Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Do trzech razy serce - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
4049 pkt
punktów Virtualo

Do trzech razy serce - ebook

Miłość nie zawsze jest odpowiedzią. Czasem staje się pytaniem, które zmienia wszystko.

Klara oddała serce chłopakowi, który ukrył przed nią prawdę. Czy uczucie zbudowane na kłamstwie może przetrwać? Łucja odważyła się po raz pierwszy wyznać, co naprawdę czuje – i została oszukana. Plotki i utrata dobrego imienia… czy znajdzie w sobie siłę, by zawalczyć o szczęście? Ania znalazła się w samym środku podwójnego skandalu – dotyczącego jednocześnie jej mamy i córki. W świecie, gdzie życie prywatne staje się publiczną sensacją, nie ma dokąd uciec.

Trzy kobiety. Trzy historie. Jedno pytanie: czy warto wierzyć w miłość, gdy wszystko wokół zdaje się temu przeczyć? Każda z nich odnajdzie własną odpowiedź, która odmieni jej życie.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-704-0
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Styczeń to nie jest naj­lep­szy moment, by jechać rano do pracy, zwłasz­cza w ponie­dzia­łek. Do takiego wnio­sku doszła Klara, sto­jąc w zatło­czo­nym tram­waju, który z hała­sem prze­ta­czał się wła­śnie przez ośnie­żony most. Śnieg, jak na złość, top­niał, zamie­nia­jąc się na chod­ni­kach w szarą breję, a wiatr wci­skał się pod płaszcz i przy­po­mi­nał, że zima nie zamie­rza odpu­ścić.

Miała nadzieję, że week­end coś zmieni w sytu­acji pogo­do­wej, a ona odpocz­nie, nabie­rze dystansu. Ale dwa wolne dni minęły rów­nie bły­ska­wicz­nie jak chwila, w któ­rej uświa­do­miła sobie, że Maks wcale jej nie kocha. Posie­działa sporo nad książ­kami, nad­ro­biła zale­gło­ści, posprzą­tała miesz­ka­nie, zro­biła zakupy i nago­to­wała jedze­nia na zapas, a ponie­dzia­łek już pukał do drzwi jak kurier, któ­rego nikt nie zama­wiał.

Spoj­rzała na zega­rek. Spie­szyła się do pracy. A miała jesz­cze do prze­je­cha­nia spory kawa­łek. Wysia­dła i ruszyła bie­giem, sta­ra­jąc się omi­jać wiel­kie płatki śniegu sypiące obfi­cie z nieba w wiel­kiej obfi­to­ści.

– Hej! – przy­wi­tał się z nią Tomek, gdy wpa­dła do pach­ną­cej kawą, cukrem i cyna­mo­nem kawiarni na Dworcu Głów­nym w Kra­ko­wie. – Czy mnie się tylko wydaje, czy znowu się spóź­ni­łaś? – Puścił do niej oko.

Klara ubrana w ciężką, cie­płą kurtkę zimową nie mogła dys­kret­nie zer­k­nąć na ukryty pod dłu­gim ręka­wem zega­rek. A jaw­nie nie miała odwagi. Co, jeśli kolega miał rację? Zawsze była punk­tu­alna, ale ostat­nio zwle­cze­nie się z łóżka kosz­to­wało ją mnó­stwo ener­gii i nie­stety zaj­mo­wało wię­cej czasu niż zwy­kle.

Tomek nie robił pro­ble­mów, lubili się i wspie­rali, ale nie mogła tego nad­uży­wać. To by było wobec tego faj­nego chło­paka nie w porządku.

– Już ci poma­gam! – zawo­łała, prze­bie­ra­jąc się szybko na zaple­czu w służ­bowe ubra­nie.

Ruch był już bar­dzo duży. Wiele osób pra­gnęło o poranku moc­nej kawy i słod­ko­ści, żeby się posta­wić na nogi. Klara weszła za ladę i natych­miast zaczęła robić kilka rze­czy jed­no­cze­śnie, pod­sta­wiła fili­żankę pod eks­pres dla jed­nego klienta, przy­go­to­wała wysoką szklankę do zapa­rze­nia her­baty dla dru­giego, nało­żyła cia­sto na tale­rzyk, spa­ko­wała droż­dżówki na wynos. Szybko, jesz­cze szyb­ciej…

Praca tutaj ni­gdy się nie koń­czyła. Ile by się zamó­wień nie zre­ali­zo­wało, cią­gle poja­wiały się kolejne, a do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia napły­wały nowe osoby.

W takich momen­tach marzyła o spo­koj­nych poran­kach w domu w Bobrówce. Jed­nej kawie, którą parzyła dla sie­bie, a cza­sem robiła to dla niej bab­cia. Nie kil­ku­dzie­się­ciu jak tutaj. Kawałku szar­lotki zje­dzo­nej w spo­koju i ciszy. Łagod­nego szumu drzew za oknem.

Ale to zosta­wiła za sobą. Wyna­jęła miesz­ka­nie zamiast pokoju, nie wra­cała już do rodzin­nego domu w każde piąt­kowe popo­łu­dnie, by zostać tak długo, jak to tylko moż­liwe. Ucie­kła z tego sta­rego dobrego świata, który ją wycho­wał i ukształ­to­wał. Lecz nie­stety nie uchro­nił przed zła­ma­nym ser­cem.

– Spóź­ni­łaś się, ale ja nie mam żalu – powie­dział Tomek.

Uśmiech­nął się, aż mu się oczy zaświe­ciły, kiedy mijał ją w dro­dze do sto­lika klienta.

– Coś się stało? – zapy­tała, kiedy wró­cił.

Tak naj­czę­ściej ze sobą roz­ma­wiali, mija­jąc się w cia­snym przej­ściu za ladą i wymie­nia­jąc krót­kie zda­nia, kiedy nastę­po­wał moment, gdy znaj­do­wali się naj­bli­żej.

– Julia wró­ciła – dodał szybko, odsta­wia­jąc brudne fili­żanki do okienka. A potem zakrę­cił się w miej­scu z rado­ści.

– O nie! – Zare­ago­wała zbyt gło­śno, aż się obej­rzały dwie sto­jące w kolejce dziew­czyny.

Nie podzie­lała jego rado­snego entu­zja­zmu ani tro­chę. Aż jej się serce ści­snęło nagłym prze­czu­ciem bólu, jaki za chwilę spad­nie na tego miłego, rado­snego chło­paka.

Tomek się zatrzy­mał, ści­ska­jąc w dło­niach tacę z kolej­nym zamó­wie­niem, choć czujny wzrok głod­nego męż­czy­zny sie­dzą­cego pod ścianą zare­je­stro­wał to opóź­nie­nie i chło­pak usły­szy zapewne za moment kilka przy­krych słów. Dwo­rzec Główny w Kra­ko­wie to miej­sce, gdzie ludzie się spie­szą.

Zary­zy­ko­wał.

– Znam twoją opi­nię – zastrzegł od razu. – Ale ludzie się zmie­niają i trzeba dać im szansę.

