-
nowość
-
promocja
Dobre i złe sny ptaszków mechanicznych - ebook
Dobre i złe sny ptaszków mechanicznych - ebook
O czym może śnić opuszczony dom? Dlaczego wiosna bywa porą duchów? Czy lepiej mieć i stracić, czy może nie mieć nigdy? Czy da się odłączyć szczęście od smutku? Co robią manekiny po zamknięciu sklepu? Czy jesteśmy tymi, którymi naprawdę jesteśmy – czy może tymi, których udajemy? Jak ocalić to, co dawniej nas tworzyło, i czy w ogóle się da? Jak potrafią zmieniać świat czarodziejskie lisy i czy złe sny mogą stać się dobrymi?
Oddaję do Waszych rąk moją piątą książkę, na którą złożyło się czternaście poetyckich mikroopowiadań o większych i mniejszych walkach iluzji z rzeczywistością.
Niektóre z nich są snami, inne impresjonistycznymi wytworami strumienia świadomości, a jeszcze inne posiadają fabułę. Wszystkie są obrazami, jakie tkwiły w mojej głowie od bardzo dawna, teraz dopiero postanawiając się urzeczywistnić.
Znajdziecie w nich nawiązania do współczesności, literatury pięknej lecz także motywy i rekwizyty z XIX i XX wieku, antyku; odrobinę metafizyki, ezoteryki, wicca i creepypasty – mam wielką nadzieję, że w odpowiednich i w miarę wysmakowanych proporcjach.
Rzeczy rozgrywają się w myślach bohaterów, którzy nie zawsze są ludźmi; w starych ogrodach, opuszczonych gabinetach, w ptaszarniach, buduarach, w bezimiennych miastach i na wzgórzach, pamiętanych z dzieciństwa.
Zależało mi na tym, by ta książka miała oniryczny, nieco odrealniony, a może nawet i klaustrofobiczny charakter i była niczym wejście do wnętrza fotoplastykonu, szkatułki, szklanej kuli albo pozytywki.
Tyle mojego – reszta leży już wyłącznie w Waszych rękach.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7564-753-2 |
| Rozmiar pliku: | 1 010 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jesteśmy zrobieni z chmur – myśli. Chmury wypełniają nasze głowy, przypływają, odpływają i przypływają znowu, pozostawiając nas pośród pytań i bez jasnych odpowiedzi; z przeczuciami, które mogą okazać się prawdą, równie dobrze jak bzdurą – jednak same w sobie muszą coś znaczyć, jeśli tworzymy nasz świat zgodnie z ich wolą, tak często odsuwając od siebie prawa naprawdę nim rządzące.
Jesteś tutaj i nie wydarzysz się już nigdy więcej – myśli. – Jesteś czarujący i wesoły. Z pozoru niewinny, lecz naprawdę bardzo bystry i pełen figlarnych fantazji. Znajduję cię nad wodą tak zieloną, iż mam wrażenie, że jeśli zanurzysz w nią dłoń, zabarwi twoje palce niczym palce topielicy.
Opowiadasz mi o łabędziach, opiekujących się jej ciałem, zaplątanym w wodorosty; o mlecznym i jedwabnym drzewie, które zobaczysz na własne oczy, choć będzie to najdalsze możliwe do wyobrażenia miejsce, ale ty tak bardzo pragniesz słońca!
Jesteś zrobiony z chmur i z błękitnych chalcedonów. Widzę, jak powoli odchylasz grube, zielone łodygi, aż napotkany przypadkiem kielich zalewa cię purpurowym światłem.
Z okienka na poddaszu, gdzie w cieniu znajduję ukojenie, podglądam twoją nagość wśród kosaćców i albinotycznych pawi o ażurowych ogonach, pod gałązkami ginkgo biloba, i nieświadomie gładząc dłońmi szorstką skórę fotela, myślę z zazdrością, że nikt lepiej od ciebie nie potrafi istnieć w samym środku życia, a przy tym tak, jakby to było zupełnie nic.
Ja sama, cóż – odkąd zaistniałam w moim własnym kształcie, czuję, że przypadł mi w udziale los obserwatorki, nie uczestniczki – i dlatego kłócenie się z nim jest tak nerwowe i przypomina raczej kiepskie aktorstwo niż spontaniczne poddawanie się nurtom życia.
Widzisz, tamtej nocy byłam przerysowaną, rozchichotaną kokietką o czerwonych ustach i przydymionym oku, zamieszkującą burgundowe buduary – jednak w lustrze nad ranem zobaczyłam tylko aktorkę lub kogoś, kto jest w stanie zaistnieć w środku życia jedynie w przebraniu.
Ale mówili mi – masz charyzmę, masz światło – gdy ja czułam się jak najbardziej pusta rzecz na świecie. Traciłam głos i byłam jak wczorajsze gazety, jak natrętne listy miłosne, przychodzące za późno, zagubione w skrzynkach, kiedy nic już nie znaczą.
Niczego o tym nie wiesz – nie zapiszemy się w historii ludzkości i nie zajmiemy więcej niż jeden rozdział w naszych własnych książkach, a jednak tamtymi nocami grałam wspaniale i staliśmy się duchami!
Byliśmy duchami dla dwójki dzieci w ogrodzie, ukrywających się pośród drapieżnych róż, porastających wszystkie zakamarki, wszystkie schowane w kolczastej zieleni schody, prowadzące do tych sekretnych miejsc, gdzie pod białymi parasolami datur, pośród winorośli i powoju, miały swój zalążek najdawniejsze ze snów.
Byliśmy duchami dla miast i domów, dla słonecznych ulic o brzegach znaczonych starymi lipami i dla kwiatów przerastających furty i ogrodzenia. Widziały nas oczy ozdobnych kamienic, zielonych papug i przelotnych jaskółek. Widziały wieczorne jesienne porty, pełne śpiących okrętów; okna i latarnie.
W ułamkach chwil objawialiśmy się częściom świata, by już za moment z nich zniknąć – podobnie jak nam samym objawiły się duchy drogich nam najukochańszych – w kuchni, w pokojach, w ogrodzie i pod drzewami – a potem rozwiewały się na wietrze jeden po drugim, rok za rokiem. W końcu w domu i pod drzewami nie było już nikogo, a duchy egzotycznych ptaków z ptaszarni pozostawiły po sobie jedynie pióra, które dziś zdobią mój salon.
Zamknięci w tamtej nocy, niczym owady w żywicznej pułapce bursztynu, jesteśmy duchami także i dla nas obecnych – dla nas, których istnienia nie można było sobie przecież nawet wymyślić, i którzy jesteśmy przeszłością dla tych, jakimi być może zdążymy się jeszcze wydarzyć.
Ach, dosyć!
Tyle snów nam ucieka, wietrzeje – dlaczego więc nie mielibyśmy być snami? Rozpięci pomiędzy naszymi dniami chwały, dniami przed wielką zimą – a tymi, w których utracimy kształt – kto nas ujrzy w przelocie, poświadczy o naszym istnieniu? Tylu martwych ludzi wciąż jeszcze włóczy się po miedzianych płytkach dagerotypów i po papierze fotograficznym!
Po co konstruować światy, uczyć się nawigować w nich, rozumieć i porozumiewać, gdy wszystko, co sobie mówimy, co do siebie piszemy w tej oto chwili, w kolejnej staje się już tylko dowodem na to, że byliśmy? Czy może mieć dla nas znaczenie, kto i kiedy go odczyta; co z nim zrobi?
Gdzie zapisują się kształty świata – na kliszach, w książkach, w lustrach sadzawek? Czy zdołamy je ocalić, skoro mówią, że jedyne, co możemy uczynić, to pamiętać je i opłakiwać? I co zrobić ma obserwatorka, obserwująca własne swe wygaszanie – twoje i swoje sny o końcach światów?
Mąci palcami wodę w sadzawce, odwraca głowę i chwytając jego spojrzenie pod dachem z liści, myśli – wiem, skąd przychodzisz, duchu!