Do trzech razy serce - ebook
Miłość nie zawsze jest odpowiedzią. Czasem staje się pytaniem, które zmienia wszystko.
Klara oddała serce chłopakowi, który ukrył przed nią prawdę. Czy uczucie zbudowane na kłamstwie może przetrwać? Łucja odważyła się po raz pierwszy wyznać, co naprawdę czuje – i została oszukana. Plotki i utrata dobrego imienia… czy znajdzie w sobie siłę, by zawalczyć o szczęście? Ania znalazła się w samym środku podwójnego skandalu – dotyczącego jednocześnie jej mamy i córki. W świecie, gdzie życie prywatne staje się publiczną sensacją, nie ma dokąd uciec.
Trzy kobiety. Trzy historie. Jedno pytanie: czy warto wierzyć w miłość, gdy wszystko wokół zdaje się temu przeczyć? Każda z nich odnajdzie własną odpowiedź, która odmieni jej życie.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-704-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Styczeń to nie jest najlepszy moment, by jechać rano do pracy, zwłaszcza w poniedziałek. Do takiego wniosku doszła Klara, stojąc w zatłoczonym tramwaju, który z hałasem przetaczał się właśnie przez ośnieżony most. Śnieg, jak na złość, topniał, zamieniając się na chodnikach w szarą breję, a wiatr wciskał się pod płaszcz i przypominał, że zima nie zamierza odpuścić.
Miała nadzieję, że weekend coś zmieni w sytuacji pogodowej, a ona odpocznie, nabierze dystansu. Ale dwa wolne dni minęły równie błyskawicznie jak chwila, w której uświadomiła sobie, że Maks wcale jej nie kocha. Posiedziała sporo nad książkami, nadrobiła zaległości, posprzątała mieszkanie, zrobiła zakupy i nagotowała jedzenia na zapas, a poniedziałek już pukał do drzwi jak kurier, którego nikt nie zamawiał.
Spojrzała na zegarek. Spieszyła się do pracy. A miała jeszcze do przejechania spory kawałek. Wysiadła i ruszyła biegiem, starając się omijać wielkie płatki śniegu sypiące obficie z nieba w wielkiej obfitości.
– Hej! – przywitał się z nią Tomek, gdy wpadła do pachnącej kawą, cukrem i cynamonem kawiarni na Dworcu Głównym w Krakowie. – Czy mnie się tylko wydaje, czy znowu się spóźniłaś? – Puścił do niej oko.
Klara ubrana w ciężką, ciepłą kurtkę zimową nie mogła dyskretnie zerknąć na ukryty pod długim rękawem zegarek. A jawnie nie miała odwagi. Co, jeśli kolega miał rację? Zawsze była punktualna, ale ostatnio zwleczenie się z łóżka kosztowało ją mnóstwo energii i niestety zajmowało więcej czasu niż zwykle.
Tomek nie robił problemów, lubili się i wspierali, ale nie mogła tego nadużywać. To by było wobec tego fajnego chłopaka nie w porządku.
– Już ci pomagam! – zawołała, przebierając się szybko na zapleczu w służbowe ubranie.
Ruch był już bardzo duży. Wiele osób pragnęło o poranku mocnej kawy i słodkości, żeby się postawić na nogi. Klara weszła za ladę i natychmiast zaczęła robić kilka rzeczy jednocześnie, podstawiła filiżankę pod ekspres dla jednego klienta, przygotowała wysoką szklankę do zaparzenia herbaty dla drugiego, nałożyła ciasto na talerzyk, spakowała drożdżówki na wynos. Szybko, jeszcze szybciej…
Praca tutaj nigdy się nie kończyła. Ile by się zamówień nie zrealizowało, ciągle pojawiały się kolejne, a do niewielkiego pomieszczenia napływały nowe osoby.
W takich momentach marzyła o spokojnych porankach w domu w Bobrówce. Jednej kawie, którą parzyła dla siebie, a czasem robiła to dla niej babcia. Nie kilkudziesięciu jak tutaj. Kawałku szarlotki zjedzonej w spokoju i ciszy. Łagodnego szumu drzew za oknem.
Ale to zostawiła za sobą. Wynajęła mieszkanie zamiast pokoju, nie wracała już do rodzinnego domu w każde piątkowe popołudnie, by zostać tak długo, jak to tylko możliwe. Uciekła z tego starego dobrego świata, który ją wychował i ukształtował. Lecz niestety nie uchronił przed złamanym sercem.
– Spóźniłaś się, ale ja nie mam żalu – powiedział Tomek.
Uśmiechnął się, aż mu się oczy zaświeciły, kiedy mijał ją w drodze do stolika klienta.
– Coś się stało? – zapytała, kiedy wrócił.
Tak najczęściej ze sobą rozmawiali, mijając się w ciasnym przejściu za ladą i wymieniając krótkie zdania, kiedy następował moment, gdy znajdowali się najbliżej.
– Julia wróciła – dodał szybko, odstawiając brudne filiżanki do okienka. A potem zakręcił się w miejscu z radości.
– O nie! – Zareagowała zbyt głośno, aż się obejrzały dwie stojące w kolejce dziewczyny.
Nie podzielała jego radosnego entuzjazmu ani trochę. Aż jej się serce ścisnęło nagłym przeczuciem bólu, jaki za chwilę spadnie na tego miłego, radosnego chłopaka.
Tomek się zatrzymał, ściskając w dłoniach tacę z kolejnym zamówieniem, choć czujny wzrok głodnego mężczyzny siedzącego pod ścianą zarejestrował to opóźnienie i chłopak usłyszy zapewne za moment kilka przykrych słów. Dworzec Główny w Krakowie to miejsce, gdzie ludzie się spieszą.
Zaryzykował.
– Znam twoją opinię – zastrzegł od razu. – Ale ludzie się zmieniają i trzeba dać im szansę.
