzinie, skrzywiona i zniesmaczona. Na studiach również cichaczem się z niej podśmiewano. Miała mnóstwo koleżanek, ale ani jednej przyjaciółki. Jej wyrazista uroda – czarne, błyszczące włosy, blada, porcelanowa cera oraz pełne wargi i bursztynowe oczy – zwracała uwagę wielu mężczyzn. Niestety, dotychczas bez wzajemności.
Szymon nieraz powtarzał, że gdyby chciała, cieszyłaby się szalonym powodzeniem. Wtedy kręciła głową, mówiąc, że nie zależy jej na podziwie tłumów, tylko na uznaniu jednego mężczyzny. Tego, który się z nią ożeni. Czasami strasznie irytowała go swoim rozsądkiem i chłodem. Nienawidził momentów, gdy siedziała skulona na fotelu, wpatrzona gdzieś w odległy punkt, pogrążona we własnym, wyimaginowanym świecie. Częściej jednak podziwiał siostrę, bo była zupełnie inna niż znane mu dziewczyny. Delikatna i silna zarazem, wydawała się wiotkim drzewem, które złamie byle podmuch wiatru. Tylko że ona uginała się pod wpływem co mocniejszych podmuchów, czasami aż do samej ziemi, a potem na powrót prostowała gałęzie i żyła dalej.
– Czuję się strasznie. Wszystkie nasze oszczędności… W zasadzie nie nasze, wasze. Twoje i mamy. Tak mi głupio… – wyjęczał.
– Rychło w porę. Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej – odparła krótko Wiktoria, zniesmaczona tym napadem skruchy. – Płacz nad rozlanym mlekiem niewiele pomaga. Sądzisz, że mnie to nie boli? – dodała z goryczą.
Milczał, obracając w dłoniach pusty kubek.
– Jak przygotowania na konkurs? – spytał w końcu cicho.
– Jestem gotowa. I nie zmieniaj tematu.
– Może lepiej by było, gdyby mnie zabili?
– Szymon! Przestań dramatyzować! Poza tym pogrzeby też kosztują – prychnęła.
W jej głosie usłyszał wyraźną ironię, więc p
osłał siostrze spojrzenie pełne wyrzutu. Tak naprawdę czuł jednak ulgę. Po pierwsze, w końcu mógł podzielić się z kimś swoim zmartwieniem. Po drugie, Wiktoria, jak na sumienną starszą siostrę przystało, od razu postanowiła uratować go z tarapatów, w które popadł.
– Pójdę do pracy. Zwrócę wszystko, co do grosza – obiecał.
– Skończ studia. I trzymaj się z daleka od automatów! – Wykrzywiła usta. Coraz wyraźniej docierała do niej prawda o tym, że będzie musiała poświęcić ich wszystkie oszczędności. Wszystkie! – Dlaczego ci bandyci biorą tak dużą opłatę za pożyczkę? Czy to legalne?
– Wiki! – Brat aż oniemiał ze zgrozy. – Spadłaś z księżyca czy co? Oczywiście, że nielegalne. Tylko nie mów, że powinienem pójść na policję.
– Hmm… To nawet niezły pomysł.
– Nigdy w życiu! – Aż się otrząsnął. – I żeby przypadkiem nie przyszło ci do głowy realizować jakiś głupi pomysł. Słyszałaś?!
– Dobrze, już dobrze – mruknęła. – Od głupich pomysłów ty jesteś w tej rodzinie specjalistą i słowo honoru, że nie będę tego zmieniać – dodała z doskonale wyczuwalną ironią.
Szymon naprawdę wyglądał na zdenerwowanego. Niewinne pytanie o legalność przeraziło go bardziej niż strata tylu pieniędzy i to ostatecznie przekonało Wiki.
Boże! Jak ona powie to mamie? Trudno. Coś się wymyśli. Na razie trzeba było pozbyć się aktualnego kłopotu, czyli niedotrzymania terminu spłaty tej, pożal się Boże, pożyczki. Co prawda nie miała całej kwoty, ale liczyła, że może wytarguje jakiś rabat.
Zakrzątnęła się w malutkiej kuchence. Ukradkiem obserwowała, jak brat ziewa coraz częściej, jak przeciera oczy i obiema dłońmi podpiera opadającą głowę.
– Wiki, położę się na chwilę. To chyba ten upał… – wymamrotał i poczłapał do salonu. Kilka minut później pochrapywał, rozłożony w swobodnej pozie na kanapie.
Wiki pokręciła głową z zatroskaniem. Dureń! Jutro trzeba coś z tym zrobić. Dotąd miała go za w miarę rozsądnego i odpowiedzialnego. Jak widać, bardzo, ale to bardzo się myliła. Tylko że ta pomyłka musiała być ostatnią. Na więcej nie było ich stać.
Zawiązała tenisówki, splotła włosy w schludny warkocz, przeciągnęła błyszczykiem po wyschniętych ustach. Mimo wszystko czuła się nieco nieswojo. Wiedziała, że w miarę upływu czasu jej obawy będą rosły. Aż do samego spotkania z tymi bandytami, jak w duchu nazywała mężczyzn, którzy pożyczyli jej bratu pieniądze.
Najpierw odwiedziła najbliższy bankomat. Wypłaciła potrzebną kwotę, przeliczyła przynajmniej ze trzy razy i wcisnęła banknoty do torebeczki przewieszonej przez ramię.
Po drodze kupiła deser lodowy i zjadła go z apetytem, siedząc na ławeczce przed ratuszem. A kiedy zegar na wieży wybił dwudziestą drugą, z coraz mocniej bijącym sercem udała się do klubu o egzotycznej nazwie. Szczerze mówiąc, nienawidziła takich miejsc. Krzykliwy szyld błyskający światłem neonu oraz tłok przy wejściu, którego pilnowało dwóch osiłków, już na samym początku nastawiły ją negatywnie. A dalej było niewiele lepiej. Kręcone schody prowadziły w dół, gdzie dudniła muzyka oraz snuły się opary dymu.
Wiktoria kichnęła i rozejrzała się dookoła. Gdzież, u licha, miała szukać tych facetów? Zaraz… Najlepiej gdy spyta przy barze. W niektórych książkach tak właśnie robił główny bohater lub bohaterka. Trzymając kurczowo torebkę z pieniędzmi, przecisnęła się przez gęstniejący tłum ludzi i dotarła do wysokiej lady.
– Co podać? – Barman szeroko się do niej uśmiechnął.
– W zasadzie to szukam dwóch braci. Jeden ma chyba na imię Artur, a drugi… – Zamyśliła się.
– Mateusz? – podpowiedział usłużnie chłopak. – Choć dodam, że lepiej byłoby ich unikać.
– Nie mam wyjścia. Muszę zwrócić dług zaciągnięty przez mojego brata.
Nie widziała powodu, by to ukrywać. Barman skinął głową i pochylił się w jej kierunku. Potem wskazał na prawo, gdzie widać było pogrążony w mroku wąski korytarz.
– Cały czas prosto. Powiedz ochronie, o co chodzi, to cię wpuszczą.
Podziękowała, z obawą spoglądając we wskazanym kierunku. Nie wyglądało to zachęcająco. Musiała podążyć w nieznane. W duchu pomstowała na lekkomyślność brata i własną ślepotę. Przecież z tym problemem zmagał się już od dawna. Jak mogła niczego nie zauważyć?
Na końcu korytarza były jedynie solidnie wyglądające drzwi, a przed nimi siedziało dwóch osiłków, tocząc rozmowę pełną wyrazów na „k” i na „ch”. Wiktoria skrzywiła się z odrazą i przybrała pełną wyższości minę. Obaj niczym automaty obrócili w jej kierunku głowy, zamilkli i zmierzyli ją bacznymi spojrzeniami.
– Ja do panów Artura i Mateusza – oświadczyła chłodno, odrzucając gruby warkocz na plecy. – W interesach – dodała po krótkim namyśle. Skoro i tak tytułowała tych bandytów, to równie dobrze może określić ten, pożal się Boże, kredyt jako interes.
– Hę? – zdziwił się jeden z dryblasów. – Do panów Artura i Mateusza?
– Tak.
– Panów? Ha, ha, ha! – Zaczął się głośno rechotać. – Skąd ty się urwałaś, lala?
Drugi gapił się na nią bez słowa, z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonymi oczami.
Cóż… Ci dwaj potwierdzają teorię o brakującym ogniwie w ewolucji człowieka, pomyślała ponuro Wiktoria. Byli tak napompowani, że materiał koszulek opinających ich ciała trzeszczał w szwach przy każdym ruchu, a czegoś takiego jak szyja chyba nigdy nie mieli.
– Żadna lala, nie pozwalaj sobie – odparła. – Powiedz, że chcę oddać dług brata.
Ten, który się śmiał, uchylił drzwi i wsadził do środka głowę.
– Szefie! Jakieś dziewczę w sprawie zwrotu kasy! Ma wejść? – Po chwili odwrócił się i szerokim gestem zaprosił Wiki do środka. – Dalej, mała – dodał drwiąco.
Zadarła dumnie podbródek i wmaszerowała do środka. Za nic nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo się w tej chwili bała.
Pokój jak pokój, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Niewielki, z ogromną szybą, przez którą widać było wnętrze klubu, dwoma kanapami, kilkoma innymi meblami oraz stolikiem zastawionym alkoholem. Przy nim siedział kolejny dryblas, choć ten wyglądał o niebo lepiej niż jego obstawa przed drzwiami. Umięśnione ciało opinała biała koszulka i doskonale skrojone dżinsy, włosy miał krótkie, twarz z okładki magazynu – typowy przystojniak z seksownym zarostem. To był mężczyzna, za którym kobiecy trup ściele się gęsto, tak idealny, że aż nierzeczywisty. Na dodatek obwieszony sporą ilością kosztownego złota. Do jego boku kleiła się skąpo odziana brunetka o wydatnym biuście i całkowicie gołych nogach. Jej usta błądziły po szyi mężczyzny, a dłoń kolistymi ruchami masowała sporą już wypukłość w okolicach krocza. Najwyraźniej była tak zaabsorbowana tym zajęciem, że nie przeszkodziło jej w tym nawet wejście osoby trzeciej.
– Rozumiem, że przyszłaś zwrócić pieniądze. Nie bardzo tylko pamiętam… – Uśmiechnął się, robiąc nieokreślony gest ręką.
Wiktoria, która i tak już była cała czerwona z powodu tego, co widziała, spojrzała na niego z nieskrywaną dezaprobatą w oczach.
– Pożyczył mój brat – oznajmiła krótko, podchodząc bliżej migdalącej się pary. – A ty jesteś kto? Nie przedstawiłeś się!
– Oho! – Roześmiał się nagle. Odepchnął od siebie kobietę, a potem szepnął jej coś na ucho. Zachmurzyła się, ale posłusznie wstała i wyszła. Tak po prostu. – Siadaj, słonko. – Zachęcającym gestem poklepał jeszcze ciepłe miejsce po brunetce. Zmrużył oczy, gdy dostrzegł, z jaką odrazą otrząsnęła się stojąca naprzeciwko dziewczyna. – Czy twoim bratem jest ten idiota, co przepuszcza majątek na maszynach? Wysoki, chudy smarkacz o minie zbitego psa?
Gdyby miała całą kwotę, rzuciłaby tą forsą, dosadnie powiedziała, co myśli o takich typach jak on, i opuściła to miejsce. Niestety, nie miała.
– Owszem, jest idiotą, bo pożyczył od takiego jak ty.
– Hola! Nie rzucaj się tak, panienko. – Mężczyzna pochylił się, świdrując ją wzrokiem. – Dawaj kasę, uregulujemy rachunek.
– Mam jedną trzecią – oznajmiła Wiktoria, kładąc na stoliku pomiędzy nich plik banknotów. – Reszta będzie w poniedziałek, bo mój…
– Nie ma mowy – przerwał jej chłodno. Nie sięgnął po pieniądze, a jego wzrok stwardniał. Nie był już ani rozbawiony, ani znudzony. – Termin upływa dziś o północy.
– Nie ma mowy – powtórzyła jego słowa. Starała się nie okazywać przerażenia, choć tak naprawdę serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Niezupełnie tak wyobrażała sobie tę rozmowę.
– Nie?
– Bankomat nie wypłaci takiej kwoty, a banki są zamknięte. Dlatego dostaniesz dzisiaj dziesięć tysięcy, resztę w poniedziałek.
– Ty dyktujesz mi warunki? – warknął. Co gorsza, wyglądał na coraz bardziej rozjuszonego.
– Wystaw mi jeszcze pokwitowanie za tę kasę i zaraz będziesz mógł wrócić do tej przyjemnej czynności, którą przerwałam – dodała szybko, siląc się na ugodowy ton.
– Pokwitowanie?
– Dowód wpłaty, cokolwiek. Przecież nie dam ci takiej sumy na piękne oczy. Już i tak cały ten interes cuchnie na odległość. – Słowa wymykały się niemal wbrew jej woli. – Powinnam pójść z tym na policję…
– Czy twój kochany braciszek wie, że kręcisz sznur na jego szyję? – spytał siedzący naprzeciwko mężczyzna z pozornym spokojem w głosie. Pomimo panującego tu półmroku widziała wyraźnie malującą się na jego twarzy wściekłość.
– Jaki sznur? Przecież wszystko oddamy.
Zacisnął zęby i wstał. Dawno nie czuł takiej złości. Co za głupie babsko! Chyba ten kretyn nie do końca wytłumaczył jej, z kim ma do czynienia. Trzeba to naprawić i nauczyć dziewczynkę, że takiemu jak on należy się odpowiedni szacunek.
– Dobrze. Zaczekam do poniedziałku. Ale nie za darmo.
W tym momencie chwycił ją brutalnie za włosy i pociągnął w górę. Wiktoria jęknęła w geście protestu, ale nie stawiła oporu. Wyrwałby jej wtedy cały warkocz.
– Bolało? – spytał, uśmiechając się szeroko na widok łez w jej oczach. – Bardzo dobrze, ślicznotko. A teraz posłuchaj mnie. Jak ktoś od nas pożycza, musi się liczyć z tym, że jeśli nie dotrzyma terminu spłaty, to w najlepszym wypadku wyląduje w szpitalu. Istnieją również gorsze warianty. A przede wszystkim nie straszy się mnie policją! Zrozumiałaś? – syknął, brutalnie odginając jej głowę do tyłu.
Próbowała odepchnąć go dłońmi, ale nie miała na to siły.
– Puść!