Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

DŁUG-o nie zwlekaj - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
35,34
3534 pkt
punktów Virtualo

DŁUG-o nie zwlekaj - ebook

Ta książka jest dla Ciebie, jeśli odkładasz decyzje, unikasz patrzenia na liczby i masz wrażenie, że problemy rosną szybciej, niż jesteś w stanie je zatrzymać — odnajdziesz tu część swojej historii. Jeśli czujesz, że Twoje finanse zaczynają wymykać się spod kontroli. To opowieść dla osób zmagających się z długiem. To prawdziwa historia pokazująca, że zmiana jest możliwa, a pierwszy krok zaczyna się od decyzji, by przestać uciekać i odzyskać kontrolę nad własnym życiem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-005-2
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Miałem spory dylemat, czy napisać tę książkę i nie dlatego, że zawsze byłem zdania, że mój problem powinien być tylko moim problemem, ale uświadomiłem sobie, że na tym etapie mojego życia nie ma to już większego znaczenia, ponieważ długi są już za mną, ale dręczyła mnie też myśl zupełnie nieuzasadniona, że nie powinienem nim obarczać innych. Po wielu przemyśleniach uznałem, że moja historia mogłaby, pomóc innym poradzić sobie z problemami finansowymi. Wydawałoby się, że złe rzeczy, które wydarzają się wokół nas i nas dosięgają bezpośrednio są sytuacjami, które mają nad nami kontrolę i należy się do nich dopasować oraz jakoś z nimi żyć, co w mojej ocenie jest błędnym myśleniem.

Skoro czytasz tę książkę to wnioskuję, że w Twoim życiu, a być może w życiu bliskiej Ci osoby pojawił się problem związany z finansami. Myślę, że taki problem ma każdy, niezależnie od majętności. Można czerpać źródło dochodu z renty w najniższej wysokości, wiem co mówię poznałem takich ludzi osobiście, którzy wręcz zrobili sobie z tego wegetacyjne źródło dochodu, natomiast nie mnie to oceniać, jak układają sobie życie inni, ale można też zarabiać miliony złotych rocznie i mieć problemy finansowe. Jedynie jaką możemy zauważyć różnicę to skalę tych problemów, niemniej jednak problem finansów dotyczy nas wszystkich w mojej ocenie i jest on szeroko pojęty. Należałoby też zastanowić się, czy mając problem finansowy, czy problem z długami, bo te dwa pojęcia myślę można by szerzej opisać i niosą ze sobą sporo różnic, jest to tylko bolączka pieniędzy, czy też powoduje ona problem z relacjami, z psychiką, nastawieniem, motywacją etc. Te wymienione poboczne zjawiska wpływają na to, jak postrzegamy nasz problem związany z finansami, jak próbujemy sobie z nim poradzić lub nie i koło się zamyka.

Pisząc tę książkę chcę odnieść się przede wszystkim do faktów, nie znajdziesz tutaj teorii. Nie skupiam się głównie na badaniach, nad psychologią czy mentalnością ludzi. Takie książki zostały już napisane. Nie znajdziesz tutaj gotowej recepty na wyjście z problemów finansowych, gotowe rozwiązania w tym przypadku nie istnieją. Każdą sytuację należałoby interpretować indywidualnie, a finanse są na tyle skomplikowane, że warto poświęcić im więcej czasu, celem zabezpieczenia swojej przyszłości i przyszłości swoich bliskich. Przeszedłem sam trudną dla mnie osobiście drogę, pełną wyrzeczeń, depresji, częściowo brakiem wsparcia, nacisku z zewnątrz, braku motywacji, całkowitego zniechęcenia, braku pomysłów, ale też myśląc wtedy brakiem szerszych możliwości i perspektyw z uwagi na otoczenie. Myślę jednak, że ten czas był najcenniejszą lekcją życia. Wiedziałem, że problemy nie uciekają, nie wstanę kolejnego poranka bez ciężaru jakim były długi i to dało mi sygnał do działania. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie życia, że nie warto marnować czasu na myślenie o problemach, co stało się dla mnie już rutyną w tamtym momencie, natomiast należy ocknąć się i prężnie działać by im zapobiegać, a w moim przypadku je eliminować.

Zastanawiałem się na czym oprzeć tę książkę. Czy powinny być to badania naukowe, czy skupić się głównie na podejściu do finansów czy poruszać się znacząco w obszarach psychologii, myślenia, afirmacji. Jest to wszystko oczywiście ważne, ale bardziej istotnym jest to jak sam podejdziesz do swojego problemu, jak poukładasz sobie w głowie klocki Twojej sytuacji i spróbujesz im zaradzić. Pomyślałem, że to będzie historia z wplecionymi wyżej wymienionymi zagadnieniami, bo jak kiedyś usłyszałem od osoby, z którą pracowałem słowa: _„Czy chciałbyś, aby szkoliła Cię osoba z certyfikatem? Czy może jednak ktoś z doświadczeniem w danej dziedzinie, ktoś kto osiągnął sukces jak również ma wyniki? Certyfikat może zrobić każdy, ale jak ktoś, kto nie posiada własnego biznesu może wypowiadać się szeroko o biznesie, jak ktoś może wypowiadać się o finansach żyjąc od pierwszego do ostatniego, czy jak osoba z nadwagą może opowiadać, w jaki sposób dbać o zdrowie i formę?”._ Zrozumiałem, że nie papier z nadanym numerem certyfikatu ma znaczenie, a jest nim doświadczenie. Ja zdecydowanie zetknąłem się z dnem głównie w obszarze finansów i jestem przekonany, że podzielenie się historią, która będzie przewodziła treści tej książki będzie najwartościowszą dla Ciebie wiedzą i wierzę też, że wskazówką co możesz zrobić, aby wyjść lub znacznie poprawić swoją sytuację. Ważne jest jednak, że nie sama książka niezależnie jaką weźmiecie do ręki jest rozwiązaniem, ale zastosowanie konkretnych działań w rzeczywistości. Jak mawiał Bruce Lee: _„Wiedza to za mało, trzeba umieć ją zastosować. Nie wystarczy chcieć. Trzeba wszystko wprowadzać w życie”._

Chciałbym, abyście czytając tę książkę wynieśli dla siebie jak najwięcej. Równolegle czytając zaopatrzcie się w notatnik, a jeśli nie masz nic pod ręką na końcu książki masz 2 puste strony byś mógł/mogła odnotować najważniejsze dla siebie informacje. Swoje sugestie i pomysły, jakie nasuną Ci się czytając tę książkę, które mogą mieć dla Ciebie znaczenie i wierzę, że pomogą każdemu z Was poradzić sobie z każdą trudną sytuacją związaną z finansami i nie tylko. Często czytając książki, nie prowadzimy notatek co powoduje, że trudno jest odszukać najważniejsze zagadnienia, które mogą pomóc nam w danej sytuacji. Moim celem nie jest wymuszanie na Tobie konkretnych działań. Jak wspomniałem każdą sytuację należałoby rozpoznać indywidualnie w zależności od skali problemu i dopasować najlepsze rozwiązanie dla każdego z osobna, ale jeśli skupicie się na treści tej książki wierzę, że pomoże Ci ona zrozumieć Twój problem być może utożsamisz się w mniejszym lub większym stopniu z tym co będzie w niej opisane i łatwiej będzie Ci dotrzeć do uwolnienia się od długów czy innych problemów związanych z finansami. Ta historia nie kończy się wraz z ostatnią spłatą długu. To dopiero moment, w którym zaczyna się prawdziwa zmiana — cicha, ale najważniejsza. Ta opowieść to spojrzenie głębiej: na decyzje, nawyki i sposób myślenia, które kształtują życie po kryzysie. Bo wyjście z długu to jedno, ale nauczyć się żyć inaczej — to zupełnie nowy rozdział.

Aby moja droga do uwolnienia się od długu była dla Ciebie jak najbardziej przejrzysta, abyś mógł zobaczyć jakie kroki podjąłem i jakie decyzje, które często były sprzeczne z moimi przekonaniami i moim myśleniem, będę musiał opowiedzieć Wam część mojej historii. Skąd wziął się mój dług, co robiłem kiedy dług rósł, kiedy byłem na etapie uświadamiania sobie problemu, kiedy zdałem sobie sprawę, że jeśli nie podejmę odpowiednich działań sytuacja może stać się nie tyle nieprzyjemna dla mnie samego, ale i dla moich najbliższych.

Postaram się skupić nie na aktualnej mojej sytuacji finansowej, ale nad tym co zapewne najbardziej Was interesowało decydując się na zakup tej książki, czyli na samym długu i jak z niego wyjść.

Poziom zadłużenia jaki ciążył mi przez kilka lat nie był na pewno porównywalny do wartości milionów złotych, czy setek tysięcy. Nie wysokość zadłużenia jest największym problemem natomiast uważam, że jest nią konsumpcja. Czy masz 5 tysięcy zadłużenia, czy 15 tysięcy, a może kilkaset tysięcy złotych (pozwolę sobie w dalszej części tej książki używać skrótu myślowego w postaci „zł.”), to zawsze brakiem możliwości jego spłaty jest problem z nadmierną konsumpcją. Mam nadzieję, że pokażę Ci dzięki treści tej książki, co możesz zrobić by pozbyć się problemu, z którym wiele osób nie może poradzić sobie przez całe życie.

Chciałbym podkreślić, że książka ta nie jest poradnikiem, nie doradzam jakie kroki powinieneś podjąć, aby uwolnić się od problemów, które Cię spotkały. Treść tej książki ma na celu pokazanie Ci, że nawet z najbardziej nietrafnej ścieżki jaką wybrałeś, w każdym momencie można wrócić na właściwy kierunek. Będzie to trwało nieco dłużej, ponieważ czas pracował na Twoją niekorzyść i trzeba go nadrobić, ale warto możesz mi wierzyć nie tylko dla samego siebie, ale też dla osób dla Ciebie ważnych w życiu.

Zanim jednak zanurzymy się w tę historię, chciałbym zaznaczyć, że w większości nie użyję rzeczywistych nazw firm ani prawdziwych imion osób, z którymi miałem kontakt. Na potrzeby napisania tej książki będą one wymyślone. Jednakże, chciałbym podkreślić, że wszystkie opisane w tej książce zdarzenia są autentyczne i bazują na rzeczywistych doświadczeniach. Zostały one zmienione wyłącznie w celu ochrony prywatności i intymności osób oraz organizacji zaangażowanych w historię, którą przedstawiam.ROZDZIAŁ I — BUDOWANIE OSOBOWOŚCI

Rok 2007, który był pierwszym rokiem mojej dorosłości pod względem zawodowym, zobowiązań, pierwszych ważnych decyzji. W tym roku wszystko się zaczęło, ale nim opowiem Ci jak doprowadzałem się do ruiny finansowej, z którą miałem największy problem muszę wrócić jeszcze kilka lat wstecz. To te lata ukształtowały moje myślenie, to w jaki sposób postępowałem w późniejszym czasie i co byłem w stanie do siebie dopuścić, a czego nie.

Nie byłem myślę nigdy prymusem. W szkole podstawowej nie miałem większych problemów z nauką, jak trzeba było odrobić lekcje, zwyczajnie brałem książkę, zeszyt i wykonywałem polecenia nauczycieli, ale do świadectw z paskiem zawsze mi brakowało. Idąc do Technikum moje chęci do nauki dość mocno spadły. Było to spowodowane przede wszystkim nowymi znajomościami. Mieliśmy klasę samych chłopaków. Nowe twarze, chęć znalezienia dla siebie miejsca w grupie. Klasa sięgając pamięcią nie była mała, ponieważ było nas ponad 30 osób. Każdy chciał czuć akceptację u innych osób w klasie, szacunek i nie odczuwać odrzucenia w grupie.

Pierwszy rok szkoły średniej był, jak zakładam u większości osób czasem adaptacji. Poznawaliśmy się w różnych sytuacjach. Tworzyły się mniejsze i większe grupy, każdy szedł tam, gdzie czuł się najlepiej lub gdzie chciał być bardziej akceptowany. Technikum 5-cio letnie to był czas, gdzie nauka nie była priorytetem, a wolny czas zamiast spędzać na poszerzaniu wiedzy i zdobywaniu umiejętności był wypełniony imprezami, tanim alkoholem, innymi używkami, spotkaniami w pobliskim lesie przy ognisku i jak najdalej od domu. No i teraz pomyślisz, ale jak to? Kiedy szło się do szkoły średniej w tamtych czasach miało się 15 lat. Jaki alkohol, jakie używki? Nadmienię, że jak ktoś chciał pozyskać alkohol to zwyczajnie go pozyskał, przez starszego brata, starszego kolegę etc. Z używkami był jeszcze mniejszy problem, ponieważ wystarczyło wyjść na ulicę. Wakacje spędzaliśmy ze znajomymi z klasy nad morzem lub na południu nad jeziorem Solińskim. Od czasu do czasu organizowaliśmy sobie wypad w pobliskie góry beskidzkie. Jak wiadomo, już jako 18-to latkowie z ograniczonym budżetem jaki dostawaliśmy od rodziców nie szukaliśmy luksusów, a taniości w każdym pojęciu tego słowa. Sypialiśmy pod namiotami z puszkami konserw i ryb a 70—80% wolnego budżetu przeznaczonego na wyjazd był wydawany na alkohol. Często zdarzało nam się w przerwie między zajęciami chodzić na butelkę wina czy kieliszek rozrabianego spirytusu za transformator znajdujący się między szkołą, a salą gimnastyczną. A nawet niejednokrotnie spożywać alkohol na zajęciach. Nie jest to powód do dumy, a piszę o tym dlatego, byście mieli świadomość, że to co działo się w przeszłości ma olbrzymi wpływ na to kim prawdopodobnie staniesz się w przyszłości nawet jeśli uważasz, że jest inaczej.

Nieświadomie wyrabiałem w sobie pewne nawyki. Nawyki, które nie pomogły mi później stać się bardziej kreatywnym człowiekiem niż byłem. Człowiekiem, dla którego ważniejsze było zabawić się niż zdobyć zawód i wykształcenie.