– Proszę cię. – Klara złapała go za rękaw. – Zrobiłeś to już dwukrotnie…
– Ale teraz Julia naprawdę zrozumiała, w czym leżał problem. Naprawimy to. Maks też zasłużył przynajmniej na to, żebyś go wysłuchała.
Musiał iść. Patrzyło na nich już kilka osób, a w niewielkiej kawiarni ich słowa, nawet jeśli wypowiadane cicho, niosły się po pomieszczeniu. Tomek ruszył szybko w stronę stolika, a ona przyjęła kolejne zamówienie. Kolega wrócił i zaparzył kawę, tym razem na wynos, Klara spakowała drożdżówki. Tak się nawzajem wspierali i od trzech miesięcy tworzyli świetny duet. Szef był z nich bardzo zadowolony. Oboje wykazywali się pracowitością, bystrością umysłu, uśmiechali się do klientów i nie mylili przy obsłudze. Skarb.
Diamenty – jak mawiał właściciel, jeden z tych nielicznych, którzy umieli nie tylko docenić, lecz także zauważyć, że ktoś się przykłada do obowiązków. Nie wiedział jednak, że oba te klejnoty mają mocne pęknięcie. Złamane serca. Choć żadne z nich niczym sobie na to nie zasłużyło.
Kochali tak samo, jak pracowali. Z całym zaangażowaniem. A mimo to oboje przegrali.
* * *
Trzy godziny później Klara wyciągnęła pojemnik z sałatką. Krótka chwila przerwy na zapleczu stanowiła jedyny moment wytchnienia w pracy. Dobrze, że przygotowała jedzenie wczoraj, bo dziś rano pewnie nie starczyłoby jej na to energii. Czuła się trochę jak rekonwalescentka po trudnej operacji. Powoli dochodziła do siebie. Ale droga, jaka się jeszcze przed nią rozpościerała, sprawiała wrażenie bardzo długiej. Nie wiedziała też, co znajdzie na końcu. Czy naprawdę siebie? A może kogoś zupełnie innego, bo powrót do starej wersji raczej nie był już możliwy.
Telefon zawibrował jej w kieszeni. Wiadomość. Wystarczyło jedno spojrzenie i serce zabiło szybciej, choć wcale nie chciała, żeby tak było. Ciepły prąd przeszył jej ciało. Od wielu tygodni starała się nad tym zapanować, ale wciąż nie wychodziło. Nie miała nad tym żadnej kontroli.
Oczywiście od razu wiedziała, kto do niej napisał. Dostawała mnóstwo powiadomień – od koleżanek ze studiów, mamy, babci, dawnych znajomych z Bobrówki, a czasem nawet profesorów, ale teraz nie musiała sprawdzać. To był on.
Maks.
Nie pisał od trzech dni. Tyle zazwyczaj najdłużej wytrzymywał bez kontaktu. Potem za każdym razem coś w nim pękało, jakby musiał się odezwać, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. A ona wciąż nie umiała opanować w sobie tego napięcia, bo choć postanowiła już nigdy więcej się z nim nie spotkać i jak na razie słowa dotrzymała, to nie dało się ukryć, że czekała.
_Nawet w najciemniejszą styczniową noc może być jasno_ – brzmiał początek wiadomości. Klara aż przewróciła oczami. _– Kiedy masz obok siebie tego wyjątkowego człowieka i jego prawdziwe uczucie. A gdy go stracisz, ciemność nie ma już końca…_
Zagotowało się w niej. Czemu wciąż kłamał? Naprawdę miał o niej tak niskie mniemanie? Może raz w życiu faktycznie dała się nabrać na takie tanie słowa, ale przecież nie zrobi tego po raz drugi. A najgorsze, że chłonęła każde słowo tego ckliwego tekstu. Ogarnęła ją złość. Już sama nie wiedziała, czy bardziej na siebie, czy na Maksa.
Miała ochotę odpisać: „Spieprzaj”.
To słowo w jej ustach brzmiałoby jak mała rewolucja. Miła, uprzejma Klara, dziecko nauczycielki, wychowana w domu, w którym nawet kot chodził cicho, żeby nikogo nie urazić. W świecie, gdzie najostrzejszym wykrzyknikiem było „kurczę blade”. Mocniejszych się nie używało. Mama jako polonistka bardzo szanowała język jako narzędzie porozumienia i wyrażania pięknych myśli.
Klara zawsze się z nią zgadzała. Teraz jednak dochodziła do wniosku, że czasem mocne słowo jest jak skuteczne narzędzie – ostre, ale potrzebne. Zatrzymała się, bo starych nawyków nie da się jednak pozbyć tak łatwo, i po chwili napisała tylko:
_Spadaj._
Bez emotikonek, tłumaczeń. Jedno krótkie słowo, które jej zdaniem ostatecznie zamykało sprawę. Gdyby ktoś tak do niej napisał, już nigdy nie odważyłaby się do niego odezwać. Ale nie spodziewała się, że Maks zaprzestanie wysyłania wiadomości. Już wiele razy i na różne sposoby starała się wyjaśnić mu, że jego próby są skazane na porażkę. Nie da mu drugiej szansy!
Mówiła poważnie. Nie zamierzała się złamać bez względu na to, jak bardzo było jej teraz trudno.
Odłożyła telefon. Na szczęście Maks już nic więcej nie napisał. Zastanawiała się, po co właściwie wciąż siedział w Bobrówce. Przecież tak nie lubił tej małej miejscowości. Czemu nie wrócił do siebie, by zginąć gdzieś w wielkich przestrzeniach dużego miasta. Tak, by nigdy więcej się już nie spotkali.
Kończyła sałatkę, kiedy zadzwoniła babcia Łucja. Chwila przerwy to był moment nie tylko na posiłek czy regenerację sił, lecz także na rozmowy. Wszystkie bliskie jej osoby pamiętały, że ma o tej godzinie wolne.
Zostało już niewiele czasu, ale wiedziała, że odbierze. Babcia znajdowała się teraz w trudnej sytuacji, Klara nie chciała jej zostawiać samej, a poza tym rozmowy z nią zawsze wnosiły spokój do jej serca. Potrzebowała tego.
– Cześć, kochana! – usłyszała w słuchawce ciepły, znajomy głos. – Jak u ciebie? Znowu napisał?
Klara parsknęła śmiechem.
– Babciu, ty masz jakieś nadprzyrodzone moce. Dopiero co odebrałam wiadomość.
– Znowu te jego piękne słowa?
– Raczej ckliwe, aż zęby bolą – odparła Klara. – Mógłby pisać romanse. I pewnie by mu się dobrze sprzedawały.
– No to może chociaż na czymś byś skorzystała, zostałabyś bohaterką bestsellera – mruknęła babcia z przekąsem. – A nie tylko łzy i nerwy.
Klara uśmiechnęła się szerzej.
– Lubię historie o miłości, ale nie w jego wersji. Ten autor zupełnie mi nie odpowiada.
– To czemu go nie zablokujesz, dziecko? – zapytała z troską babcia. – Teraz to modne, skuteczne i czasem zdrowe.
– Gdyby uczucie kończyło się w momencie, gdy odkrywasz, że ten, komu oddałaś serce, jest bucem, świat byłby prostszy. – Klara westchnęła i dopiła ostatni łyk herbaty. – A liczba złamanych serc o połowę mniejsza – dodała. – Nie mogę tego zrobić, choć wiem, że masz rację. Nawet próbowałam, ale na razie mnie to przerasta.
Babcia zamilkła na chwilę.
– Oj tak – powiedziała w końcu. – To niestety długo trwa, zanim człowiek się otrząśnie z nieszczęśliwego zauroczenia. Ale masz rację. Rozumiem cię. I wiesz co? Jesteś dzielna.
– Babciu, spokojnie. Jestem realistką. Wiem, co się stało, i nie zamierzam się nad sobą użalać. Sama jestem sobie winna. Nie miałam trzynastu lat, powinnam lepiej wybierać. Dlatego wyjechałam…
– No i bardzo dobrze – przerwała jej babcia. – Bo wiesz, w Bobrówce to byś nie miała spokoju. Tam każdy wie wszystko o człowieku, czasem nawet więcej niż on sam.
– Znam te realia. – Klara uśmiechnęła się smutno. – I zastanawiam się, jak ty sobie z tym radzisz. Ale ja nie dlatego się wyprowadziłam. Nasze sąsiadki smoczyce mnie nie przerażają do tego stopnia. Najbardziej boję się samej siebie – powiedziała cicho. – Że się złamię i polezę jak głupia do niego. Nie darowałabym sobie. Muszę ochłonąć, wzmocnić się, jak to się mówi, nawiązać kontakt z rozumem.
– Jak sobie radzisz, kochana? – zapytała babcia ciepłym głosem.
– Dobrze. Choć wiesz… to „dobrze” ma różne odcienie. Ale… – Zawahała się. – Maks dał mi bardzo cenną lekcję. Staram się być mu wdzięczna. Jak mnie uczyłyście z mamą: nauczycielom trzeba okazywać szacunek, a Maks okazał się wybitnym profesorem. W krótkim czasie objaśnił mi, jaką jestem idiotką!
– Nie mów tak, błagam – zaprotestowała babcia.
Klara znów tylko westchnęła i schowała pudełko do plecaka. Przerwa właśnie dobiegała końca, ale ona nie czuła się w ogóle wypoczęta. A czekało ją jeszcze sporo godzin pracy. Dziś miała na uczelni tylko jeden wykład o szesnastej, więc wzięła więcej godzin, żeby trochę dorobić. W zeszłym roku dawała bez problemu radę godzić studia z pracą, a teraz bardzo ciężko jej to szło.
– Ale to prawda – powiedziała jeszcze na koniec. – Nie wystarczy być miłym i grzecznym, żeby stać się mądrym. Okazałam się zwykłą naiwną idiotką. Studentka psychologii, która przeczytała tyle książek, a potem zakochała się po uszy po kilku zaledwie ciepłych słowach. W zupełnie nieznanym chłopaku, który na każde pytanie udzielał wymijającej odpowiedzi. Żenada.
– Oj, dziecko… – Babcia westchnęła. – Nie oceniaj się tak surowo.
– Nie ma w tym żadnej przesady – odparła stanowczo Klara. – Po prostu patrzę realnie. Właśnie dlatego jestem wdzięczna Maksowi. Naprawdę. Nauczył mnie, że nie mogę ufać własnym osądom, a zauroczenie wyłącza mi mózg. Dzięki niemu będę lepszym człowiekiem i kto wie, jakich kłopotów w przyszłości uniknę.
Babcia zamyśliła się na chwilę.
– To niesamowite, jak wy teraz patrzycie na życie. Za moich czasów dziewczyna po rozstaniu nie robiła z tego głębokiej filozofii. Po prostu wściekała się na chłopaka, który nawalił, spotykała z koleżankami, a potem obgadywała go tak długo, aż jej się humor poprawiał – zakończyła z uśmiechem.
– No i co, babciu? Ty też tak robisz? – zapytała celnie Klara. – Chodzisz po sąsiadkach i mówisz źle o Wiktorze?
– Nie, choć może powinnam – odpowiedziała Łucja. – Przynajmniej odzyskałabym kilka znajomych. Cieszyłyby się z dostawy tematów do plotek. Ale to słabe. Masz rację.
– Widzisz? Jednak jesteśmy do siebie podobne. – Klara się roześmiała.
– Dziękuję, że to powiedziałaś – odparła Łucja całkiem już poważnym tonem. – To dla mnie komplement – dodała. – Ale obiecaj mi jedno. Trzymaj się z dala od Maksa. On będzie się koło ciebie jeszcze długo kręcił. Tacy jak on zawsze wracają. A kobieta, jak trochę czasu minie, to zaraz zaczyna pamiętać tylko dobre chwile. I wtedy przegrywa…
– Babciu, spokojnie. To nie zaszło aż tak daleko. Wiesz przecież, że my się dopiero poznawaliśmy. O miłości trudno jeszcze w takim przypadku mówić.
– Nie zgadzam się z tym – powiedziała babcia. – Choć wiem, że to teraz modne. Czekać, namyślać się, robić małe kroki. Ponoć to gwarancja większego bezpieczeństwa. Może… Ale jeśli się kogoś kocha, często serce wie, że to właściwa osoba już od pierwszego momentu.
– No to moje ma wyjątkowo słabe wyczucie… – podsumowała Klara. – Babciu, muszę kończyć. Rano się chwilę spóźniłam i nie chcę, żeby Tomek znów teraz czekał. On też potrzebuje przerwy.
– Fajny ten Tomek… – Łucja westchnęła. – Kawę to tak umie zaparzyć jak nikt inny…
– Proszę cię. – Klara podeszła do drzwi i położyła dłoń na klamce. – To ja wam wtedy parzyłam kawę, on tylko podawał.
– Ale jak podawał!
– Kochana, lecę do klientów. On jest zajęty. Kocha, niestety, swoją, mam nadzieję, nadal byłą, dość egoistyczną dziewczynę. Nie mam u niego szans. Ale nie martw się o mnie, zadbaj, proszę, o siebie. Potrzebujesz wyjść z domu.
– Spróbuję – obiecała Łucja ostrożnie i rozłączyła się.ROZDZIAŁ 2
Maks odłożył telefon. Nie spodziewał się innej odpowiedzi, ale i tak zrobiło mu się przykro. Siedział przy stoliku pod oknem. Nie miał teraz wiele pracy. Pizzeria świeciła pustkami, kucharz grał w jakąś układankę na telefonie, a po chodniku przed wejściem hulał wiatr. Ludzie chronili się przed zimnem w domach albo pracowali.
– Jak obstawiasz? – zwrócił się Maks do siedzącego pod przeciwległą ścianą chłopaka. – Ile razy dziś upieczesz pizzę? Będzie choć ze dwa?
Rafał ucieszył się z tego zagajenia. Był gadułą i praca z małomównym Maksem mocno dawała mu w kość. Wielokrotnie próbował się zaprzyjaźnić, ale bez skutku. Kolega tworzył wokół siebie mur nie do pokonania. Mówiono na niego „odludek” albo bardziej bezpośrednio „gbur”. Ale odkąd Klara wyjechała, Maks się zmienił. Nie było to łatwo zauważalne, bo wciąż trzymał dystans i nie chciał nikogo wpuszczać do swojego świata, Rafał jednak widział. Przesiadywali ze sobą codziennie wiele godzin.
– Styczeń to w Bobrówce martwy sezon – powiedział. – Ludzie żyją tutaj bardzo blisko tradycji. Na święta szykują wszystko, co mają. Wydają każdy grosz i jeszcze zaciągają kredyty, biorą, co mogą, na raty. Świętują. A potem w nowym roku przychodzi gwałtowne otrzeźwienie, któremu sprzyja zimna pogoda za oknem. I zaczynają oszczędzać.
– Może tak być. – Maks obracał w dłoniach solniczkę i patrzył przez wielkie okna.
Uliczna latarnia, do której Klara przypinała swój rower, wciąż tu stała i miała się całkiem dobrze. Tymczasem wokół niej tak wiele się zmieniło. Nie miał już mocy, by tę piękną dziewczynę ściągnąć jednym esemesem. Okropne uczucie!
– Dobrze, że chociaż jest szkoła, to dzieciaki wpadną na hamburgera albo frytki – dodał pozornie lekkim tonem, nie chcąc zdradzić, jakie emocje w nim buzują.
Ale Rafał i tak widział.
– Nie jest tak źle – odparł równie spokojnie. – Z zakładu produkcyjnego też na pewno ktoś zamówi obiad. No i jest pan Wiktor. Wczoraj nie przyszedł, więc obstawiam, że dziś będzie w piecu przynajmniej jedno pepperoni. – Uśmiechnął się.
– Owszem – przyznał Maks i humor odrobinę mu się poprawił.
Polubił tego starszego pana i ze zdumieniem się temu przyglądał. Zasadniczo nie przepadał za ludźmi, zwłaszcza z tego pokolenia. Uważał ich za nudziarzy, którzy nie mają pojęcia, czym jest prawdziwe życie, i jeszcze na dodatek wtrącają się do cudzego. Ale z Wiktorem od początku sporo ich łączyło. Obaj byli w Bobrówce nowi, należy dodać, że jako jedyni. Od czasu ich przeprowadzki nikt się więcej nie pojawił. I obaj stali się obiektami zainteresowania wielu kobiet. Potem równie słabo im poszła próba nawiązania pierwszej relacji i obaj leczyli się po tej sytuacji, stając się źródłem wielu plotek.
Różnica polegała tylko na tym, że Maks od początku miał tutaj złą opinię i ona się teraz tylko pogorszyła, a Wiktor doskonałą i fakt, że wszystkich okłamał, w żaden sposób tego nie zmienił. Wciąż go tutaj uwielbiano, a winą za naiwność obarczono panią Łucję. Taki paradoks życia.
– Słuchaj. – Maks obrócił się całym ciałem w stronę kucharza. – Jak myślisz, dlaczego właściciel w ogóle jeszcze mnie tu trzyma? Przecież nie potrzebujecie już kelnera. Spokojnie dałbyś sobie radę sam.
– No… – Zawahał się Rafał. – Zawsze zatrudniał tylko na sezon, to fakt. Ale widać zmienił zdanie.
– Naprawdę nie wiesz, dlaczego? – zapytał Maks. – Wy tu przecież o wszystkim gadacie. Ktoś na pewno ma jakieś informacje.
– Plotkują, to fakt. – Kucharz kiwnął głową. – Ale nikt nie wie. Tylko szef. A on pary z ust nie puszcza. Dotarłoby do mnie, gdyby cokolwiek na ten temat powiedział. Ja słyszałem tylko, że ma powód. Tyle. Więc nie jest to zbieg okoliczności. Może sam z nim pogadaj.
– Próbowałem – przyznał się Maks. – Ale nic nie wskórałem.
Cholerna Bobrówka! – pomyślał.
Te słowa wypowiadał rano zamiast „dzień dobry” i wieczorem na zakończenie dnia. Nie rozumiał, co się dzieje. Najpierw odliczał dni do uwolnienia się od tego miejsca, a teraz trwał z dnia na dzień. Nie wyjeżdżał. Czekał, aż zostanie zwolniony. Taka była przynajmniej oficjalna wersja, którą przekazywał tacie. Ale wiedział, że temat jest o wiele głębszy.
Telefon wciąż leżał tuż obok jego dłoni. Wysyłał wiadomości do Klary bez wielkiej nadziei na przełom. Bardziej z tęsknoty, potrzeby kontaktu, jakiegokolwiek.
Ależ mu ta dziewczyna dała popalić! Taka spokojna, łagodna, jak sądził, naiwna. Łatwa do poderwania. Ocenił ją dokładnie tak samo jak całą miejscowość i swojego szefa. Pogardliwie i z lekceważeniem. A tymczasem to oni wygrali. Wciąż tu przecież siedział.
Nie chciał wyjeżdżać z cholernej Bobrówki!ROZDZIAŁ 3
Maciek, właściciel pizzerii, zadzwonił późnym popołudniem do ojca Maksa, Adama. Znali się dobrze i właśnie z tego powodu chłopak znalazł tutaj zatrudnienie, choć na początku wcale nie radził sobie najlepiej i nie ukrywał, że nie chce tu być. Maciek umiał jednak być cierpliwy i patrzeć dalekowzrocznie. Nie słuchał więc tych, którzy radzili mu jak najszybciej usunąć zbuntowanego, niezbyt kompetentnego kelnera. Nie poddał się temu, mimo iż sporo się musiał na ten temat nasłuchać. A teraz napłynęła kolejna fala. Po historii z Klarą akcje Maksa – o ile to możliwe – jeszcze bardziej spadły.
Ale Maciek był nieugięty. I tylko jego żona wiedziała, jaki ma ku temu powód.
– No i jak? – zapytał, przyciskając mocno telefon do ucha. Od rana z niepokojem czekał na wieści.
– Słabo – odparł tata Maksa. – Wyniki bardzo złe. Taka prawda, nie ma co owijać w bawełnę.
– Kurczę, to niedobrze. – Właściciel pizzerii ogromnie się zmartwił.
– Wiem. – Adam kiwnął głową, choć kolega nie mógł tego widzieć. Brzmiał jak człowiek zrezygnowany, który pogodził się z losem, i to też było dość niepokojące.
– A jak twoje znajomości? – dopytywał się Maciek. Adam miał sporo lekarzy w kręgach swoich kontaktów, kiedyś skutecznie pomógł jego żonie. Może teraz też byłaby na to szansa? – Wszystkie poruszone?
– Niebo i ziemia – odparł Adam. – Robię, co w mojej mocy. Przecież wiesz, że mam dla kogo żyć.
Obaj jednocześnie pomyśleli o chłopaku, który siedzi teraz w pustym zapewne lokalu i uważa, że jego największym zmartwieniem jest pytanie, czy wyjeżdżać z Bobrówki, skoro dotrzymał danego ojcu słowa i przetrwał trzy miesiące. Los jednak szykował dla niego o wiele poważniejsze wyzwanie. Niestety. Maciek tylko westchnął. Uważał, że chłopak bardzo się zmienia na lepsze, ten czas mu pomógł. I wszystko mogło się teraz zepsuć. Obaj z ojcem zasługiwali choć na chwilę spokoju. Na to się jednak nie zanosiło.
– Czy to nie jest czas, żeby chłopakowi powiedzieć prawdę? – zapytał. Był zdania, że takich rzeczy nie powinno się przed bliskimi ukrywać. – Dobry moment na przekazanie wieści o chorobie nigdy nie nadejdzie. To zawsze jest trudne – dodał. – Wiem z własnego doświadczenia. A syn zasługuje, by wiedzieć.
– Jeszcze chwila – powiedział tata Maksa. – Tak się teraz uspokoił, że aż czasem trudno mi w to uwierzyć. Pizzę motocyklem wozi, a kiedyś skakał nad przepaściami, pędził po autostradach, ścigał się jak głupi, narażając swoje życie.
– Nie czekaj w nieskończoność – poprosił Maciek.
– Nie będę – obiecał Adam. – Daj mu jeszcze tylko trochę czasu. U ciebie jest bezpieczny. Niech się wzmocni. Tutaj szybko wróci do dawnego środowiska. I tak się dziwię, że tak długo tam siedzi.
– Ja też. To pewnie przez Klarę. Jak zwykle kobiety nas trzymają w garści – próbował żartować, choć wcale nie było mu do śmiechu.
– O, to fakt – przyznał Adam i Maciek uświadomił sobie, że palnął głupotę.
Ojciec Maksa całe życie ponosił konsekwencje decyzji żony, która odeszła do innego mężczyzny, zostawiając nie tylko męża, lecz także małego synka.
– Naprawdę okropnie mi przykro – powiedział Maciek cicho.
Miał na myśli tak wiele. Stanowczo za dużo stało się w tej jednej tak przecież malutkiej rodzinie.
Pomyślał o swojej żonie. Była jego skarbem i wsparciem na każdym kroku. Po tylu wspólnie spędzonych latach nawet nie umiał sobie wyobrazić, że któregoś dnia mogłoby jej zabraknąć. A przecież też otarli się o chorobę. I ta straszna myśl wielokrotnie przychodziła mu do głowy podczas bezsennych nocy.
Ojciec Maksa nie zasłużył sobie na taką okropną diagnozę. Zresztą jak zdecydowana większość ludzi, którzy zmagali się z ciężkim schorzeniem. Ale tu sytuacja była szczególnie trudna. Maks miał na świecie tylko jego. A poza tym Adam tak niewiele dobrego w życiu doświadczył. Najpierw porzuciła go żona, a potem już tylko zmagał się z przeciwnościami losu, by na koniec dostać kłopoty z dorastającym synem. Poważne kłopoty.
– Musisz wyzdrowieć – powiedział Maciek z naciskiem. – A kiedy to się stanie, obiecaj mi, że coś zmienisz. Zaczniesz wreszcie być szczęśliwy. Zadbasz o siebie.
– Na razie to ja muszę przejść przez chemię. – Adam westchnął. – Na dodatek sam. Pierwszą mam za parę dni.
– To znaczy, że się spieszą – wyrwało się Maćkowi.
– No i trochę, że mnie lubią – zażartował słabo Adam.
– Słuchaj, ja o tym myślałem – powiedział Maciek. – Dla mnie nie ma problemu. Jestem ci winien coś cenniejszego niż wszystkie pieniądze. Będę twojego chłopaka trzymał tak długo, jak tylko chcesz. Ale uważam, że on powinien wiedzieć.
– Dziewczyna mu dopiero co serce złamała. Musi się pozbierać – odparł Adam.
– O czym ty mówisz? – zapytał Maciek z oburzeniem. – Parę razy się spotkali. Nawet się nie zdążył zakochać. A twoja choroba to poważna sprawa.
– On sprawia wrażenie twardziela i cynika – przyznał Adam. – Ale ja go znam. Naprawdę taki nie jest. A z miłością żartów nie ma. Już niejeden się na tym przejechał. Nigdy nie wiesz, kiedy poznasz tę jedyną właściwą osobę i kto ci może złamać serce. Ja się o niego boję. Tyle lat sam go wychowywałem, że chyba mi się zainstalowała tak zwana matczyna intuicja – zażartował.
– No dobrze, jak uważasz – zgodził się Maciek, wzdychając ciężko. – Ktoś cię po tej chemii odbierze? – zapytał jeszcze.
– Wiesz przecież, że jestem sam – odparł Adam. – Ale nie przejmuj się. Miałem bardzo dużo czasu, żeby się przyzwyczaić. Radzę sobie od lat. To wyjątkowo paskudna sprawa, ale bywało gorzej.
– Nawet sobie tego nie potrafię wyobrazić.
– Na przykład jak Maks był w szpitalu… – zaczął opowiadać Adam. – Miał dziewięć lat i dostał jakiegoś ataku kolki. Zwijał się z bólu. Lekarze go trzymali cztery dni na oddziale. Właściwie do końca jego pobytu nie doszli, co się wtedy wydarzyło. A ja musiałem jeździć do pracy, bo nie dostałem wolnego. Zaczynałem o piątej rano, żeby jak najszybciej skończyć. Potem jechałem do syna i siedziałem aż do rana. Bez chwili snu. Budził się w nocy, płakał… I tak w kółko. Moja mama wtedy zachorowała, nie wpuścili jej na oddział i nikt nam nie mógł pomóc.
– To straszne – szepnął Maciek.
– Pod koniec to bałem się wsiadać za kierownicę, taki byłem zmęczony – dodał Adam, jakby pierwszy raz w życiu komuś o tym opowiadał. – A potem zabrałem go do domu i jeszcze przez kilka dni nie chodził do szkoły. Dziecku trzeba ugotować, zająć się nim jakoś. Rzeczywiście był taki moment, kiedy wydawało mi się, że zabraknie mi sił, żeby rano wstać z łóżka. Że się poddam. Albo po prostu wezmę torbę i, jak moja żona, wyjdę z domu.
– Ale nie zrobiłeś tego. Jesteś dzielny – powiedział Maciek. – Słuchaj, ja cię odbiorę z chemii – zaproponował spontanicznie. – Przyjadę do Krakowa.
– Nie, naprawdę nie trzeba – odmówił Adam szybko. – Może się okazać, że potem będzie gorzej, wtedy zacznę prosić o pomoc. Ale na razie się trzymam.
– Jak uważasz.
Maciek pożegnał się i rozłączył. Stał przy oknie, kiedy rozmawiał przez telefon, a teraz odwrócił się, by spojrzeć zupełnie nowym wzrokiem na swój dom. Przytulny salon, w którym się znajdował, to dzieło jego żony. Dbała o to, by otoczenie emanowało ciepłem i spokojem.
Był szczęściarzem. Prawdziwym szczęściarzem. Jego Marta poszła teraz do pracy, ale wiedział, że o czternastej wróci. Potem dzieci przyjdą ze szkoły, zjedzą razem obiad.
Na zewnątrz wiało. Panował przenikliwy ziąb, pozbawione liści drzewa i krzewy w ogrodzie sprawiały wrażenie tak suchych, jakby się już nigdy nie miały zazielenić. To była jednak tylko zimowa, nieprzyjemna złuda. Ale w domu wszystko wyglądało inaczej. Ciepło, zacisznie, przytulnie, często radośnie i wesoło. Każdy powinien tak żyć.
Nie czuł się kimś wyjątkowym, lepszym niż inni. A jednak wiedział, że został bardzo obdarowany. Starał się dzielić, wspomagać innych.
Jak ten Adam tyle lat wytrzymał sam i jeszcze wychowywał syna? – zastanawiał się nieraz. – Nie wszystko mu wyszło, bo to po prostu było niemożliwe. Zadanie okazało się za trudne dla jednego człowieka.
Adam dzielnie sobie radził, a jednak nie otrzymał za to żadnej nagrody. W trudnej życiowej sytuacji chory, z poważną diagnozą i perspektywą leczenia, pozostawał sam. Maciek doskonale wiedział, że sytuacja kolegi jest poważna. A on sam – słaby, zmęczony trudami życia.
Wszedł do kuchni i zaparzył sobie herbaty. Próbował podjąć jakąś decyzję w sprawie Maksa. Nie miał pojęcia, co lepsze. Ale już kiedy wkładał torebkę do kubka, rozstrzygnął tę kwestię. Czyimś dobrem musiał zaryzykować. Nie upił nawet łyka herbaty, lecz od razu podszedł do przedpokoju, naciągnął czapkę na uszy, włożył ciepłą kurtkę i zasunął zamek.
Miał jeszcze godzinę, zanim odbierze najmłodszą córkę ze szkoły.
To powinno wystarczyć – pomyślał.ROZDZIAŁ 4
Wiktor, elegancki mężczyzna, rzekomy wdowiec, nowy mieszkaniec Bobrówki wzbudzający powszechne zainteresowanie zwłaszcza u płci pięknej, wszedł do pizzerii po swoją ulubioną pepperoni. Mógł oczywiście zadzwonić – Maks by mu przywiózł. Jeździł teraz na swoim motocyklu i lokal zyskał nową usługę. Ale chciał to zrobić osobiście.
– Dzień dobry – przywitał się, wchodząc z ulgą z zimnej ulicy do ciepłego, pachnącego ciastem i topionym serem wnętrza.
– A pan osobiście! – ucieszył się Rafał, spoglądając w jego stronę. Zawsze to jakieś urozmaicenie dość monotonnego dnia.
– Tak, chciałem się przejść – wyjaśnił Wiktor. – Nie znacie jeszcze takiego doświadczenia, ale kiedy człowiek jest na emeryturze, czas mu płynie inaczej. Trzeba sobie szukać zajęć. Pogoda na spacer niespecjalna, ale ciągnęło mnie do was.
Maks spojrzał za okno. Wiało jak diabli.
– W sumie powiem panu, że dobrze, iż pan przyszedł. – Uśmiechnął się lekko. – Nie chciałoby mi się jechać w taki ziąb – dodał szczerze. – I mojej maszyny też szkoda.
– Już wrzucam pizzę do pieca. – Kucharz zaczął się pospiesznie krzątać. Przy tak małej liczbie klientów praca była przyjemnością. – Na miejscu czy na wynos? – zapytał jeszcze.
– Na miejscu – odparł Wiktor. – I dobrą herbatę z cytryną jeszcze poproszę.
– Jasne. – Maks wstał i zaczął sprawnie przygotowywać napój. Dziwił się, jak dobrze mu to teraz szło. Sam nawet wybierał składniki i tworzył nowe kompozycje. Teraz na topie była zimowa, właściwie codziennie inna, bo wrzucał, co mu natchnienie podpowiedziało.
Kiedy przybył tu latem, nic nie potrafił. A ostatnio zagadywał do klientów, pomagał w przygotowywaniu zamówień od hurtowników, odbierał towar. Coraz więcej rzeczy robił, choć cały czas miał świadomość, że i tak jego obecność tutaj jest zbędna. Nie zarabiał na swoją pensję. Właściciel poradziłby sobie bez trudu z jednym pracownikiem.
– Jak Klara? – zapytał pan Wiktor, siadając wygodnie w tym samym miejscu co zawsze.
Ta miejscowość była niezwykła. Człowiek szybko tu wsiąkał. Zaczynał mieć swoje trasy spacerowe, ulubione bułki w tej cholernej piekarni, w której wciąż tak wiele robili ręcznie i pachniało tak, że nawet największy cynik nie umiał się temu oprzeć. Swoje krzesło w jedynej pizzerii i wybrany smak tej najsłynniejszej włoskiej potrawy. Kartotekę założoną w delikatesach przez właścicielkę, która pilnie zbierała wszystkie plotki. Ale też przyjaciół, takich prawdziwych, którzy nie zostawiają człowieka samego w potrzebie. Znajdowało się ich w sytuacjach zupełnie niespodziewanych. I tak człowiek wsiąkał w to miejsce, zanim się zdążył zorientować, co się dzieje.
– Jak Klara?– powtórzył pytanie.
Miał tę denerwującą cechę starszych ludzi – lubił się wtrącać do cudzego życia i komentować. Ale jemu Maks jakoś to wybaczał. Sam nie wiedział czemu.
– A Łucja? – odbił pałeczkę. – Dawno jej nie widziałem. Nawet chodnikiem nie przechodzi. Podobno ludzie nie dają jej żyć.
– No, ja Klary też od wielu tygodni nie zdołałem zaobserwować w Bobrówce – zauważył Wiktor. – Ponoć uciekła.
Uśmiechnął się słabo, nie chciał mu dokopać. Tylko się przekomarzali.
– Dobra, jeden do jednego – zdenerwował się Maks. – Nie ma sensu się mocować.
Kucharz przyglądał im się z ciekawością.
– Obaj żeśmy dali ciała – dodał chłopak. – I jak widać, doświadczenie życiowe w niczym nie pomaga. Ludzie nie mądrzeją z wiekiem, tylko zwyczajnie się starzeją. – Spojrzał na niego z satysfakcją.
– Hola, hola, młody człowieku! – Wiktor roześmiał się. – Czuję się teraz o wiele mądrzejszy niż trzy miesiące temu. Więc nie przesadzaj.
– Ja w sumie też – odparł Maks.
Obaj zamilkli. Nie poskładało się to wszystko, to musieli przyznać.
Pizza piekła się w niewielkim pomieszczeniu. Pachniało coraz mocniej.
– Też bym coś zjadł – powiedział Maks, spoglądając na kucharza. – Może jeszcze coś dorzucisz niewielkiego?
– Podzielę się z wami – odezwał się pan Wiktor. – Specjalnie zamówiłem największą, przecież jej sam nie zjem. I herbatę też stawiam. Albo, jak wolicie, Pepsi.
– Ja herbatę! – ucieszył się kucharz.
Między nim a Maksem układało się ostatnio o wiele lepiej niż na początku, ale wciąż czuł wobec niego pewien dystans. Nie miał na przykład odwagi, by go poprosić, żeby mu coś przygotował do picia. A te zimowe kompozycje pachniały tak, że nawet przypieczony ser i szynka nie dawały mu rady.
– Ja też herbatę. Robię najlepszą – podsumował Maks i włączył czajnik.
– Słyszałem, że kobiety w Bobrówce próbują odtworzyć twój przepis. Pomarańcze i imbir sprzedają się w delikatesach jak nigdy dotąd.
– Nie ma szans – powiedział Maks. – Ja sam go nie znam. – Uśmiechnął się. – Wrzucam, co mam pod ręką.
– Ale pepperoni to zostaw. – Rafał prawie mu wyrwał plasterek z ręki.
– To akurat chciałem zjeść – zaprotestował Maks i szybko wrzucił sobie kawałek kiełbasy do ust. – Spokojnie – dodał. – Z fachowcem rozmawiasz.
– Ależ wy tu żyjecie… – Wiktor pokręcił głową. – W Krakowie w każdej pizzerii jest taki ruch, że ledwo kelnerzy wyrabiają się na zakrętach. A tu można byłoby szachy wyciągnąć i grać. Lubisz? – zapytał, spoglądając na Maksa.
– Nawet nie pamiętam – odparł chłopak. – Kiedyś grałem z ojcem. Całkiem nieźle mi szło. No, ale potem przestałem.
Odwrócił się. Nagle przypomniały mu się te wszystkie dobre chwile z tatą. Kiedy był młodszy, ojciec stawał na głowie, żeby jakoś się do niego zbliżyć. Ale on był obrażony, zagniewany. Nosił w sobie żal, że tata pozwolił matce odejść.
Było to dla niego jasne, że musiał popełnić jakiś błąd. W przeciwnym razie ona by go nie zostawiła. A może… – przyszło mu nagle do głowy – czasem ludzie po prostu odchodzą bez czyjejś winy? Bo są niedojrzali, za słabi, nie nadają się do życia w rodzinie, w małżeństwie.
Tata był fajny. Ta konkluzja ostatnio coraz częściej przychodziła mu do głowy. Lubili grać w szachy – przypomniało mu się. I teraz pomyślał, że może gdyby wtedy odpuścił i pozwolił sobie po prostu cieszyć się tym, co jest dobre, miałby z tatą całkiem przyjemne chwile. Ale tego nie zrobił. Sam się ukarał za odejście mamy. I przy okazji ojca też.
Zadzwonię dziś do niego – pomyślał. – Zaraz, jak tylko pan Wiktor wyjdzie.
– W domu mojego kuzyna jest fajna skrzynka z szachami – powiedział mężczyzna. – Przyniosę następnym razem. Zagramy. Zobaczymy, czy faktycznie umiesz.
– Proszę mnie nie brać pod włos – odparł szybko Maks. – Bo ja się w takie gierki nie dam wciągnąć. Nie będę się starał ani spinał, żeby pana pokonać.
Przyniósł herbatę do stolika, a jednocześnie pomyślał, że odpali dzisiaj w telefonie jakąś partyjkę ze sztuczną inteligencją, żeby nie dać się temu staruszkowi wykiwać. Skoro zaproponował szachy, to znaczy, że świetnie się na nich zna. Cwana sztuka z niego była, z tego Maks już sobie zdawał sprawę.
– Właściwie to o co poszło z Klarą? – zapytał Wiktor, uparcie trzymając się tego tematu.
Maks obruszył się na to obcesowe pytanie.
Sam chciałbym wiedzieć – pomyślał w pierwszej chwili, ale nie był już w stanie się oszukiwać tak sprawnie, jak jeszcze kilka miesięcy temu.
– Nie ogarnąłem się na czas – powiedział z westchnieniem, siadając przy stoliku. – Nie zauważyłem, z kim mam do czynienia. Wydawało mi się, że jestem mądry. A byłem głupi.
– Bardzo trafna diagnoza jak na tak młodego człowieka – zauważył Wiktor z uznaniem. – Niezwykła – mruknął. – Do mnie w sumie też pasuje co do jednego słowa.
– Możecie sobie ręce podać – wtrącił Rafał. Wyciągnął pizzę i postawił pachnącą na stole. – Panią Łucję znam od dawna – powiedział po chwili. – To taka kobieta, która ma dużo godności. Nie wróci do pana. – Spojrzał na niego z satysfakcją.
Może i był zwykłym kucharzem w niewielkiej pizzerii, która przez większość czasu świeciła pustkami, ale swojej dziewczyny nie stracił. Kochali się. Wyraźnie umiał coś więcej niż inżynier z dużego miasta czy charyzmatyczny motocyklista z tatuażami, dla którego wpadały tutaj młode dziewczyny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki