Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dobra Nowina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 marca 2026
3306 pkt
punktów Virtualo

Dobra Nowina - ebook

Marcin Engel sporo osiągnął jako dziennikarz śledczy, znamy go nie od dziś. Choć notorycznie wpada w osobiste i kryminalne tarapaty, budzi zaufanie. I znowu będzie potrzebny.

Dżesi kręci ze swoją znakomitą ekipą reportaż na temat cudownego obrazu w pewnej małej parafii. Ta produkcja może odnieść sukces! Tymczasem zostaje zamordowany miejscowy zakrystianin... Wtedy sprawy bardzo się komplikują i pozostaje jedno: trzeba wezwać na pomoc babcię Matyldę, emerytowaną śledczą, i jej przyjaciela Bronka Cieślaka. Bez nich, byłych funkcjonariuszy milicji, oraz bez księdza Stanisława, kościelnego śledczego zajmującego się cudami, dziennikarskie dochodzenie raczej się nie powiedzie.

Jaki jest sekret cudownego obrazu, do którego przybywają pielgrzymki?

Czy Engelowi wraz ze współpracownikami uda się odkryć prawdę, zanim zginie ktoś jeszcze?

Bierzcie i czytajcie Dobrą Nowinę!

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-733-0
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Sty­czeń 1945

Skoń­czył pisać i scho­wał wieczne pióro do kie­szeni. List wło­żył do zaadre­so­wa­nej koperty, po czym zakleił ją sta­ran­nie. Wsu­nął go do nie­du­żej książki, żeby się gdzieś nie zawie­ru­szył i nie pogniótł w kie­szeni. A książka w twar­dej opra­wie dawała solidną ochronę. Był to przed­wo­jenny prze­wod­nik po oko­licy, napi­sany po pol­sku. Wybrał wła­śnie tę książkę, bo była nie­więk­sza od koperty i łatwo ją wsa­dzić do kie­szeni. Książka nie miała żad­nego zna­cze­nia, była tylko opa­ko­wa­niem dla naj­waż­niej­szego listu, jaki Hans Grüneberg napi­sał w swoim życiu. Adre­sa­tem był jego brat Otto, miesz­ka­jący w ich rodzin­nym Frank­fur­cie nad Menem. Chło­pak miał dopiero pięt­na­ście lat, więc nie gro­ziło mu, że wcielą go do armii. Tam, w Rze­szy, był sto­sun­kowo bez­pieczny, dla­tego on, jego star­szy brat, liczył, że Otto wyj­dzie cało z tego pie­kła. Jego szanse z kolei były nie­wiel­kie. Ale cały czas miał nadzieję…

Wkrótce wyru­szą z tej wsi w stronę Bre­slau. To był jedyny roz­sądny kie­ru­nek, bo mia­sto zostało ogło­szone twier­dzą i na pewno będzie się bro­nić przed nacie­ra­ją­cymi ze wschodu bol­sze­wic­kimi hor­dami. Gau­le­iter Hanke zapew­niał w radio­wym prze­mó­wie­niu, że Bre­slau ni­gdy nie pad­nie na kolana przed czer­woną zarazą. Hans uwie­rzył mu, a zresztą w co innego miał wie­rzyć? Wszystko dookoła roz­sy­pało się jak domek z kart, więc Bre­slau jawiło się jak jasny, świe­tli­sty punkt na czar­nej mapie wojen­nego sza­leń­stwa. Jeśli tam dotrze, ist­niała bar­dzo duża szansa, że uda mu się prze­żyć. Ale mogło się zda­rzyć też tak, że po dro­dze wpad­nie w łapy ruskich, a ci byli tuż. Dla­tego posta­no­wił, że nie może zabrać ze sobą tej – jedy­nej w swoim rodzaju – wojen­nej zdo­by­czy, która przy­pad­kowo zna­la­zła się na jego dro­dze.

Gdy dowo­dzony przez niego oddział wyco­fy­wał się z Kra­kau, mniej wię­cej pięć­dzie­siąt kilo­me­trów za mia­stem zatrzy­mali się, by odpo­cząć w jakimś lesie. Jego ludzie przy dro­dze natra­fili na kilka roz­bi­tych i mocno ostrze­la­nych woj­sko­wych cię­ża­ró­wek. Ci, któ­rzy nimi jechali, albo zgi­nęli na miej­scu, albo poszli dalej pie­szo, bo nikogo żywego w tym miej­scu nie było. Samo­chody wyła­do­wane były meblami, ubra­niami i jaki­miś przed­mio­tami domo­wego użytku. Widać zapo­bie­gliwi urzęd­nicy Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa chcieli wywieźć swój doby­tek do Nie­miec, by oca­lić go przez Sowie­tami. Tym aku­rat się nie udało. Cały ładu­nek spo­czy­wał na cię­ża­rów­kach gdzieś na pol­skiej pro­win­cji. Żoł­nie­rzy nie inte­re­so­wały te dobra. Szu­kali cze­goś do jedze­nia, ale zawie­dli się. Nic tam nie było. Za to feld­fe­bel Kra­mer wró­cił z jakimś tro­feum. Spo­mię­dzy gra­tów wycią­gnął walizkę zamkniętą na klucz. Szybko otwo­rzył zamek za pomocą bagnetu, a zawar­tość wyrzu­cił na śnieg. Wypa­dły z niej ubra­nia, papiery i coś jesz­cze: dwie mie­dziane rury, zamknięte szczel­nie kap­slami. Żoł­nierz pew­nie liczył, że w środku znaj­dzie jakieś kosz­tow­no­ści. Ale sro­dze się zawiódł. Otwo­rzył pierw­szą tubę i wydo­był z niej płó­cienny rulon. Z drugą było podob­nie. Wście­kły cisnął zawar­tość na śnieg.

– Gówno jakieś – wark­nął. – Nic do jedze­nia, tylko jakieś szmaty! – pod­su­mo­wał swoje zna­le­zi­sko i odszedł nie­za­do­wo­lony.

Grüneberg stał obok Kübelwagena i palił papie­rosa. Jego towa­rzysz, kape­lan Willi Stoff, wska­zał na leżące płachty.

– Jakieś obrazy – powie­dział i zacie­ka­wiony pod­szedł.

– Pocze­kaj. – Kapi­tan poło­żył rękę na ramie­niu kie­rowcy Rudiego Lipke, sym­pa­tycz­nego, zawsze uśmiech­nię­tego dwu­dzie­sto­latka pocho­dzą­cego z Mogun­cji, po czym ruszył za kape­la­nem.

Pozo­stali żoł­nie­rze łado­wali się na dwie cię­ża­rówki. Nikogo nie obcho­dziły płótna leżące na śniegu. Ofi­cer zbli­żył się i zamarł. Nie mógł uwie­rzyć w to, co widzi. Prze­cież to naj­praw­dziw­sze obrazy, które wyszły spod pędzla mistrzów… Nie, nie mogło być pomyłki. Nie raz, nie dwa oglą­dał obrazy tych mala­rzy, ale ni­gdy nie miał oka­zji ich dotknąć. W końcu w salach muze­al­nych nie dotyka się dzieł wiel­kich mistrzów. A tu bez­cenny skarb leżał u jego stóp na śniegu, jak stare szmaty, które wyrzu­ciła gospo­dyni, bo nie nada­wały się nawet do pod­łogi.

Stoff też zro­zu­miał, z czym mają do czy­nie­nia. Drżą­cymi dłońmi zgar­nął śnieg z twa­rzy mło­dzieńca na płót­nie, zwi­nął je w rulon, wło­żył je ostroż­nie do mie­dzia­nej rury i zamknął kap­slem. Potem zro­bił to samo z dru­gim obra­zem, wypro­sto­wał się, po czym jedną rurę podał Grünebergowi, a drugą wsu­nął za pazu­chę.

– Przyda się do mojego kościoła w Seichau – stwier­dził, jakby był pewny, że kapi­tan nie będzie miał nic prze­ciwko.

Grüneberg nie pro­te­sto­wał. Bez słowa trzy­mał swoją rurę i rozej­rzał się. Jego ludzie sie­dzieli już na pakach.

Willi patrzył na nich, cze­ka­jąc, aż kapi­tan wyda roz­kaz.

Wró­cili do auta i usie­dli na tyl­nym sie­dze­niu, owi­ja­jąc się szczel­nie gru­bymi kocami.

– Jazda! – Grüneberg wydał pole­ce­nie kie­rowcy.

Ten natych­miast wrzu­cił bieg i samo­chód ruszył. Obie cię­ża­rówki podą­żyły jego śla­dem.

– Co tam było? – zapy­tał kie­rowca. – W tych rurach – dodał tak, jakby ofi­ce­ro­wie nie byli w sta­nie domy­ślić się, o co mu cho­dzi.

Kapi­tan kogoś innego zaraz by opie­przył za wsa­dza­nie nosa w nie swoje sprawy. Ale mło­dziak zapy­tał jak zawsze z czy­stej cie­ka­wo­ści.

– Stare mapy – odpo­wie­dział zdaw­kowo.

– A, mapy. – Poki­wał głową z uzna­niem. – Nawet stara mapa kie­dyś może się przy­dać – stwier­dził i zamilkł, zajęty pro­wa­dze­niem auta.

Mimo ponad­dwu­dzie­sto­stop­nio­wego mrozu słońce, które wze­szło przed godziną na bez­chmur­nym nie­bie, zapo­wia­dało ładny dzień. Można by nawet powie­dzieć, że jest pięk­nie, gdyby nie nawała grzmo­tów, roz­le­ga­ją­cych się na wscho­dzie. Front szedł w stronę Rze­szy jak ogromny walec, nisz­czący wszystko na swo­jej dro­dze.

Następ­nego dnia koło dru­giej po połu­dniu prze­je­chali przez zapchany wyco­fu­ją­cym się woj­skiem Posen. Grüneberg nie miał zamiaru zosta­wać w tym peł­nym ludzi mie­ście. Ruscy tylko cze­kali na takie oka­zje, by zbom­bar­do­wać zatło­czone ulice. To, że tego jesz­cze nie zro­bili, ozna­czało, że ktoś tam u nich cze­goś nie dopa­trzył. Ale Hans był zbyt doświad­czo­nym fron­tow­cem, żeby nie wie­dzieć, co tu się wkrótce sta­nie.

Znał zresztą Posen, bo przed trzema laty sta­cjo­no­wał tutaj przez kilka mie­sięcy. Dla­tego wie­dział, jak unik­nąć zatło­czo­nych głów­nych ulic i wydo­stać się po zachod­niej stro­nie mia­sta. Pod­je­chali jesz­cze na jakiś dwo­rzec kole­jowy i wysa­dzili tam kape­lana Stoffa, który zamie­rzał dostać się pocią­giem do Ber­lina. Poże­gnali się jak żoł­nie­rze, życząc sobie nawza­jem prze­ży­cia, i ksiądz znik­nął w tłu­mie ludzi obła­do­wa­nych waliz­kami i toboł­kami.

Wie­czo­rem Grüneberg i jego ludzie dotarli do nie­wiel­kiej wsi poło­żo­nej tuż za mia­stem Posen. Zde­cy­do­wał, że tu będą mogli spo­koj­nie zro­bić postój. Pała­cyk poło­żony w samym środku wio­ski wyda­wał się ide­al­nym miej­scem, żeby odpo­cząć i nabrać sił. Tym bar­dziej że nie był znisz­czony, a szyby w oknach dawały gwa­ran­cję spę­dze­nia paru godzin w cie­ple.

Żoł­nie­rze ścięli kilka drzew w sadzie, porą­bali je na polana, dzięki czemu można było napa­lić w pie­cach i w kuchen­nej west­falce. Na bla­sze szybko poja­wił się spory gar­nek. Ich kucharz Johann Dorsch wrzu­cił do niego kilka kieł­bas i połeć boczku, to były pro­dukty zare­kwi­ro­wane we wsi. Do tego doło­żył suszony groch, wyfa­so­wany jesz­cze w kwa­ter­mi­strzo­stwie, oraz zna­le­zione w pała­co­wej piw­nicy kar­to­fle. Nie minęła godzina, gdy sma­ko­wity zapach gro­chówki zaczął roz­cho­dzić się po pomiesz­cze­niach. Zapach był tak inten­sywny, że i na zewnątrz pach­niało zupą. I zaraz zja­wiło się kilku żoł­nie­rzy z jakichś roz­bi­tych oddzia­łów, a może dezer­te­rów, któ­rzy też ucie­kali na zachód. Chcieli się zała­pać na wyżerkę w pała­cyku. Ale ludzie Grüneberga gotowi byli wal­czyć o jedze­nie z bro­nią w ręku. Nie mieli lito­ści dla obcych. Gro­chówka tylko dla swo­ich! Ci, któ­rych prze­pę­dzono spod drzwi, odgra­żali się, że jesz­cze tu wrócą.

Gdy po posiłku syci i senni żoł­nie­rze zale­gli na fote­lach, kana­pach lub wprost na pod­ło­dze, Grüneberg poszedł do samo­chodu. Zabrał tubę z obra­zem i ruszył aleją par­kową, bie­gnącą od pała­cyku. Kiedy wjeż­dżali tu przed dwiema godzi­nami, zoba­czył odpo­wied­nie miej­sce. Zda­wało mu się wów­czas, że jest to jakaś kaplica. Oka­zało się, że to rodzinny gro­bo­wiec, zapewne wła­ści­cieli tego majątku, rodziny o nazwi­sku von Tem­pel­hoff. Hans obszedł kaplicę. Tylna muro­wana ściana miała wyraźne pęk­nię­cie. Wydo­był z pochwy przy­tro­czo­nej do pasa bagnet. Zaczął nim szybko pra­co­wać, wbi­ja­jąc ostrze w kru­chą, roz­sy­pu­jącą się stu­let­nią zaprawę. Wyję­cie trzech cegieł zabrało pół godziny. Za cegłami była pusta prze­strzeń. Hans wsu­nął tam tubę, a potem na powrót wło­żył cegły. Nie do końca zado­wo­lony z efektu, wstał i rozej­rzał się dookoła. Przy­da­łoby się coś jesz­cze do zama­sko­wa­nia luź­nych cegieł. Dostrzegł opartą o boczną ścianę poła­maną płytę. Z tru­dem przy­cią­gnął ją na tył kaplicy, a potem oparł tak, by zasło­niła polu­zo­wane cegły. Wojenne tro­feum było już bez­pieczne.

Pomy­ślał, że nikogo nie zain­te­re­suje stara kaplica gro­bowa, a już na pewno nie pęk­nięta mar­mu­rowa tablica. Co ozna­czało, że obraz może leżeć tu długo i nic mu się nie sta­nie. Hans wróci po niego, jak tylko armia nie­miecka odbije utra­cone tereny. A jeśli nie, no to wybie­rze się tutaj po woj­nie. W końcu Posen to pra­wie przy­gra­niczne mia­sto. Przed­wo­jenna gra­nica jest zale­d­wie pięć­dzie­siąt kilo­me­trów stąd.

Po powro­cie do pała­cyku napi­sał do młod­szego brata, mate­riały piśmienne zna­lazł w gabi­ne­cie, który był nie­tknięty. W ten spo­sób zabez­pie­czał się, na wszelki wypa­dek. Gdyby coś mu się, nie daj Boże, stało, chło­pak bez trudu powi­nien sobie pora­dzić ze zna­le­zie­niem ukry­tej rury. Hans wolał zosta­wić ją tu, niż ryzy­ko­wać, że rura z obra­zem wpad­nie w ręce ruskich.

Ich woj­ska parły nie­prze­rwa­nie na zachód i mogło się nawet oka­zać, że ata­kiem z połu­dnia ode­tną drogę do Bre­slau.

Grüneberg wło­żył list do książki, a ją do kie­szeni kożu­cha. Spoj­rzał na zega­rek. Docho­dziła siódma wie­czór. Da chło­pa­kom jesz­cze naj­wy­żej pół godziny, a potem ruszą. Wyszedł z budynku i sta­nął z papie­ro­sem w ustach. Z tarasu wpa­try­wał się w ciem­ność, ale nie­wiele doj­rzał, mimo że noc była jasna i księ­ży­cowa. Dal­szy widok zasła­niały krzaki i zaro­śla ota­cza­jące szczel­nie pała­cyk od strony parku. Naraz kapi­ta­nowi wydało się, że coś sły­szy. Wytę­żył wzrok, ale niczego nie dostrzegł, raczej wyczuł, niż zoba­czył, że ktoś jest w krza­kach naprze­ciwko. Chciał krzyk­nąć do war­tow­nika, który powi­nien być nie­opo­dal przy samo­cho­dach, żeby spraw­dził, co tam się dzieje, ale nie zdą­żył. Ostry sko­wyt serii wypusz­czo­nej ze Schme­is­sera roz­darł wie­czorną ciszę. Grüneberg, potęż­nie tra­fiony w brzuch i klatkę pier­siową, runął na prze­szklone drzwi. Przez moment widział ciemne plamy krwi. Potem zapa­dła ciem­ność.

Żoł­nie­rze wypa­dli z pała­cyku, krzy­cząc dla doda­nia sobie ani­mu­szu. Byli zapra­wio­nymi w bojach fron­tow­cami, więc dosko­nale wie­dzieli, jak się zacho­wać w takiej sytu­acji. Natych­miast ostrze­lali krzaki z bez­względną dokład­no­ścią, a dopiero potem je spraw­dzili. Szybko zlo­ka­li­zo­wali napast­nika. Już nie żył. Ostrzał oka­zał się zabój­czo sku­teczny. Roz­po­znali w zabi­tym jed­nego z tych, któ­rzy chcieli wpro­sić się na gro­chówkę.

– Zemścił się jak idiota – powie­dział feld­fe­bel Kra­mer. – Dał się zabić za michę gro­chówki.

– Ale zastrze­lił kapi­tana Grüneberga, skur­wy­syn jeden – powie­dział kie­rowca Rudi.

– No i jed­nego pie­przo­nego ofi­cera mniej. – Kra­mer nie prze­pa­dał za ofi­cerami. – Dobra, zbie­ramy się. Koniec spa­nia. Łado­wać dupy na cię­ża­rówki, bo wam je iwan odstrzeli.

– A co z kapi­ta­nem?

– Włóż­cie go do któ­rejś trumny w rodzin­nym gro­bowcu.

– Prze­cież trumny są już zajęte.

– Stary tru­posz chyba się nie pogniewa, jak dosta­nie nowego loka­tora, nie? – zażar­to­wał pod­ofi­cer, a jego pod­władni wybuch­nęli śmie­chem.

Feld­fe­bel, który był teraz naj­star­szy stop­niem, prze­jął dowo­dze­nie. Żoł­nie­rze bez ocią­ga­nia prze­szli pod jego roz­kazy, przy­wy­kli do woj­sko­wej dys­cy­pliny. Po dzie­się­ciu minu­tach sie­dzieli już na pakach, owi­nięci kocami i czym się dało. Kra­mer już chciał wsko­czyć do Kübelwagena, któ­rego prze­jął po zabi­tym dowódcy, ale nagle o czymś sobie przy­po­mniał.

Po chwili wró­cił do pała­cyku, do gabi­netu, który zaj­mo­wał kapi­tan. Gruby kożuch dowódcy leżał na stole. Po co miał się zmar­no­wać. Feld­fe­bel szybko wcią­gnął go na grzbiet, na grubą kurtkę. Kożuch był obszerny, taki typowo chłop­ski. Nagle pod­ofi­cer poczuł coś twar­dego z boku. Wło­żył dłoń do kie­szeni. Zdzi­wiony wyjął z niej książkę. Spoj­rzał na tytuł, ale nic nie zro­zu­miał. Już miał cisnąć ją na pod­łogę, ale jego wzrok padł na oszkloną szafę wypeł­nioną książ­kami. Feld­fe­bel pod­szedł do niej i posta­wił książ­kowe zna­le­zi­sko na półce.

Nie będzie prze­cież bar­ba­rzyńcą. Miej­sce książki jest na półce, mię­dzy innymi książ­kami, a nie na pod­ło­dze.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij