-
nowość
-
promocja
Dni pamięci - ebook
Dni pamięci - ebook
Geraldine Brooks w intymnej i poruszającej opowieści dzieli się historią nagłej śmierci swojego męża, Tony’ego Horwitza, dziennikarza również nagrodzonego Pulitzerem. Po jego niespodziewanym odejściu w 2019 roku Brooks zmaga się nie tylko z bólem straty, ale też z biurokratycznymi obowiązkami, które nie pozwalają jej w pełni przeżyć żałoby.
Dopiero kilka lat później, kiedy wyruszy samotnie na odległą wyspę u wybrzeży Tasmanii, uda jej się w ciszy i odosobnieniu spojrzeć na życie, śmierć i pamięć.
Książka splata wspomnienia ich wspólnego życia – od początków znajomości na Uniwersytecie Columbia, przez lata pracy korespondentów zagranicznych, po spokojne dni w nadmorskim domu – z refleksją nad rytuałami żałoby i próbą odnalezienia własnej drogi do ukojenia.
Dni pamięci to szczera, pełna empatii i subtelnej literackiej obserwacji historia miłości, straty i siły samotności.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-038-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WEST TISBURY
– Czy dodzwoniłam się do domu Tony’ego Horwitza?
Tak
– Z kim rozmawiam?
Mówi jego żona
Tyle pamiętam wyraźnie. Resztę jak przez mgłę.
– Przewrócił się na ulicy… próbę resuscytacji na miejscu… przewieziony do szpitala… nie mogli go dobudzić…
Więc zabrano go na salę operacyjną. Więc teraz czeka na zabieg. Więc zatrzymujemy go na obserwację.
Tyle zdań, które, logicznie rzecz biorąc, powinny były paść w następnej kolejności.
Ona jednak nie wypowiada żadnego z nich. Zamiast tego wygłasza to jedno nielogiczne:
Nie żyje.
Nie.
Nie Tony. Nie on. Nie mój mąż, który z niezrównaną energią ruszył w trasę promocyjną swojej książki. Mój mąż o umięśnionym ciele człowieka, który sześć razy w tygodniu bywa na siłowni. Sześćdziesięciolatek noszący ciuchy w tym samym rozmiarze co krótko po dwudziestce, kiedy go poznałam. Mój mąż, młodszy ode mnie – przezabawny, pełen sił witalnych. Przecież on jest zbyt zajęty życiem. Niemożliwe, by umarł.
Rezydentka ma płaski, zmęczony głos. Niecierpliwi się, gdy proszę, by powtórzyła to, co przed chwilą powiedziała. Jej dyżur, oświadcza, dobiegł końca. Podaje mi numer do innego lekarza, który właśnie rozpoczyna zmianę na pogotowiu w odległym o osiemset kilometrów Waszyngtonie, w Dystrykcie Kolumbii. Sama nie może się doczekać, aż się mnie pozbędzie.
Ale Tony… Muszę go zobaczyć. Gdzie będzie, kiedy tam dotrę?
– Nie możemy trzymać ciała na oddziale. Zostanie przeniesione do szpitalnej kostnicy, skąd odbierze je stanowy lekarz sądowy.
Je. Ciało. Ma na myśli Tony’ego.
Co więc mam zrobić, by go zobaczyć? Jestem w Massachusetts, na wyspie. Miną wieki, zanim dostanę się do Waszyngtonu…
Przerywa mi.
– Policja z Dystryktu Kolumbii będzie chciała z panią porozmawiać. Proszę się upewnić, że zdołają się z panią skontaktować.
I już jej nie ma.
W którymś momencie podczas tej rozmowy wstałam od biurka. Gdy osiemnaście po pierwszej zadzwonił telefon, dopiero co usiadłam do pracy po poranku pełnym rozpraszaczy. Odbyłam radosną pogawędkę telefoniczną ze starszym synem, który niedawno skończył koledż, a teraz podróżował po świecie i właśnie miał wsiąść w samolot lecący osiem godzin z Manili do Sydney, gdzie zamierzał zatrzymać się u mojej siostry. Moja przyjaciółka Susanna przyszła oddać pożyczoną książkę – nie pamiętam jaką. Poszłyśmy na padok, by sypnąć koniom siana, i spędziłyśmy tam trochę czasu, wsparte o barierki, pogrążone w rozmowie.
Przeczytałam długi mejl od Tony’ego relacjonujący odbytą poprzedniego dnia wizytę w wirginijskim miasteczku, w którym przez dziesięć lat mieszkaliśmy. W wiadomości brakowało prawie wszystkich znaków przestankowych, była za to pełna najświeższych plotek o zmaganiach naszych dawnych sąsiadów, którzy męczyli się z wyschniętymi studniami i rozwodami („mówi o nim »mój byłyżonek«”). Kończyła się tak:
„nie chciałbym tam wracać (choćby dlatego, że 32 stopnie i 100 procent wilgotności, a dopiero maj) ale cieszy że chyba delikatnie ewoluuje, zachowując przy tym swoją historię i dziwactwa. jutro z powrotem do kieratu i jestem 2–3 odcinki Billions do tyłu więc po powrocie będziesz miała powtórkę. kocham i ściskam”.
Wysłałam odpowiedź i otworzyłam plik zatytułowany Koń, czyli powieść, nad którą powinnam pracować.
Wtedy – telefon.
Kolejny rozpraszacz. Rozważałam, czy go nie zignorować, tak by połączenie trafiło prosto na pocztę głosową.
Ale może to mój starszy syn zapomniał o coś spytać. Młodszy był w szkole z internatem, pisał końcoworoczne egzaminy. Może czegoś potrzebował. Musiałam odebrać.
W jasnym słońcu trudno było dojrzeć, kto dzwoni. Dopiero gdy zbliżyłam aparat do twarzy, odcyfrowałam na wyświetlaczu litery GW HSP. Tylko nie mówcie, że chodzi o jakąś przeklętą zbiórkę pieniędzy…
Teraz w uchu buczał mi sygnał wybierania numeru. Wpatrywałam się w słuchawkę. Nogi zaczęły mi się trząść, ale nie mogłam usiąść. Dreptałam po pokoju, czując wzbierające w piersi wycie. Chciałam wrzeszczeć, szlochać, rzucić się na podłogę, rozedrzeć szaty, rwać włosy z głowy.
Jednak na żadną z tych rzeczy nie mogłam sobie pozwolić.
Musiałam przecież załatwić tyle innych.
Przystanęłam i stłumiłam w sobie ten skowyt. Bo byłam sama i nikt nie mógł mi pomóc. I gdybym odpuściła, gdybym upadła, może nie potrafiłabym ponownie stanąć na nogi.
W książkach i filmach nikt nie otrzymuje takich wieści w samotności. Ktoś zawsze dzwoni do drzwi. Ktoś upewnia się, że siedzisz, podaje wodę, pyta, do kogo ma zadzwonić.
Mnie jednak nikt nie otoczył taką życzliwością. Zmęczona młoda lekarka chwyciła komórkę mojego męża, w której nigdy nie ustawił blokady, i wcisnęła kontakt opisany jako dom.
Był to pierwszy przejaw braku litości ze strony tego, jak miałam się dopiero przekonać, na wskroś bezlitosnego i zepsutego systemu.LUTY 2023
ESSENDON
Mały samolot śmigłowy startuje z lotniska Essendon w Melbourne. Podmiejskie dachy, terminale kontenerowe, zindustrializowane ujście rzeki Yarra. A potem przebijamy płaską warstwę chmur i widok, na który liczyłam – połyskująca, wysadzana wyspami Cieśnina Bassa – chowa się za nimi. Mogę jedynie obserwować hipnotyzujący powidok śmigła. Smugę koncentrycznych kręgów. Nieprawdopodobną fizykę lotu.
Udaję się do chaty na najdalszym krańcu Wyspy Flindersa, by wykonać niedokończoną pracę żałoby. Zdałam sobie sprawę, że to, co zrobiłam tamtego dnia pod koniec maja 2019 roku, i to, co byłam zmuszona robić w kolejnych dniach i miesiącach, miało swoją niewidzialną cenę. Teraz lecę na odległą wyspę, by ją zapłacić.
W ciasnej kabinie niewielkiego samolotu dolatują mnie strzępki rozmów współpasażerów:
– Mam sto akrów, to całkiem spora połać suchej ziemi.
– Pewnie nikt nie wędkował w tym miejscu, odkąd żeśmy tam byli w zeszłym roku.
– Możesz mieć albo widoki, albo kilka kresek zasięgu, ale jak się budujesz, trzeba rozważyć postawienie wieży komórkowej.
– Wszystkie sosny zniknęły.
– Jak to zniknęły?
– No zniknęły, stary. Nie ma ich.
Tony zmarł w Memorial Day, Dzień Pamięci, amerykańskie święto narodowe obchodzone w ostatni poniedziałek maja ku czci poległych na wojnach.
Po dotarciu na Wyspę Flindersa rozpocznę własne dni pamięci. Roszczę sobie prawo do czegoś, co nasza kultura przestała rozdawać hojną ręką: do żałoby. Do odcięcia się od świata i jego wymagań. Do wspominania ukochanego i odczucia ogromu mojej straty. „Żałoba to pochwała – pisze Martín Prechtel w swojej książce The Smell of Rain on Dust (Zapach deszczu na wysuszonej ziemi) – bo w ten naturalny sposób miłość oddaje hołd temu, czego jej brak”.
Nie złożyłam Tony’emu należytego hołdu, ponieważ nie dałam sobie wystarczająco dużo czasu i przestrzeni na żałobę dość głęboką, by mogła odzwierciedlić łączące nas uczucie.
Nareszcie przyjdzie czas, gdy nie będę musiała przygotowywać twarzy na spotkanie z innymi twarzami. Trafię w miejsce, gdzie nie będę musiała udawać, że wszystko jest w normie, a ja mam się dobrze. Bo minęły ponad trzy lata, a ja, wbrew pozorom, wcale nie mam się dobrze. Uświadomiłam sobie, że od śmierci Tony’ego moje życie to jedno niekończące się, wykańczające przedstawienie. Przydzieliłam sobie w nim rolę: normalnie zachowująca się kobieta. Podczas pobytów w sferze publicznej odgrywałam serię przekonujących scen: mama z rady rodziców, konserwatorka przyrody, pisarka w trasie promocyjnej. Nic jednak nie było w normie. Tu wreszcie długo nadawany program miał zostać tymczasowo wstrzymany.
Byłam uwięziona w mecarze, wąskim przesmyku z hebrajskich świętych tekstów. W Księdze Psalmów osoba śpiewająca hymn woła do Boga z wąskiego przesmyku, a On odpowiada jej ze swojej „przestworności”. Angielskie słowo anguish, udręka, znaczy to samo co hebrajskie mecar. Anguish pochodzi od łacińskiego określenia na wąskość, cieśninę, ograniczenie. Dotąd nie pozwalałam sobie na dziki przestwór złożonej, kwiecistej, demonstracyjnej żałoby. Zamiast tego od dawna towarzyszyło mi wrażenie ucisku, poczucie, że trzymam ją w sobie, tłamszę i nie daję jej ujścia.
Nie jestem deistką. Żaden bóg nie odpowie na moje wołanie. Przestworność, której szukam, znajdę wśród przyrody, w ciszy, w upływie czasu.
To miejsce, tę wyspę, wybrałam nie bez powodu. Zanim poznałam Tony’ego, życie zaczęło kierować mnie w jej stronę. Gdy się w nim zakochałam, wypadłam z trasy i obrałam zupełnie inny kurs. Teraz będę mogła rzucić okiem na to, co mnie ominęło, przejść się tą nieprzebytą drogą, rozważyć, jaką osobą mogłam się stać.
Może w samotności, na wyspie na krańcach ziemi, w końcu zdołam wyrwać się z mecaru. Najpierw jednak będę musiała wrócić do tamtego momentu w opromienionym słońcem gabinecie, kiedy nie dałam sobie przyzwolenia na skowyt.
Ten skowyt przeobraził się w bestię zamieszkującą podziemia mojego serca. Muszę znaleźć sposób, by ją uwolnić.27 MAJA 2019
WEST TISBURY
– Policja z Dystryktu Kolumbii będzie chciała z panią porozmawiać. Proszę się upewnić, że zdołają się z panią skontaktować.
Lekarka nie poprosiła mnie jednak o numer komórki, a ja jej go nie podałam, co znaczyło, że musiałam siedzieć przy aparacie stacjonarnym i czekać na telefon. Tymczasem odszukałam komórkę – w tamtym czasie prawie jej nie używałam – i zabrałam się za załatwianie tego, co musiało zostać załatwione.
Najpierw zadzwoniłam na lotnisko. To mały wiejski obiekt, a pracowników siedzących przy ladzie znam z imienia. Czy dadzą radę wywieźć mnie z wyspy? Czy są jakiekolwiek szanse, jakiekolwiek wolne miejsca?
Nie w Dzień Pamięci. Ten długi weekend to nieoficjalny początek lata. Bilety na wszystkie samoloty startujące tego popołudnia z Martha’s Vineyard wyprzedano kilka miesięcy temu. Musiałabym popłynąć promem na kontynent i autem dojechać do Bostonu – trzy godziny – z nadzieją, że tam zdołam złapać lot do Dystryktu Kolumbii. Następny prom odchodził o czternastej trzydzieści. Mogłam na niego zdążyć, gdybym porzuciła samochód w niedozwolonym miejscu.
Wtedy zadzwonił domowy. Detektyw Evelyn z policji Dystryktu Kolumbii. Był miły, taktowny. Czułam wdzięczność za tę niespodziewaną życzliwość po opryskliwej rezydentce. Był w stanie mi powiedzieć, gdzie dokładnie upadł Tony i że jako pierwszy zobaczył go były sanitariusz, który kiedyś służył w Wietnamie. Kazał komuś dzwonić na pogotowie, a sam szukał oznak życia. Detektyw dodał, że kobiety z położonego po drugiej stronie ulicy studia jogi przybiegły z defibrylatorem, a w ciągu kilku minut zjawiły się dwie karetki – jedna z Dystryktu Kolumbii i druga z Chevy Chase, ponieważ Tony przewrócił się dokładnie na granicy między Waszyngtonem a przedmieściami Marylandu. Oba zespoły ratowników próbowały go reanimować – policjant nie był pewien jak długo – po czym zabrano go na ostry dyżur w centrum.
Evelyn wypytał mnie o zdrowie Tony’ego, o to, co robił w Waszyngtonie. Wyjaśnił, że ponieważ nikt nie widział, jak upada, trzeba będzie przeprowadzić autopsję, by wykluczyć działanie przestępcze. Spytałam, czy mogę porozmawiać z człowiekiem, który go znalazł. Odparł, że spróbuje mnie z nim skontaktować. Poinformowałam, że pędzę łapać prom, i podałam mu swój numer komórki.
Potem odszukałam numer do brata Tony’ego, Josha. Wraz z resztą klanu Horwitzów wybrał się do Maine na imprezę z okazji zakończenia studiów swojej córki. Mały przejaw łaski: Ellie, mama Tony’ego, była tam z nimi. Kiedy otrzyma te niewysłowione wieści, otoczą ją czułą opieką.
Tony zatrzymał się w pustym domu Josha w Chevy Chase. Długi weekend oznaczał dla niego mile widzianą przerwę w napiętym harmonogramie, zgodnie z którym funkcjonował od czasu publikacji książki. W ciągu siedmiu dni wziął udział w ośmiu wydarzeniach i przemierzył cały kraj. We wszystkich mejlach wspominał, jaki jest wykończony po wczesnym wstawaniu na poranne loty, podpisywaniu książek do późna, a potem jeszcze wyjściach na drinki ze starymi znajomymi, którzy niezawodnie stawiali się na spotkaniach.
Gdy w końcu dotarł do domu brata, spał godzinami, po czym zadzwonił, by mi powiedzieć, jak cudownie było trochę odpocząć. W niedzielne popołudnie, czując przypływ sił, wybrał się z wizytą do naszych niegdysiejszych sąsiadów w Waterford, malutkiej mieścinie zamieszkanej przez mniej więcej osiemdziesiąt rodzin, położonej u stóp Gór Błękitnych – spędziliśmy tam dekadę. W tamten leniwy poniedziałek, w Dzień Pamięci, miał jedynie stawić się na kolację zorganizowaną na jego cześć przez waszyngtońskich przyjaciół. Następnego dnia powinien znów być w trasie. Od wczesnych godzin porannych miał udzielać wywiadów, a wieczorem zjawić się na książkowym evencie w słynnej Księgarni Politics and Prose.
Ale następnego dnia nie było.
– Northampton Street? – wyszeptał ogłuszony Josh, gdy przekazałam mu, gdzie Tony osunął się na ziemię. – To ledwie przecznicę od mojego domu.
Josh, starszy brat Tony’ego, wyrósł z niepokornego młodzieńca na naczelnego opiekuna rodziny, mężczyznę, na którym można polegać w kryzysie. Oznajmił, że zaraz znajdzie lot powrotny z Maine, wyruszy od razu. Jego siostra Erica wraz z mężem Davidem mieli przywieźć Ellie samochodem. Tymczasem jego żona Ericka odstawi ich dwie córki na samolot: dziewczyny musiały wrócić do pracy i szkoły. Josh oceniał, że prawdopodobnie dotrze do domu przede mną. Wyczuł panikę w moim głosie.
– Zastanów się chwilę, co spakować. Pewnie trochę u nas zostaniesz.
Mimo tej rady wyszłam z domu w tym, co miałam na sobie i co miałam mieć na sobie przez następne trzy dni. Kilka sztuk bielizny, szczoteczka do zębów – nie byłam w stanie pomyśleć o niczym więcej. Musiałam zdążyć na prom o czternastej trzydzieści, by wejść na pokład samolotu do Waszyngtonu, w którym zarezerwowałam ostatnie miejsce. Zadzwoniłam do sąsiadów, Freda i Jeanne, powiedziałam im, co się stało, i spytałam, czy będą mogli zaopiekować się naszymi psami i końmi. Ależ oczywiście. Zaraz tam będą.
Na promie wybrałam numer rezydenta, który zastąpił młodą lekarkę na dyżurze. Chłopak nie wiedział, kim jestem ani o czym mówię. Ewidentnie miał na głowie mnóstwo innych nagłych wypadków.
Gdy spytałam, czy po moim przybyciu ciało Tony’ego wciąż będzie w szpitalu, odburknął:
– Skąd mam wiedzieć?
Sama nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się lepszego traktowania.
Po pierwsze nie szkodzić.