Przytoczę Wam pewną historię: Mieliśmy w klasie kolegę, który uczęszczał na treningi piłki nożnej w trzecio ligowym klubie. Raz zapytaliśmy go:

_MY:_ _Marcin, czy płacą Ci coś za te treningi?_

_MARCIN:_ _Tak, płacą 7 zł tygodniowo. (Byliśmy zdziwieni nie tym, że mu płacą tylko tym, co tak mało. Miesięcznie około 28 zł.)._

_MY:_ _Po co Ty tam chodzisz, lepiej bierz piwko i wpadaj do nas. (Powtarzaliśmy mu wielokrotnie)._

Jednak on brał obuwie, spodenki, koszulkę i w wyznaczone dni tygodnia przez klub jechał na trening. Mimo tego znajdował dla nas też sporo czasu, natomiast konsekwentnie zjawiał się w klubie, kiedy należało. Minęło kilka miesięcy rutyny, szkoła, alkohol, dziewczyny, po pewnym czasie my dalej spędzaliśmy czas razem z tanim alkoholem w ręce tyle, że często poza ławką i lasem, a wiele razy zdarzało nam się również na trybunach owego klubu patrząc jak kolega wspiera drużynę w głównym składzie w rozgrywkach ligowych. Nie myślałem wtedy o czymś takim jak nawyk, jak konsekwencja, jak przyszłość. Ważne było dla mnie tu i teraz nie ważne za co, z kim i gdzie.

Po zdaniu matury nasza zgrana grupa powoli zaczęła się rozpadać, każdy poszedł w swoim kierunku. Mniejsza część do wojska, inni do pracy, jeszcze inni wyjechali za granicę, a jakaś garstka wybrała studia. Ja wybrałem, a może nawet nie wybrałem, ale przekonano mnie w rodzinie, aby uniknąć wojska idź na studia. Mimo, że byłem gotów odbyć służbę wojskową postanowiłem ostatecznie, że posłucham rad rodziny i zrobię to do czego mnie wręcz namawiali. Babcia powtarzała mi często: _„Ja Ci opłacę część czesnego, zrobisz studia znajdziesz dobrą pracę, po co będziesz szedł do wojska”._ Tata podzielał jej zdanie. Nie byli jednak świadomi jednej rzeczy, a mianowicie, że nie chciałem kolejnych 5 lat spędzić na słuchaniu teorii magistrów, doktorów, profesorów. Nie mówię, że nie warto się uczyć i studiować, ale po przeczytaniu mojej krótkiej historii już pewnie wiecie, że nie miałem wyrobionego nawyku uczenia się i też chęci kolejnych lat siedzenia na aulach i wykładach.

Uległem jednak naciskom rodziny, wybrałem studia zaoczne na kierunku Turystyka i Rekreacja w Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach — dzisiaj już pod inną nazwą Akademia Górnośląska im. Wojciecha Korfantego w Katowicach. Co się więc wydarzyło i zmieniło przez pięć lat historii studiów zmierzając do tytułu magistra? Myślę, że potwierdzę Twoje domysły. Nic się nie zmieniło. Podczas tych pięciu lat był alkohol, imprezy, dziewczyny, wyjazdy tyle, że już w innym towarzystwie niż przez 5 lat technikum no i wizyty na uczelni co dwa tygodnie z uwagi na specyfikę studiów zaocznych. Być może pojawia się teraz u Ciebie pytanie, ale skoro studia zaoczne to co robiłeś, przez 5 dni w tygodniu. Jak wiadomo na czesne miałem od dziadków i rodziców. Dzisiaj nawet jeśli chciałbym to jest mi trudno wytłumaczyć skąd znajdowały się pieniądze na codzienne życie, a jak to zazwyczaj bywa studia zaoczne to nauka w weekendy a praca w tygodniu od poniedziałku do piątku. Trochę rodzice mi dawali, trochę dorabiałem, ale nie były to pieniądze za które można było wchodzić w dorosłe życie niemniej jednak zawsze jakieś pieniądze większe lub mniejsze miałem na to by pójść się zabawić. Szybko zdałem sobie sprawę jednak, że potrzeby osoby na studiach nie są małe i przyszedł czas na znalezienie stabilnego, jak myślałem w tamtym czasie zatrudnienia. Łapałem się różnych zajęć m.in. w latach 2000 — 2003 roku w Chorzowie budowano elektrociepłownię. Znajomego wujek był podwykonawcą, który szukał osób do prac związanych ze stawianiem ogrodzenia i bram wjazdowych. Pomyśleliśmy z dwójką dobrych kolegów… idziemy. Nasze zarobki były w okolicach 800 — 1000 zł. miesięcznie. Jak na 2003 rok i jak na pierwsze zatrudnienie w zależności, ile czasu będziemy pracować, ponieważ byliśmy rozliczani za godziny pracy to wyglądało to bardzo dobrze. Może brzmieć dziwnie „ile będziemy pracować”, ale tak było. Nie mieliśmy umowy o pracę, nie mieliśmy umowy zlecenie, ani o dzieło, nie mieliśmy nic, można powiedzieć, że byliśmy tam zwyczajnie tak jakby nas tam nie było. Obowiązywała nas umowa na „gębę”. Wstawaliśmy wcześnie rano często w okolicach godziny 4:30 — 5:00, czas dojazdu na miejsce budowy trwał około jednej godziny i dwudziestu minut w zależności jakie utrudnienia spotykały nas na drodze. Podobny czas spędzaliśmy w drodze powrotnej. Z uwagi na popołudniowe godziny powrotu czas się często wydłużał, tym samym na dojazdach każdego dnia traciliśmy często 3 godziny dziennie, ale co tam, praca z kolegami, na świeżym powietrzu, często w słońcu, gdzie można było się opalić, posiedzieć, ponieważ płatne mieliśmy na godziny nie na akord. Idealne dla nas jako młodych chłopaków. Chcąc równolegle zaoszczędzić jak najwięcej pieniędzy na tej pracy każdy z nas musiał zdecydować czy kupić bilet miesięczny czy może jeździć bez biletu. Byliśmy jednomyślni i zdecydowaliśmy zaoszczędzić na tym wydatku. Nie da się ukryć, że kilka razy wyskakiwaliśmy na innym przystanku niż docelowy, ponieważ pojawiał się kontroler i jeśli się udawało to unikaliśmy kar, ale ze dwa razy nie udało się ominąć spotkania twarzą w twarz z kontrolerem i dostaliśmy „mandaty”, natomiast mieliśmy też dobrych doradców w tej materii, którzy nam przekazali mądrość życia z takich doświadczeń: _„Nie płaćcie, one po około 5 latach się przedawniają, a jak przyjdzie ponaglenie to ewentualnie zapłacicie”._

Niestety po miesiącu przyszła chwila prawdy dla nas. Dzień rozliczenia. Przyszedł kierownik i dał nam do ręki połowę wynagrodzenia, na które byliśmy umówieni mówiąc, że musimy chwilę zaczekać, bo na ten moment tyle dostał od szefa dla nas. Z uwagi na fakt, że był to wujek jednego z dobrych znajomych, który również z nami pracował, byliśmy spokojni o myśl, że za chwilę uzupełnią braki. Mijał kolejny tydzień, a kolejnej transzy wypłaty nie było. Wspomniany znajomy próbował interweniować, ale bezskutecznie słysząc co chwilę, że lada dzień będą pieniądze. Widać było po nim, że czuł się niekomfortowo proponując nam pracę, a w efekcie jego wujek nie wywiązywał się z naszych ustaleń. Po jakiś 2 tygodniach i braku pieniędzy powiedzieliśmy sobie, że koniec z tym nie idziemy do pracy. Naszym spokojem był fakt, że nie mieliśmy umowy, tym samym mogliśmy zwyczajnie nie wstawić się na stanowiskach i nikt nic nam nie mógł zrobić, ani wystawić złych referencji, ani nas zwolnić dyscyplinarnie, brak jakichkolwiek konsekwencji związanych z niewstawieniem się na stanowiskach.

Jak myślicie co się stało? Firma, dla której pracowaliśmy miała kontrakt, z którego musiała się wywiązać, a postój powodował, że ostatecznie mogli nie dotrzymać terminu wykończenia ogrodzenia co wiązało się z dużymi karami. Kolega, który zaproponował nam pracę oczywiście pojechał do pracy zwyczajnie był spokojny, że jego nie dotknie problem z wypłatą. Kierownik go zapytał: _Dlaczego jesteś sam, gdzie chłopaki?_ Odpowiedź była nie mogła być inna: _Postanowili nie przyjść już, bo nie dostali pieniędzy za pracę_. Na drugi dzień kolega przywiózł nam zaległe wynagrodzenie wraz z przepracowanymi już dwoma tygodniami ponad pierwszy miesiąc pracy. Postanowiliśmy wrócić. Był to okres wakacji tym samym na niebie trudno było dostrzec chmury czy deszcz. Głównie pełne słońce. Temperatura powyżej 30 stopni, praca w spodenkach, bez koszulek i bez zachowania jakichkolwiek środków bezpieczeństwa i to właśnie bezpieczeństwo, a raczej jego brak spowodował, że musiałem skończyć moją przygodę z tą pracą. Pewnego dnia mocowaliśmy górną poręcz na słupkach. Robiliśmy to już wcześniej, ale tym razem ześlizgnęła mi się z ręki i uderzyła mnie w głowę. Zero bólu, ale postanowiłem założyć szybko kask, po kilku sekundach spod kasku zaczęła wyciekać mi krew, wynikiem uderzenia była dość spora otwarta rana, gdzie zatamowanie krwi było dość trudne. Koledzy obłożyli mi ranę chusteczkami, pojawił się ochroniarz, który na monitoringu widział zdarzenie, że coś się wydarzyło, ale udawaliśmy, że nic się takiego nie stało. My bez umów, bez papierów, krótko mówiąc nielegalnie na terenie budowy. Ochroniarz odszedł nie doszukując się niczego więcej. Ubrałem się i przytrzymując jedną ręką chusteczki na głowie, znajomy towarzyszył mi w drodze do miejscowości, gdzie mieszkaliśmy, kierując się bezpośrednio do lekarza. Lekarz oczywiście z konieczności procedur jakie go obowiązywały zaczął zadawać pytania, co się stało, gdzie i jak. No już wiemy, że tutaj prawda nie była wskazana. Zacząłem wymyślać historię, ale byłem w tym tak mało przekonywujący, że aż na twarzy lekarza widziałem delikatny uśmiech świadczący o tym, że nie do końca mi uwierzył. Powiedział w końcu: _Do szycia mamy głowę proszę się położyć_. Założył mi wtedy 8 szwów i moja krótka przygoda z pracą na budowie się skończyła. Oczywiście krótkich epizodów związanych z pracą w życiu miałem więcej, natomiast z żadną nie wiązałem jakiejś przyszłości.

Minęło kilka miesięcy i dostałem propozycję czegoś zupełnie innego niż praca na budowie. Mój kuzyn na studiach miał znajomego, który pracował w ubezpieczeniach. Jak to firmy tego typu działają często w systemie marketingu wielopoziomowego. Osobiście myślę, że system ten jest najbardziej sprawiedliwy pod kątem wynagrodzenia, ale jedynie w obszarze sprzedaży bezpośredniej. Pozwolę zacytować tutaj słowa Fryderyka Karzełka Polskiego przedsiębiorcy i multimilionera zarządzającego 10 spółkami z sektora finansowego: „_Sprzedaż jest słabo płatną lekką pracą i dobrze płatną ciężką pracą_”. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jak sprzedaż może być trudna. Można się jej jednak nauczyć, jak czytać, jeździć na rowerze, czy pływać.

Postanowiłem spróbować. Pomyślałem, skoro inni mogą to robić i całkiem nieźle zarabiać, dlaczego ja nie miałbym. Pojechałem na pierwsze płatne spotkanie firmy. Firmy takie głównie nie przeprowadzają rekrutacji. Prowadzą jednodniowe czy dwudniowe spotkania, na których przedstawia się problem panujący na rynku, na które firmy mają rozwiązanie, które jest ich głównym produktem.

Spotkanie firmy było jak zawsze zaplanowane w Zakopanem. 3 gwiazdkowy hotel, dla mnie to już był wysoki poziom, kiedy to wcześniej szukałem taniego alkoholu i ławki na osiedlu do przesiedzenia, a wakacje spędzałem pod namiotem, aby ograniczyć koszty. Kameralna sala konferencyjna na około 20 osób w tym osoby wprowadzające do firmy jak i nowe osoby chcące poznać temat.

Nie będę podawał tutaj nazwy firmy, niemniej jednak firma była i nadal jest na rynku pisząc tę książkę w marcu 2026 roku i dobrze prosperuje. Firma oferuje m.in. rozwiązanie mające na celu zabezpieczenie przyszłości osób starszych osiągających wiek emerytalny. Produktem firmy jest prywatna renta, której wypłaty są realizowane po osiągnieciu odpowiedniego wieku osoby posiadającej polisę. Polisę można było rozszerzyć o wachlarz ubezpieczenia, które było już dobrowolne. Krótko mówiąc… Sprzedaż polegała na zobrazowaniu potencjalnemu klientowi problemu jaki czeka go po osiągnięciu wieku emerytalnego i przedstawienie mu idealnego rozwiązania, którym może zabezpieczyć swoją przyszłość.

Po dwudniowej prezentacji firmy, jak wygląda jej historia, jaki ma zarząd, jakie są premie, profity i nagrody za osiągane cele sprzedażowe. Przedstawiono nam bardzo szczegółowo problem jaki czeka nas wszystkich po osiągnięciu wieku emerytalnego, jakie jest też rozwiązanie tej sytuacji, przyszedł czas na przemyślenia związane również z moją przyszłością. Jednak co ważne musiałem również podjąć decyzję, czy chcę płynąć tą łodzią. Firmą niosącą rozwiązanie dla problemu przyszłych emerytów. Dzisiaj zauważam błąd jaki popełniłem w dniu, kiedy podjąłem decyzję, że spróbuję podjąć się wyzwania i konfrontacji z potencjalnymi klientami i poznam piaskownicę zwaną „_Sprzedażą_”. Błąd, o którym mówię to powód podjęcia decyzji na tak, o którym teraz Ci opowiem. W czasie, kiedy prezenterzy firmy dzielili się z nami informacjami, wiedzą z zakresu sprzedaży, argumentacjami był też czas na zabawę. Jak wspomniałem wyjazd do Zakopanego obejmował również nocleg, a więc również integrację w hotelu lub poza nim, a mianowicie w jednej z Zakopiańskich dyskotek. Po wieczornej integracji głównie wśród osób bardziej majętnych, którzy na spotkanie przyjeżdżali samochodami marki Porsche, Saab, czy Mercedesami, ludźmi wyciągającymi w lokalu pospinane gumką banknoty, przy alkoholach z górnej półki pomyślałem sobie… też tak chcę. Nie będę ukrywał, że firma zrobiła na mnie duże wrażenie, a ludzie tam byli otwarci, aby pomóc nam, nowym osobom w osiągnięciu sukcesu, ponieważ nasz sukces był też ich sukcesem. I to był mój błąd jako nowicjusza nie rozumiejącego sprzedaży zwłaszcza opierającej się na marketingu wielopoziomowym. Zamiast skupić się na problemie, skupiłem się na sukcesie innych. Już w głowie liczyłem, ile mogę zarobić na jednej umowie. Wystarczyło 10 umów, by mieć pensję porównywalną do pensji mojego taty, który pełnił funkcję sztygara w jednej z kopalń na Śląsku.

Nie będę ukrywał, że byłem nakręcony po tym weekendzie. Wróciłem do domu pełen optymizmu, innego spojrzenia na życie. Poza tym, że w pamięci miałem cały czas możliwość zarobienia sporych pieniędzy, to nie ukrywam, że również zacząłem interesować się tematem związanym z ekonomią, gospodarką i polityką rządu. Miała ona bowiem wpływ na sytuację osób starszych, o których tyle rozmawialiśmy podczas owego weekendu. Sam zdałem sobie sprawę w wieku 23 lat, gdzie jeszcze nie miałem systematycznych dochodów, że problem starości, a nawet nie tyle starości jak problemu związanego z zabezpieczeniem finansowym na starość dotyczy również mnie.

Nadszedł dzień, kiedy musiałem zrobić pierwszy krok, jeśli chciałem w końcu coś zmienić w swoim życiu. Oczywiście nie miałem pieniędzy, aby kupić sobie nowy garnitur, nowe buty, a nawet zwykły krawat. Ale nie to było największym problemem. Wychodziłem z założenia, że jeśli się chce coś robić w danym kierunku to tak błahe powody nie mogą być przeszkodą w jakichkolwiek działaniach. Wyciągnąłem swój kilkuletni garnitur ze studniówki, a nadmienię, że mimo, iż byłem i nadal jestem osobą szczupłą to od czasu wieczornej zabawy przedmaturalnej zdążyłem jeszcze kilka kilogramów schudnąć. Garnitur na mnie nie leżał zbyt dobrze, sam patrząc na siebie w lustrze spoglądałem z niedowierzaniem, że można aż tak źle wyglądać w marynarce, zwyczajnie na mnie wisiał jak na wieszaku, ale co tam pomyślałem, szybko zarobię na nowy. Kilka dni później mój kuzyn przywiózł mi materiały z firmy, różne broszury, teczki, ogólne warunki umów, wnioski gadżety etc. W okolicy mieliśmy osobę o imieniu Krzysztof, która była wyżej w strukturze. Doświadczony sprzedawca jeżdżący starym żółtym golfem II wychodzącym z założenia, że pieniądze nie są najważniejsze w życiu, ale zarabiał sporo z umów zawieranych z klientami. Spotykaliśmy się w restauracjach, w hotelach przy kawie próbując obrać strategię sprzedaży, ale też poćwiczyć samą sprzedaż, argumentację i omawiać cele jak też odpowiedni kierunek w jakim idziemy.

Nie wdając się w szczegóły nadszedł dzień, kiedy musiałem wykonać pierwszy telefon z mojej listy kontaktów, aby umówić się na spotkanie prezentacyjne dążące do sprzedaży. Pomyślałem, że będzie to osoba, którą dobrze znam, która nie skreśli mnie od razu po przedstawieniu jej przez telefon celu spotkania. Oczywiście na pierwszą prezentację szedłem z kuzynem, który był już po kilku swoich odbytych prezentacjach, ale przede wszystkim był osobą, która mnie rekomendowała w firmie. Miał zdecydowanie szerszą wiedzę w tym zakresie. Moje pierwsze spotkanie umówione z dobrym znajomym odbyło się w barze, mimo że staraliśmy się obierać do tego typu rozmów spokojniejsze miejsca, jak kawiarnie, hotele etc.

Oczywiście aby od pierwszego dnia reprezentować firmę na wysokim poziomie wskoczyłem w mój garnitur, krawat pożyczyłem od taty i udaliśmy się w umówione miejsce. Znajomy oczywiście przyszedł na luzie, a my w garniturach w barze wyglądaliśmy jak akwizytorzy, którzy chcieli już coś komuś wcisnąć. Reakcja mojego znajomego była zaskakująca. Do tej pory widział mnie przy piwie, jak nie przy pobliskim lesie, to na ławce albo w knajpie, a tutaj garnitur o rozmiar za duży i przy kawie, kiedy on skrępowany podpytał, czy może sobie wziąć piwo. No ale musieliśmy wykonać zadanie jakie było do zrobienia. 3—4 minuty luźnej rozmowy, w końcu znajomy zaczął: „To o czym będziemy rozmawiać?”. Kuzyn wyjął kartkę papieru, długopis i zaczął w sposób obrazowy przedstawiać szczegóły problemu, sytuacji na rynku oraz ryzyka przyszłości. Spotkanie trwało około 40 minut, tyle wystarczyło, aby przedstawić wszystko. Już podczas spotkania, a nawet chyba przed nim byłem przekonany, że nic z tego nie będzie. Znajomy był osobą, która z lekkością podchodziła do życia. Praca, zakupy, dom, piwko czy butelka wódki i czas nad grami strategicznymi przy komputerze. Nie zastanawiał się co będzie kiedyś. Będzie jak będzie mawiał. Kiedy my zdawaliśmy sobie sprawę z ryzyka jakie niesie przyszłość on i wielu innych znajomych jak później się przekonałem była obojętna sytuacji za 40 czy 50 lat. Po całej prezentacji posiedzieliśmy jeszcze chwilę dopiliśmy wszyscy swoje napoje i rozeszliśmy się w swoje strony.

Potraktowałem swoje pierwsze umówione spotkanie jako lekcję, co mnie czeka w kontaktach z potencjalnymi klientami, ale musieliśmy też wyciągnąć wnioski i przeanalizować odbytą rozmowę. Ze spotkania oczywiście nic nie wyszło, ale koszty dojazdu i napojów musiałem ponieść. Nie mogłem się zatrzymywać więc sięgnąłem po telefon i próbowałem umówić kolejne spotkanie. Docelowo miałem w tygodniu umówione jakieś dwa spotkania, które dochodziły do skutku. Po około 3 — 4 tygodniach spotkań, za które ponosiłem koszty, których przebieg i końcowy efekt wyglądał podobnie jak nasza pierwsza prezentacja udało mi się podpisać pierwszy wniosek, a tak naprawdę 2 wnioski. Ten właśnie znajomy kupił dwie osobne polisy których składka była 150 zł. za jeden wniosek. Był to 17.09.2006 rok. Moja prowizja za te dwa wnioski wyniosła dokładnie 609 zł. Nadmienię, że w 2006 roku miało ono zupełnie inną wartość niż dzisiaj, kiedy piszę tę książkę w 2026 roku. Aby dokładniej zobrazować, ile było warte te 609 zł. przedstawię liczby. Oczywiście w zależności od sklepu czy piekarni uśredniając cenę za bochenek chleba kupując go w 2006 roku., można było za tę w wartość kupić około 383,1 bochenków chleba, natomiast już w 2026 roku uśredniając cenę pieczywa byłoby to już 60,9 bochenków chleba to oznacza, że praktycznie 6-cio krotnie spadła wartość naszej waluty. Coroczna inflacja powoduje, że nasz portfel się kurczy. 100 zł. zarobione w 2018 roku nie będzie już tym samym co 100 zł. zarobionym w 2019 czy 2023 roku. Niemniej jednak jak wspomniałem wyżej tej książki, 10 wniosków jakie podpisałbym byłyby dla mnie satysfakcjonującym wynagrodzenie, gdzie w 2006 roku minimalne wynagrodzenie za pracę to było 899,10 zł. brutto miesięcznie. Oczywiście po pierwszej prowizji dowiedziałem się, że zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz warunkami zatrudnienia muszę założyć działalność gospodarczą. Nowi przedsiębiorcy mogli skorzystać z dwuletniej zniżki na Ubezpieczenie Społeczne, a jej wysokość była w okolicach 250 zł. Jak to ja pomyślałem co to jest 250 zł. Jeden podpisany wniosek i mam sprawę załatwioną.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij