Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Do trzech razy szczęście - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 kwietnia 2026
3344 pkt
punktów Virtualo

Do trzech razy szczęście - ebook

Po serii skandali i plotek Bobrówka powoli wraca do pozornej normalności, jednak dla trzech kobiet nic nie jest już takie samo. Wszystkie poniosły emocjonalne straty i znalazły się na rozdrożu, zmuszone do podjęcia decyzji, które zaważą na ich dalszym życiu.

Klara, najmłodsza z bohaterek, staje przed trudnym wyborem, czy dać szansę komuś, kto raz już zawiódł. Maks zachowuje się inaczej, ale nie sposób określić, jak trwała jest to zmiana. Łucja, jej babcia, mierzy się z podobnymi wątpliwościami, a jej sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Tylko u Ani, mamy Klary, wszystko układa się dobrze. Ale czy pozorny spokój może być gwarancją stabilnego związku?

Czy uda im się pokonać przeciwności i odważą się otworzyć na szczęście?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-744-6
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Wresz­cie odro­bina spo­koju.

Klara, stu­dentka psy­cho­lo­gii, z powodu licz­nych zawi­ro­wań ser­co­wych i zawo­do­wych, bory­ka­jąca się ze spo­rymi zale­gło­ściami w nauce, roz­ło­żyła się na łóżku. Lap­top, notatki, tele­fon, wygodny dres i chrupki. Zestaw dosko­nały do pracy. Mimo póź­nej pory nie była dziś nawet tak bar­dzo zmę­czona. Czuła, że sporo zrobi.

I wtedy oczy­wi­ście usły­szała dzwo­nek tele­fonu.

– Szlag! – zde­ner­wo­wała się.

Miała ochotę nie ode­brać, ale to był Tomek. On jej ni­gdy nie zawra­cał głowy bez powodu. Zwłasz­cza o takiej porze. Naci­snęła zie­loną słu­chawkę, choć nama­cal­nie wręcz czuła, jak wizja przy­go­to­wa­nych na jutro mate­ria­łów roz­pływa się w powie­trzu.

Ten tele­fon z całą pew­no­ścią zwia­sto­wał kło­poty.

– Klaro… czy możesz przy­je­chać i pomóc mi zamknąć lokal? – usły­szała i bar­dzo ją to zasko­czyło. A ton głosu zanie­po­koił na dobre.

Tomek. Naj­lep­szy pra­cow­nik w kawiarni. Spo­kojny, rze­telny, zawsze punk­tu­alny. Chło­pak, który ni­gdy nie pani­ko­wał, nie skar­żył się ani nie potrze­bo­wał wspar­cia przy tak banal­nych czyn­no­ściach jak wie­czorne poza­mia­ta­nie pod­łogi, pod­li­cze­nie kasy i prze­krę­ce­nie klu­cza w zamku. Zaj­mo­wał się tym od dawna.

– Czy coś się stało? – zapy­tała ostroż­nie, już wie­dząc, że odpo­wiedź jej się nie spodoba.

– Tak… ale nie jestem w sta­nie wytłu­ma­czyć ci tego przez tele­fon – powie­dział sła­bym gło­sem. – Prze­pra­szam, że cię faty­guję. Nie mam do kogo zadzwo­nić. Po pro­stu… mia­łaś rację.

– O rany…

Klara poczuła, jak po ple­cach prze­cho­dzi jej nie­przy­jemne cie­pło, coś pomię­dzy dresz­czem a wyrzu­tem sumie­nia. To była bar­dzo gorzka satys­fak­cja. Taka, któ­rej nikt przy­zwo­ity nie chce czuć. Wola­łaby się mylić. Nie chciała wcale mieć tej cho­ler­nej racji. Sto­kroć lepiej, żeby Tomek zadzwo­nił tylko dla­tego, że zgu­bił klucz albo roz­lał mleko do eks­presu. Zawra­cał głowę głu­po­tami.

Ale to nie on.

Nie miała wąt­pli­wo­ści, że cho­dziło o Julkę. Zła­mała mu serce. Jak nic. Klara zagry­zła wargi. Pierw­sza miłość tra­fiła się temu chło­pa­kowi dość późno. I z wielką siłą go ude­rzyła. Tomek kochał swoją dziew­czynę mocno, ślepo i z pełną ufno­ścią. Naj­wy­raź­niej ten ostatni aspekt wła­śnie upadł i stał się nie­ak­tu­alny.

Wyobra­ziła sobie bez trudu, jak to musiało boleć.

– Zaraz będę – powie­działa szybko, zeska­ku­jąc z łóżka. Już nawet nie spoj­rzała w stronę nota­tek. – Wezmę Ubera – obie­cała. – Dostanę się do cie­bie naj­szyb­ciej jak to moż­liwe.

– Nie masz na niego pie­nię­dzy – bro­nił się słabo.

Ledwo mówił i to Klarę jesz­cze bar­dziej prze­stra­szyło.

– Tomek, aż tak źle nie jest – pocie­szyła go szybko. – Naj­wy­żej popro­szę mamę o „bliczka”. W końcu – dodała z wymu­szo­nym humo­rem – jestem stu­dentką, ten stan ma pewne prawa oraz przy­wi­leje.

– No… dobrze – zgo­dził się po chwili.

Musiał być naprawdę w nie­złym dołku. Tomek bar­dzo oszczę­dzał, sza­no­wał pie­nią­dze i haro­wał jak wół, żeby co mie­siąc dostać odpo­wied­nią wypłatę. Cią­gle jej powta­rzał, żeby nie wyda­wała bez sensu. Oboje star­to­wali w życie na wła­sny rachu­nek, wspie­rał ją.

Ale dziś był w dołku, głę­bo­kim tak, że sam nie umiał się wydo­stać.

Klara zosta­wiła lap­top i papiery roz­ło­żone na łóżku, pobie­gła do przed­po­koju, ubrała się w pośpie­chu, zapi­na­jąc kurtkę jedną ręką, a drugą zama­wia­jąc trans­port. Poga­siła świa­tła i zamknęła drzwi. Chwilę cze­kała na windę, wresz­cie znie­cier­pli­wiła się i ruszyła scho­dami. Gdy zbie­gła na dół, auto już stało.

Uroki miesz­ka­nia w dobrej loka­li­za­cji – pomy­ślała. – Czas dojazdu dwie minuty.

Wsia­dła, zapięła pas. Kie­rowca ruszył.

Nie­po­ko­iła się coraz bar­dziej. Tomek nie nale­żał do tych, któ­rzy bez waż­nego powodu pro­szą o pomoc. To dobry chło­pak. Chyba wła­ści­wie pierw­szy taki naprawdę dobry chło­pak, jakiego spo­tkała, który był jed­no­cze­śnie silny, odpo­wie­dzialny, kon­kretny. Zwy­kle nie ocze­ki­wał opieki, raczej sam ją dawał.

Jesz­cze nie tak dawno chciała, żeby ich rela­cja stała się bliż­sza. By coś się mię­dzy nimi zadziało. I teraz los w swoim prze­wrot­nym poczu­ciu humoru podał jej to na tacy. Ale prze­cież nie o tym marzyła. Nie chciała, żeby Tomek cier­piał. Domy­śliła się, że wyda­rzyło się coś gwał­tow­nego. Wola­łaby raczej reflek­sję, jego wła­sną decy­zję, a nie zła­mane serce.

Sama też nie była w dobrym momen­cie do podej­mo­wa­nia decy­zji związ­ko­wych. Lubiła Tomka coraz bar­dziej, pra­co­wali razem, wspie­rali się. Jed­nak coraz czę­ściej myślała o Mak­sie. I o jego tacie. O tym, jak bar­dzo ten chło­pak się zmie­nił.

Jak to wszystko tak nagle się zaplą­tało? Jesz­cze dwa tygo­dnie temu miała jasność, czego chce, a przede wszyst­kim, czego wola­łaby za wszelką cenę unik­nąć. A teraz głów­nie chaos, brak czasu, wiele myśli naraz.

Czy to wła­śnie była doro­słość? – zasta­no­wiła się przez moment. – Ten czas w życiu, w któ­rym wszystko prze­staje być czarno-białe, a pierw­sze samo­dzielne decy­zje zaczy­nają boleć?

Nie mogła uwie­rzyć, że cał­kiem nie­dawno cho­dziła do liceum. Jej naj­więk­szym zmar­twie­niem była kart­kówka z mate­ma­tyki albo fakt, że kole­żanki nie chciały zapro­sić kogoś na uro­dziny. Ktoś się pokłó­cił, kogoś obga­dał i na tym koń­czył się dra­mat. Wra­cała do bez­piecz­nego domu, gdzie zawsze był obiad, cie­pło, czy­ste ubra­nia, mama i bab­cia gotowe do roz­mowy.

Jak to się mówi, żyła pod kamie­niem. Nie było w jej świe­cie wiel­kich wyzwań. Poja­wiły się dopiero teraz. Za to w spo­rych ilo­ściach. Nie­szczę­śliwa miłość, chora uko­chana bab­cia, nowy zwią­zek mamy, rela­cja z tatą, odna­le­ziona mama Maksa, jego pro­blemy. Stu­dia, które lada moment mogła zawa­lić, koniecz­ność cięż­kiej pracy, opła­ca­nia czyn­szu, samo­dziel­ność, którą wybrała, nie do końca zda­jąc sobie sprawę z tego, co robi.

Jesz­cze nie tak dawno jej serce było spo­kojne niczym jezioro w letni dzień. Nie rwało się do nikogo. Do żad­nego chło­paka z klasy, miesz­ka­ją­cego po sąsiedzku, zna­jo­mego czy choćby idoli z inter­netu. Influ­en­ce­rzy, pio­sen­ka­rze, akto­rzy – nie­któ­rzy ją cie­ka­wili, ale nikt nie zro­bił tak dużego wra­że­nia, by zawład­nąć jej emo­cjami.

I nagle to się skoń­czyło.

Poja­wił się Maks. A wraz z nim sza­leń­stwo. Głu­pota. Pierw­sza miłość. Nie­ważne, jak to nazwać, każde z tych okre­śleń było praw­dziwe. Można powie­dzieć taki pakiet trzy w jed­nym, w pro­mo­cyj­nej cenie. Do tego jesz­cze gra­tis: roz­cza­ro­wa­nie, roz­go­ry­cze­nie i przy­krość. Utrata pracy, impul­sywny wyjazd z domu.

Coraz czę­ściej się ostat­nio zasta­na­wiała, czy przy­pad­kiem nie popeł­niła gdzieś dużego błędu. Ale to nie był moment na wycią­ga­nie wnio­sków. Musiała się otrzą­snąć z tych myśli i sku­pić. Tomek potrze­bo­wał pomocy.

Wysia­dła pod gale­rią. Weszła pospiesz­nie do tunelu pro­wa­dzą­cego na dwo­rzec kole­jowy czynny całą dobę. Sklepy i lokale były już poza­my­kane, świa­tła przy­ga­szone, a echo jej kro­ków brzmiało gło­śniej niż zwy­kle. Kawiar­nia, w któ­rej pra­co­wali, znaj­do­wała się nie­da­leko wej­ścia. Pod­bie­gła do drzwi. Kartka „Zamknięte” wisiała wpraw­dzie, nie zachę­ca­jąc do wej­ścia, ale klucz nie został prze­krę­cony w zamku.

– Hej, Tomek! – zawo­łała cie­płym gło­sem, wcho­dząc do środka.

Rozej­rzała się wokół i poczuła dziw­nie. W lokalu pano­wał chaos. Nie­sprze­dany towar wciąż znaj­do­wał się w gablo­cie, resztki tor­tów i cia­stek zaj­mo­wały też nie­wielką powierzch­nię blatu, nie­umyta kolba eks­presu wyglą­dała nie­este­tycz­nie, a pełna okrusz­ków pod­łoga odstra­szała. Nor­mal­nie Tomek by cze­goś takiego nie zniósł. Zabrałby się do sprzą­ta­nia bez względu na poziom zmę­cze­nia. Czę­sto wyko­ny­wał nawet obo­wiązki, które do niego nie nale­żały, bo lubił, kiedy praca była dobrze wyko­nana.

Co się dzi­siaj tutaj wyda­rzyło?

– Hej, gdzie jesteś?! – zawo­łała raz jesz­cze, już ciszej, z nie­po­ko­jem.

Zaj­rzała na zaple­cze. Nic. Odwró­ciła się i wtedy go zoba­czyła.

Sie­dział przy kasie, na pod­ło­dze. Głowę miał opartą na kola­nach, ramio­nami obej­mo­wał nogi, jakby pró­bo­wał się scho­wać.

Pod­bie­gła do niego.

– Rany, chło­paku… Co się dzieje?! – zawo­łała.

Pogła­skała go po gło­wie i poca­ło­wała w czu­bek wło­sów, zupeł­nie odru­chowo, jakby był małym dziec­kiem.

– Hej… pro­szę cię, pod­nieś głowę. To nie koniec świata. Będzie dobrze – pró­bo­wała go pocie­szać, jak tylko umiała.

Ale mimo wła­snych prze­żyć i odpo­wied­niego, wyda­wa­łoby się, kie­runku stu­diów, nie miała tak naprawdę poję­cia, co mogłoby mu w spo­sób trwały pomóc.

Objęła go mocno i zaczęła deli­kat­nie koły­sać.

– Mój ty bie­daku… już dobrze. Już dobrze – powta­rzała w kółko. Nie wie­działa, czy to się okaże sku­teczne, ale nic innego nie przy­cho­dziło jej do głowy.

Tomek drżał. Wyglą­dało na to, że naprawdę jest w złym sta­nie.

– Haro­wa­łeś tu przez cały czas? – zapy­tała cicho.

– Tak… – Kiw­nął głową. – Dobrze, że dzi­siaj był Maks, przy­naj­mniej przed połu­dniem, bo byśmy sobie nie dali rady.

– Co się stało?

Mil­czał chwilę, jakby zbie­rał siły.

– Dowie­dzia­łem się prawdy – zaczął powoli. – Julka spo­tyka się z jakimś star­szym face­tem. On kupuje jej pre­zenty. Takie praw­dziwe, za więk­sze pie­nią­dze. Zega­rek, torebkę, fir­mowe kosme­tyki. A ja… ja oszczę­dza­łem jak głupi na waka­cje. Upo­lo­wane na jakiejś pro­mo­cji. Czym ja jej chcia­łem zaim­po­no­wać? – zapy­tał gorzko.

Klara poczuła, jak coś ści­ska ją w środku.

– O Boże… Tomek…

W tej samej chwili drzwi się otwo­rzyły.

– Co tu robisz? – zapy­tała Klara, mocno zanie­po­ko­jona na widok wcho­dzą­cego Maksa.

– To moja wina – odparł szybko Tomek. – Do niego też pró­bo­wa­łem się dodzwo­nić, ale nie odbie­rał. Nie wie­dzia­łem, czy dasz radę przy­je­chać. – Spoj­rzał na Klarę. – A serio źle ze mną było. Wciąż chyba jest – uści­ślił.

– Musia­łem się jesz­cze zająć tatą, nie sły­sza­łem tele­fonu – odparł Maks. – Ale jak tylko zoba­czy­łem twoją wia­do­mość, wsia­dłem na moto­cykl. Cały czas dzi­siaj wyda­wało mi się, że coś się złego stało. I widzę, że słusz­nie – dodał, roz­glą­da­jąc się wokół.

Na nim też ten bała­gan zro­bił wra­że­nie, choć zasad­ni­czo nie nale­żał do pedan­tów. Ale już się nauczył, że Tomek pod tym wzglę­dem nie uznaje kom­pro­mi­sów.

– Dobrze, że jesteś – powie­działa Klara, a Maks wyraź­nie się ucie­szył.

– Co się stało? – zapy­tał. – Czemu nie zamy­ka­cie?

– Tomek padł – odparła dziew­czyna.

– Dla­czego nie powie­dzia­łeś, że źle się czu­jesz? – Maks pochy­lił się nad kolegą. Znaj­do­wał się tak bli­sko Klary, że czuła zapach jego dez­odo­rantu. – Dał­bym sobie sam radę. Został­bym dłu­żej.

Tomek tylko pokrę­cił głową.

– Musia­łeś jechać do taty, jest chory, to ważne. Poza tym naj­le­piej wiem, jak ciężko jest tu w poje­dynkę, zwłasz­cza komuś, kto się dopiero uczy.

– Ach! – prych­nął Maks, któ­remu tryb rywa­li­za­cji naj­wy­raź­niej nie wyłą­czał się ni­gdy. – Wcale się nie uczę. Potra­fię sobie pora­dzić i oce­nić sto­pień trud­no­ści. Ale to teraz nie­ważne – zre­flek­to­wał się szybko i spoj­rzał na Klarę. – Trzeba go stąd zabrać – powie­dział do niej. – Musi odpo­cząć.

– Myślę, że do mnie – zde­cy­do­wała dziew­czyna bez chwili namy­słu. – Jest dużo bli­żej niż do niego. Rano przy­je­dziemy razem do pracy. Naj­le­piej wcze­śniej, żeby zdą­żyć tu wszystko ogar­nąć przed otwar­ciem. – Rozej­rzała się wokół.

– Aha… – Maks zaci­snął usta.

Widać było, że spra­wiło mu to ból. Domy­ślił się, że takie roz­wią­za­nie nie poja­wiło się w jej gło­wie po raz pierw­szy. Wyraź­nie miała już opra­co­waną pro­ce­durę na potrzeby noco­wa­nia Tomka. Wyobraź­nia natych­miast mu ruszyła, pod­su­wała obrazy, któ­rych nie chciał oglą­dać. Musiał jed­nak opa­no­wać emo­cje. Gniew i zazdrość mogłyby ponieść go za daleko. A prze­cież nie miał do tego prawa.

Sam się go pozba­wił. I to w tym wszyst­kim było naj­gor­sze. Chciał ją pro­sić, by mu wyba­czyła, dała jesz­cze jedną szansę. Ale to nie był odpo­wiedni moment.

– Chodź – powie­dział zamiast tego. – Pod­nie­siemy go razem. Ty za jedno ramię, ja za dru­gie. Trzy… cztery… – odli­czył.

Dźwi­gnęli go z wysił­kiem. Klara była zasko­czona. Tomek, zawsze silny i odporny, ledwo się trzy­mał na nogach i nie było w tym okre­śle­niu żad­nej prze­sady.

– Boże… on jest naprawdę w złym sta­nie! – zawo­łała. – Może trzeba wezwać pogo­to­wie, zamiast go stąd zabie­rać?

Tomek pokrę­cił głową.

– Nie chcę – zapro­te­sto­wał słabo. – Muszę tylko tro­chę odpo­cząć, chcę być jutro w pracy. Nie mogę jed­nego dnia stra­cić jesz­cze tego.

Klara to dosko­nale rozu­miała. Prze­szła przez takie doświad­cze­nie. Lek­ko­myślna prośba Maksa kie­dyś pozba­wiła ją pracy. Nie­ła­twej, ale o wiele lep­szej niż zasu­wa­nie w kawiarni, w któ­rej teraz się zatrud­niła. Tym samym w ciągu kilku godzin prze­ko­nała się, że chło­pak, któ­remu tak szybko oddała serce, tylko się nią bawił, a z pracy została wyrzu­cona.

Wie­działa, jak to boli, gdy jed­nego dnia wali się za dużo.

– Idziemy – zade­cy­do­wała szybko. Nie sądziła, żeby szef zwol­nił Tomka za pobyt w szpi­talu, ale rozu­miała jego obawy. – Jadłeś coś? – zapy­tała.

– Nie. – Pokrę­cił głową.

– Mam w domu zupę od babci. To ci pomoże – powie­działa.

Spoj­rzała na Maksa ponad głową Tomka.

– Dobrze, że przy­sze­dłeś – podzię­ko­wała mu.

Nie chciała nawet myśleć o tym, że mia­łaby teraz pora­dzić sobie sama. Nie podej­rze­wała, jak bar­dzo jest źle.

Maks ucie­szył się z tej pochwały, choć coś go jed­no­cze­śnie mocno ukłuło w sercu. Prze­czu­cie, że trudne doświad­cze­nie dopiero się zaczyna. Ale póki co musiał się sku­pić na pod­trzy­my­wa­niu Tomka.

– Pocze­kaj, zamknę – powie­działa jesz­cze Klara. – Jutro trzeba będzie przy­je­chać o wiele wcze­śniej, niż mi się wyda­wało, i posprzą­tać – powtó­rzyła swoją pro­po­zy­cję. – Lepiej, żeby szef się nie dowie­dział.

– Ja to zro­bię – obie­cał Maks.

Sporo go to kosz­to­wało. W takim wypadku będzie musiał zosta­wić tych dwoje samych o poranku. I choć nic to nie miało wspól­nego z logiką, bo Klara i Tomek mieli mnó­stwo moż­li­wo­ści, by spę­dzać czas razem, i tak bolało, pie­kło, doku­czało upo­rczy­wie. Trudno mu się było tego uczu­cia pozbyć. Draż­niło jak metka ocie­ra­jąca o skórę, kamyk w bucie, brzę­cząca w nocy mucha. Pozor­nie małe, a nie daje spo­koju.

Marzył o tym, żeby zostać w miesz­ka­niu Klary na noc. Choćby tylko po to, by zyskać pew­ność, że ci dwoje spę­dzili ją osobno.

Wsty­dził się tro­chę tej niskiej zazdro­ści. Widział, że Tomek w tym sta­nie nie sta­nowi żad­nego real­nego zagro­że­nia. Ledwo żył. Był cie­niem samego sie­bie, czło­wie­kiem, który bar­dziej potrze­bo­wał cie­płego koca niż cze­go­kol­wiek innego.

To też jed­nak nio­sło ze sobą zagro­że­nie. Kto wie, jak duże. Maks znał kobiety. Wie­dział, że lubią się opie­ko­wać słab­szymi. A Tomek w tej kate­go­rii zaj­mo­wał wła­śnie bar­dzo wysoką lokatę. I z każ­dym sła­bym kro­kiem, peł­nym cier­pie­nia spoj­rze­niem piął się coraz wyżej.

Na szczę­ście w gale­rii nie było już wielu osób. Ochro­nia­rze gdzieś się zawie­ru­szyli, pew­nie na dru­gim końcu kory­ta­rza. To dobrze, bo widok mło­dych ludzi cią­gną­cych chło­paka, który spra­wiał wra­że­nie, jakby był pod wpły­wem jakichś środ­ków odu­rza­ją­cych, nie wyglą­dał naj­le­piej i mógłby wzbu­dzić nie­po­trzebne zain­te­re­so­wa­nie.

– Naprawdę się mar­twię – powie­działa Klara, idąc tuż obok Tomka i co chwilę spo­glą­da­jąc na jego twarz. Jej brwi ścią­gnęły się w tro­sce, a głos lekko drżał. – Czy on jed­nak nie potrze­buje pro­fe­sjo­nal­nej pomocy?

Maks odwró­cił głowę w jej stronę, sta­ra­jąc się mówić z opa­no­wa­niem, rze­czowo, choć w środku sam czuł nie­po­kój.

– Nie, spo­koj­nie – odpo­wie­dział, uno­sząc dłoń. – Ja to znam. Mój kum­pel też kie­dyś coś takiego prze­ży­wał. Jak mu się do rana nie poprawi, to oczy­wi­ście będziemy reago­wać, ale spró­bujmy naj­pierw domo­wych spo­so­bów.

Zer­k­nął na Tomka, który wyraź­nie się z nim zga­dzał.

– Sen, jedze­nie, cie­pły koc i odro­bina spo­koju – dodał, jakby wyli­czał skład­niki taj­nego prze­pisu. – Jutro będzie może nie cał­kiem jak nowy, ale z dużym praw­do­po­do­bień­stwem w lep­szym sta­nie.

– Ja mam rano zaję­cia – powie­działa Klara z waha­niem, przy­gry­za­jąc wargę. – Ale przy­wiozę go do kawiarni, a potem przy­jadę, jak tylko będę mogła naj­szyb­ciej. Naj­wy­żej zerwę się z dwóch ostat­nich wykła­dów.

– Nie rób tego – zapro­te­sto­wał Maks. – Dam sobie radę. Zostań na uczelni, przyj­dziesz po połu­dniu, zgod­nie z pla­nem – dodał. – Ja mam nawet pomysł, jak sobie z waszym cha­osem pora­dzić na dłuż­szą metę. Prze­cież nie może tak być, że dwie osoby cią­gną kawiar­nię otwartą od szó­stej rano do dwu­dzie­stej dru­giej, z week­en­dami włącz­nie.

Spoj­rzała na niego z lek­kim zdzi­wie­niem.

– Pomy­sły szybko przy­cho­dzą ci do głowy – zauwa­żyła, uno­sząc kącik ust.

– Zawsze tak mia­łem – odpo­wie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Tylko teraz dla odmiany są dobre. I to jest ta róż­nica.

Zapa­dła krótka cisza. Klara jakby przy­po­mniała sobie coś waż­nego.

– A jak się czuje twój tata? – zapy­tała ciszej, ostroż­nie.

Maks odwró­cił wzrok.

– Mówi, że dobrze – odpo­wie­dział po chwili. – Ale nie wiem, czy to prawda.

– Prze­pro­wa­dzasz się teraz do niego? – dopy­tała.

– Tak. – Kiw­nął głową. – Jesz­cze nie zabra­łem wszyst­kich rze­czy z Bobrówki, ale dzi­siaj jadę do domu na noc. – Zawa­hał się. Szybko wyczuł oka­zję. – Chyba że chcesz, żebym został – dodał niby mimo­cho­dem, choć serce zabiło mu szyb­ciej. – Pomogę ci przy Tomku. Nie wia­domo, co będzie w nocy. A tata i tak pew­nie od razu zaśnie i nie obu­dzi się do rana. Ostat­nio tak ma.

Bar­dzo chciał u niej zostać. Ale Klara na razie mil­czała.

– Pro­szę – powie­dział ciszej, nie­mal bła­gal­nie. – Położę się na pod­ło­dze. Nie potrze­buję wiele. Za to mam spore doświad­cze­nie w opie­ko­wa­niu się kum­plami w kry­zy­sie uczu­cio­wym.

Tomek zaci­snął usta i nie sko­men­to­wał tego.

Klara spoj­rzała na Maksa uważ­nie.

– Znasz to tylko z doświad­cze­nia kole­gów? – zapy­tała. – A ty ni­gdy nie cier­pia­łeś z powodu miło­ści?

Pyta­nie było pod­chwy­tliwe. Maks aku­rat popra­wiał ramię Tomka, bo pro­wa­dze­nie go oka­zało się wyczer­pu­ją­cym zaję­ciem, choć kolega sta­wiał kroki coraz pew­niej. Wie­dział, że musi uwa­żać, co odpo­wie.

– Do momentu, kiedy przy­je­cha­łem do Bobrówki… ni­gdy – powie­dział szcze­rze po chwili namy­słu.

– Mia­łeś prze­cież wiele dziew­czyn – zauwa­żyła.

– No nie prze­sa­dzajmy – odpo­wie­dział szybko, pró­bu­jąc roz­ła­do­wać napię­cie. – Aż taki popu­larny nie byłem. Do pełni suk­cesu bra­ko­wało mi kasy – przy­znał się. – W moim daw­nym śro­do­wi­sku liczyło się ryzyko, zabawa i wyniki nie­le­gal­nych wyści­gów, ale wystar­czyło kilka tygo­dni zna­jo­mo­ści z jakąś dziew­czyną, żeby się oka­zało, że na dłuż­szą metę jed­nak potrzebne są więk­sze pie­nią­dze.

– W jakim świe­cie my żyjemy? – ode­zwał się nagle Tomek. Przy­pad­kowo poru­szony temat tra­fił w jego czuły punkt. – Nie ma już nor­mal­nych dziew­czyn? Miło­ści, sta­łych związ­ków, przy­jaźni? Nie liczy się cha­rak­ter, wspól­nie spę­dzany czas, lojal­ność, czu­łość?!

Chło­pak wyraź­nie oprzy­tom­niał. Być może wpływ na to miało chłodne powie­trze, bo wła­śnie wyszli na zewnątrz, a może słowa Maksa, mocno doty­ka­jące jego naj­bo­le­śniej­szego miej­sca.

– Jedziesz do Klary, szczę­ścia­rzu, więc nie narze­kaj. – Maks wycią­gnął swoje ramię i poma­so­wał. – Możesz już iść sam – oce­nił i prze­su­nął go nieco w bok, by Klara też już nie musiała go pod­trzy­my­wać.

Dziew­czyna tylko się uśmiech­nęła. Nie włą­czyła się do roz­mowy.

– Skoro już ci tro­chę lepiej – dodał Maks. – To pocze­kaj tutaj, sko­czę po obwa­rzanka i dużą butelkę Coli. Tro­chę cię wzmocni na czas drogi.

Pobiegł szybko w stronę wózka z naj­słyn­niej­szymi kra­kow­skimi wypie­kami i zaraz wró­cił.

– Pij – zachę­cił, odkrę­ca­jąc butelkę. – To ci pomoże.

– Dzięki – odpo­wie­dział Tomek, po czym łap­czy­wie zaczął pić i jeść. Wyraź­nie coś się w nim odblo­ko­wy­wało.

Prze­żu­wał z tru­dem. Potem znowu napił się Coli, kolejny raz ugryzł obwa­rza­nek. Z każ­dym kro­kiem sta­wał się sil­niej­szy.

Ale Klara miała wra­że­nie, że im bar­dziej wraca mu przy­tom­ność, tym wyraź­niej­szy nie­stety staje się też jego smu­tek. Jedze­nie wzmac­niało ciało, ale kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią szko­dził psy­chice. Wszystko do niego docie­rało od nowa.

– Nie wiem, jak to zro­bić – stwier­dził nagle, zre­zy­gno­wany. – Ledwo żyję. Rozu­miem, że macie sporo racji, może nie powi­nie­nem iść jutro do pracy, ale na myśl o tym, że miał­bym zostać sam w miesz­ka­niu… mam wąt­pli­wo­ści. I to spore.

Klara spoj­rzała na Maksa, jakby szu­ka­jąc potwier­dze­nia.

– Zoba­czymy – powie­dział chło­pak spo­koj­nie. – Na razie plan jest taki: tram­waj, zupa, prysz­nic i spa­nie. A rano… nie wiem, będziemy wtedy decy­do­wać.

Dotarli na przy­sta­nek. Mieli szczę­ście, bo tram­waj pod­je­chał nie­mal od razu.

Klara pomy­ślała, że Maks jest rzad­kim przy­pad­kiem czło­wieka, który naprawdę się zmie­nia. Stu­dio­wała psy­cho­lo­gię i ten temat ją fascy­no­wał. Przy­po­mniały jej się słowa spe­cja­listki z wykładu: że czło­wiek zwy­kle nie „jest jakiś”, tylko „bywa jakiś” w róż­nych życio­wych sytu­acjach, a poje­dyn­czy błąd nie defi­niuje go na zawsze. Dopiero gdy coś się powta­rza, zwłasz­cza świa­do­mie, można powie­dzieć, że jest to stała cecha cha­rak­teru.

Maks wycho­dził na pro­stą. U niego wszystko było wyra­zi­ste. Kiedy popeł­niał błędy, to poważne, a gdy robił coś dobrego, to ze świet­nymi efek­tami.

Mama byłaby z niego dumna – pomy­ślała nagle.

Ostat­nio czę­sto jej się to zda­rzało. Ta kobieta miała w sobie nie­od­party urok. Jedna roz­mowa spra­wiła, że Klara jej kibi­co­wała, choć znała histo­rię opusz­czo­nego męża, a co naj­gor­sze – kil­ku­let­niego synka. Nie sądziła, by było praw­do­po­dobne, że Maks poczuje to samo, będzie chciał jej wyba­czyć. Rozu­miała jego cier­pie­nie, a jed­nak było jej przy­kro, że tych dwoje nie dosta­nie szansy, żeby coś napra­wić. Zwłasz­cza że mogliby sobie nawza­jem pomóc.

Ale tak daleko prze­miana Maksa raczej nie poszła. Jego żal do mamy wciąż był prze­ogromny.

W tram­waju posa­dzili Tomka pod oknem. Klara i Maks stali nad nim, trzy­ma­jąc się uchwy­tów. Koły­sało nimi w różne strony.

Dla Maksa było to trudne doświad­cze­nie. Zbli­żał się do dziew­czyny, którą wciąż kochał, odda­lał, znowu przy­bli­żał. Czuł zapach jej per­fum i cie­pło policzka, po czym gwał­towny chłód i dystans. Nie wie­dział już, czy wolałby być teraz w domu, czy jed­nak tak się męczyć, ale choć przez chwilę być z nią.

Tęsk­nił. I to uczu­cie było dla niego nowe. Nie radził sobie. Pró­bo­wał zapo­mnieć, zadep­tać, zagłu­szyć czymś innym, ale nie dzia­łało.

Klara! Coś ty mi zro­biła? – pomy­ślał, kiedy na kolej­nym zakrę­cie znowu prze­su­nął się w jej stronę.

Nie znał odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Nie była pierw­szą dziew­czyną, która mu się spodo­bała, ale żadna inna ni­gdy tak bar­dzo nie zapa­dła mu w serce. Zmie­niał się także dla niej, choć nie miał żad­nej gwa­ran­cji, że ona to w jaki­kol­wiek spo­sób zauważa. Robił to także dla taty. Nagle oka­zało się, że ma wokół sie­bie osoby warte kocha­nia. Nie zamie­niłby tego na poprzed­nią pustkę. Za nic nie chciałby wró­cić do życia, które kie­dyś tak mu się podo­bało.

Nie sko­czyłby już na moto­cy­klu. Nie zary­zy­ko­wał.

Zamy­ślił się. Nawet nie wie­dział, że Klara uważ­nie mu się przy­gląda.

Po dwu­dzie­stu minu­tach wysie­dli. Tomek czuł się już tro­chę lepiej. Szedł samo­dziel­nie, ale był bar­dzo smutny i mil­czący. Po chwili weszli wszy­scy do miesz­ka­nia Klary. Maks był tu pierw­szy raz i spodo­bało mu się już po pierw­szym kroku. Nie­wiel­kie, dwu­po­ko­jowe lokum spra­wiało przy­tulne wra­że­nie. Wszę­dzie pano­wał porzą­dek. Nie był zasko­czony. Wła­ści­ciel wsta­wił tu wpraw­dzie naj­tań­sze meble, jak to zwy­kle bywa w wynaj­mo­wa­nych loka­lach, ale Klara wnio­sła tu coś znacz­nie cen­niej­szego.

Cie­pło.

A ono było warte wię­cej niż dro­gie mate­riały i wymyślne deko­ra­cje.

W miesz­ka­niu pano­wał przy­jemny pół­mrok. Na kana­pie leżał miękki koc, obok poduszka, a na sto­liku stała doniczka z kwiat­kiem zadba­nym i żywym, nie tak jak u Maksa, gdzie nic nie zdo­łało prze­trwać. Na ścia­nie wisiał obraz, który chło­pak natych­miast roz­po­znał, przed­sta­wiał rynek w Bobrówce.

Pew­nie Klara przy­wio­zła go z domu – pomy­ślał. – Dzięki temu wszystko wyda­wało się bar­dziej zna­jome.

Na pół­kach w pokoju stały książki, a w kuchni równo usta­wione jasno­zie­lone kubki zachę­cały, by napić się cze­goś cie­płego.

Tomek znik­nął w łazience, a oni zakrząt­nęli się wokół posiłku. Klara wycią­gnęła zupę z lodówki, Maks pomógł jej odkrę­cić słoik. Wspól­nie prze­lali ją do garnka, a potem pocze­kali, aż się pod­grzeje. Mil­czeli oboje. Chło­pak bał się powie­dzieć cokol­wiek, żeby nie zepsuć nie­po­trzeb­nym sło­wem tej dobrej atmos­fery wspól­nego dzia­ła­nia. Lek­ko­ści, która poja­wiła się mię­dzy nimi pierw­szy raz od ich roz­sta­nia.

Spoj­rzał na Klarę. Przy­po­mniał sobie, jak jesz­cze kilka tygo­dni temu jeź­dziła do niego. Był wtedy taki pewny sie­bie, trak­to­wał ją z góry, gotów wyko­rzy­stać jako kolejną przy­godę, chwi­lową roz­rywkę, nic nie­zna­czącą rela­cję, która tylko miała wypeł­nić mu czas i pod­bu­do­wać ego.

Teraz wszystko wyglą­dało ina­czej. Nabrał respektu, nie tylko wobec niej jako dziew­czyny, która umiała posta­wić jasną gra­nicę, lecz także wobec życia jako takiego, bo nagle poznał jego twardą naturę. Spo­kor­niał w sto­sunku do emo­cji i uczuć, a przede wszyst­kim oko­licz­no­ści zewnętrz­nych, na które ludzie nie zawsze mają wpływ. A jeśli ktoś chce prze­trwać, musi liczyć się z kru­cho­ścią życia, cho­ro­bami i trud­no­ściami, które spa­dają na ludzi znie­nacka. Bez żad­nej ich winy.

Wiele się zmie­niło. Wypa­dek, który spra­wił, że Maks wyle­ciał z moto­cy­kla daleko na pobo­cze i padł na trawę, był sym­bo­licz­nym zna­kiem gwał­tow­nego wyrzu­ce­nia go z daw­nego świata. Zasady, które nim rzą­dziły przez wiele lat, spo­sób myśle­nia, naiwna pew­ność sie­bie – prak­tycz­nie nic z tego nie zostało.

Ale jedno się nie zmie­niło, wie­dział, że nie chce tak żyć – tylko etat, harówka wiele godzin, a potem powrót do domu i rege­ne­ro­wa­nie sił do dal­szego zasu­wa­nia. Marzył o czymś wię­cej, bra­ko­wało mu jed­nak pomy­słu, jak to wpro­wa­dzić w życie.

– Hej, zupa podana! – zawo­łała Klara.

Usie­dli razem przy stole. Maks, spo­glą­da­jąc na bladą twarz Tomka, wlał mu dodat­kową cho­chlę.

– Będzie dobrze, chło­pie – powie­dział, sta­ra­jąc się, by jego głos niósł choć tro­chę otu­chy. – Widzia­łem to wiele razy. Naj­waż­niej­sze teraz to zadbać o sie­bie.

Tomek wzru­szył ramio­nami.

– Nie wiem, o czym mówisz – wymam­ro­tał. – Ja tu na nic nie mam wpływu. Julka pod­jęła decy­zję, nie pyta­jąc mnie o zda­nie – dokoń­czył gorzko.

– Ile siły chcesz prze­zna­czyć na roz­pa­cza­nie i roz­pa­mię­ty­wa­nie? – zapy­tał Maks łagod­nie, kła­dąc rękę na jego ramie­niu. – Zasta­nów się nad tym, jak dużo rze­czy­wi­ście warto w to wkła­dać. A potem spró­buj zaan­ga­żo­wać taką samą ilość ener­gii w sie­bie. Śpij, jedz, prze­czy­taj coś faj­nego, idź na spa­cer, naucz się cze­goś. Ładuj swoje aku­mu­la­tory.

Klara spoj­rzała na niego z podzi­wem i lek­kim zdzi­wie­niem.

– Skąd ty wiesz takie rze­czy? – zapy­tała cicho.

– Z twar­dej szkoły życia – odparł. – Z błę­dów wła­snych i rodzi­ców. Obojga.

Klara zamarła. Temat jego mamy tro­chę jej cią­żył. Nie wie­działa, w jaki spo­sób przy­znać się do tego, że ją poznała. To chyba nie był odpo­wiedni moment. Ale czuła, że jeśli będzie za długo zwle­kać, Maks może mieć do niej żal. Cał­kiem słuszny.

– Tak – dodał chło­pak, uśmie­cha­jąc się lekko. – Twarda szkoła życia uczy cza­sem wię­cej i szyb­ciej niż psy­cho­lo­gia, choć oczy­wi­ście nie wąt­pię, że twoje stu­dia są świetne – zastrzegł się od razu. – Szcze­rze mówiąc, chęt­nie posłu­chał­bym jakie­goś wykładu. Może ktoś by mi udzie­lił odpo­wie­dzi, czemu życie jest takie skom­pli­ko­wane.

Tomek pod­niósł głowę znad tale­rza z zupą.

– Też bym chciał wie­dzieć – zgło­sił się. – Bo na razie jedyne, czego jestem pewien, to faktu, że ta zupa jest naprawdę prze­pyszna – powie­dział. – Daje moc.

– Nie wiem, czy byście się nie roz­cza­ro­wali – odparła Klara, marsz­cząc brwi. – Takich osta­tecz­nych odpo­wie­dzi chyba na żad­nej uczelni nie ma. Przy­naj­mniej ja na razie nie zna­la­złam. Ale na pewno wiele cie­ka­wych rze­czy można usły­szeć.

– To co, odpo­czy­wamy przed jutrem? – Tomek wstał i odniósł talerz do zlewu. Tro­chę odżył. – Idę rano do pracy. I tak nie wytrzy­mam sam.

– No dobrze – zgo­dził się Maks. – Jedziemy w takim razie do kawiarni razem, naj­wcze­śniej, jak tylko nam się uda zwlec, a Klara na uczel­nię. Kur­czę, ni­gdy nie sądzi­łem, że zacznę kogoś gonić do nauki. – Uśmiech­nął się do dziew­czyny. – Ale tak trzeba.

Klara zawa­hała się, ale nie zdą­żyła zare­ago­wać. W tej samej bowiem chwili zadzwo­nił tele­fon.

– Tata – powie­dział cicho Maks. – Cze­kaj­cie, muszę ode­brać.

Wstał od stołu. Wyglą­dał na prze­stra­szo­nego. Serce Klary zadrżało. Ten bez­czelny, pewny sie­bie chło­pak, który jesz­cze nie tak dawno niczego się nie bał, teraz wstrzy­my­wał oddech, uważ­nie słu­chał, kiwał głową i mówił tylko: „okej, okej”.

Roz­łą­czył się.

– Muszę jechać – powie­dział cicho, a Klara od razu podą­żyła za nim do przed­po­koju. – Ale wrócę tu, jak tylko będzie to moż­liwe. Szkoda, że moto­cykl został pod gale­rią. Będzie trud­niej, jed­nak nic się nie martw, pora­dzę sobie.

Nie wie­dział, czy się o niego nie­po­koi, chciał, żeby tak wła­śnie było.

– Co się stało? – zapy­tała, a on poczuł, jak napię­cie tro­chę go opusz­cza. Nie był sam i to mu spra­wiało wielką ulgę, nawet jeśli tro­ska Klary miała się oka­zać czy­sto przy­ja­ciel­ska.

– Tata okrop­nie źle się czuje po tej cho­ler­nej che­mii – odpo­wie­dział cicho. – A za dwa tygo­dnie następna. Muszę dopro­wa­dzić go do dobrego stanu. Nie możemy tego prze­rwać. Kiedy tylko zaśnie, popro­szę sąsiadkę, żeby przy nim posie­działa. Ona się zawsze cie­szy, jak może pomóc. Star­sza pani, samotna, chce być potrzebna.

– Szkoda, że nie młod­sza i ładna. – Klara uśmiech­nęła się smutno. – I naprawdę nie musisz tu wra­cać po nocy. Prze­cież my sobie dosko­nale damy radę.

– To mnie naj­bar­dziej mar­twi. – Spoj­rzał jej w oczy.

Cof­nęła się o krok. Nie była gotowa o tym roz­ma­wiać.

– Rozu­miem cię – powie­działa szybko. – Gdy­byś potrze­bo­wał pomocy w spra­wie taty, to mów – wró­ciła od razu do poprzed­niej kwe­stii, o wiele bez­piecz­niej­szej.

– Może się tak zda­rzyć. – Przy­su­nął się do niej bli­żej. Tak bar­dzo chciał ją teraz objąć, że aż się wystra­szył siły tego pra­gnie­nia. – Tak – potwier­dził. – To cał­kiem praw­do­po­dobne, że wspar­cie się przyda – dodał. Nie zamie­rzał rezy­gno­wać z takiej szansy, skoro Klara sama to zapro­po­no­wała.

Długo cze­kał, wytrzy­my­wał jej odmowę i mil­cze­nie. Brak odpo­wie­dzi na wia­do­mo­ści. Komen­ta­rze zna­jo­mych, że już po wszyst­kim, ta dziew­czyna nie da mu dru­giej szansy. Para­dok­sal­nie była spo­śród wszyst­kich, z jakimi kie­dy­kol­wiek się spo­ty­kał, tą, którą skrzyw­dził naj­mniej.

Może nie powie­dział jej wszyst­kiego o sobie, ale to prze­cież żadna zbrod­nia na początku rela­cji. Pewne bar­dzo oso­bi­ste zwie­rze­nia poja­wiają się zwy­kle dopiero z cza­sem, gdy ludzie nabiorą do sie­bie zaufa­nia. Okła­mał ją, to fakt, ale nie w istot­nej spra­wie. Ow­szem tro­chę zlek­ce­wa­żył, nie znał jej za dobrze, nie­pra­wi­dłowo osza­co­wał jej cha­rak­ter i wyjąt­ko­wość. Głów­nie z tego powodu, że ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał takiej osoby. To też jed­nak nie była aż taka prze­wina. Ludzie się zdra­dzają, okła­mują, zosta­wiają bez słowa, mani­pu­lują, wyko­rzy­stują…

Ale Klara miała inne stan­dardy. Zosta­wiła go i nie umiał sobie z tym pora­dzić.

– Naprawdę mogę zadzwo­nić, jeśli pojawi się pilna potrzeba? – upew­nił się jesz­cze.

Kiw­nęła głową. A wtedy nie wahał się już ani chwili. Pod­szedł do niej bli­sko i mocno ją objął. Zasko­czona Klara pod­dała się temu gestowi. Uznała, że to przy­ja­ciel­ski uścisk. Ale szybko się zorien­to­wała, że każdy bliż­szy kon­takt z Mak­sem jest jed­nak nie­bez­pieczny. W jego ramio­nach było coś pocią­ga­ją­cego, uza­leż­nia­ją­cego. Jesz­cze chwila i nie będzie umiała się temu oprzeć.

– W razie czego dawaj znać – powie­działa, po czym szybko się wyplą­tała z objęć Maksa i poszła do kuchni.

Sie­dział tam chło­pak, który naprawdę potra­fił kochać. Dla Tomka miłość do jego dziew­czyny była całym świa­tem, nie kolejną próbą, zabawą ani grą, lecz czymś naprawdę waż­nym: dobrym, uczci­wym, trans­pa­rent­nym. Uści­snęła jego ramię.

– Połóż się – powie­działa ser­decz­nym tonem. – Rano cię obu­dzę.

Ucie­szyła się, że nie widział sceny w przed­po­koju. Sta­nął pod oknem, ści­ska­jąc w dło­niach szklankę z wodą, ale chyba nie upił nawet łyka. Wciąż była pełna. Patrzył w dal, ale pew­nie nie dostrze­gał żad­nych real­nych szcze­gó­łów kra­jo­brazu. Męczyły go wspo­mnie­nia. Znała to.

– Chodź. – Poło­żyła mu dłoń na ramie­niu. – Potrze­bu­jesz odpo­cząć.

Uści­snął jej rękę, a potem gwał­tow­nie się obró­cił. Objął ją mocno. Klara aż wstrzy­mała oddech. Doświad­czała tego gestu drugi raz w ciągu kilku minut. Teraz czuła się jed­nak cał­kiem ina­czej. Spo­koj­nie i bez­piecz­nie.

Tego wła­śnie szu­kała i wyglą­dało na to, że życie samo pod­po­wia­dało jej odpo­wied­nią drogę.

Zaczęli się przy­go­to­wy­wać do snu. Oboje ledwo się trzy­mali na nogach.ROZDZIAŁ 2

Następ­nego ranka Damian, tata Klary, obu­dził się bar­dzo wcze­śnie. Była czwarta, czas tuż przed świ­tem, ptaki śpie­wały jak osza­lałe, wio­sna nad­cho­dziła wiel­kimi kro­kami, a na zewnątrz robiło się przy­jem­nie cie­pło.

Ale to nic nie zna­czyło wobec faktu, że czuł się tak szczę­śliwy jak chyba ni­gdy dotąd. Przy­tu­lał kobietę, która poja­wiła się w jego życiu zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie. A co naj­bar­dziej zaska­ku­jące – zda­wała się rozu­mieć i akcep­to­wać wszystko.

Olga oka­zała się cudem, któ­rego nie spo­dzie­wał się doświad­czyć.

Nie znali się długo, ale wie­dzieli o sobie bar­dzo dużo, zwłasz­cza o tych naj­bar­dziej trud­nych momen­tach z życia, które zwy­kle ukrywa się na początku rela­cji. O swo­ich błę­dach, pomył­kach, złych decy­zjach.

– Hej! – ode­zwała się, odwra­ca­jąc powoli w jego stronę. Wyczuła, że on już nie śpi. Tak mają tylko ludzie, któ­rzy się bar­dzo i szcze­rze kochają. Są na sie­bie nawza­jem wyczu­leni. – Dzień dobry – dodała cie­pło. – Jak ci się spało w moim miesz­ka­niu?

– Dosko­nale – odpo­wie­dział. – Aż się boję uwie­rzyć, że to się naprawdę dzieje. – Uśmiech­nął się i spoj­rzał na nią. Podo­bała mu się taka zaspana, z roz­bu­rzoną fry­zurą, bez maki­jażu, ale za to z poran­nymi rumień­cami.

– Czemu się boisz? – Pogła­skała go, a potem wsu­nęła mu palce we włosy i podra­pała go po karku. Lubił to. – Wszystko dzieje się naprawdę – dodała.

– Zwy­kle kobiety, kiedy dowia­dy­wały się, jaką mam pracę, jak żyję, szybko odcho­dziły. – Wes­tchnął, a potem przy­mknął oczy. – Nie udało mi się ni­gdy stwo­rzyć niczego trwa­łego. Cza­sem myślę o tym, jak wiele nie­faj­nych rze­czy działo się w moim życiu, jaki byłem głupi.

– Nie­któ­rzy też byli bar­dzo głupi. – Olga zare­ago­wała od razu.

Także nosiła w sobie cięż­kie, gry­zące wyrzuty sumie­nia, zwłasz­cza wobec Maksa, syna, któ­rego kie­dyś zosta­wiła i nie umiała wró­cić, aż stało się to za trudne, być może teraz cał­kiem już nie­moż­liwe. To cią­gle bolało.

– Nie licy­tuj się znowu. – Roze­śmiał się i poca­ło­wał ją. – Dobrze wiesz, że pod wzglę­dem życio­wych kata­strof oboje mamy nie­złe osiągi. Ale są i tego dobre strony, teraz jeste­śmy mądrzy, nie tylko starsi jak wiele osób.

Przy­tu­liła się do niego i wes­tchnęła.

– Też mi z tobą dobrze – powie­działa, prze­cią­ga­jąc się powoli. – Tak tu cie­pło, miękko i bez­piecz­nie. Nie mam poję­cia, jak się stąd wydo­sta­niemy, żeby pójść do pracy. Wiem już. Nie zro­bimy tego! – pod­dała się spek­ta­ku­lar­nie.

– Zga­dzam się. – Damian na samą myśl o wsta­wa­niu też czuł opór. – Przy­tulę cię mocno i zosta­niemy tu na zawsze. Powiedz sama, czy to nie jest ide­alne miej­sce do życia? Takie fajne łóżko, dosko­nałe towa­rzy­stwo. Czego chcieć wię­cej?

– Ja jestem tro­chę głodna – przy­znała Olga.

– Nie mów, że możesz myśleć o jedze­niu w tak roman­tycz­nym momen­cie? – obu­rzył się. – A podobno to my, męż­czyźni, jeste­śmy przy­ziemni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij