Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Do kości - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 maja 2026
3742 pkt
punktów Virtualo

Do kości - ebook

Justyna, dwudziestopięciolatka z bagażem doświadczeń, z pasjami takimi jak siłownia i podróże, wykonuje marną pracę i – jak się zdaje – nie ma zupełnie perspektyw. Kobieta jest jednak twarda, bardzo mocno stąpa po ziemi. Wie, czego chce, potrafi być bezwzględna, uważa, że absolutnie nic nie może jej złamać. W pewnym momencie na swojej drodze spotyka Borysa, mężczyznę, który reprezentuje przeciwieństwo wszystkiego, w co zawsze wierzyła. Życie z Borysem będzie dla Justyny prawdziwą próbą wiary w siebie i własne możliwości.  W tle opowieści toczy się historia mieszkańców bloku, który zostanie zdmuchnięty w wybuchu gazu, co będzie stanowiło punkt zwrotny w życiu Justyny.

„Do kości” to powieść kryminalno-obyczajowa, świetnie ukazująca relacje między ludźmi, którzy do siebie nie pasują.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68593-48-8
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

– Jeszcze pogadamy.

Siłownia1 (skrócić)

, scenicznym szeptem

Noc z piątku na sobotę była do całkowitego zapomnienia. We wrześniu skończyły się letnie powroty do domu – o czwartej nad ranem, boso, ze szpilkami w dłoni i kebabem, z którego uporczywie cieknący sos trzeba było zlizywać z nadgarstka. Nadeszły zimne wilgotne noce, zniknęła radość z przebywania wśród ludzi.

Piątkowe wypady z dziewczynami zaczęły nużyć Justynę.

Z początku nic nie zapowiadało, że wieczór skończy się tak marnie. Przed piętnastą, gdy wszyscy w biurze już odliczali minuty do końca pracy, Justyna dostała SMS z banku i aż pokręciła głową z niedowierzania – Patryk wysłał jej dwadzieścia złotych, a w tytule przelewu wpisał: Plz wróć do mnie. Miesiąc wcześniej, tuż po zerwaniu, zablokowała go wszędzie. Całkowicie zerwała kontakt, a jego rzeczy spakowała do reklamówki i wyrzuciła do osiedlowego śmietnika. Zostawiła sobie tylko szarą bluzę z kapturem, bo sama lubiła w niej chodzić. Żeby bluza przestała nim pachnieć, Justyna przezornie wrzuciła ją do pralki z podwójną dawką proszku i ustawiła pranie w czterdziestu stopniach. Na wyświetlaczu telefonu wciąż miała ich wspólne zdjęcie – taką wyznaczyła sobie karę. Każdego dnia patrzyła na twarz Patryka, żeby udowodnić sobie, że już nic do niego nie czuje.

Pokazała wiadomość Magdzie.

– Zrobiłaś mi dzień! Weź mi to prześlij! Pokażę staremu.

– Nie. Ale masz u mnie piwo. Patryk stawia.

Marzena chodziła po sali sprzedaży i każdemu przypominała, że wieczorem mają spotkanie integracyjne. Zatrzymała się przy biurku Justyny.

– Wieczorem mamy spotkanie.

– Już słyszałam. Dziś o osiemnastej.

– Dokładnie.

Justyna nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Równo o piętnastej strzeliła palcami po klawiaturze, ekran pociemniał, komputer wydał siebie jęk zawodu i ucichł. Justyna złapała swoją torbę, rzuciła: „Cześć wszystkim” i ruszyła do wejścia.

– Gdzie tak się spieszysz?

Zatrzymała się w pozycji jak do fitnesowej fotki: z lekko skręconym tułowiem, wypiętą piersią i napiętymi pośladkami.

– Siłka!

– Masz ty zdrowie! – wtrąciła Marzena. – Pamiętasz, że wieczorem…

– Już mi to mówiłaś ze sto razy!

Parę minut po piętnastej Justyna zaparkowała samochód przed budynkiem, gdzie na parterze, na dwustu metrach kwadratowych mieściła się siłownia o swojskiej nazwie Iron Gym.

W recepcji podała kartę do zeskanowania – miała miesięczny karnet – i poszła do damskiej szatni. Na sali było niewiele osób, w większości faceci przerzucający żelastwo w części siłowej, kilka nieznajomych dziewczyn w strefie fitness i dwie na bieżniach. Justyna, przechodząc przez salę, rzuciła cicho „cześć”, ale nikt jej nie odpowiedział.

Szatnie – męska i damska – były po drugiej stronie, obok siebie, z wiecznie uchylonymi drzwiami, na wprost atlasów i ławeczek do wyciskania.

W szatni damskiej były wysokie szafki na ubrania i kilka ustawionych na środku ławek, dalej były kolejne drzwi prowadzące do części prysznicowej. Spod natrysku wyszła Paulina, zupełnie naga, przywitały się chłodno, a gdy odchodziła, Justyna z zazdrością popatrzyła na jej tyłek. Do takich pośladków potrzeba lat ćwiczeń i dobrej genetyki, pomyślała. Znały się od szkoły średniej, nie lubiły od zawsze – miały zbyt podobne charaktery, kilka razy się ścięły i odtąd chodziły różnymi ścieżkami. Paulina miała swój krąg znajomych, Justyna tworzyła własne, od lat coraz mniejsze.

