Dobra Nowina - ebook
Marcin Engel sporo osiągnął jako dziennikarz śledczy, znamy go nie od dziś. Choć notorycznie wpada w osobiste i kryminalne tarapaty, budzi zaufanie. I znowu będzie potrzebny.
Dżesi kręci ze swoją znakomitą ekipą reportaż na temat cudownego obrazu w pewnej małej parafii. Ta produkcja może odnieść sukces! Tymczasem zostaje zamordowany miejscowy zakrystianin... Wtedy sprawy bardzo się komplikują i pozostaje jedno: trzeba wezwać na pomoc babcię Matyldę, emerytowaną śledczą, i jej przyjaciela Bronka Cieślaka. Bez nich, byłych funkcjonariuszy milicji, oraz bez księdza Stanisława, kościelnego śledczego zajmującego się cudami, dziennikarskie dochodzenie raczej się nie powiedzie.
Jaki jest sekret cudownego obrazu, do którego przybywają pielgrzymki?
Czy Engelowi wraz ze współpracownikami uda się odkryć prawdę, zanim zginie ktoś jeszcze?
Bierzcie i czytajcie Dobrą Nowinę!
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-733-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Styczeń 1945
Skończył pisać i schował wieczne pióro do kieszeni. List włożył do zaadresowanej koperty, po czym zakleił ją starannie. Wsunął go do niedużej książki, żeby się gdzieś nie zawieruszył i nie pogniótł w kieszeni. A książka w twardej oprawie dawała solidną ochronę. Był to przedwojenny przewodnik po okolicy, napisany po polsku. Wybrał właśnie tę książkę, bo była niewiększa od koperty i łatwo ją wsadzić do kieszeni. Książka nie miała żadnego znaczenia, była tylko opakowaniem dla najważniejszego listu, jaki Hans Grüneberg napisał w swoim życiu. Adresatem był jego brat Otto, mieszkający w ich rodzinnym Frankfurcie nad Menem. Chłopak miał dopiero piętnaście lat, więc nie groziło mu, że wcielą go do armii. Tam, w Rzeszy, był stosunkowo bezpieczny, dlatego on, jego starszy brat, liczył, że Otto wyjdzie cało z tego piekła. Jego szanse z kolei były niewielkie. Ale cały czas miał nadzieję…
Wkrótce wyruszą z tej wsi w stronę Breslau. To był jedyny rozsądny kierunek, bo miasto zostało ogłoszone twierdzą i na pewno będzie się bronić przed nacierającymi ze wschodu bolszewickimi hordami. Gauleiter Hanke zapewniał w radiowym przemówieniu, że Breslau nigdy nie padnie na kolana przed czerwoną zarazą. Hans uwierzył mu, a zresztą w co innego miał wierzyć? Wszystko dookoła rozsypało się jak domek z kart, więc Breslau jawiło się jak jasny, świetlisty punkt na czarnej mapie wojennego szaleństwa. Jeśli tam dotrze, istniała bardzo duża szansa, że uda mu się przeżyć. Ale mogło się zdarzyć też tak, że po drodze wpadnie w łapy ruskich, a ci byli tuż. Dlatego postanowił, że nie może zabrać ze sobą tej – jedynej w swoim rodzaju – wojennej zdobyczy, która przypadkowo znalazła się na jego drodze.
Gdy dowodzony przez niego oddział wycofywał się z Krakau, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów za miastem zatrzymali się, by odpocząć w jakimś lesie. Jego ludzie przy drodze natrafili na kilka rozbitych i mocno ostrzelanych wojskowych ciężarówek. Ci, którzy nimi jechali, albo zginęli na miejscu, albo poszli dalej pieszo, bo nikogo żywego w tym miejscu nie było. Samochody wyładowane były meblami, ubraniami i jakimiś przedmiotami domowego użytku. Widać zapobiegliwi urzędnicy Generalnego Gubernatorstwa chcieli wywieźć swój dobytek do Niemiec, by ocalić go przez Sowietami. Tym akurat się nie udało. Cały ładunek spoczywał na ciężarówkach gdzieś na polskiej prowincji. Żołnierzy nie interesowały te dobra. Szukali czegoś do jedzenia, ale zawiedli się. Nic tam nie było. Za to feldfebel Kramer wrócił z jakimś trofeum. Spomiędzy gratów wyciągnął walizkę zamkniętą na klucz. Szybko otworzył zamek za pomocą bagnetu, a zawartość wyrzucił na śnieg. Wypadły z niej ubrania, papiery i coś jeszcze: dwie miedziane rury, zamknięte szczelnie kapslami. Żołnierz pewnie liczył, że w środku znajdzie jakieś kosztowności. Ale srodze się zawiódł. Otworzył pierwszą tubę i wydobył z niej płócienny rulon. Z drugą było podobnie. Wściekły cisnął zawartość na śnieg.
– Gówno jakieś – warknął. – Nic do jedzenia, tylko jakieś szmaty! – podsumował swoje znalezisko i odszedł niezadowolony.
Grüneberg stał obok Kübelwagena i palił papierosa. Jego towarzysz, kapelan Willi Stoff, wskazał na leżące płachty.
– Jakieś obrazy – powiedział i zaciekawiony podszedł.
– Poczekaj. – Kapitan położył rękę na ramieniu kierowcy Rudiego Lipke, sympatycznego, zawsze uśmiechniętego dwudziestolatka pochodzącego z Moguncji, po czym ruszył za kapelanem.
Pozostali żołnierze ładowali się na dwie ciężarówki. Nikogo nie obchodziły płótna leżące na śniegu. Oficer zbliżył się i zamarł. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Przecież to najprawdziwsze obrazy, które wyszły spod pędzla mistrzów… Nie, nie mogło być pomyłki. Nie raz, nie dwa oglądał obrazy tych malarzy, ale nigdy nie miał okazji ich dotknąć. W końcu w salach muzealnych nie dotyka się dzieł wielkich mistrzów. A tu bezcenny skarb leżał u jego stóp na śniegu, jak stare szmaty, które wyrzuciła gospodyni, bo nie nadawały się nawet do podłogi.
Stoff też zrozumiał, z czym mają do czynienia. Drżącymi dłońmi zgarnął śnieg z twarzy młodzieńca na płótnie, zwinął je w rulon, włożył je ostrożnie do miedzianej rury i zamknął kapslem. Potem zrobił to samo z drugim obrazem, wyprostował się, po czym jedną rurę podał Grünebergowi, a drugą wsunął za pazuchę.
– Przyda się do mojego kościoła w Seichau – stwierdził, jakby był pewny, że kapitan nie będzie miał nic przeciwko.
Grüneberg nie protestował. Bez słowa trzymał swoją rurę i rozejrzał się. Jego ludzie siedzieli już na pakach.
Willi patrzył na nich, czekając, aż kapitan wyda rozkaz.
Wrócili do auta i usiedli na tylnym siedzeniu, owijając się szczelnie grubymi kocami.
– Jazda! – Grüneberg wydał polecenie kierowcy.
Ten natychmiast wrzucił bieg i samochód ruszył. Obie ciężarówki podążyły jego śladem.
– Co tam było? – zapytał kierowca. – W tych rurach – dodał tak, jakby oficerowie nie byli w stanie domyślić się, o co mu chodzi.
Kapitan kogoś innego zaraz by opieprzył za wsadzanie nosa w nie swoje sprawy. Ale młodziak zapytał jak zawsze z czystej ciekawości.
– Stare mapy – odpowiedział zdawkowo.
– A, mapy. – Pokiwał głową z uznaniem. – Nawet stara mapa kiedyś może się przydać – stwierdził i zamilkł, zajęty prowadzeniem auta.
Mimo ponaddwudziestostopniowego mrozu słońce, które wzeszło przed godziną na bezchmurnym niebie, zapowiadało ładny dzień. Można by nawet powiedzieć, że jest pięknie, gdyby nie nawała grzmotów, rozlegających się na wschodzie. Front szedł w stronę Rzeszy jak ogromny walec, niszczący wszystko na swojej drodze.
Następnego dnia koło drugiej po południu przejechali przez zapchany wycofującym się wojskiem Posen. Grüneberg nie miał zamiaru zostawać w tym pełnym ludzi mieście. Ruscy tylko czekali na takie okazje, by zbombardować zatłoczone ulice. To, że tego jeszcze nie zrobili, oznaczało, że ktoś tam u nich czegoś nie dopatrzył. Ale Hans był zbyt doświadczonym frontowcem, żeby nie wiedzieć, co tu się wkrótce stanie.
Znał zresztą Posen, bo przed trzema laty stacjonował tutaj przez kilka miesięcy. Dlatego wiedział, jak uniknąć zatłoczonych głównych ulic i wydostać się po zachodniej stronie miasta. Podjechali jeszcze na jakiś dworzec kolejowy i wysadzili tam kapelana Stoffa, który zamierzał dostać się pociągiem do Berlina. Pożegnali się jak żołnierze, życząc sobie nawzajem przeżycia, i ksiądz zniknął w tłumie ludzi obładowanych walizkami i tobołkami.
Wieczorem Grüneberg i jego ludzie dotarli do niewielkiej wsi położonej tuż za miastem Posen. Zdecydował, że tu będą mogli spokojnie zrobić postój. Pałacyk położony w samym środku wioski wydawał się idealnym miejscem, żeby odpocząć i nabrać sił. Tym bardziej że nie był zniszczony, a szyby w oknach dawały gwarancję spędzenia paru godzin w cieple.
Żołnierze ścięli kilka drzew w sadzie, porąbali je na polana, dzięki czemu można było napalić w piecach i w kuchennej westfalce. Na blasze szybko pojawił się spory garnek. Ich kucharz Johann Dorsch wrzucił do niego kilka kiełbas i połeć boczku, to były produkty zarekwirowane we wsi. Do tego dołożył suszony groch, wyfasowany jeszcze w kwatermistrzostwie, oraz znalezione w pałacowej piwnicy kartofle. Nie minęła godzina, gdy smakowity zapach grochówki zaczął rozchodzić się po pomieszczeniach. Zapach był tak intensywny, że i na zewnątrz pachniało zupą. I zaraz zjawiło się kilku żołnierzy z jakichś rozbitych oddziałów, a może dezerterów, którzy też uciekali na zachód. Chcieli się załapać na wyżerkę w pałacyku. Ale ludzie Grüneberga gotowi byli walczyć o jedzenie z bronią w ręku. Nie mieli litości dla obcych. Grochówka tylko dla swoich! Ci, których przepędzono spod drzwi, odgrażali się, że jeszcze tu wrócą.
Gdy po posiłku syci i senni żołnierze zalegli na fotelach, kanapach lub wprost na podłodze, Grüneberg poszedł do samochodu. Zabrał tubę z obrazem i ruszył aleją parkową, biegnącą od pałacyku. Kiedy wjeżdżali tu przed dwiema godzinami, zobaczył odpowiednie miejsce. Zdawało mu się wówczas, że jest to jakaś kaplica. Okazało się, że to rodzinny grobowiec, zapewne właścicieli tego majątku, rodziny o nazwisku von Tempelhoff. Hans obszedł kaplicę. Tylna murowana ściana miała wyraźne pęknięcie. Wydobył z pochwy przytroczonej do pasa bagnet. Zaczął nim szybko pracować, wbijając ostrze w kruchą, rozsypującą się stuletnią zaprawę. Wyjęcie trzech cegieł zabrało pół godziny. Za cegłami była pusta przestrzeń. Hans wsunął tam tubę, a potem na powrót włożył cegły. Nie do końca zadowolony z efektu, wstał i rozejrzał się dookoła. Przydałoby się coś jeszcze do zamaskowania luźnych cegieł. Dostrzegł opartą o boczną ścianę połamaną płytę. Z trudem przyciągnął ją na tył kaplicy, a potem oparł tak, by zasłoniła poluzowane cegły. Wojenne trofeum było już bezpieczne.
Pomyślał, że nikogo nie zainteresuje stara kaplica grobowa, a już na pewno nie pęknięta marmurowa tablica. Co oznaczało, że obraz może leżeć tu długo i nic mu się nie stanie. Hans wróci po niego, jak tylko armia niemiecka odbije utracone tereny. A jeśli nie, no to wybierze się tutaj po wojnie. W końcu Posen to prawie przygraniczne miasto. Przedwojenna granica jest zaledwie pięćdziesiąt kilometrów stąd.
Po powrocie do pałacyku napisał do młodszego brata, materiały piśmienne znalazł w gabinecie, który był nietknięty. W ten sposób zabezpieczał się, na wszelki wypadek. Gdyby coś mu się, nie daj Boże, stało, chłopak bez trudu powinien sobie poradzić ze znalezieniem ukrytej rury. Hans wolał zostawić ją tu, niż ryzykować, że rura z obrazem wpadnie w ręce ruskich.
Ich wojska parły nieprzerwanie na zachód i mogło się nawet okazać, że atakiem z południa odetną drogę do Breslau.
Grüneberg włożył list do książki, a ją do kieszeni kożucha. Spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma wieczór. Da chłopakom jeszcze najwyżej pół godziny, a potem ruszą. Wyszedł z budynku i stanął z papierosem w ustach. Z tarasu wpatrywał się w ciemność, ale niewiele dojrzał, mimo że noc była jasna i księżycowa. Dalszy widok zasłaniały krzaki i zarośla otaczające szczelnie pałacyk od strony parku. Naraz kapitanowi wydało się, że coś słyszy. Wytężył wzrok, ale niczego nie dostrzegł, raczej wyczuł, niż zobaczył, że ktoś jest w krzakach naprzeciwko. Chciał krzyknąć do wartownika, który powinien być nieopodal przy samochodach, żeby sprawdził, co tam się dzieje, ale nie zdążył. Ostry skowyt serii wypuszczonej ze Schmeissera rozdarł wieczorną ciszę. Grüneberg, potężnie trafiony w brzuch i klatkę piersiową, runął na przeszklone drzwi. Przez moment widział ciemne plamy krwi. Potem zapadła ciemność.
Żołnierze wypadli z pałacyku, krzycząc dla dodania sobie animuszu. Byli zaprawionymi w bojach frontowcami, więc doskonale wiedzieli, jak się zachować w takiej sytuacji. Natychmiast ostrzelali krzaki z bezwzględną dokładnością, a dopiero potem je sprawdzili. Szybko zlokalizowali napastnika. Już nie żył. Ostrzał okazał się zabójczo skuteczny. Rozpoznali w zabitym jednego z tych, którzy chcieli wprosić się na grochówkę.
– Zemścił się jak idiota – powiedział feldfebel Kramer. – Dał się zabić za michę grochówki.
– Ale zastrzelił kapitana Grüneberga, skurwysyn jeden – powiedział kierowca Rudi.
– No i jednego pieprzonego oficera mniej. – Kramer nie przepadał za oficerami. – Dobra, zbieramy się. Koniec spania. Ładować dupy na ciężarówki, bo wam je iwan odstrzeli.
– A co z kapitanem?
– Włóżcie go do którejś trumny w rodzinnym grobowcu.
– Przecież trumny są już zajęte.
– Stary truposz chyba się nie pogniewa, jak dostanie nowego lokatora, nie? – zażartował podoficer, a jego podwładni wybuchnęli śmiechem.
Feldfebel, który był teraz najstarszy stopniem, przejął dowodzenie. Żołnierze bez ociągania przeszli pod jego rozkazy, przywykli do wojskowej dyscypliny. Po dziesięciu minutach siedzieli już na pakach, owinięci kocami i czym się dało. Kramer już chciał wskoczyć do Kübelwagena, którego przejął po zabitym dowódcy, ale nagle o czymś sobie przypomniał.
Po chwili wrócił do pałacyku, do gabinetu, który zajmował kapitan. Gruby kożuch dowódcy leżał na stole. Po co miał się zmarnować. Feldfebel szybko wciągnął go na grzbiet, na grubą kurtkę. Kożuch był obszerny, taki typowo chłopski. Nagle podoficer poczuł coś twardego z boku. Włożył dłoń do kieszeni. Zdziwiony wyjął z niej książkę. Spojrzał na tytuł, ale nic nie zrozumiał. Już miał cisnąć ją na podłogę, ale jego wzrok padł na oszkloną szafę wypełnioną książkami. Feldfebel podszedł do niej i postawił książkowe znalezisko na półce.
Nie będzie przecież barbarzyńcą. Miejsce książki jest na półce, między innymi książkami, a nie na podłodze.