– Pro­szę cię. – Klara zła­pała go za rękaw. – Zro­bi­łeś to już dwu­krot­nie…

– Ale teraz Julia naprawdę zro­zu­miała, w czym leżał pro­blem. Napra­wimy to. Maks też zasłu­żył przy­naj­mniej na to, żebyś go wysłu­chała.

Musiał iść. Patrzyło na nich już kilka osób, a w nie­wiel­kiej kawiarni ich słowa, nawet jeśli wypo­wia­dane cicho, nio­sły się po pomiesz­cze­niu. Tomek ruszył szybko w stronę sto­lika, a ona przy­jęła kolejne zamó­wie­nie. Kolega wró­cił i zapa­rzył kawę, tym razem na wynos, Klara spa­ko­wała droż­dżówki. Tak się nawza­jem wspie­rali i od trzech mie­sięcy two­rzyli świetny duet. Szef był z nich bar­dzo zado­wo­lony. Oboje wyka­zy­wali się pra­co­wi­to­ścią, bystro­ścią umy­słu, uśmie­chali się do klien­tów i nie mylili przy obsłu­dze. Skarb.

Dia­menty – jak mawiał wła­ści­ciel, jeden z tych nie­licz­nych, któ­rzy umieli nie tylko doce­nić, lecz także zauwa­żyć, że ktoś się przy­kłada do obo­wiąz­ków. Nie wie­dział jed­nak, że oba te klej­noty mają mocne pęk­nię­cie. Zła­mane serca. Choć żadne z nich niczym sobie na to nie zasłu­żyło.

Kochali tak samo, jak pra­co­wali. Z całym zaan­ga­żo­wa­niem. A mimo to oboje prze­grali.

* * *

Trzy godziny póź­niej Klara wycią­gnęła pojem­nik z sałatką. Krótka chwila prze­rwy na zaple­czu sta­no­wiła jedyny moment wytchnie­nia w pracy. Dobrze, że przy­go­to­wała jedze­nie wczo­raj, bo dziś rano pew­nie nie star­czy­łoby jej na to ener­gii. Czuła się tro­chę jak rekon­wa­le­scentka po trud­nej ope­ra­cji. Powoli docho­dziła do sie­bie. Ale droga, jaka się jesz­cze przed nią roz­po­ście­rała, spra­wiała wra­że­nie bar­dzo dłu­giej. Nie wie­działa też, co znaj­dzie na końcu. Czy naprawdę sie­bie? A może kogoś zupeł­nie innego, bo powrót do sta­rej wer­sji raczej nie był już moż­liwy.

Tele­fon zawi­bro­wał jej w kie­szeni. Wia­do­mość. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie i serce zabiło szyb­ciej, choć wcale nie chciała, żeby tak było. Cie­pły prąd prze­szył jej ciało. Od wielu tygo­dni sta­rała się nad tym zapa­no­wać, ale wciąż nie wycho­dziło. Nie miała nad tym żad­nej kon­troli.

Oczy­wi­ście od razu wie­działa, kto do niej napi­sał. Dosta­wała mnó­stwo powia­do­mień – od kole­ża­nek ze stu­diów, mamy, babci, daw­nych zna­jo­mych z Bobrówki, a cza­sem nawet pro­fe­so­rów, ale teraz nie musiała spraw­dzać. To był on.

Maks.

Nie pisał od trzech dni. Tyle zazwy­czaj naj­dłu­żej wytrzy­my­wał bez kon­taktu. Potem za każ­dym razem coś w nim pękało, jakby musiał się ode­zwać, żeby przy­po­mnieć o swoim ist­nie­niu. A ona wciąż nie umiała opa­no­wać w sobie tego napię­cia, bo choć posta­no­wiła już ni­gdy wię­cej się z nim nie spo­tkać i jak na razie słowa dotrzy­mała, to nie dało się ukryć, że cze­kała.

_Nawet w naj­ciem­niej­szą stycz­niową noc może być jasno_ – brzmiał począ­tek wia­do­mo­ści. Klara aż prze­wró­ciła oczami. _– Kiedy masz obok sie­bie tego wyjąt­ko­wego czło­wieka i jego praw­dziwe uczu­cie. A gdy go stra­cisz, ciem­ność nie ma już końca…_

Zago­to­wało się w niej. Czemu wciąż kła­mał? Naprawdę miał o niej tak niskie mnie­ma­nie? Może raz w życiu fak­tycz­nie dała się nabrać na takie tanie słowa, ale prze­cież nie zrobi tego po raz drugi. A naj­gor­sze, że chło­nęła każde słowo tego ckli­wego tek­stu. Ogar­nęła ją złość. Już sama nie wie­działa, czy bar­dziej na sie­bie, czy na Maksa.

Miała ochotę odpi­sać: „Spie­przaj”.

To słowo w jej ustach brzmia­łoby jak mała rewo­lu­cja. Miła, uprzejma Klara, dziecko nauczy­cielki, wycho­wana w domu, w któ­rym nawet kot cho­dził cicho, żeby nikogo nie ura­zić. W świe­cie, gdzie naj­ostrzej­szym wykrzyk­ni­kiem było „kur­czę blade”. Moc­niej­szych się nie uży­wało. Mama jako polo­nistka bar­dzo sza­no­wała język jako narzę­dzie poro­zu­mie­nia i wyra­ża­nia pięk­nych myśli.

Klara zawsze się z nią zga­dzała. Teraz jed­nak docho­dziła do wnio­sku, że cza­sem mocne słowo jest jak sku­teczne narzę­dzie – ostre, ale potrzebne. Zatrzy­mała się, bo sta­rych nawy­ków nie da się jed­nak pozbyć tak łatwo, i po chwili napi­sała tylko:

_Spa­daj._

Bez emo­ti­ko­nek, tłu­ma­czeń. Jedno krót­kie słowo, które jej zda­niem osta­tecz­nie zamy­kało sprawę. Gdyby ktoś tak do niej napi­sał, już ni­gdy nie odwa­ży­łaby się do niego ode­zwać. Ale nie spo­dzie­wała się, że Maks zaprze­sta­nie wysy­ła­nia wia­do­mo­ści. Już wiele razy i na różne spo­soby sta­rała się wyja­śnić mu, że jego próby są ska­zane na porażkę. Nie da mu dru­giej szansy!

Mówiła poważ­nie. Nie zamie­rzała się zła­mać bez względu na to, jak bar­dzo było jej teraz trudno.

Odło­żyła tele­fon. Na szczę­ście Maks już nic wię­cej nie napi­sał. Zasta­na­wiała się, po co wła­ści­wie wciąż sie­dział w Bobrówce. Prze­cież tak nie lubił tej małej miej­sco­wo­ści. Czemu nie wró­cił do sie­bie, by zgi­nąć gdzieś w wiel­kich prze­strze­niach dużego mia­sta. Tak, by ni­gdy wię­cej się już nie spo­tkali.

Koń­czyła sałatkę, kiedy zadzwo­niła bab­cia Łucja. Chwila prze­rwy to był moment nie tylko na posi­łek czy rege­ne­ra­cję sił, lecz także na roz­mowy. Wszyst­kie bli­skie jej osoby pamię­tały, że ma o tej godzi­nie wolne.

Zostało już nie­wiele czasu, ale wie­działa, że odbie­rze. Bab­cia znaj­do­wała się teraz w trud­nej sytu­acji, Klara nie chciała jej zosta­wiać samej, a poza tym roz­mowy z nią zawsze wno­siły spo­kój do jej serca. Potrze­bo­wała tego.

– Cześć, kochana! – usły­szała w słu­chawce cie­pły, zna­jomy głos. – Jak u cie­bie? Znowu napi­sał?

Klara par­sk­nęła śmie­chem.

– Bab­ciu, ty masz jakieś nad­przy­ro­dzone moce. Dopiero co ode­bra­łam wia­do­mość.

– Znowu te jego piękne słowa?

– Raczej ckliwe, aż zęby bolą – odparła Klara. – Mógłby pisać romanse. I pew­nie by mu się dobrze sprze­da­wały.

– No to może cho­ciaż na czymś byś sko­rzy­stała, zosta­ła­byś boha­terką best­sel­lera – mruk­nęła bab­cia z prze­ką­sem. – A nie tylko łzy i nerwy.

Klara uśmiech­nęła się sze­rzej.

– Lubię histo­rie o miło­ści, ale nie w jego wer­sji. Ten autor zupeł­nie mi nie odpo­wiada.

– To czemu go nie zablo­ku­jesz, dziecko? – zapy­tała z tro­ską bab­cia. – Teraz to modne, sku­teczne i cza­sem zdrowe.

– Gdyby uczu­cie koń­czyło się w momen­cie, gdy odkry­wasz, że ten, komu odda­łaś serce, jest bucem, świat byłby prost­szy. – Klara wes­tchnęła i dopiła ostatni łyk her­baty. – A liczba zła­ma­nych serc o połowę mniej­sza – dodała. – Nie mogę tego zro­bić, choć wiem, że masz rację. Nawet pró­bo­wa­łam, ale na razie mnie to prze­ra­sta.

Bab­cia zamil­kła na chwilę.

– Oj tak – powie­działa w końcu. – To nie­stety długo trwa, zanim czło­wiek się otrzą­śnie z nie­szczę­śli­wego zauro­cze­nia. Ale masz rację. Rozu­miem cię. I wiesz co? Jesteś dzielna.

– Bab­ciu, spo­koj­nie. Jestem realistką. Wiem, co się stało, i nie zamie­rzam się nad sobą uża­lać. Sama jestem sobie winna. Nie mia­łam trzy­na­stu lat, powin­nam lepiej wybie­rać. Dla­tego wyje­cha­łam…

– No i bar­dzo dobrze – prze­rwała jej bab­cia. – Bo wiesz, w Bobrówce to byś nie miała spo­koju. Tam każdy wie wszystko o czło­wieku, cza­sem nawet wię­cej niż on sam.

– Znam te realia. – Klara uśmiech­nęła się smutno. – I zasta­na­wiam się, jak ty sobie z tym radzisz. Ale ja nie dla­tego się wypro­wa­dzi­łam. Nasze sąsiadki smo­czyce mnie nie prze­ra­żają do tego stop­nia. Naj­bar­dziej boję się samej sie­bie – powie­działa cicho. – Że się zła­mię i polezę jak głu­pia do niego. Nie daro­wa­ła­bym sobie. Muszę ochło­nąć, wzmoc­nić się, jak to się mówi, nawią­zać kon­takt z rozu­mem.

– Jak sobie radzisz, kochana? – zapy­tała bab­cia cie­płym gło­sem.

– Dobrze. Choć wiesz… to „dobrze” ma różne odcie­nie. Ale… – Zawa­hała się. – Maks dał mi bar­dzo cenną lek­cję. Sta­ram się być mu wdzięczna. Jak mnie uczy­ły­ście z mamą: nauczy­cie­lom trzeba oka­zy­wać sza­cu­nek, a Maks oka­zał się wybit­nym pro­fe­so­rem. W krót­kim cza­sie obja­śnił mi, jaką jestem idiotką!

– Nie mów tak, bła­gam – zapro­te­sto­wała bab­cia.

Klara znów tylko wes­tchnęła i scho­wała pudełko do ple­caka. Prze­rwa wła­śnie dobie­gała końca, ale ona nie czuła się w ogóle wypo­częta. A cze­kało ją jesz­cze sporo godzin pracy. Dziś miała na uczelni tylko jeden wykład o szes­na­stej, więc wzięła wię­cej godzin, żeby tro­chę doro­bić. W zeszłym roku dawała bez pro­blemu radę godzić stu­dia z pracą, a teraz bar­dzo ciężko jej to szło.

– Ale to prawda – powie­działa jesz­cze na koniec. – Nie wystar­czy być miłym i grzecz­nym, żeby stać się mądrym. Oka­za­łam się zwy­kłą naiwną idiotką. Stu­dentka psy­cho­lo­gii, która prze­czy­tała tyle ksią­żek, a potem zako­chała się po uszy po kilku zale­d­wie cie­płych sło­wach. W zupeł­nie nie­zna­nym chło­paku, który na każde pyta­nie udzie­lał wymi­ja­ją­cej odpo­wie­dzi. Żenada.

– Oj, dziecko… – Bab­cia wes­tchnęła. – Nie oce­niaj się tak surowo.

– Nie ma w tym żad­nej prze­sady – odparła sta­now­czo Klara. – Po pro­stu patrzę real­nie. Wła­śnie dla­tego jestem wdzięczna Mak­sowi. Naprawdę. Nauczył mnie, że nie mogę ufać wła­snym osą­dom, a zauro­cze­nie wyłą­cza mi mózg. Dzięki niemu będę lep­szym czło­wie­kiem i kto wie, jakich kło­po­tów w przy­szło­ści uniknę.

Bab­cia zamy­śliła się na chwilę.

– To nie­sa­mo­wite, jak wy teraz patrzy­cie na życie. Za moich cza­sów dziew­czyna po roz­sta­niu nie robiła z tego głę­bo­kiej filo­zo­fii. Po pro­stu wście­kała się na chło­paka, który nawa­lił, spo­ty­kała z kole­żan­kami, a potem obga­dy­wała go tak długo, aż jej się humor popra­wiał – zakoń­czyła z uśmie­chem.

– No i co, bab­ciu? Ty też tak robisz? – zapy­tała cel­nie Klara. – Cho­dzisz po sąsiad­kach i mówisz źle o Wik­to­rze?

– Nie, choć może powin­nam – odpo­wie­działa Łucja. – Przy­naj­mniej odzy­ska­ła­bym kilka zna­jo­mych. Cie­szy­łyby się z dostawy tema­tów do plo­tek. Ale to słabe. Masz rację.

– Widzisz? Jed­nak jeste­śmy do sie­bie podobne. – Klara się roze­śmiała.

– Dzię­kuję, że to powie­dzia­łaś – odparła Łucja cał­kiem już poważ­nym tonem. – To dla mnie kom­ple­ment – dodała. – Ale obie­caj mi jedno. Trzy­maj się z dala od Maksa. On będzie się koło cie­bie jesz­cze długo krę­cił. Tacy jak on zawsze wra­cają. A kobieta, jak tro­chę czasu minie, to zaraz zaczyna pamię­tać tylko dobre chwile. I wtedy prze­grywa…

– Bab­ciu, spo­koj­nie. To nie zaszło aż tak daleko. Wiesz prze­cież, że my się dopiero pozna­wa­li­śmy. O miło­ści trudno jesz­cze w takim przy­padku mówić.

– Nie zga­dzam się z tym – powie­działa bab­cia. – Choć wiem, że to teraz modne. Cze­kać, namy­ślać się, robić małe kroki. Ponoć to gwa­ran­cja więk­szego bez­pie­czeń­stwa. Może… Ale jeśli się kogoś kocha, czę­sto serce wie, że to wła­ściwa osoba już od pierw­szego momentu.

– No to moje ma wyjąt­kowo słabe wyczu­cie… – pod­su­mo­wała Klara. – Bab­ciu, muszę koń­czyć. Rano się chwilę spóź­ni­łam i nie chcę, żeby Tomek znów teraz cze­kał. On też potrze­buje prze­rwy.

– Fajny ten Tomek… – Łucja wes­tchnęła. – Kawę to tak umie zapa­rzyć jak nikt inny…

– Pro­szę cię. – Klara pode­szła do drzwi i poło­żyła dłoń na klamce. – To ja wam wtedy parzy­łam kawę, on tylko poda­wał.

– Ale jak poda­wał!

– Kochana, lecę do klien­tów. On jest zajęty. Kocha, nie­stety, swoją, mam nadzieję, na­dal byłą, dość ego­istyczną dziew­czynę. Nie mam u niego szans. Ale nie martw się o mnie, zadbaj, pro­szę, o sie­bie. Potrze­bu­jesz wyjść z domu.

– Spró­buję – obie­cała Łucja ostroż­nie i roz­łą­czyła się.ROZDZIAŁ 2

Maks odło­żył tele­fon. Nie spo­dzie­wał się innej odpo­wie­dzi, ale i tak zro­biło mu się przy­kro. Sie­dział przy sto­liku pod oknem. Nie miał teraz wiele pracy. Piz­ze­ria świe­ciła pust­kami, kucharz grał w jakąś ukła­dankę na tele­fonie, a po chod­niku przed wej­ściem hulał wiatr. Ludzie chro­nili się przed zim­nem w domach albo pra­co­wali.

– Jak obsta­wiasz? – zwró­cił się Maks do sie­dzą­cego pod prze­ciw­le­głą ścianą chło­paka. – Ile razy dziś upie­czesz pizzę? Będzie choć ze dwa?

Rafał ucie­szył się z tego zaga­je­nia. Był gadułą i praca z mało­mów­nym Mak­sem mocno dawała mu w kość. Wie­lo­krot­nie pró­bo­wał się zaprzy­jaź­nić, ale bez skutku. Kolega two­rzył wokół sie­bie mur nie do poko­na­nia. Mówiono na niego „odlu­dek” albo bar­dziej bez­po­śred­nio „gbur”. Ale odkąd Klara wyje­chała, Maks się zmie­nił. Nie było to łatwo zauwa­żalne, bo wciąż trzy­mał dystans i nie chciał nikogo wpusz­czać do swo­jego świata, Rafał jed­nak widział. Prze­sia­dy­wali ze sobą codzien­nie wiele godzin.

– Sty­czeń to w Bobrówce mar­twy sezon – powie­dział. – Ludzie żyją tutaj bar­dzo bli­sko tra­dy­cji. Na święta szy­kują wszystko, co mają. Wydają każdy grosz i jesz­cze zacią­gają kre­dyty, biorą, co mogą, na raty. Świę­tują. A potem w nowym roku przy­cho­dzi gwał­towne otrzeź­wie­nie, któ­remu sprzyja zimna pogoda za oknem. I zaczy­nają oszczę­dzać.

– Może tak być. – Maks obra­cał w dło­niach sol­niczkę i patrzył przez wiel­kie okna.

Uliczna latar­nia, do któ­rej Klara przy­pi­nała swój rower, wciąż tu stała i miała się cał­kiem dobrze. Tym­cza­sem wokół niej tak wiele się zmie­niło. Nie miał już mocy, by tę piękną dziew­czynę ścią­gnąć jed­nym ese­me­sem. Okropne uczu­cie!

– Dobrze, że cho­ciaż jest szkoła, to dzie­ciaki wpadną na ham­bur­gera albo frytki – dodał pozor­nie lek­kim tonem, nie chcąc zdra­dzić, jakie emo­cje w nim buzują.

Ale Rafał i tak widział.

– Nie jest tak źle – odparł rów­nie spo­koj­nie. – Z zakładu pro­duk­cyj­nego też na pewno ktoś zamówi obiad. No i jest pan Wik­tor. Wczo­raj nie przy­szedł, więc obsta­wiam, że dziś będzie w piecu przy­naj­mniej jedno pep­pe­roni. – Uśmiech­nął się.

– Ow­szem – przy­znał Maks i humor odro­binę mu się popra­wił.

Polu­bił tego star­szego pana i ze zdu­mie­niem się temu przy­glą­dał. Zasad­ni­czo nie prze­pa­dał za ludźmi, zwłasz­cza z tego poko­le­nia. Uwa­żał ich za nudzia­rzy, któ­rzy nie mają poję­cia, czym jest praw­dziwe życie, i jesz­cze na doda­tek wtrą­cają się do cudzego. Ale z Wik­to­rem od początku sporo ich łączyło. Obaj byli w Bobrówce nowi, należy dodać, że jako jedyni. Od czasu ich prze­pro­wadzki nikt się wię­cej nie poja­wił. I obaj stali się obiek­tami zain­te­re­so­wa­nia wielu kobiet. Potem rów­nie słabo im poszła próba nawią­za­nia pierw­szej rela­cji i obaj leczyli się po tej sytu­acji, sta­jąc się źró­dłem wielu plo­tek.

Róż­nica pole­gała tylko na tym, że Maks od początku miał tutaj złą opi­nię i ona się teraz tylko pogor­szyła, a Wik­tor dosko­nałą i fakt, że wszyst­kich okła­mał, w żaden spo­sób tego nie zmie­nił. Wciąż go tutaj uwiel­biano, a winą za naiw­ność obar­czono panią Łucję. Taki para­doks życia.

– Słu­chaj. – Maks obró­cił się całym cia­łem w stronę kucha­rza. – Jak myślisz, dla­czego wła­ści­ciel w ogóle jesz­cze mnie tu trzyma? Prze­cież nie potrze­bu­je­cie już kel­nera. Spo­koj­nie dał­byś sobie radę sam.

– No… – Zawa­hał się Rafał. – Zawsze zatrud­niał tylko na sezon, to fakt. Ale widać zmie­nił zda­nie.

– Naprawdę nie wiesz, dla­czego? – zapy­tał Maks. – Wy tu prze­cież o wszyst­kim gada­cie. Ktoś na pewno ma jakieś infor­ma­cje.

– Plot­kują, to fakt. – Kucharz kiw­nął głową. – Ale nikt nie wie. Tylko szef. A on pary z ust nie pusz­cza. Dotar­łoby do mnie, gdyby cokol­wiek na ten temat powie­dział. Ja sły­sza­łem tylko, że ma powód. Tyle. Więc nie jest to zbieg oko­licz­no­ści. Może sam z nim poga­daj.

– Pró­bo­wa­łem – przy­znał się Maks. – Ale nic nie wskó­ra­łem.

Cho­lerna Bobrówka! – pomy­ślał.

Te słowa wypo­wia­dał rano zamiast „dzień dobry” i wie­czo­rem na zakoń­cze­nie dnia. Nie rozu­miał, co się dzieje. Naj­pierw odli­czał dni do uwol­nie­nia się od tego miej­sca, a teraz trwał z dnia na dzień. Nie wyjeż­dżał. Cze­kał, aż zosta­nie zwol­niony. Taka była przy­naj­mniej ofi­cjalna wer­sja, którą prze­ka­zy­wał tacie. Ale wie­dział, że temat jest o wiele głęb­szy.

Tele­fon wciąż leżał tuż obok jego dłoni. Wysy­łał wia­do­mo­ści do Klary bez wiel­kiej nadziei na prze­łom. Bar­dziej z tęsk­noty, potrzeby kon­taktu, jakie­go­kol­wiek.

Ależ mu ta dziew­czyna dała popa­lić! Taka spo­kojna, łagodna, jak sądził, naiwna. Łatwa do pode­rwa­nia. Oce­nił ją dokład­nie tak samo jak całą miej­sco­wość i swo­jego szefa. Pogar­dli­wie i z lek­ce­wa­że­niem. A tym­cza­sem to oni wygrali. Wciąż tu prze­cież sie­dział.

Nie chciał wyjeż­dżać z cho­ler­nej Bobrówki!ROZDZIAŁ 3

Maciek, wła­ści­ciel piz­ze­rii, zadzwo­nił póź­nym popo­łu­dniem do ojca Maksa, Adama. Znali się dobrze i wła­śnie z tego powodu chło­pak zna­lazł tutaj zatrud­nie­nie, choć na początku wcale nie radził sobie naj­le­piej i nie ukry­wał, że nie chce tu być. Maciek umiał jed­nak być cier­pliwy i patrzeć dale­ko­wzrocz­nie. Nie słu­chał więc tych, któ­rzy radzili mu jak naj­szyb­ciej usu­nąć zbun­to­wa­nego, nie­zbyt kom­pe­tent­nego kel­nera. Nie pod­dał się temu, mimo iż sporo się musiał na ten temat nasłu­chać. A teraz napły­nęła kolejna fala. Po histo­rii z Klarą akcje Maksa – o ile to moż­liwe – jesz­cze bar­dziej spa­dły.

Ale Maciek był nie­ugięty. I tylko jego żona wie­działa, jaki ma ku temu powód.

– No i jak? – zapy­tał, przy­ci­ska­jąc mocno tele­fon do ucha. Od rana z nie­po­ko­jem cze­kał na wie­ści.

– Słabo – odparł tata Maksa. – Wyniki bar­dzo złe. Taka prawda, nie ma co owi­jać w bawełnę.

– Kur­czę, to nie­do­brze. – Wła­ści­ciel piz­ze­rii ogrom­nie się zmar­twił.

– Wiem. – Adam kiw­nął głową, choć kolega nie mógł tego widzieć. Brzmiał jak czło­wiek zre­zy­gno­wany, który pogo­dził się z losem, i to też było dość nie­po­ko­jące.

– A jak twoje zna­jo­mo­ści? – dopy­ty­wał się Maciek. Adam miał sporo leka­rzy w krę­gach swo­ich kon­tak­tów, kie­dyś sku­tecz­nie pomógł jego żonie. Może teraz też byłaby na to szansa? – Wszyst­kie poru­szone?

– Niebo i zie­mia – odparł Adam. – Robię, co w mojej mocy. Prze­cież wiesz, że mam dla kogo żyć.

Obaj jed­no­cze­śnie pomy­śleli o chło­paku, który sie­dzi teraz w pustym zapewne lokalu i uważa, że jego naj­więk­szym zmar­twie­niem jest pyta­nie, czy wyjeż­dżać z Bobrówki, skoro dotrzy­mał danego ojcu słowa i prze­trwał trzy mie­siące. Los jed­nak szy­ko­wał dla niego o wiele poważ­niej­sze wyzwa­nie. Nie­stety. Maciek tylko wes­tchnął. Uwa­żał, że chło­pak bar­dzo się zmie­nia na lep­sze, ten czas mu pomógł. I wszystko mogło się teraz zepsuć. Obaj z ojcem zasłu­gi­wali choć na chwilę spo­koju. Na to się jed­nak nie zano­siło.

– Czy to nie jest czas, żeby chło­pa­kowi powie­dzieć prawdę? – zapy­tał. Był zda­nia, że takich rze­czy nie powinno się przed bli­skimi ukry­wać. – Dobry moment na prze­ka­za­nie wie­ści o cho­ro­bie ni­gdy nie nadej­dzie. To zawsze jest trudne – dodał. – Wiem z wła­snego doświad­cze­nia. A syn zasłu­guje, by wie­dzieć.

– Jesz­cze chwila – powie­dział tata Maksa. – Tak się teraz uspo­koił, że aż cza­sem trudno mi w to uwie­rzyć. Pizzę moto­cy­klem wozi, a kie­dyś ska­kał nad prze­pa­ściami, pędził po auto­stra­dach, ści­gał się jak głupi, nara­ża­jąc swoje życie.

– Nie cze­kaj w nie­skoń­czo­ność – popro­sił Maciek.

– Nie będę – obie­cał Adam. – Daj mu jesz­cze tylko tro­chę czasu. U cie­bie jest bez­pieczny. Niech się wzmocni. Tutaj szybko wróci do daw­nego śro­do­wi­ska. I tak się dzi­wię, że tak długo tam sie­dzi.

– Ja też. To pew­nie przez Klarę. Jak zwy­kle kobiety nas trzy­mają w gar­ści – pró­bo­wał żar­to­wać, choć wcale nie było mu do śmie­chu.

– O, to fakt – przy­znał Adam i Maciek uświa­do­mił sobie, że pal­nął głu­potę.

Ojciec Maksa całe życie pono­sił kon­se­kwen­cje decy­zji żony, która ode­szła do innego męż­czy­zny, zosta­wia­jąc nie tylko męża, lecz także małego synka.

– Naprawdę okrop­nie mi przy­kro – powie­dział Maciek cicho.

Miał na myśli tak wiele. Sta­now­czo za dużo stało się w tej jed­nej tak prze­cież malut­kiej rodzi­nie.

Pomy­ślał o swo­jej żonie. Była jego skar­bem i wspar­ciem na każ­dym kroku. Po tylu wspól­nie spę­dzo­nych latach nawet nie umiał sobie wyobra­zić, że któ­re­goś dnia mogłoby jej zabrak­nąć. A prze­cież też otarli się o cho­robę. I ta straszna myśl wie­lo­krot­nie przy­cho­dziła mu do głowy pod­czas bez­sen­nych nocy.

Ojciec Maksa nie zasłu­żył sobie na taką okropną dia­gnozę. Zresztą jak zde­cy­do­wana więk­szość ludzi, któ­rzy zma­gali się z cięż­kim scho­rze­niem. Ale tu sytu­acja była szcze­gól­nie trudna. Maks miał na świe­cie tylko jego. A poza tym Adam tak nie­wiele dobrego w życiu doświad­czył. Naj­pierw porzu­ciła go żona, a potem już tylko zma­gał się z prze­ciw­no­ściami losu, by na koniec dostać kło­poty z dora­sta­ją­cym synem. Poważne kło­poty.

– Musisz wyzdro­wieć – powie­dział Maciek z naci­skiem. – A kiedy to się sta­nie, obie­caj mi, że coś zmie­nisz. Zaczniesz wresz­cie być szczę­śliwy. Zadbasz o sie­bie.

– Na razie to ja muszę przejść przez che­mię. – Adam wes­tchnął. – Na doda­tek sam. Pierw­szą mam za parę dni.

– To zna­czy, że się spie­szą – wyrwało się Mać­kowi.

– No i tro­chę, że mnie lubią – zażar­to­wał słabo Adam.

– Słu­chaj, ja o tym myśla­łem – powie­dział Maciek. – Dla mnie nie ma pro­blemu. Jestem ci winien coś cen­niej­szego niż wszyst­kie pie­nią­dze. Będę two­jego chło­paka trzy­mał tak długo, jak tylko chcesz. Ale uwa­żam, że on powi­nien wie­dzieć.

– Dziew­czyna mu dopiero co serce zła­mała. Musi się pozbie­rać – odparł Adam.

– O czym ty mówisz? – zapy­tał Maciek z obu­rze­niem. – Parę razy się spo­tkali. Nawet się nie zdą­żył zako­chać. A twoja cho­roba to poważna sprawa.

– On spra­wia wra­że­nie twar­dziela i cynika – przy­znał Adam. – Ale ja go znam. Naprawdę taki nie jest. A z miło­ścią żar­tów nie ma. Już nie­je­den się na tym prze­je­chał. Ni­gdy nie wiesz, kiedy poznasz tę jedyną wła­ściwą osobę i kto ci może zła­mać serce. Ja się o niego boję. Tyle lat sam go wycho­wy­wa­łem, że chyba mi się zain­sta­lo­wała tak zwana mat­czyna intu­icja – zażar­to­wał.

– No dobrze, jak uwa­żasz – zgo­dził się Maciek, wzdy­cha­jąc ciężko. – Ktoś cię po tej che­mii odbie­rze? – zapy­tał jesz­cze.

– Wiesz prze­cież, że jestem sam – odparł Adam. – Ale nie przej­muj się. Mia­łem bar­dzo dużo czasu, żeby się przy­zwy­czaić. Radzę sobie od lat. To wyjąt­kowo paskudna sprawa, ale bywało gorzej.

– Nawet sobie tego nie potra­fię wyobra­zić.

– Na przy­kład jak Maks był w szpi­talu… – zaczął opo­wia­dać Adam. – Miał dzie­więć lat i dostał jakie­goś ataku kolki. Zwi­jał się z bólu. Leka­rze go trzy­mali cztery dni na oddziale. Wła­ści­wie do końca jego pobytu nie doszli, co się wtedy wyda­rzyło. A ja musia­łem jeź­dzić do pracy, bo nie dosta­łem wol­nego. Zaczy­na­łem o pią­tej rano, żeby jak naj­szyb­ciej skoń­czyć. Potem jecha­łem do syna i sie­dzia­łem aż do rana. Bez chwili snu. Budził się w nocy, pła­kał… I tak w kółko. Moja mama wtedy zacho­ro­wała, nie wpu­ścili jej na oddział i nikt nam nie mógł pomóc.

– To straszne – szep­nął Maciek.

– Pod koniec to bałem się wsia­dać za kie­row­nicę, taki byłem zmę­czony – dodał Adam, jakby pierw­szy raz w życiu komuś o tym opo­wia­dał. – A potem zabra­łem go do domu i jesz­cze przez kilka dni nie cho­dził do szkoły. Dziecku trzeba ugo­to­wać, zająć się nim jakoś. Rze­czy­wi­ście był taki moment, kiedy wyda­wało mi się, że zabrak­nie mi sił, żeby rano wstać z łóżka. Że się pod­dam. Albo po pro­stu wezmę torbę i, jak moja żona, wyjdę z domu.

– Ale nie zro­bi­łeś tego. Jesteś dzielny – powie­dział Maciek. – Słu­chaj, ja cię odbiorę z che­mii – zapro­po­no­wał spon­ta­nicz­nie. – Przy­jadę do Kra­kowa.

– Nie, naprawdę nie trzeba – odmó­wił Adam szybko. – Może się oka­zać, że potem będzie gorzej, wtedy zacznę pro­sić o pomoc. Ale na razie się trzy­mam.

– Jak uwa­żasz.

Maciek poże­gnał się i roz­łą­czył. Stał przy oknie, kiedy roz­ma­wiał przez tele­fon, a teraz odwró­cił się, by spoj­rzeć zupeł­nie nowym wzro­kiem na swój dom. Przy­tulny salon, w któ­rym się znaj­do­wał, to dzieło jego żony. Dbała o to, by oto­cze­nie ema­no­wało cie­płem i spo­ko­jem.

Był szczę­ścia­rzem. Praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem. Jego Marta poszła teraz do pracy, ale wie­dział, że o czter­na­stej wróci. Potem dzieci przyjdą ze szkoły, zje­dzą razem obiad.

Na zewnątrz wiało. Pano­wał prze­ni­kliwy ziąb, pozba­wione liści drzewa i krzewy w ogro­dzie spra­wiały wra­że­nie tak suchych, jakby się już ni­gdy nie miały zazie­le­nić. To była jed­nak tylko zimowa, nie­przy­jemna złuda. Ale w domu wszystko wyglą­dało ina­czej. Cie­pło, zacisz­nie, przy­tul­nie, czę­sto rado­śnie i wesoło. Każdy powi­nien tak żyć.

Nie czuł się kimś wyjąt­ko­wym, lep­szym niż inni. A jed­nak wie­dział, że został bar­dzo obda­ro­wany. Sta­rał się dzie­lić, wspo­ma­gać innych.

Jak ten Adam tyle lat wytrzy­mał sam i jesz­cze wycho­wy­wał syna? – zasta­na­wiał się nie­raz. – Nie wszystko mu wyszło, bo to po pro­stu było nie­moż­liwe. Zada­nie oka­zało się za trudne dla jed­nego czło­wieka.

Adam dziel­nie sobie radził, a jed­nak nie otrzy­mał za to żad­nej nagrody. W trud­nej życio­wej sytu­acji chory, z poważną dia­gnozą i per­spek­tywą lecze­nia, pozo­sta­wał sam. Maciek dosko­nale wie­dział, że sytu­acja kolegi jest poważna. A on sam – słaby, zmę­czony tru­dami życia.

Wszedł do kuchni i zapa­rzył sobie her­baty. Pró­bo­wał pod­jąć jakąś decy­zję w spra­wie Maksa. Nie miał poję­cia, co lep­sze. Ale już kiedy wkła­dał torebkę do kubka, roz­strzy­gnął tę kwe­stię. Czy­imś dobrem musiał zary­zy­ko­wać. Nie upił nawet łyka her­baty, lecz od razu pod­szedł do przed­po­koju, nacią­gnął czapkę na uszy, wło­żył cie­płą kurtkę i zasu­nął zamek.

Miał jesz­cze godzinę, zanim odbie­rze naj­młod­szą córkę ze szkoły.

To powinno wystar­czyć – pomy­ślał.ROZDZIAŁ 4

Wiktor, ele­gancki męż­czy­zna, rze­komy wdo­wiec, nowy miesz­ka­niec Bobrówki wzbu­dza­jący powszechne zain­te­re­so­wa­nie zwłasz­cza u płci pięk­nej, wszedł do piz­ze­rii po swoją ulu­bioną pep­pe­roni. Mógł oczy­wi­ście zadzwo­nić – Maks by mu przy­wiózł. Jeź­dził teraz na swoim moto­cy­klu i lokal zyskał nową usługę. Ale chciał to zro­bić oso­bi­ście.

– Dzień dobry – przy­wi­tał się, wcho­dząc z ulgą z zim­nej ulicy do cie­płego, pach­ną­cego cia­stem i topio­nym serem wnę­trza.

– A pan oso­bi­ście! – ucie­szył się Rafał, spo­glą­da­jąc w jego stronę. Zawsze to jakieś uroz­ma­ice­nie dość mono­ton­nego dnia.

– Tak, chcia­łem się przejść – wyja­śnił Wik­tor. – Nie zna­cie jesz­cze takiego doświad­cze­nia, ale kiedy czło­wiek jest na eme­ry­tu­rze, czas mu pły­nie ina­czej. Trzeba sobie szu­kać zajęć. Pogoda na spa­cer nie­spe­cjalna, ale cią­gnęło mnie do was.

Maks spoj­rzał za okno. Wiało jak dia­bli.

– W sumie powiem panu, że dobrze, iż pan przy­szedł. – Uśmiech­nął się lekko. – Nie chcia­łoby mi się jechać w taki ziąb – dodał szcze­rze. – I mojej maszyny też szkoda.

– Już wrzu­cam pizzę do pieca. – Kucharz zaczął się pospiesz­nie krzą­tać. Przy tak małej licz­bie klien­tów praca była przy­jem­no­ścią. – Na miej­scu czy na wynos? – zapy­tał jesz­cze.

– Na miej­scu – odparł Wik­tor. – I dobrą her­batę z cytryną jesz­cze popro­szę.

– Jasne. – Maks wstał i zaczął spraw­nie przy­go­to­wy­wać napój. Dzi­wił się, jak dobrze mu to teraz szło. Sam nawet wybie­rał skład­niki i two­rzył nowe kom­po­zy­cje. Teraz na topie była zimowa, wła­ści­wie codzien­nie inna, bo wrzu­cał, co mu natchnie­nie pod­po­wie­działo.

Kiedy przy­był tu latem, nic nie potra­fił. A ostat­nio zaga­dy­wał do klien­tów, poma­gał w przy­go­to­wy­wa­niu zamó­wień od hur­tow­ni­ków, odbie­rał towar. Coraz wię­cej rze­czy robił, choć cały czas miał świa­do­mość, że i tak jego obec­ność tutaj jest zbędna. Nie zara­biał na swoją pen­sję. Wła­ści­ciel pora­dziłby sobie bez trudu z jed­nym pra­cow­ni­kiem.

– Jak Klara? – zapy­tał pan Wik­tor, sia­da­jąc wygod­nie w tym samym miej­scu co zawsze.

Ta miej­sco­wość była nie­zwy­kła. Czło­wiek szybko tu wsią­kał. Zaczy­nał mieć swoje trasy spa­ce­rowe, ulu­bione bułki w tej cho­ler­nej pie­karni, w któ­rej wciąż tak wiele robili ręcz­nie i pach­niało tak, że nawet naj­więk­szy cynik nie umiał się temu oprzeć. Swoje krze­sło w jedy­nej piz­ze­rii i wybrany smak tej naj­słyn­niej­szej wło­skiej potrawy. Kar­to­tekę zało­żoną w deli­ka­te­sach przez wła­ści­cielkę, która pil­nie zbie­rała wszyst­kie plotki. Ale też przy­ja­ciół, takich praw­dzi­wych, któ­rzy nie zosta­wiają czło­wieka samego w potrze­bie. Znaj­do­wało się ich w sytu­acjach zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nych. I tak czło­wiek wsią­kał w to miej­sce, zanim się zdą­żył zorien­to­wać, co się dzieje.

– Jak Klara?– powtó­rzył pyta­nie.

Miał tę dener­wu­jącą cechę star­szych ludzi – lubił się wtrą­cać do cudzego życia i komen­to­wać. Ale jemu Maks jakoś to wyba­czał. Sam nie wie­dział czemu.

– A Łucja? – odbił pałeczkę. – Dawno jej nie widzia­łem. Nawet chod­ni­kiem nie prze­cho­dzi. Podobno ludzie nie dają jej żyć.

– No, ja Klary też od wielu tygo­dni nie zdo­ła­łem zaob­ser­wo­wać w Bobrówce – zauwa­żył Wik­tor. – Ponoć ucie­kła.

Uśmiech­nął się słabo, nie chciał mu doko­pać. Tylko się prze­ko­ma­rzali.

– Dobra, jeden do jed­nego – zde­ner­wo­wał się Maks. – Nie ma sensu się moco­wać.

Kucharz przy­glą­dał im się z cie­ka­wo­ścią.

– Obaj żeśmy dali ciała – dodał chło­pak. – I jak widać, doświad­cze­nie życiowe w niczym nie pomaga. Ludzie nie mądrzeją z wie­kiem, tylko zwy­czaj­nie się sta­rzeją. – Spoj­rzał na niego z satys­fak­cją.

– Hola, hola, młody czło­wieku! – Wik­tor roze­śmiał się. – Czuję się teraz o wiele mądrzej­szy niż trzy mie­siące temu. Więc nie prze­sa­dzaj.

– Ja w sumie też – odparł Maks.

Obaj zamil­kli. Nie poskła­dało się to wszystko, to musieli przy­znać.

Pizza pie­kła się w nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu. Pach­niało coraz moc­niej.

– Też bym coś zjadł – powie­dział Maks, spo­glą­da­jąc na kucha­rza. – Może jesz­cze coś dorzu­cisz nie­wiel­kiego?

– Podzielę się z wami – ode­zwał się pan Wik­tor. – Spe­cjal­nie zamó­wi­łem naj­więk­szą, prze­cież jej sam nie zjem. I her­batę też sta­wiam. Albo, jak woli­cie, Pepsi.

– Ja her­batę! – ucie­szył się kucharz.

Mię­dzy nim a Mak­sem ukła­dało się ostat­nio o wiele lepiej niż na początku, ale wciąż czuł wobec niego pewien dystans. Nie miał na przy­kład odwagi, by go popro­sić, żeby mu coś przy­go­to­wał do picia. A te zimowe kom­po­zy­cje pach­niały tak, że nawet przy­pie­czony ser i szynka nie dawały mu rady.

– Ja też her­batę. Robię naj­lep­szą – pod­su­mo­wał Maks i włą­czył czaj­nik.

– Sły­sza­łem, że kobiety w Bobrówce pró­bują odtwo­rzyć twój prze­pis. Poma­rań­cze i imbir sprze­dają się w deli­ka­te­sach jak ni­gdy dotąd.

– Nie ma szans – powie­dział Maks. – Ja sam go nie znam. – Uśmiech­nął się. – Wrzu­cam, co mam pod ręką.

– Ale pep­pe­roni to zostaw. – Rafał pra­wie mu wyrwał pla­ste­rek z ręki.

– To aku­rat chcia­łem zjeść – zapro­te­sto­wał Maks i szybko wrzu­cił sobie kawa­łek kieł­basy do ust. – Spo­koj­nie – dodał. – Z fachow­cem roz­ma­wiasz.

– Ależ wy tu żyje­cie… – Wik­tor pokrę­cił głową. – W Kra­ko­wie w każ­dej piz­ze­rii jest taki ruch, że ledwo kel­ne­rzy wyra­biają się na zakrę­tach. A tu można byłoby sza­chy wycią­gnąć i grać. Lubisz? – zapy­tał, spo­glą­da­jąc na Maksa.

– Nawet nie pamię­tam – odparł chło­pak. – Kie­dyś gra­łem z ojcem. Cał­kiem nie­źle mi szło. No, ale potem prze­sta­łem.

Odwró­cił się. Nagle przy­po­mniały mu się te wszyst­kie dobre chwile z tatą. Kiedy był młod­szy, ojciec sta­wał na gło­wie, żeby jakoś się do niego zbli­żyć. Ale on był obra­żony, zagnie­wany. Nosił w sobie żal, że tata pozwo­lił matce odejść.

Było to dla niego jasne, że musiał popeł­nić jakiś błąd. W prze­ciw­nym razie ona by go nie zosta­wiła. A może… – przy­szło mu nagle do głowy – cza­sem ludzie po pro­stu odcho­dzą bez czy­jejś winy? Bo są nie­doj­rzali, za słabi, nie nadają się do życia w rodzi­nie, w mał­żeń­stwie.

Tata był fajny. Ta kon­klu­zja ostat­nio coraz czę­ściej przy­cho­dziła mu do głowy. Lubili grać w sza­chy – przy­po­mniało mu się. I teraz pomy­ślał, że może gdyby wtedy odpu­ścił i pozwo­lił sobie po pro­stu cie­szyć się tym, co jest dobre, miałby z tatą cał­kiem przy­jemne chwile. Ale tego nie zro­bił. Sam się uka­rał za odej­ście mamy. I przy oka­zji ojca też.

Zadzwo­nię dziś do niego – pomy­ślał. – Zaraz, jak tylko pan Wik­tor wyj­dzie.

– W domu mojego kuzyna jest fajna skrzynka z sza­chami – powie­dział męż­czy­zna. – Przy­niosę następ­nym razem. Zagramy. Zoba­czymy, czy fak­tycz­nie umiesz.

– Pro­szę mnie nie brać pod włos – odparł szybko Maks. – Bo ja się w takie gierki nie dam wcią­gnąć. Nie będę się sta­rał ani spi­nał, żeby pana poko­nać.

Przy­niósł her­batę do sto­lika, a jed­no­cze­śnie pomy­ślał, że odpali dzi­siaj w tele­fo­nie jakąś par­tyjkę ze sztuczną inte­li­gen­cją, żeby nie dać się temu sta­rusz­kowi wyki­wać. Skoro zapro­po­no­wał sza­chy, to zna­czy, że świet­nie się na nich zna. Cwana sztuka z niego była, z tego Maks już sobie zda­wał sprawę.

– Wła­ści­wie to o co poszło z Klarą? – zapy­tał Wik­tor, upar­cie trzy­ma­jąc się tego tematu.

Maks obru­szył się na to obce­sowe pyta­nie.

Sam chciał­bym wie­dzieć – pomy­ślał w pierw­szej chwili, ale nie był już w sta­nie się oszu­ki­wać tak spraw­nie, jak jesz­cze kilka mie­sięcy temu.

– Nie ogar­ną­łem się na czas – powie­dział z wes­tchnie­niem, sia­da­jąc przy sto­liku. – Nie zauwa­ży­łem, z kim mam do czy­nie­nia. Wyda­wało mi się, że jestem mądry. A byłem głupi.

– Bar­dzo trafna dia­gnoza jak na tak mło­dego czło­wieka – zauwa­żył Wik­tor z uzna­niem. – Nie­zwy­kła – mruk­nął. – Do mnie w sumie też pasuje co do jed­nego słowa.

– Może­cie sobie ręce podać – wtrą­cił Rafał. Wycią­gnął pizzę i posta­wił pach­nącą na stole. – Panią Łucję znam od dawna – powie­dział po chwili. – To taka kobieta, która ma dużo god­no­ści. Nie wróci do pana. – Spoj­rzał na niego z satys­fak­cją.

Może i był zwy­kłym kucha­rzem w nie­wiel­kiej piz­ze­rii, która przez więk­szość czasu świe­ciła pust­kami, ale swo­jej dziew­czyny nie stra­cił. Kochali się. Wyraź­nie umiał coś wię­cej niż inży­nier z dużego mia­sta czy cha­ry­zma­tyczny moto­cy­kli­sta z tatu­ażami, dla któ­rego wpa­dały tutaj młode dziew­czyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij