Do zobaczenia w Marsylii - ebook
Opowieść o kobietach, które próbują zrozumieć własną historię, choć ta od dawna jest zapomniana. O przyjaźni – pięknej i trudnej. O miłości – niosącej zarówno ukojenie, jak i ból. O tarocie, który nie przepowiada przyszłości, lecz odbija to, czego nie da się już cofnąć.
Niektóre historie zaczynają się od miłości. Inne od tajemnicy, której nikt nie miał prawa odkryć.
Joanna i Michalina – kuzynki tak różne, jakby łączyło je jedynie nazwisko. Jedna zamknięta w sobie, pełna lęku i niewypowiedzianych żalów. Druga odważna, bezkompromisowa, gotowa szukać prawdy tam, gdzie inni wolą odwrócić wzrok. Po śmierci babci Wandy, znanej olsztyńskiej tarocistki, otrzymują list i zagadkowe wskazówki prowadzące aż do Marsylii. To tam kryje się sekret, który przez lata spoczywał w cieniu milczenia.
W centrum tej tajemnicy stoi Eugenie – młoda Francuzka, która zakochała się w polskim malarzu. Ich namiętność szybko przerodziła się w dramat.
Zdrada, zazdrość i nieodwracalne wybory poprowadziły Eugenie aż na Wołyń, gdzie odkryła prawdę o swojej rodzinie i o zbrodni popełnionej z miłości. Zbrodni, która odcisnęła piętno na kolejnych pokoleniach.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-481-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
SŁOŃCE
Jedna z najbardziej znanych kart Tarota, określana także jako Sol lub Pan Ognia. W jej centrum znajduje się wizerunek Słońca, a tuż pod nim widnieje wspaniały ogród pełen kwiatów, gdzie bawi się dwoje małych dzieci. Zamiast nich czasem pokazani są kobieta i mężczyzna. Karta Słońca uważana jest za dobrą wróżbę. Oznacza szczęście, szczerą przyjaźń i zaufanie. Może mówić także o beztroskim dzieciństwie. Jednak w odwróconym położeniu ma przeciwne znaczenie. Jest znakiem samotności i odrzucenia.
Cisza otulała swoją wszechwładną obecnością pokój, w którym siedziała Michalina. Zaglądała w każdy kąt, wypełniała wszystkie puste przestrzenie.
Dziewczyna wyjątkowo doceniała takie wieczory jak ten. Lubiła siedzieć bez ruchu na kanapie i spoglądać w zasłonięte okna. Specjalnie je tak zostawiała, żeby ograniczyć dopływ rażących promieni słonecznych. A mijał właśnie jeden z tych upojnych letnich wieczorów, kiedy to słońce chyliło się ku zachodowi, komary brzęczały nad położonym nieopodal Jeziorem Długim, zza gęstych krzewów okalających plażę dało się usłyszeć dziecięcy beztroski śmiech, a czas płynął tylko w znanym sobie rytmie.
Michalina lubiła przymykać powieki w tym słonecznym półmroku i wsłuchiwać się w ciszę. W końcu to ona przez większość życia była jej najwierniejszą towarzyszką.
Cisza i Michalina nie przeszkadzały sobie wzajemnie, nauczyły się ze sobą żyć, nic od siebie nie żądać i trwać w nadziei, że zdarzy się coś wyjątkowego, co chociaż na krótki moment je rozdzieli.
Nie było takich chwil jednak zbyt wiele, a nawet jeśli się zdarzały, trwały zbyt krótko, by móc się nimi cieszyć, a potem do nich tęsknić.
Kilka sekund później nadszedł niespodziewanie jeden z takich momentów. Jak zwykle zbyt gwałtownie i nazbyt nagle.
Po całym salonie roznosił się dźwięk telefonu, leżącego na stoliku nocnym znajdującym się nieopodal Michaliny i nieznośnie wibrował.
Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na wyświetlacz smartfona, nie lubiła rozmawiać przez telefon. Na szczęście tym razem dzwoniła jej jedyna kuzynka, która teraz wyświetlała się jako „Aśka”_._ Michalina odetchnęła z ulgą. Chwyciła komórkę w dłoń.
– Miśka! Halo! – krzyknęła radośnie kobieta po drugiej stronie.
– No cześć, cześć… – odparła nieśmiało, chociaż na jej twarzy zakwitł uśmiech.
– No co tam, moja droga? Dawno żeś się nie odzywała, kobieto! – Roześmiała się, a Michalina dokładnie w tym momencie oczami wyobraźni zobaczyła jej zaróżowioną twarz.
– A nic… Jakoś tak przyjechałam do Olsztyna i nic nie robię. – Tym razem Miśka zaśmiała się nerwowo, bo zdała sobie sprawę, jak głupio brzmiała jej wypowiedź. Jakby była nudna. No bo chyba taka właściwie była.
– No widzisz! To akurat jak zawsze dzwonię do ciebie we właściwym momencie! – stwierdziła. – Przyjdziesz do mnie wieczorem na winko?
Michalina milczała przez chwilę, bo z jednej strony propozycja spędzenia czasu z kimś innym niż sama ze sobą wydawała się jej kusząca, z drugiej zaś – musiałaby się lepiej ubrać, umalować, a przynajmniej umyć włosy.
– Żyjesz tam? – Z zamyślenia wyrwał ją głos rozbawionej kuzynki.
– A… – bąknęła. – Tak, żyję.
– To jak? Przyjdziesz do nas wieczorem, Miśka? Powróżymy sobie z Tarota, zjemy chipsy… Fajnie będzie – skwitowała.
Na samą myśl o kartach Tarota Michalina poczuła nieprzyjemny dreszcz przechodzący jej po plecach. Temat kart z dziwnymi symbolami przewijał się w ich rodzinie, odkąd pamiętała. Jakieś strzępki urwanych rozmów, nawiedzające ją w koszmarach narysowane postaci, których twarze niewiele wyrażały.
Z czasem, gdy stawała się starsza, zaczynała się zastanawiać, jak z tych obrazków można cokolwiek wyczytać. Przecież niezależnie, kto przychodził odczytać z kart swoją przyszłość, ilustracje pozostawały takie same, nie dopasowywały się do losu odbiorcy jak w szklanej kuli.
– A twoja babcia będzie nam wróżyć? – zapytała, bo właśnie zarówno w ich rodzinie, jak i w całym mieście nikt inny nie cieszył się taką sławą tarocistki jak Wanda Świerczyńska.
– Babcia Wanda dziś nie na chodzie – powiedziała półgłosem, zapewne dlatego, żeby siedząca w sąsiednim pokoju staruszka tego nie usłyszała. Kobieta, mimo iż liczyła już sobie ponad dziewięćdziesiąt pięć lat, wciąż uważała się za rezolutniejszą i sprawniejszą od niejednej dwudziestolatki. – Ale ja ci powróżę! I sama sobie postawię karty. Także no… Dobrze będzie! – Zaśmiała się znów, jak to miała w zwyczaju.
Michalina jedynie westchnęła. Mogła się z nią zobaczyć, ale nie była pewna, czy chce znać przyszłość, szczególnie tę zinterpretowaną przez Aśkę, która nienajlepiej znała się na odczytywaniu kart.
– To jak? Widzimy się o osiemnastej? – zapytała lekko poirytowana kuzynka.
– Tak… No tak… – wydusiła z siebie Michalina.
– To super! Do zobaczonka! Paaaaa!
Aśka się rozłączyła, a Michalina, odkładając telefon, westchnęła. Z tęsknotą spojrzała w kierunku mięciutkiej sofy i zaraz odwróciła się na pięcie, by udać się w kierunku schodów. Musiała coś ze sobą zrobić. Odkąd wróciła do Olsztyna, minęło już trochę czasu, a pomimo to nie zadbała o siebie w żaden sposób i wciąż widać było po niej trudy wielogodzinnej podróży.
* * *
Niecałą godzinę później była gotowa. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze wiszącym w korytarzu i zastanawiała się, czy nie podkreślić oczu. Zaraz zdecydowała, że jednak tego nie zrobi, bo raz, że miała długie rzęsy i tusz je tylko obciążał, a dwa – zwykle nie umiała ich dokładnie i ładnie pomalować, przez co wydawało jej się, że wygląda jak kurtyzana, i to w dodatku pijana.
Wygładziła jeszcze dłonią jeansy z szerokimi nogawkami, które kupiła niedawno na wyprzedaży, i poprawiła luźne rękawy letniej koszuli w cienkie paseczki. Teraz wyglądała dużo lepiej niż godzinę temu, chociaż czuła jeszcze oznaki zmęczenia, które najdotkliwiej dały o sobie znać, gdy się schyliła, by włożyć tenisówki.
Kiedy wyszła na zewnątrz, lato od razu odcisnęło na niej ciepły pocałunek, za którym tak bardzo tęskniła w niekończące się zimowe i jesienne poranki i wieczory. Lubiła, jak lato ją zaskakiwało, uwielbiała rozkoszować się zapachem i smakiem powietrza, które stanowiło swoistą mieszankę aromatu kwitnących malin, lśniących w słońcu łanów pszenicy, wody z jeziora oraz wszystkich okolicznych wonnych ziół.
Zanim wyszła za bramkę, wystawiła na chwilę twarz do słońca, aby ogrzało ją swoimi promieniami. Dopiero później wyjęła z torebki przeciwsłoneczne okulary i wsunęła je na nos.
Lubiła wygrzewać się na słońcu, bo wtedy miała poczucie, że znikają z jej twarzy wszystkie przebarwienia, oczy przestają być podkrążone, a policzki stają się rumiane niczym jabłka prosto z sadu.
Idąc ulicą przed siebie, obserwowała ludzi siedzących w ogródkach, którzy to rozkoszne popołudnie postanowili wykorzystać na to, by raczyć się smakiem słodkiej lemoniady. Co jakiś czas dało się usłyszeć szczekanie któregoś z psów.
Przyglądając się okolicy, można by stwierdzić, że niewiele człowiekowi potrzebne jest do szczęścia: odrobina spokoju, bezpieczna przyszłość, cel w życiu i łyk słodkiego napoju.
Sama ta myśl, jak życie może być proste i piękne, wywołała na twarzy Michaliny szeroki uśmiech.
* * *
Dom, który Aśka zamieszkiwała wraz z babcią, Wandą Świerczyńską, mieścił się na końcu ulicy, tak że Miśka bez trudu dostrzegła go z oddali. Zawsze, gdy tylko go widziała, czuła spokój w sercu. Przypominała sobie wszystkie spacery, rozmowy, które odbyła z Aśką właśnie na tej drodze.
Zwykle wtedy były zasapane, spocone i z utęsknieniem patrzyły w kierunku tego zielonego domu. Wiedziały, że gdy tylko znajdą się w środku, ciocia i babcia w jednym poczęstuje je jakimiś pysznościami.
Kiedy jej nie było, bo akurat jakaś osoba pragnęła poznać swoją przyszłość, zostawiała dziewczętom stół suto zastawiony smakowitymi potrawami.
Jak wspaniale jest mieć chociaż wspomnienia – pomyślała z nostalgią Miśka.
Wnet chwyciła za bramkę i posłyszała znajome skrzypienie, niezmienne od lat.
– Miśka! No wreszcie! – dobiegł ją kipiący radością głos.
Michalina podniosła wzrok i ujrzała kuzynkę stojącą na werandzie. Uśmiechała się szeroko, jak zawsze, i gdy tylko ta podeszła bliżej, rozłożyła serdecznie ramiona w geście powitania. Wyglądała jak dziecko, które nie może doczekać się przybycia gości.
– Cześć! – powiedziała Misia, wtulając się przy tym w ramiona Aśki.
Dobrze było poczuć znajomy zapach perfum, ten sam niezmienny od lat, i bliskość czyjegoś ciała.
– Jak ja tęskniłam! – rzuciła Aśka, przyglądając się wnikliwie Michalinie. – Wyglądasz na lekko zmęczoną. Nie jest tak? – Spojrzała szczerze zmartwiona.
– No trochę… – Miśka uśmiechnęła się słabo, w głębi duszy cieszyła się, że nie zdążyła zdjąć jeszcze okularów przeciwsłonecznych, które ukrywały jej worki pod oczami.
– A zresztą! Co ja cię tutaj na dworze trzymam! Wchodź do środka! – Kuzynka ruszyła przed siebie do wnętrza domu, po czym Michalina udała się za nią.
W „magicznym domku”, jak go nazywały, gdy były młodsze, pachniało tak samo jak zwykle. Mieszanką szlachetnego drewna, miodu i jakiejś egzotycznej herbaty.
– Kiedy w życiu dzieje się źle, wydaje się, że skończył się świat, to dobrze jest mieć takie miejsca, gdzie można usiąść, zatrzymać się i poczuć, że znów wszystko jest tak jak dawniej i płynie we właściwym rytmie. Zapraszam, Michasiu, wejdź do środka. – Wanda Świerczyńska uśmiechnęła się ciepło.
– Dzień dobry, ciociu!
Kobiety przytuliły się na powitanie.
– Ściągnij okularki, bo i tak nie ukryjesz przede mną tych swoich smutnych oczu. Zresztą w życiu nie chodzi przecież o to, by cały czas coś ukrywać, moja panno. Lepiej usiądź tutaj z ciotką i pogadaj – dodała zachęcająco.
Joanna przyglądała im się z czułością z odległości kilku kroków. Tak oto stały wtulone w siebie dwie najbliższe kobiety w jej życiu.
– Babciu! Już daj Miśce coś zjeść! – roześmiała się.
– Tyle że Misia chyba wcale nie jest głodna. – Kobieta uniosła kąciki ust. – Prawda?
– Mogę coś zjeść – odparła dyplomatycznie Michalina.
– No dobrze… Jak uważasz…
* * *
Po pewnym czasie Asia i Misia poszły we dwie do salonu, żeby jak przed laty zalec na dobrych kilka godzin na kanapie i opowiadać sobie o życiu, zwyczajnie gawędząc, może mówiąc czasami od rzeczy, ale ciesząc się własną obecnością.
– Mówiłaś, że z ciocią nie jest najlepiej – szepnęła Asi delikatnie do ucha Michalina. – A z tego, co widzę, to fantastycznie się trzyma! – Uśmiechnęła się szczerze na wspomnienie niedawnego obrazu cioci Wandy krzątającej się po kuchni w tych swoich „wróżkowych fatałaszkach” w indyjskie wzory.
Świerczyńska uwielbiała ubierać się w ten sposób i wkładała te ubrania niezależnie od tego, czy miała akurat klientki, czy nie. Ona cały czas była taka sama, po prostu autentyczna. Zapytana, dlaczego stroje, które nosi, są tak kolorowe, odpowiadała, że to dlatego, iż w Indiach jest przepiękna, bujna, kolorowa roślinność, a te wszystkie barwy z tamtejszych kwiatów Hindusi pragną utrwalać na swoich strojach.
– Może i dobrze się trzyma, ale ja się jednak jakoś o nią boję. – Skrzywiła się lekko. – Mimo wszystko nie robi się coraz młodsza, a coraz starsza… – Na twarzy Joanny pojawił się grymas smutku, który jednak szybko zniknął.
– No tak. Racja. Ale chyba ona sama się tym zbytnio nie przejmuje. – Michalina uśmiechnęła się pokrzepiająco i poklepała kuzynkę po ramieniu.
Ten gest wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa, szczególnie dla niej, gdyż od zawsze nie potrafiła powiedzieć dokładnie tego, co czuje.
– Oj, Miśka! – Joanna wzruszyła się i przyciągnęła kuzynkę do siebie.
– Oj, Aśka! – zaśmiała się Michasia. Chyba to był pierwszy raz od kilku tygodni, gdy zrobiła to szczerze. Teraz stanęły i przytuliły się do siebie.
– No, ale dobrze! Dosyć tych wzruszeń! – stwierdziła żartobliwie Joasia.
Michalina przycupnęła na jednym z krzeseł przy stole i wpatrywała się w szklane półmiski wypełnione paprykowymi i serowymi chipsami. Dziewczyny obiecywały sobie, że nigdy ich nie zjedzą do końca, ale niestety tego postanowienia nie udało się dotąd spełnić… Takie niezapomniane wieczory, które rozciągały się na całą noc i wczesny poranek, zawsze skutkowały bólem brzucha i głowy. Ale mimo to zawsze warto było je powtarzać, bo za każdym razem wnosiły w życie coś bezcennego.
Kiedy Michalina tak siedziała przy stole, Joasia szukała w komodzie świec zapachowych, które zamierzała zapalić.
– Jaki zapach byś chciała? Mamy do wyboru jaśminowy, różany, waniliowy i jakieś drzewo sandałowe… No i rzecz jasna takie zwyczajne miodowe, ale ja… się ich boję. – Aśka się roześmiała. – Babcia Wanda zawsze nazywała je gromnicami, a one kojarzą się tylko ze śmiercią…
– Jak dla mnie to mogą być jaśminowe i różane – powiedziała Miśka.
Kompletnie zignorowała wzmiankę o śmierci, ponieważ doskonale wiedziała, że jej kuzynka ma naturalną zdolność do dramatyzmu i katastroficznego myślenia. Joanna doprawdy wszędzie dopatrywała się symboli śmierci. Nieraz, kiedy szły we dwie na spacer i Asia zobaczyła gdzieś świerszcza, od razu z przerażeniem wyznawała, że to zwiastun śmierci i że zapewne w niedalekiej przyszłości odejdzie od nich ktoś bliski.
Te usilne próby przewidzenia przyszłości zapewne wynikały u niej z lęku przed samotnością, swoją drogą uzasadnionego, bo jedynymi bliskimi osobami, jakie miała, były babcia Wanda i Miśka.
– Jest napisane, że te świeczki powinny palić się ponad sześćdziesiąt godzin, więc mamy czas – zaśmiała się Asia.
* * *
Minęły już dobre dwie godziny, od kiedy obie usiadły przy stole, i zdążyły zjeść już jeden pełny półmisek chipsów.
– O, ja już czuję, że brzuch zaczyna mnie boleć! – Asia skrzywiła się, kładąc dłonie na bolesnym miejscu.
– Mnie chyba też… – dodała Michalina, po czym obie milczały. Zdążyły już przez ten czas omówić wszystkie bieżące sprawy, aczkolwiek obie wciąż nie czuły tego wyraźnego spełnienia wynikającego z rozmowy i radości. Coś wisiało w powietrzu, coś niewyobrażalnie delikatnego i kruchego tak, że nie można było tego dotknąć choćby szeptem.
Pierwsza westchnęła Joanna.
– No dobrze, moja droga – zaczęła poważnie. – Znamy się tyle lat, praktycznie od zawsze, i widzę, że coś z tobą jest nie tak.
Michalina spojrzała na nią najpierw z osłupieniem, a potem lekko się uśmiechnęła. Joasia zrozumiała, jak zabrzmiały jej słowa, i obie się roześmiały.
– No w sumie… Coś w tym jest – potwierdziła z wciąż zabawną miną Miśka.
– Wiesz dobrze… Nie o to mi chodziło… To znaczy… – jąkała się Asia.
– Ja swoje wiem… Dobra, dobra… – żartowała Michalina.
Joanna nagle spoważniała.
– Wiem, że coś jest na rzeczy – rzekła. – Po prostu czuję, gdy coś dzieje się z tobą nie tak. – Spojrzała jej głęboko w oczy. – Zresztą już wcześniej czułam… – dodała, jakby chciała ją tym argumentem ostatecznie przekonać.
– Jak zwykle masz rację… – odparła zrezygnowana, po czym westchnęła i zapatrzyła się pustym wzrokiem w przestrzeń. – Ale chyba nic nie mogę powiedzieć ci na ten temat. – Wzruszyła ramionami. – Moje słowa nie zmienią tego, co się wydarzyło, nie zmienią moich uczuć ani nie wpłyną na przyszłość…
– Zapewne masz rację, ale gdybyś się wygadała, dobrze by ci to zrobiło – naciskała Joanna. Bardziej z ciekawości, bo raczej nie dałaby rady pomóc kuzynce.
– Nie. To nic nie da.
– No okej… Ważne, że powiedziałaś przynajmniej, że coś jest nie tak – odparła niezbyt zadowolona Asia.
Obie natychmiast przywołały na twarze zdawkowe uśmiechy i próbowały zachowywać się tak, jakby ta rozmowa w ogóle nie miała miejsca. Jednak każda z nich podskórnie czuła, że ten wieczór będzie inny od pozostałych.
Rzeczywiście, rozmowa się nie kleiła i Asia w pewnym momencie chwyciła telefon i zaczęła przeglądać internetowe strony sklepów odzieżowych. To od zawsze dawało jej dużo radości, odciągało od wszelkich negatywnych myśli. Powoli zatapiała się w świecie kolorowych ubrań, które przepięknie prezentowały się na modelkach. Joanna z trudem przy tym powstrzymywała drżenie dłoni, które było skutkiem nagłego przypływu adrenaliny, a tę należało zastąpić szybką dopaminą, wynikającą z zakupu jakiegoś rzecz jasna niezbędnego produktu.
Michalina była zaś zła na siebie, że nie opowiedziała kuzynce tego, co wydarzyło się tak niedawno, bo gdyby to zrobiła, teraz zapewne ona czułaby się lepiej i atmosfera byłaby znacznie bardziej satysfakcjonująca. Przez moment przeszło jej przez myśl, żeby może wyjść stąd, wrócić do siebie, ale cóż by to zmieniło? Nic. Zostałaby jedynie znów sama.
Zapewne obie dalej siedziałyby w tej niezręcznej ciszy, gdyby nie usłyszały dobiegającego z góry przeraźliwego dźwięku.
– Babcia Wanda! – krzyknęła Joanna z przerażeniem, rzucając przy tym komórkę na stół.
Nie czekając na Michalinę, ruszyła pędem w kierunku schodów. Miśka pobiegła za nią. Kilka sekund później były już w pokoju Wandy Świerczyńskiej. Tym, w którym kobieta prowadziła zwykle swoje mistyczne sesje.
Trzeba przyznać, że ani Michalina, ani Joanna nie spodziewały się takiego rozgardiaszu tutaj. Połowa pokoju wyglądała tak, jakby przeszło tędy tornado, a druga połowa była prawie pusta. Wszystkie rzeczy z półek pochowane były w walizkach, tak jakby ktoś przygotował je, by zabrać ze sobą w daleką podróż.
Pośród tego przedziwnego wystroju, na środku pomieszczenia leżała zemdlona Wanda Świerczyńska, a obok niej otwarty w połowie wiekowy zeszyt. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest on bardzo stary, gdyż kartki jego były cieniutkie i pożółkłe, wręcz rozsypywały się, dodatkowo zapisane drobnymi literami i pochyłym, eleganckim charakterem pisma. Nie był to jednakże czas na to, by zachwycać się tym kajetem, gdyż zdrowie i życie babci Wandy wydawały się zagrożone.
Joanna uklękła obok leżącej kobiety, lodowatymi i drżącymi z zimna dłońmi zmierzyła jej puls. Na szczęście był wyraźnie wyczuwalny.
– Babciu! Babciu! Nie zostawiaj mnie… nie zostawiaj mnie… – Z powodu łez i emocji powtarzała te słowa jak mantrę. Trzęsła się przy tym jak osika.
Michalina podeszła do niej, próbowała ją objąć, aczkolwiek ta ją tylko odepchnęła. Działała jak w amoku, jakby postradała zmysły lub znalazła się w alternatywnej rzeczywistości.
– Asieńko, spokojnie. Nic mi nie jest – wymamrotała babcia Wanda i pogładziła wnuczkę po policzku. – To tylko wspomnienia… – Westchnęła i poruszyła się tak, jakby próbowała się podnieść, jednak Joanna powstrzymała ją ruchem ręki.
– Babciu, nie ruszaj się! Zadzwonię po pogotowie! – zawołała pospiesznie, bojąc się, że dobre samopoczucie kobiety jest tylko wynikiem szoku po nagłym upadku.
– Daj spokój, Aśka… Całe życie nie byłam w szpitalu, to i teraz nie zamierzam tam iść. – Uśmiechnęła się zadziornie. – I daj mi się podnieść z ziemi, kobieto. – Zaśmiała się, po czym podpierając się na rękach, wstała bez trudu.
Joanna i Michalina dalej jednak przypatrywały się jej z nieufnością. Obie obawiały się, że za chwilę znów upadnie.
– Ciociu, a jak tak mogę zapytać, co cioci się stało? – odezwała się bardzo nieśmiało Miśka.
– A co miało mi się stać? – odparła Wanda, jak gdyby nigdy nic. – Nic, po prostu skończyłam czytać pewną historię. – Wzruszyła ramionami.
Zresztą ton jej wypowiedzi wskazywał na to, że omdlenia po przeczytaniu jakiejś historii są jak najbardziej normalne.
– I to była taka reakcja na to? – dopytała Joanna. Mówiła w taki sposób, jakby zwracała się do małego dziecka, które coś nabroiło.
– Tak – powiedziała lekko, szukając czegoś wzrokiem.
– A te wszystkie walizki? Ten bałagan? – nie dawała za wygraną wnuczka kobiety.
– A co ty taka wścibska się zrobiłaś, moja panno, co? – Tym razem zabrzmiała naprawdę gniewnie, ale mimo to jej słowa przyniosły odwrotny skutek.
Michalina i Joanna parsknęły śmiechem.
– Ach… Ta dzisiejsza młodzież… – Machnęła ręką. – Co ja się będę tłumaczyć tym gówniarom… – I dalej krzątała się po pokoju, kompletnie nie przejmując się tym, że te dwie młode kobiety wciąż przyglądają jej się nieufnie. – O jest! – Klasnęła w dłonie, kiedy dostrzegła leżący na podłodze kajet z ledwo trzymającymi się w nim kartkami. Momentalnie podniosła go z ziemi i z czułością pogładziła dłonią. – Oż ty, diabelska istoto! – szepnęła do zeszytu. Wanda od zawsze tak miała, że personalizowała przedmioty, a czasem nawet twierdziła, że są cenniejsze niż ludzie, bo człowiek zawsze może zdradzić, a przedmiot nigdy. Jej dom był więc pełen takich ukochanych przedmiotów. – A wy nadal tutaj stoicie jak kłody? – Odwróciła się do swoich młodych krewniaczek.
– Jak widać… – odparła Asia.
– Ja to z wami mam. – Machnęła ręką. – No ale dobrze, najwyraźniej musicie tutaj tak stać… Wszystko ma jakiś sens, czyż nie? – Wzniosła oczy ku górze, jakby szukała tam potwierdzenia swoich słów.
– A ciocia to tak dalej zamierza czytać tę historię? – Miśka uśmiechnęła się niemrawo.
– Nie. A po cóż to? Skończyłam ją – odparła.
Joanna, słysząc to, tylko przewróciła oczami.
– Opowiesz nam, babciu, czemu zemdlałaś, kiedy skończyłaś ją czytać? – zapytała Joasia, która zdecydowanie nie była zbytnio zainteresowana tym, co było zapisane w tym zeszycie, ale obawiała się raczej o stan psychiczny babci. Wszakże w jej wieku byłoby to zupełnie normalne, gdyby miała problemy zdrowotne. Dziwne wydawało się to, że raczej ich nie ma.
– Babcia Antonina mówiła, żeby jej nie czytać… – rzuciła Wanda, kompletnie lekceważąc pytanie wnuczki.
Joanna jedynie zmarszczyła brwi. Miała coraz mocniejsze wrażenie, że babcia mówi bez ładu i składu.
– Babcia Antonina? – podjęła za to wyraźnie zaintrygowana Michalina. – Ta, co mieszkała na Wołyniu?
– Tak, dokładnie ta. – Świerczyńska uśmiechnęła się ciepło do dziewczyny. Poczuła, że przynajmniej ona poważnie traktuje jej słowa.
– I co się z nią stało? – zapytała Michalina.
– Umarła. Jak każdy – odparła Wanda. – Ale dużo ważniejsze jest to, co w życiu zrobiła. Wiecie, że to ona nauczyła mnie rozumieć karty Tarota, zmawiać uroki, ściągać i rzucać klątwy, a nawet tego, jak rozmawiać odpowiednio z ludźmi?
– A tego to i ja nie wiedziałam… – odezwała się Joanna.
– Ty, Joasiu, ogólnie bardzo mało rzeczy wiesz… – powiedziała Wanda, patrząc dziewczynie głęboko w oczy. – Zwykle nie znajdujesz tego, co chcesz, bo nawet nie wiesz, czego szukasz…
Tak niespodziewanie wypowiedziane te słowa trafiły Joannie prosto w serce. Początkowo nawet otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów, więc wydała z siebie tylko niemy dźwięk.
– Ta historia złamała cioci serce? – dopytywała przejęta Michalina.
– Tak… – odpowiedziała Wanda po dłuższej chwili. – Do tej pory nikt ani nic mi nie złamało serca, drogie dziecko… Chociaż był w życiu taki czas, że bardzo chciałam być kochana, ale kiedy tylko byłam, uciekałam… Chyba w moim przypadku prawdą było to, że wolałam króliczka gonić, niż go złapać. Kiedy trwał już do mnie taki przytulony, wydawał się taki…? Nudny. – Westchnęła.
Joanna w tamtej chwili poczuła, jakby ktoś właśnie mówił o niej, dokładnie ją opisywał. Michalina zaś miała kompletnie inne wrażenie w kontekście swojej osoby, ona nie dość, że jeszcze nigdy nie złapała żadnego króliczka, to jeszcze zawsze była porzucana. Tak jak ostatnio…
– A jak to się ma do tego zeszytu, babci Antoniny i innych? – burknęła Joanna.
Nie lubiła dotykać sfery swoich uczuć. Gdy tylko nadarzała się okazja, by ją poruszyć, zabijała ją albo złością, albo przesadnym entuzjazmem.
– Nijak – rzuciła oschle babcia. – Odpowiedziałam tylko Miśce, a teraz po prostu stąd wyjdźmy, bo zaczyna mnie już od tego wszystkiego boleć głowa! – powiedziała ze złością.
Nikt nie miał chyba większego pojęcia o złości Wandy Świerczyńskiej niż najbliższe jej kobiety, czyli Miśka i Aśka, wobec tego obie niemalże od razu opuściły pokój, który w ciągu jednej sekundy wydał im się bardzo zatłoczony.
Kiedy wszystkie siedziały już pogrążone w milczeniu na wersalce na dole, babcia Wanda pierwsza przerwała ciszę.
– W tamtym pokoju zebrało się już zbyt wiele dusz – stwierdziła poważnie.
Asia i Michalina ze zdziwieniem spojrzały najpierw po sobie, bo obie jeszcze kilka chwil temu miały takie samo wrażenie, jakby ktoś w tamtym pomieszczeniu był jeszcze poza nimi, jednak chyba obie bały się o tym powiedzieć głośno. Wszakże w tym domu na olsztyńskich Dajtkach działy się już dziwne, wręcz paranormalne rzeczy, ale jeszcze nigdy nic takiego.
– Oczywiście nie miałam na myśli nas – kontynuowała babcia Wanda. – Ale po tych podłogach chodzili jeszcze inni ludzie, zupełnie jak na sali balowej…
Dziewczęta nie odpowiedziały jej nic, jakby nie było potrzeby potwierdzenia tych słów. Pewnie gdyby same nie doświadczyły tamtego przedziwnego ścisku, stwierdziłyby, że znakomita wróżka Wanda Świerczyńska oficjalnie zwariowała, choć do tej pory i tak była szalona na swój sposób.
Jeszcze przed północą, gdy na niebie gwiazdy świeciły niczym brylanty w szkatułce arystokratki, wszystkie trzy kobiety położyły się do swoich łóżek.
Wanda zdecydowała, że tej nocy zaśnie na dole, bo dusze będą jeszcze długo okupować jej pokój. Joanna zasnęła jak zwykle w swoim pokoju, a Michalina tam, gdzie spała zawsze, gdy tylko odwiedzała kuzynkę.
Lubiła to łóżko i charakterystyczny zapach świeżej, wypranej pościeli. Lubiła się w niej zatopić i wyobrażać sobie, że znika, a wraz z nią cały świat i wszelkie trudności. W tym pokoju czuła się bardziej jak we własnym domu niż faktycznie we własnym domu. Tam bała się spać, nawiedzały ją koszmary. Nieraz w nocy budziła się z bijącym sercem, którego za nic nie umiała uspokoić.
Teraz także jak zwykle nie potrafiła usnąć, wiedziała, że kiedyś ta noc się skończy, i ta myśl ją martwiła, bo za każdym razem, kiedy była tutaj, na olsztyńskich Dajtkach, pragnęła, by noc trwała wiecznie. Wiedziała, że rano będzie musiała wrócić do siebie do domu, do tej pustki i ciszy, która powoli wyżerała ją od środka, pozbawiała nadziei i marzeń, radości ze spoglądania w gwiazdy.
Chociaż teraz myśl o powrocie do domu nie wydawała się tak straszna jak świadomość, że kiedyś, to znaczy niedługo, przyjdzie jej wrócić do Francji.
Od wielu dni dręczyła ją jednakże myśl o tym, że wszystko tak szybko mija. Czuła, jakby nie korzystała należycie z danego jej czasu, wprawdzie robiła dużo, ale nie cieszyło jej to. Żyła od zakończenia tygodnia do początku kolejnego, od wakacji do rozpoczęcia zajęć na uczelni. Chciała to życie przejść jak najmniej boleśnie w oczekiwaniu, że w końcu przyjdzie jej odejść z tej ziemi.
Czas starała się wypełnić jak najbardziej, by nie myśleć, jednakowoż czasem wewnętrzny głos jej duszy błagał, by zegary chociaż na moment przestały bić, a słońce nie wschodziło. Michalina zaklinała los i czas, żeby na chwilę się zatrzymały i w końcu pozwoliły jej ufać i żyć. Ale te dwie potężne siły pozostawały głuche na jej prośby.
* * *
Joanna niemalże od razu, gdy przyłożyła głowę do poduszki, zasnęła jak suseł. Tego wieczoru była tak wyczerpana, że nawet nie myła włosów, wzięła jedynie szybki prysznic i włożyła piżamę w kwiatki, którą miesiąc temu kupiła w pobliskim centrum handlowym. Nie miała ochoty nawet przejrzeć się w lustrze. Poczłapała od razu do swojego pokoju, w którym panował nieskazitelny ład. Lubiła czystość i porządek, ponieważ twierdziła, że skoro życie i tak pełne jest bałaganu, to przynajmniej miejsce, w którym śpi, musi być posprzątane. Zupełnie jakby wbrew wszystkiemu miało stanowić absolutny kontrast wobec egzystencjalnego brudu.
Ten cały dzień całkowicie wyczerpał Joannę, do tej pory kręciło się jej w głowie z emocji. Potwornie wystraszyła się o babcię. W tamtej chwili, gdy zobaczyła ją leżącą na ziemi, miała poczucie, jakby podłoga usuwała jej się spod stóp. Przecież gdyby babcia faktycznie odeszła, tak by było. Zostałaby zupełnie sama. Miśka zaraz znów poleciałaby do Francji, poznała jakiegoś Francuza i byłaby szczęśliwa. A ona? Co ją by czekało bez babci?
Był czas, kiedy myślała, że nauczy się od niej stawiania Tarota, a z czasem dojdzie do perfekcji i będzie tak jak ona przepowiadać ludziom przyszłość. Los jednak szybko zweryfikował te wielkie marzenia.
Joasia miała wtedy piętnaście lat i babci Wandzi wcale nie było w smak to, aby uczyć wnuczkę tej tajemniczej sztuki.
– Babciu… Proszę! – Joanna składała ręce jak do modlitwy.
– Dziecko… Mówię ci kategorycznie nie! – Wanda Świerczyńska kręciła głową poirytowana. I chociaż wyglądała wtedy niezwykle srodze, jej serce uśmiechało się poruszone, bo w tym zachowaniu wnuczki widziała swoje odbicie sprzed kilkudziesięciu lat.
– Ale dlaczego?! – nie odpuszczała Joasia, a już wtedy z całą mocą ujawniał się jej nieustępliwy charakter.
– Mówiłam ci, dziecko, wiele razy, każdy, kto chce nosić na swoich barkach to brzemię, jakim jest znajomość przyszłości, musi ponieść jakąś ofiarę… Zawsze! A Tarot jest pamiętliwy, nigdy nie pozostawia nikogo bez spłaconego długu, a już na pewno nie pozwala ze sobą igrać. Te przeklęte karty wymagają, by traktować je z należnym szacunkiem! – krzyknęła, a jej policzki poczerwieniały ze złości.
W takich momentach Joasia wiedziała, że należy zejść babci z drogi, bo ta nie żartuje. Dyskutując z nią dalej, wnuczka może sprowadzić tylko na siebie kłopoty. Tym razem chciała zrobić jednak inaczej, sprawdzić, czy faktycznie stanie się coś tak strasznego, jak sobie wyobrażała.
– A ty, babciu, poniosłaś jakąś ofiarę? – zapytała drżącym głosem.
Jeden Bóg, albo i sam diabeł, wie, jak bardzo musiała zebrać się na odwagę, by to zrobić.
– Słucham? – Kobieta przestała masować skronie i pełna zdziwienia, rozszerzonymi źrenicami spojrzała na wnuczkę.
– Czy ty poniosłaś jakąś ofiarę? – powtórzyła Joanna, po raz kolejny siląc się na spokój i większą pewność siebie.
– Ja? – Wanda wskazała na siebie drżącą dłonią, po czym wbiła w dziewczynę pełne gniewu spojrzenie. – Czy ja poniosłam? – wyszeptała, bo wściekłość odebrała jej mowę. – Moje całe życie jest jedną wielką ofiarą! – odparła na jednym wydechu, po czym nie oglądając się na wnuczkę, opuściła śpiesznym krokiem pokój.
Joanna jeszcze przez chwilę słyszała dźwięk babcinych podeszew uderzających o schody.
Do końca dnia w jej sercu i umyśle niosło się echo słów o ofierze. Sam ten wyraz wywoływał w niej ogrom emocji, na jego dźwięk przed oczami pojawiały się konkretne obrazy.
Widziała Golgotę i umęczonego Jezusa konającego na krzyżu w blasku zachodzącego słońca Jeruzalem. Dreszcz przeszył jej całe ciało.
Czy jej babcia, mówiąc, że całe jej życie jest ofiarą, czuła się każdego dnia jak konający, niewinnie umęczony człowiek, który oddaje swe jedyne życie, by odkupić grzechy ludzkości?
Czy to być może babcia Wanda z jej winy czuła, że poświęciła swoje życie? Wszakże od dnia, gdy rodzice Joasi zginęli pod lawiną w Alpach, pieczę nad nią przejęła właśnie babcia. Jednak nigdy, aż do tego momentu, kobieta nie dała po sobie poznać, żeby opieka nad wnuczką była dla niej ciężarem.
* * *
Mimo to Joasia postanowiła, że nie będzie więcej frasować się tymi myślami. Obie z babcią Wandą unikały od tamtego czasu rozmowy o nauce posługiwania się kartami Tarota. W tej kwestii były akurat jednomyślne. Świerczyńska panicznie wręcz bała się o wnuczkę i jej przyszłość. Zbyt wiele w swoim życiu widziała takich przypadków, kiedy los odbierał komuś coś niezwykle cennego, wtedy gdy ten tylko spróbował się imać Tarota. Nie mówiąc już o tym, o czym opowiadała jej babcia Antonina. A była ona kobietą niezwykle silną i na tę jej niezwykłą moc składały się zarówno prostota, zdobyta wiedza, nieustępliwość, wrażliwość, jak i świadomość własnej ludzkiej słabości wobec potęgi losu.
Och, jak Wandzi Świerczyńskiej bardzo brakowało babci, która zapewne znałaby odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania, a także miałaby lekarstwa na wszelkie bolączki.
W przypadku Joanny młodość zdecydowanie wygrywała z rozsądkiem. Dziewczyna uważała, że ma moc spełnić wszystko, cokolwiek tylko sobie zamarzy, i los ją w tym będzie wspierał. Skoro miała w planach zostać kiedyś tarocistką, to wiedziała, że nią zostanie, i to bez pomocy babci. Całą swoją wiedzę będzie zawdzięczać wyłącznie sobie!
Tak oto ta żywiołowa młoda kobieta ułożyła sobie w głowie fantastyczny plan. Założywszy, że babcia Wanda ma w ciągu dnia dwie przerwy i wtedy opuszcza swój wróżebny pokój, Joanna postanowiła, że wtedy będzie mogła tam zaglądać. Zamierzała praktykować wiedzę zdobytą wcześniej z potajemnie kupionych poradników do nauki Tarota.
W ciągu pół roku nauczyła się już wiele i w czasie jednego z niedzielnych obiadów w obecności Miśki i babci Wandy oświadczyła, że umie już odczytać przyszłość z kart. I wtedy to wszystko się zaczęło…
Babcia Wanda nie zareagowała ani słowem, ani nawet grymasem na twarzy na nowinę wnuczki, za to Michalina spojrzała na kuzynkę z lekkim przerażeniem.
– Chcesz, Miśka, to ci powróżę! – zaproponowała Joasia ochoczo. – Zobaczysz, że wszystko się sprawdzi! – Nie mogła opanować ekscytacji.
Michalina najpierw niepewnie zerknęła na ciocię Wandę, ale ta dalej pozostawała niewzruszona, widocznie taką postawą chciała wyrazić, iż daje jej wolność wyboru. Misia jednak nadal nie była przekonana. Uśmiechnęła się delikatnie do kuzynki.
– No dobrze… Nikt mi jeszcze nie wróżył z kart – oznajmiła niepewnie.
– Zawsze musi być ten pierwszy raz! – Joanna się zaśmiała. Szalenie jej zależało, żeby przetestować swoje wróżebne umiejętności. – To jak? Zaczynamy?
– No dobrze. – Misia skinęła głową.
Joanna z dumą zasiadła przy niewielkim stoliku w salonie. Zgodnie z dobrze znanymi zasadami najpierw zapaliła świeczkę, później położyła niewielki obrusik, na którym ułożyła dwie talie kart Tarota. Jedna z nich była klasyczna, a druga w nieco bardziej artystycznej wizji przedstawiała prastare symbole.
– Którą z talii wybierasz? – zapytała poważnie, dumna ze swojego profesjonalizmu.
– A którą mam wybrać?
– No którą chcesz! – poirytowała się Joanna. Złościło ją niezdecydowanie kuzynki. Powinna przecież entuzjastycznie podchodzić do jej nowej umiejętności.
– To te większe karty, te ładniejsze – powiedziała Misia i na chwilę zamknęła oczy z przerażenia. Tak bardzo nie chciała znać przyszłości, ale wolała nie robić przykrości Asi.
– Dobrze. To teraz weź do rąk tę talię, którą wybrałaś, i ją przetasuj. – Uśmiechnęła się. – Karty muszą przesiąknąć twoją energią – wyjaśniła.
Michalina wypełniła jej polecenie, po czym odłożyła znów na stół stosik kart.
– Teraz zadaj pierwsze pytanie! – mówiła coraz bardziej podekscytowana Joanna, tak silne emocje w niej pracowały, że aż ręce jej drżały.
Miśka zbyt długo nie musiała zastanawiać się nad pytaniem, które nosi w sercu chyba każda dziewczyna od chwili, gdy zacznie dorastać.
– Kiedy i gdzie odnajdę miłość? – Zaczerwieniła się lekko, kiedy to mówiła.
Asia zresztą też z trudem hamowała się, by nie dać się ponieść rozbawieniu spowodowanemu naiwnym pytaniem młodszej kuzynki. Wzięła talię kart do ręki i zaczęła ją tasować.
– Teraz wylosuj z niej trzy karty, takie jakie chcesz.
Miśka wzięła niechętnie trzy pierwsze z brzegu.
– Połóż je na stole, spodem do góry – instruowała dalej Joanna. – Najpierw dwie mają być obok siebie, a trzecia pod spodem, między tymi dwiema – tłumaczyła i sprawdzała, czy Michalina robi wszystko tak, jak powinna.
Obie spojrzały na to dość osobliwe ułożenie kart, które wyglądało niczym trójkąt odwrócony podstawą do góry.
Joanna wypuściła z siebie powietrze.
– Okej – powiedziała już nieco spokojniejsza. – Możesz teraz odwrócić karty, ale w myślach musisz cały czas powtarzać swoje pytanie, które zadałaś. Widzę tutaj Trójkę Mieczy, Piątkę Kielichów i Rycerza Kielichów. – W pełnym skupieniu przyglądała się tej konstelacji kart i analizowała ją.
Michalina zaś coraz bardziej krzywiła się z przerażenia, bo po raz pierwszy w życiu słyszała takie dziwne nazwy. Wzbudzały one w niej niepokój, jak gdyby przywoływały piekielne moce, z drugiej strony były takie bajkowe, a sceny przedstawione na kartach jeszcze bardziej świadczyły o ich baśniowym charakterze.
– Trójka Mieczy mówi o prawdzie, ty się jej najprawdopodobniej bardzo boisz i w istocie nie chcesz usłyszeć odpowiedzi na pytanie, kiedy odnajdziesz miłość. Ale jeśli chodzi o miłość, to ta karta chyba może symbolizować, że czeka cię cierpienie. Nie wiem, ale tak mi się zdaje… – skwitowała bez emocji Joasia, a przecież w tych słowach chodziło o życie jej kuzynki! Michalinie serce zabiło szybciej z przerażenia. – Widzę, że długo będziesz przechowywać jakiś ból w swoim sercu, a on może cię zatruwać… – dodała. – Piątka Kielichów mówi o jakiejś stracie. Karta żałoby. Ale mówi nam też o tym, że niezależnie od tego, jak okropna jest strata, pozostają nam też inne dary. Jedyne niebezpieczeństwo, jakie ci grozi, to takie, że możesz pozostać sama ze swoim smutkiem. – Joanna była ewidentnie coraz bardziej zachwycona wiedzą, jaką dysponuje o kartach. Kompletnie nie zwracała przy tym uwagi, jakie uczucia w Misi wywołują jej słowa. – O! Rycerz Kielichów! Symbol romantycznego marzyciela, którym kierują emocje. Myli on emocje z duszą, twierdzi, że każde uczucie jest przesłaniem od duszy, zatem trzeba działać, opierając się na nim, i nie zwracać uwagi na konsekwencje.
Słuchając słów kuzynki, Michalina na chwilę się uśmiechnęła, bo stwierdziła, że ona jest trochę takim Rycerzem Kielichów.
– Nie wiem za bardzo, o co tutaj chodzi, ale ty najprawdopodobniej podejmiesz jakąś nieodpowiedzialną decyzję, myśląc, że jest słuszna, albo trafisz na kogoś takiego…
Miśka ze smutku i przerażenia spuściła wzrok, tak bardzo nie chciała wierzyć, że to jest jej przyszłość. Od razu zaczęła sobie wmawiać, że przecież Asia może się mylić, że dopiero się uczy, a poza tym nikt rozsądny w tego całego Tarota nie wierzy…
– Super mi poszło, prawda? – Joanna wyrwała ją z rozmyślań.
Michalina nawet nie zauważyła, kiedy ta zdążyła schować już do skrzyneczki całą talię kart.
– Tak… Chyba tak… – odparła bez entuzjazmu.
Chwilę później, jak gdyby nigdy nic, dziewczęta poszły na deser. Misia nie miała jednak apetytu, marzyła jedynie o tym, by jak najszybciej wrócić do domu i pozostać sama ze swoimi myślami.
Kiedy już wychodziła z domu pań Świerczyńskich, ciocia Wanda szepnęła jej do ucha pewne zdanie, które jeszcze spotęgowało w niej jeszcze przerażenie.
– Karty Tarota w rękach nieodpowiednich osób mogą być bardzo niebezpieczne…
* * *
Wiele lat później, gdy zdawać by się mogło, że wszyscy zapomnieli tamto niedzielne popołudnie i feralną wróżbę Joanny, słowa tej przepowiedni tliły się niczym ogień w sercu Michaliny i z czasem odnalazły swoje odbicie w rzeczywistości…