Dla Justyny nagość nigdy nie stanowiła problemu, co więcej, była zadowolona ze swojego ciała i lubiła je pokazywać. Przy Paulinie miała jednak opory, z nią nie mog­ła się równać, więc odczekała, aż tamta się przebierze i wyjdzie.

Spojrzała w lustro i pomyślała, że sama nie ma się czego wstydzić: ładna, smukła, z ciemnymi włosami i przecinkiem na prawej brwi, z kłującymi w oczy jasnymi śladami żyletki na przedramionach i udach. Skrzywiła się, odruchowo potarła lewą rękę, od łokcia po nadgarstek ze zgrubiałymi sznytami – zrobiła je solidnie, raz przy razie, cienkie białe linie jak osobliwe kody kreskowe na resztę życia. Bielały na słońcu, ciemniały na mrozie, zawsze przykuwały wzrok i wzbudzały pytania, na które Justyna nigdy nie chciała odpowiadać. Najtrudniej było latem – kiedyś ratowała się długimi rękawami, potem przyzwyczaiła się już do zaciekawionych spojrzeń, na natrętne pytania potrafiła odpowiedzieć: „Chuj cię to obchodzi!”. Miała też blizny na udach, ale tych nie było widać nawet w krótkich sukienkach. Patryk nienawidził jej sznytów, zanim kopnęła go w dupę, zamęczał Justynę pytaniami: „Jak można tak zepsuć własne ciało?”. Odpowiadała w myślach: ludzie robią gorsze rzeczy.

Miała jeszcze tatuaże: kilka słów zapisanych odręcznym pismem na przedramionach, różę wiatrów między piersiami, niedokończony armband na lewej ręce, linię życia na wewnętrznej stronie prawego nadgarstka, kilka przecinających się linii na udach i plecach – te widoczne dla wszystkich. Miała też takie, które widzieli tylko niektórzy: maleńki napis między palcem środkowym i serdecznym prawej dłoni, kilka mrówek skrytych we włoskach łona i stolik ogrodowy wytatuowany na biodrze (na szczęście latem ledwie widoczny spod bikini).

Na szatnię weszły dwie dziewczyny, obie speszone, owinięte szczelnie w ręczniki. Justyna pomyślała, że nie będzie świecić cyckami, bo mogłoby to jeszcze bardziej je zawstydzić – dlatego wyjątkowo przebrała się pod prysznicem. Anita napisała, że zwolnił się termin na depilację bikini – Justyna odchyliła brzeg majtek i pomyślała, że pomysł jest do rozważenia.

Z butelką wody w dłoni, dwoma ręcznikami (do ćwiczeń i do wycierania ciała) pod pachą i słuchawkami na uszach wyszła na salę. Miała na sobie legginsy i krótki top – kilku facetów od razu zawiesiło na niej wzrok, czuła ich palące spojrzenia na tyłku, ale na razie nie zamierzała nic z tym robić. Musiała przerwać rozgrzewkę, żeby odczytać wiadomość od Blanki: Typ nie istnieje. Odpisała: Wierzę w ciebie. Blanka była jak pies gończy, perfekcyjnie szła za tropem, potrafiła wystalkować każdego faceta, wyniuchać każdą tajemnicę. Tylko z Borysem od dwóch dni nie mogła sobie poradzić.

Na początek Justyna lekko dogrzała mięśnie szczeniaczkami, przeszła na stanowisko do podciągania i popatrzyła z dołu na znienawidzony drążek.

– Ja pierdolę – westchnęła, zrobiła kilka wdechów, luźnymi dłońmi uderzyła o uda, złapała podchwytem za drążek, lekko odbiła się z palców i spróbowała podciąg­nąć. Bardzo się pilnowała, żeby utrzymać dobrą sylwetkę z napiętym brzuchem i pośladkami, mimo tego ciało opornie szło w górę, miała już drążek na wysokości oczu, kiedy piekielny ból w łokciach i ramionach ją zatrzymał – odpuściła. Ze złością przeszła na inne stanowisko.

Godzinę później ostatni raz wypchnęła biodrami sztangę – robiła hip thrusty – i ciężko usiadła na macie treningowej. Przez chwilę światło pstrzyło jej się w oczach, miała powidoki cięte pulsującą czerwienią, krew tętniła w skroniach. Drżały jej łydki, na brzuchu czerwieniał ślad od grotu sztangi, trzęsły jej się dłonie, a w ustach rozlewał się dobrze znany metaliczny smak. Niemal czuła, jak wymęczone mięśnie strzykają kwasem mlekowym. Z trudem przełknęła ślinę, pchnęła dłonią sztangę, która przeturlała się ponad jej udami i zatrzymała kilka centymetrów za stopami. Wytrząsnęła z butelki ostatnie krople wody na język, zamlaskała i spróbowała wstać – wstała, zatoczyła się i ponownie musiała usiąść. Z głębi sali odezwał się Irek:

– Dobra robota, dziewczyno!

Podszedł i z dłońmi opartymi na udach pochylił się nad Justyną.

– To co? – zapytał. – Jeszcze piętnaście minut na bieżni i mamy wolne?

– Spierdalaj…

Zaśmiali się jednocześnie. Justyna lubiła Irka, był dob­rym instruktorem, pomocnym i nigdy nie próbował jej podrywać – za co była mu wdzięczna. Wyciągnął rękę i pomógł jej wstać, potem kolejno przyłożył dłoń do jej brzucha, uda i pośladka.

– Naprawdę, to było dobre – mruknął z uznaniem. – Styrałaś się na amen. Dziś piątek, trzeci raz w tym tygodniu robisz trening siłowy. Co ci odbiło?

– Nieważne.

Irek uśmiechał się tak beztrosko, że zapragnęła z nim się pokłócić. Daj mi powód, poprosiła w myślach. Była zawiedziona, gdy tylko skinął głową i odszedł. Na bieżni ustawiła sobie łagodny skos i prędkość osiem kilometrów na godzinę – biegła wystarczająco szybko, żeby utrwalić progres i nie zniszczyć mięśni, ale nie na tyle wolno, żeby znów myśleć o Borysie. W wysiłku potrafiła wyrzucić go ze swojej głowy, nie pamiętać, nie sprawdzać tych nieszczęsnych SMS-ów w poszukiwaniu nowej wiadomości.

Na tysięcznym metrze dostała głosówkę od Blanki: Laska, typa nie ma, wymyśliłaś go sobie. Żadnych zdjęć, profili, jakby wcale nie miał śladu węglowego. Nothing. Okrągłe zero. Znalazłam kolesia o takim nazwisku, ze stolicy, bez zdjęcia, dyrektoruje w mazowieckim, jakieś betony sprzedaje, masakra. The guy doesn’t exist. Blanka pracowała jako nauczycielka w prywatnym konwersatorium i miała dziwną manierę wtrącania obcych zwrotów. A gdy była zdenerwowana, zupełnie przechodziła na angielski, w dodatku mocno slangowy – wtedy prawie nikt nie potrafił jej zrozumieć. Justyna zwiększyła prędkość, dobiła jeszcze pięć kilometrów i zeszła z bieżni. Odpisała: Szukaj, Blanka, szukaj! Dobra Blanka! Uśmiechnęła się, gdy dostała odpowiedź: Szmata! I kolejną: Na stronie firmy jest kontakt do niego.

W następnej wiadomości Blanka podała numer telefonu, Justyna odpowiedziała: To on. Po kilku minutach Blanka napisała: Koniec na dziś. Widzimy się wieczorem? Justyna mimowolnie się skrzywiła. Nie mogę. Mam integrację w biurze – odpisała. W odpowiedzi dostała wiadomość: Przejebane. Blanka dobrze wiedziała, jak Justyna lubi biurowe spędy, organizowane raz na kwartał i nic niewnoszące do relacji w biurze.

W zaparowanej łazience było sześć kabin prysznicowych z półprzezroczystymi zasłonami. Było duszno od pary – dziewczyny lubiły gorącą wodę. Justynę denerwowały torby ustawione w przejściu między kabinami. Wstydliwe kobiety wysuwały tylko dłonie za zasłonę i wyjmowały z nich ubrania.

Wychłostała się gorącą wodą. Na szatnię wróciła w ręczniku – znów zapomniała majtek na zmianę. Minęła się z Kingą i inną Justyną – obie już w legginsach, z butelkami wody niegazowanej i ręcznikami wychodziły na salę. Poczuła drżenie podłogi pod stopami, dreszcz przeszedł wzdłuż jej ciała, poczuła to nawet w piersiach – w sali obok zaczęły się zajęcia zumby.

Justyna zeskanowała kartę w recepcji i wyszła na parking. Czuła, że wraca do niej życie, krew pulsuje w żyłach, stopy same niosły ją do samochodu. Zawsze tak miała po treningu siłowym – potworne zmęczenie ustępowało radosnej euforii. Przegazowała silnik w aucie, ruszyła ze zrywem, niewielki parking był zupełnie pusty, więc zawróciła na ręcznym – szarpnęło, koła zapiszczały na betonie, a Justyna krzyknęła z radością:

– Kurwa mać!

W następnej chwili zgrzytnęła zębami – do jej głowy znów zakradł się Borys.

W mieszkaniu zrobiła sobie koktajl owocowy, do którego oprócz bananów, mandarynek i kiwi dodała łyżeczkę kreatyny – żeby nie zmarnować godzinnej katorgi na siłowni. Magda zapytała: Widzimy się? Justyna potwierdziła i zaczęła rozglądać się za sukienką na wieczorne wyjście. Uznała, że najlepsza będzie czarna mini sięgająca ledwie za tyłek, do tego ciemne rajstopy i szpilki – za oknem było już zimno, ale zbytnio się tym nie przejmowała.

Przyszła jako pierwsza, kwadrans przed osiemnastą, bo nie lubiła się spóźniać. Przy każdym kroku czuła ukłucia bólu w pośladkach, co mimo wszystko ją cieszyło – dzisiejszy trening zrobiła na sto procent. Przed wejściem do Loftu, obok popielniczki, stał wysoki promiennik ciep­ła, w jego szklanej kolumnie drżał miodowy płomień, oświet­lając stłoczonych przy nim młodych mężczyzn z papierosami. Byli bez kurtek, w koszulach z podwiniętymi rękawami i ponaglali się wzajemnie, żeby szybko kończyć palić i wracać do środka. Wyminęła ich i pchnęła szklane drzwi do Loftu. Pomyślała, że gdy wrócą z papierosa, to obejrzy ich sobie dokładnie, może nawet porówna z Borysem.

Raz na trzy miesiące zganiano całe biuro na spotkanie firmowe – Marzena uważała, że takie małe integracje dobrze wpływają na atmosferę. Osobiście rezerwowała stolik, zawsze w Lofcie, zawsze pod oknem, zawsze w piątek na godzinę osiemnastą. Potem wysyłała mail do wszystkich z datą i godziną spotkania oraz dopiskiem „obecność obowiązkowa”. Tylko dyrektor nigdy nie przychodził – miał ciekawsze rzeczy do zrobienia.

Loft był najmodniejszą knajpą w mieście, miał swój klimat i przyzwoite ceny. Urządzony w stylu industrialnym, z punktowym oświetleniem, nagimi ścianami z betonu i ciężkimi stołami, był ulubionym miejscem spotkań korporacyjnych. Justyna lubiła to miejsce, bo lubiła ostre wyraźne kształty – wszelkie miękkie linie i obłe powierzchnie nie pasowały do jej zadziornego charakteru. W biurze miała tylko jedną koleżankę, Magdę, była pewna, że pozostałe dziewczyny obgadują ją za plecami. Mogła jeszcze liczyć na Piotrusia, który był miły, delikatny i obły, ale tylko z charakteru, bo tak naprawdę był chudy i kościsty. Nawet nie było sensu porównywać go do Borysa.

W Lofcie przygotowano dla nich dwa zestawione stoły, z każdej strony otoczone skórzanymi sofami. Justyna zamówiła piwo przy barze i zajęła miejsce pod oknem, skąd miała widok na całą salę. Młoda kelnerka zabrała tabliczkę z napisem „rezerwacja”. Mężczyźni wrócili z papierosa, w jasnym świetle Loftu przyjrzała im się uważnie i pomyślała: nic ciekawego. Nawet nie ma sensu porównywać do mojego Borysa.

Justyna pochyliła się nad telefonem. Odruchowo sprawdziła wiadomości od Borysa – żadnych nowych. Wkurzało ją, że w każdej wolnej chwili jej myśli podążają ku temu mężczyźnie, z którym była na dwóch randkach i raz piła kolorową wódkę w parku. Było to sprzeczne z jej charakterem i zastanawiała się, co się zmieniło w jej podejściu do mężczyzn.

Tuż przed osiemnastą przyszła Magda i narobiła zamieszania: w drzwiach potrąciła wychodzącego mężczyz­nę, radośnie krzyknęła: „Przepraszam”, przy barze, gdy szukała karty, wysypała połowę zawartości torebki na podłogę. Justyna nie mogła się zdecydować, czy zachowanie Magdy ją rozśmiesza, czy jednak bardziej irytuje.

Magda uwielbiała zwiewne sukienki, wszelkie korale i muszelki, które wraz z polnymi kamyczkami nosiła w torebce. Miała słabość do kolorowych szali, płaszczy z naturalnej wełny i makramę powieszoną na ścianie obok biurka. Zawsze słodko pachniała lawendą i dymem z kadzidełek, które – opowiadała – zapalała w każdym pokoju mieszkania. Jej twarz, urocza, delikatna i przyprawiająca mężczyzn o szybsze bicie serca, była zawsze uśmiechnięta.

W biurze uważane były za przyjaciółki, więcej, Justyna sama tak myślała i dlatego złościła ją nieporadność Magdy. Były w podobnym wieku, z tym że Magda miała już męża i własne mieszkanie w bloku. W oczach Justyny większość dziewczyn z pracy była nijaka, miały obłe, miękkie kształty i charaktery podatne na manipulację kierowniczki, która celowo zatrudniała osoby nigdy głoś­no niezgłaszające sprzeciwu. Magda była odrobinę inna, potrafiła być uszczypliwa i lubiła małe złośliwości, chociaż nigdy otwarcie nie krytykowała Marzeny. Justyna odwrotnie: chociaż dusiła w sobie emocje, żeby dopasować się do pozostałych dziewczyn, to jednak potrafiła się odszczeknąć, a w rozmowach tylko czasem gryzła się w język – w efekcie wszystkie dziewczyny zastanawiały się, dlaczego Marzena jeszcze jej nie zwolniła.

Justyna była sztywna, trochę kanciasta, zwykle poważna. Na jej twarzy rzadko gościł uśmiech, co mocno zrażało innych ludzi. Patryk często prosił: „Weź się uśmiechnij”, a Justyna przekornie zaciskała usta i warczała: „Przecież się uśmiecham!”. Magda była radosna i wiecznie zadowolona z życia. Miała miękkie wnętrza dłoni, a od paznokci po wiecznie roześmiane oczy cała była obsypana piegami. Na jej nadgarstkach połyskiwały okręgi srebrnych bransoletek, dzwoniących przy każdym ruchu, zwracających uwagę na kobietę w sumie przeciętną, ale zadbaną. Magda miała pieniądze i umiała je dobrze wydawać. Jej miły uśmiech i roziskrzone oczy, skryte za szkłami okularów w drucianych oprawkach, topiły męskie serca. Justyna wygrzewała się w sympatii, którą Magda wzbudzała w innych.

Tego dnia koleżanka wyglądała rewelacyjnie, szczególną uwagę zwracały jej włosy: gęste, kruczoczarne, częś­ciowo upięte w kok, trochę rozpuszczone na ramiona. Przez Loft szła prowadzona zaciekawionym wzrokiem mężczyzn. Justyna mimowolnie się uśmiechnęła, chociaż z boku wyglądało to, jakby tylko zadrżały jej kąciki ust. Obecność Magdy wprawiała ją w dobry humor.

Magda podeszła do stolika, usiadła przy Justynie i natychmiast zaczęła narzekać na pracę. Przerwała tylko na chwilę, żeby powiedzieć: „Dziękuję” kelnerce, która przyniosła zamówione piwo. Justyna miała dość rozmów o biurze i wiedziała, że na spotkaniu ten temat będzie wracał jeszcze wielokrotnie.

– Poznałam faceta – powiedziała.

Magdzie zalśniły oczy.

– Opowiesz mi o nim?

– Taki mam plan.

– Gdzie się poznaliście?

Justyna nie zdążyła odpowiedzieć. Przy stoliku zjawiła się Ola, potem Piotruś i Tomek, za nimi przyszły Wiolka i Jagoda. Powoli schodziła się reszta biura, zamawiali po piwie i siadali na sofach. Ostatnia przyszła Marzena, tłumacząc, że musiała odebrać córkę z korepetycji. Justyna pochyliła się do ucha Magdy i szepnęła:

– Jeszcze pogadamy.

Po pierwszym piwie zamówili następne, część zrobiła się głodna, więc zaczęli przeglądać kartę dań. W Lofcie mieli najlepsze burgery w mieście, dobrze wypieczone, soczyste, z porządnie zgrillowanym mięsem, dodatkowo cudnie podane: przybite nożem do małej deseczki, na której stał metalowy kubek z belgijskimi frytkami i walały się krążki cebulowe. W karcie było jeszcze kilkanaście rodzajów pizzy, w tym ulubiona Justyny: prosta margherita z rukolą i pomidorkami koktajlowymi. Menu dopełniały fit-sałatki z pieczonym kurczakiem i zieleniną, cudne desery z ciasta czekoladowego oraz szeroki wybór win i piw craftowych. Dziewczyny utrzymywały pozory: w większości zamówiły delikatne sałatki. Justyna pokiwa­ła głową i wbiła zęby w podwójnego burgera z dodatkowym boczkiem. Nigdy nie miała problemów z wagą, zawsze jadła, co chciała.

Szybko zaczęli się dzielić na grupy, Piotruś i Tomek utknęli przy barze, gdzie dobijali się setkami wódki, dziewczyny psuły dobre piwo sokiem i zamawiały kolejne lampki wina. Justyna dusiła się w tym towarzystwie, dodatkowo wkurzała ją Magda – przesiadła się na koniec stołu i przez resztę wieczoru nie miały okazji, żeby spokojnie porozmawiać.

Po kilku piwach i drinkach rozmowy zeszły na tematy bardziej frywolne, rozgadała się Magda, która, choć mężatka, zawsze miała podejrzanie dużo do powiedzenia na temat związków z facetami. Zaczęła opowiadać, że musi w końcu zrobić porządek z bikini, zrobiło się wesoło, dziewczyny ze łzami w oczach przerzucały się wzorami depilacji i adresami salonów kosmetycznych. Przy stoliku na chwilę pojawił się Piotruś, ale został przegoniony słowami: „To są nie twoje sprawy!”. Justynie przed oczami mignęła Blanka, ale nie zdążyła jej zaczepić – Blanka była z facetem i właśnie wychodzili. Trudno, pomyślała Justyna, ale napisała do Blanki: Spoko typ, z myślą o jej mężczyźnie. Blanka była już przed Loftem, zerknęła na telefon i zaczęła się rozglądać – przez szybę dostrzegła Justynę i pomachała na pożegnanie. Poszła pod rękę z mężczyzną w stronę samochodu, ale wcześniej odpisała: Taki se. Ale przynajmniej nie wymyślony. Zabolało.

Borys nadal milczał. Nie odezwę się pierwsza, pomyś­lała Justyna. Z wściekłości zaczęła przyśpieszać z drinkami, śmiała się najgłośniej, aż Marzena spojrzała na nią krzywo. Tak, wiem, pomyślała, to spotkanie firmowe, trzeba się zachowywać. Jutro sobie to odbiję z Blanką.

Przed dwudziestą drugą część dziewczyn zaczęła się zbierać, Tomek odholował Piotrusia do taksówki i sam też zniknął, dla reszty Marzena wzięła po lampce wina i impreza przeszła w fazę schyłkową. Justyna, wracając z łazienki, spotkała Julkę, z którą chodziła do liceum, a potem straciły kontakt, więc nie bardzo miały o czym rozmawiać poza zdawkowym „co u ciebie?” – dlatego szybko ucięła rozmowę i wróciła do swoich dziewczyn z pracy.

Przy stoliku trwała właśnie ożywiona dyskusja: Marzena się pochwaliła, że w tym roku urlop spędzi z mężem i dziećmi w Hiszpanii – w ramach pobytu all inclusive zwiedzą Barcelonę, wiecie, mówiła podekscytowana, Sagrada Familia, Camp Nou, takie tam, długie wycieczki po mieście, wieczory w knajpkach przy winie, dużo słońca i odpoczywania na plaży. Dziewczyny zgodnie pisnęły: „Ale ci zazdrościmy! Wiesz, my raczej nad polskim morzem lub w Chorwacji”, tylko Magda cicho westchnęła, że od Barcelony dużo ciekawiej jest w Madrycie i Sewilli. Justyna w duchu przyznała jej rację, ale wolała się nie odzywać, bo zupełnie straciła ochotę na rozmowy. Niespodziewanie została zaczepiona przez Marzenę.

– Justyna, ty chyba mówiłaś, że w zeszłym roku byłaś w Katalonii?

– W Toskanii.

Dziewczyny spojrzały na nią z zaciekawieniem, a Justyna spokojnie dodała:

– W Hiszpanii byłam trzy lata temu.

Roztargniona kelnerka zapomniała zabrać puste kieliszki ze stołu i musiała po nie wrócić. Marzena spiorunowała ją wzrokiem. Była już wcięta i zaczęła wychodzić z niej suka.

– Prawdziwa z ciebie kierowniczka – mruknęła Justyna do siebie, ale na tyle głośno, żeby wszystkie ją usłyszały.

Przed północą na placu boju z Justyną zostały już tylko Magda, Iwona i Beata – wszystkie mocno wcięte i złe jak osy. Marzena wymknęła się do domu, tłumacząc, że jest za stara na takie imprezy. Magda mogła sobie pozwolić na wiele – miała pełne zaufanie męża. Pozostałe dziewczyny zaczęły się mocno rozglądać za mężczyznami. Wściekła Justyna przeglądała stare wiadomości od Borysa.

– Spadamy stąd – zaproponowała Iwona, gdy siedziały samotnie przy stoliku i żaden facet nie chciał do nich podejść.

Wyszły. W Not było tego wieczora pustawo, Avalon nadal był zamknięty po ostatniej rozróbie, dopiero w Fabryce zostały na dłużej. W środku Justyna spotkała Bartosza i Ewę, trochę porozmawiali przy barze, skąd wyrwała ją Amelka, żeby w damskiej łazience spalić na pół blanta. Justyna do koleżanek z pracy wróciła na miękkich nogach. Musiała się pilnować, żeby w poniedziałek jej nie obgadały.

Jakiś chłopak z tatuażem na przedramieniu próbował ją podrywać, ale go spławiła. Brakowało mu charyzmy Borysa, nie miał jego szorstkiej szczęki i silnych dłoni, których zdecydowany uścisk doceniła już na pierwszym spotkaniu. Jeszcze dwukrotnie zmieniły knajpę, trochę pobujały biodrami na dyskotece, nim Justyna zarządziła: „Kończymy to”. Miała spokojny głos, chociaż chciało jej się wyć. Bez przerwy zerkała na komórkę, aż Magda zapytała:

– To jaki jest ten twój nowy facet? Ma jakieś imię?

Justyna się uśmiechnęła.

– Jeszcze nie jest mój. Borys. Tak się nazywa.

– Ładnie. Jest materiał na coś więcej? Powiedzmy na jakiś związek?

– Nie wiem. Może?

– Opowiesz mi o nim?

– Już nie dziś. Jestem padnięta.

– Fajny?

– Tak. Ma dobre linie dialogowe.

Spojrzała na komórkę – minęła północ, bliżej już było do pierwszej w nocy. Dość, pomyślała Justyna i zarządziła odwrót.

Na postój taksówek szły dziwnie zgaszone, z dłońmi w kieszeniach kusych kurteczek, z torebeczkami na ramionach. Chłodny wiatr zacisnął im usta, nie rozmawiały, każda pogrążona we własnych myślach. Prowadziła Justyna: wysoka, smukła, z ogniem w oczach. Niewyobrażalnie zła za kolejny zmarnowany wieczór. Borys milczał. Wysoko nad ich głowami sygnalizatory uliczne pulsowały żółcią.

Justyna przypilnowała, żeby dziewczyny wsiadły do taksówki, która rozwiezie je kolejno do mieszkań. Pomachała na pożegnanie i z ulgą przeszła na drugą stronę ulicy, skąd już miała blisko – jej blok stał przy parkingu. Mieszkała na czwartym piętrze.

Na osiedlu stały stare bloki z pastelowymi elewacjami. Ten Justyny był zwrócony frontem do placu zabaw, miał sześć pięter, w ciemnych oknach odbijało się nocne niebo. Prosty betonowy chodnik biegł między wejściami do klatek a placem zabaw, gdzie skrzypiały poruszane wiatrem dziecięce huśtawki.

Na chodniku przed pierwszą klatką schodową stało dwóch chłopców, dużo młodszych od Justyny, też już wstawionych. Na ścianie ponad ich głowami lśniła tab­lica kółka różańcowego Dobra Nadzieja. Znała jednego z nich. Syn państwa Kamińskich z drugiego piętra. Wyglądał jak większość chłopaków w jego wieku: modnie obcięty, w kurtce z sieciówki i sportowych butach. Miał niesamowicie niebieskie oczy, z pewnością podobał się dziewczynom, Justyna mimowolnie się uśmiechnęła – dla niej był zdecydowanie za młody. W tym roku skończył szkołę średnią, ale nie poszedł na studia i nigdzie nie pracował.

Chłopcy nie odrywali od niej wzroku. Stanęła w wyzywającej pozie, z wysuniętą do przodu stopą, z przekrzywioną głową, i próbowała sobie przypomnieć imię młodego Kamińskiego. Uniosła palec wskazujący i pomyślała: Karol!

– No cześć – powiedziała.

Jednocześnie odpowiedzieli: „No hej!”. Minęła ich, stukając szpilkami na chodniku, niespodziewanie zawróciła i wsunęła Karolowi dłoń pod ramię.

– Ty już chyba powinieneś być u siebie.

Chłopiec zaniemówił z wrażenia.

– To żegnamy się z kolegą – zarządziła. – Odprowadzisz mnie do mieszkania.

Drugi młodzian szybko się pożegnał i zniknął w ciemności. Justyna poprowadziła Karola pod rękę do klatki schodowej. Czuła, jak cały się napiął, szedł mocnym sprężystym krokiem, wiedziała, że jej dotyk sprawiał mu przyjemność. Próbował ją zagadywać, ale mu nie szło, wreszcie dotknęła palcem jego ust i poprosiła, żeby był cicho. Przez chwilę biła się z myślami, czy nie przeciągnąć tej nocy o parę spoconych chwil na klatce schodowej, przy wygaszonych światłach, w jesiennym mroku, na złość Borysowi. Spojrzała na chłopca, jego roziskrzone oczy potwierdzały, że myślał o tym samym. Komórka w torebce Justyny zaczęła warczeć sygnałami powiadomień, spojrzała na nią przelotnie – dziewczyny meldowały, że bezpiecznie wróciły do domów. Tak były umówione: po powrocie z imprezy każda informowała, że jest już u siebie.

Zatrzymali się przed jego mieszkaniem, chłopiec wyraźnie miał ochotę iść na piętro Justyny.

– No już, uciekaj! – Zaśmiała się. – Koniec podróży.

Zostawiła go na wycieraczce, przed odejściem potargała dłonią włosy. Stał tam długo, przełykał ślinę, z twarzą wyrażającą dziecięcy zawód. Ten młody chłopiec nie zginie w pożarze, który za rok strawi prawie cały blok; nie ucieknie z Justyną z hostelu Pożegnanie; sam rozpocznie nowe, długie życie, które będzie trwało wiele lat; zdąży się ożenić z sympatyczną dziewczyną, wychować dzieci, zbudować dom i zapomnieć młodą kobietę z ciemnymi włosami, która kiedyś zostawiła go przed drzwiami z niewypowiedzianą obietnicą.

Justyna była już przed drzwiami swojego mieszkania, gdy zgasło światło na korytarzu. Przesunęła dłonią po chłodnej lamperii w poszukiwaniu przełącznika – nie działał. Wcisnęła jeszcze raz i uniosła głowę w oczekiwaniu na znajome trzeszczenie jarzeniówek i białe światło zalewające wąską klatkę schodową. Nic takiego nie nastąpiło. Wysłała wiadomość do dziewczyn: Już jestem u siebie i po omacku spróbowała wsunąć klucz w zamek.

Z wnętrza mieszkania napłynął chłód. Zajrzała do pokoi, trzasnęła oknami, które zapomniała zamknąć przed wyjściem. Lubiła swoje wynajęte mieszkanie. Wiecznie brudne okno kuchenne wychodzące na plac z garażami, ślepą łazienkę z prysznicem i umywalką wielkości głębokiego talerza, wąski korytarz z wejściami do trzech pokojów. Z wyjątkiem łazienki wszystkie drzwi były zdjęte i zniesione do piwnicy. Pół wypłaty Justyny szło na opłacenie mieszkania, a właścicielka już dwa razy straszyła, że musi podnieść czynsz. „Życie mnie do tego zmusza, pani Justyno” – tłumaczyła przez telefon.

Na jednej ze ścian salonu pięły się półki pełne książek – poprzedni najemca je zostawił, a Justyna nie miała serca wyrzucać. Żadnej nie przeczytała, ale uznała, że ładnie się komponują ze starym biurkiem i pufami. Z początku ich wygląd budził w Justynie odrazę: na półkach nie piętrzyły się tomy oprawione w skórę, tylko małe wydania kieszonkowe, głównie kryminały, ale było też sporo romansów. Jedną książkę trzymała pod łóżkiem, działała na Justynę jak usypiacz – wystarczyło, że przewróciła kilka stron i prawie natychmiast zapadała w sen. Powieść wydawała się banalna: mężczyzna poznaje kobietę, mają romans, on dodatkowo jeszcze żonę. Na szczęście autorka tak tego nie zostawiła, poszła ze swoją historią w zupełnie innym kierunku. Dlatego Justyna nie zmieniła książki na inną – mimo wszystko trochę ją interesowała. Miała tytuł „Kobieta bez właściwości”.

Justyna nie miała ochoty się rozbierać ani tym bardziej katować oczu powieścią – cicho wsunęła się pod kołdrę, odczekała, aż pokój przestanie wirować jej przed oczami, i leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Dopiero po drugiej wstała, rozebrała się do majtek i znów poszła spać.

Zawibrował telefon, spojrzała na wyświetlacz i poczuła się zawiedziona. Miała nową wiadomość od Magdy: Spałaś już z nim? Dochodziła godzina trzecia. Justyna szybko odpisała: Stara, idź już spać i mimo wszystko czekała na odpowiedź. Ale ja muszę wiedzieć! – napisała Magda. Justyna po odczytaniu wiadomości parsknęła śmiechem i napisała: Jeszcze nie. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: Dlaczego? Odpisała: Bo tak! Za krótko się znamy. Chwilę później zaczęła się złościć, zwłaszcza że Magda zapytała: Ile tych randek było? Napisała: Dwie. W sumie trzy, poprawiła się w myślach, ale ta pierwsza trochę przypadkowa. Żeby nie nakręcać Magdy, nie chciała dodawać, że Borys po drugiej randce był już w jej mieszkaniu, ale tylko na chwilę. Tym razem Magda długo nie odpisywała, Justynie znudziło się czekanie, poszła do łazienki i do kuchni, żeby napić się wody. Po powrocie spojrzała na wyświet­lacz. Magda napisała: To już czas iść z nim do łóżka.

Pierwszego wieczoru w jej mieszkaniu Borys stanął przed półką z książkami, jęknął i wtedy jedyny raz usłyszała, jak przeklinał po polsku.

– Kurwa, co ty czytasz?

Później zdarzyło mu się zakląć, ale robił to w jakimś dziwnym wschodnim języku, którego nie rozumiała, a on zbywał jej pytania o wyjaśnienia.

Przez uchylone okno wpadały do mieszkania urywane dźwięki starych standardów jazzowych – Igor z piątego piętra uwielbiał klasykę. Justyna mimowolnie się uśmiechnęła. Borys ze złością przestawiał książki i złorzeczył ich autorom. Był autentycznie wściekły. Zaczęło ją to bawić, dolała sobie wina i patrzyła, jak ustawiał gatunkami kryminały, romanse i powieści obyczajowe. Na podłodze układał jedną na drugiej powieści fantastyczne, a gdy miał już wszystkie, ze wstrętem odsunął je stopą.

– Trzeba się tego pozbyć.

– Ponieważ? – zapytała, tłumiąc śmiech.

– Tego się nie da czytać.

Cofnął się o krok i krytycznie popatrzył na półki.

– Musisz koniecznie pozbyć się powieści wydanych w tym wieku. Nie mają żadnej wartości. Szczególnie polskie. Zostaw tylko klasykę. Cała reszta jest warta mniej niż papier, na którym została wydrukowana.

Justyna odstawiła kieliszek, podeszła i zaczęła ponownie ustawiać powieści fantastyczne na półce. Chciała, żeby Borys zrozumiał, że nawet w tak błahych kwestiach nie będzie miał na nią żadnego wpływu. Książki zupełnie jej nie interesowały, chciała tylko, żeby wiedział, że nie będzie miał z nią lekko.

– Jak chcesz – zamruczał. – Ale musisz wiedzieć, że mi się to nie podoba.

Wzruszyła ramionami, dostawiła ostatnią książkę i powiedziała:

– Dolej sobie wina.

Tamtego wieczoru jeszcze nie poszli do łóżka, chociaż Justyna już chyba chciała – podobał jej się ten mężczyzna, lubiła jego towarzystwo i śmieszyły żarty. Było jej naprawdę przykro, gdy w pewnej chwili spojrzał na wyświetlacz telefonu i z ciężkim westchnieniem powiedział: „Muszę się zbierać”. Zamknęła za nim drzwi na klucz – żeby nie myślał, że może wrócić, a potem nasłuchiwała jego kroków na schodach.

Spotkali się dwukrotnie, raz w knajpce i raz zaprosiła go do mieszkania. Rozmawiali, pili wino, on nie próbował się do niej dobierać, a ona była mu za to trochę wdzięczna, a trochę złościła się jego pasywnym zachowaniem.

Po wyjściu Borysa wybrała się na długą nocną przechadzkę, po powrocie wciąż czuła jego obecność w mieszkaniu, wzmocnioną dymnym zapachem perfum, śladami dłoni na kieliszku z winem, widokiem otwartej książki, którą przeglądał i zapomniał odstawić na półkę.

Tamtego wieczora pierwszy raz pomyślała, że mogłaby być z tym mężczyzną. Teraz, w środku samotnej nocy, to pragnienie znów do niej wróciło. Z ciężkim westchnieniem przewróciła się na plecy i popatrzyła w sufit. Borys rozmiękczał ją swoim zachowaniem, gubiła się w jego obecności, nabierała łagodnych kształtów zakochanej kobiety. Bezwiednie dotknęła dłońmi piersi i pomyślała: faktycznie, chyba już czas.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij