Dobre kłamstwo - ebook
Prawda często ukrywa się na widoku
Najsłynniejszy seryjny morderca ostatnich lat wreszcie popełnił błąd. Siódma ofiara Krwawego Rzeźnika uciekła i wskazała swojego oprawcę ‒ Randalla Thompsona, nauczyciela z lokalnej szkoły średniej. Jednak Robert Kawin, odnoszący sukcesy adwokat i ojciec jednej z wcześniejszych ofiar Rzeźnika, nie wierzy w winę Randalla. Postanawia go reprezentować w sądzie. Mężczyzna prosi o pomoc Gwen Moore, cenioną psychiatrę zwaną „ekspertką od zabójców”. Chce, aby opracowała profil psychologiczny Krwawego Rzeźnika oraz jego ofiar. Ma nadzieję, że pomoże to oczyścić nazwisko oskarżonego. Jednak gdy śledztwo nabiera tempa, zaczynają wychodzić na jaw mroczne tajemnice, a para powoli przestaje sobie ufać.
„Ambitna i pełna zwrotów akcji… Świetna lektura do poduszki dla tych, którzy cierpią na bezsenność, i dla tych, którzy ten jeden raz są gotowi zarwać noc dla książki”.
Kirkus Reviews
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-3927-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wspomnienie koszmaru wciąż nie opuściło tej prestiżowej ulicy. Ogłoszenia o osobie zaginionej nadal wisiały na pniach palm królewskich, strasząc wyblakłymi kolorami i brzegami ponadrywanymi przez deszcz i wiatr. Ale radiowozy zniknęły z kolistego podjazdu rezydencji stojącej na samym końcu, tej z elewacją pokrytą białymi płytkami udającymi cegłę. Również wozy transmisyjne i kamery skierowały się gdzie indziej. U bramy z kutego żelaza, niezbędnej, aby utrzymać na dystans niemających złych zamiarów przedstawicieli opinii publicznej, nikogo nie było. W przesyconym słońcem powietrzu Los Angeles krzyczała cisza.
Scott Harden niepewnie zmierzał wysadzanym palmami chodnikiem w stronę pokaźnej bramy. Biała budowla kołysała się przy każdym jego ruchu, widział jej rozmazaną sylwetkę oczami, do których spływał gryzący pot. Do pleców kleiła mu się koszulka polo z monogramem, poplamiona od długich tygodni noszenia. Oba nadgarstki płonęły od otarć i siniaków spowodowanych przez gruby sznur, co jednak nie powstrzymało Hardena od przyśpieszenia kroku na widok domu. Czując, jak krew sączy się z rany na piersi, chłopak zatrzymał się przed panelem otwierającym bramę.
Wstukał kod zakrwawionymi palcami i silnik bramy zamruczał, otwierając ją na oścież.
------------------------------------------------------------------------
Nita Harden stała przed lustrem łazienkowym i usiłowała znaleźć w sobie siły i powód, by unieść do ust szczoteczkę. Marmurowy blat, normalnie zastawiony perfumami i drogimi kosmetykami, był pusty. Blond włosy, o które tak dbała, odwiedzając fryzjera co dwa tygodnie, obecnie miały ponadcentymetrowy odrost. Ubrana w czarny dres wiszący na jej wychudłej sylwetce, w niczym nie przypominała poukładanej bywalczyni najbardziej znanych lokali Beverly Hills, do których prawo wstępu wywalczyła sobie samozaparciem. Czy nieświeży oddech miał jakiekolwiek znaczenie w obliczu zaginięcia jej syna? Czy cokolwiek miało znaczenie w sytuacji, gdy każdy dzień przynosił oczekiwanie, aż ktoś wreszcie odkryje jego zwłoki?
Zabójca, który zyskał przydomek Krwawego Rzeźnika, miał ustalony modus operandi. Porywał lubianych urodziwych nastolatków, takich jak jej Scott.
Przetrzymywał każdego chłopca przez miesiąc lub dwa, dusił go, okaleczał zwłoki i pozbywał się ich, jakby były to najzwyklejsze śmieci. Zanim porwał Scotta, rozprawił się w ten sposób z sześcioma innymi nastolatkami. A przynajmniej do tej pory znaleziono sześć ciał z otwartą klatką piersiową i usuniętym sercem. Scott zaginął przed niemal siedmioma tygodniami. Jego ciało odnajdzie się pewnie lada dzień, a ona otrzyma wezwanie do kostnicy, gdzie będzie musiała zidentyfikować syna.
Kiedy system alarmowy dał o sobie znać dźwiękiem, Nita oderwała spojrzenie od szczoteczki i skupiła uwagę na melodyjce zawiadamiającej o otwarciu bramy frontowej. Jeszcze na etapie budowy domu każde z nich wybrało unikatowy kod i dźwięk powiadomienia. Ilekroć podjeżdżała swoim Jaguarem pod bramę i zdalnie czy też nie używała przypisanego jej kodu, w domu odzywało się bicie dzwonów. Jej mąż zdecydował się na pieśń kibica zapamiętaną z czasów studiów na Uniwersytecie Kalifornijskim, Scott natomiast postawił na najzwyczajniejszy w świecie przenikliwy odgłos dzwonka… Słysząc go teraz, pozwoliła, by szczoteczka wyślizgnęła się jej z dłoni i wpadła do umywalki.
Jej sercem targnęły silne emocje, a z ust dobył się bolesny jęk. Nie pomyliłaby tego dźwięku z żadnym innym. Przez lata nauczyła się go kojarzyć z powrotem syna do domu, nic dziwnego więc, że i przy tej okazji przed oczami stanął jej uśmiechnięty Scott. Zawsze się pojawiał z plecakiem przerzuconym przez jedno ramię i od progu wołał o jedzenie. Nita podeszła do dużego okna na jednym końcu łazienki i wyjrzała na podjazd, spodziewając się, że zobaczy na nim samochód któregoś z przyjaciół syna bądź furgonetkę sprzątaczy albo ogrodników – kogoś, komu Scott mógł zdradzić swój osobisty kod. Ponieważ przez gęstą roślinność nie wypatrzyła żadnego auta, zbliżyła twarz do szyby, aby zlustrować okolice bramy.
Wysypaną pokruszonymi muszelkami alejką zmierzała niepewnie jakaś postać – osoba, która ewidentnie utykała na jedną nogę, pozostawiając za sobą długą krechę. Nita aż się zachłysnęła, widząc, że człowiek, którego obserwuje, ma na sobie znajomą szarą koszulkę polo, jak kropla wody podobną do całej masy innych, różnokolorowych, wiszących w garderobie Scotta. Z miejsca, w którym stała, nie mogła dostrzec twarzy, gdyż przybysz szedł z opuszczoną głową, ale natychmiast rozpoznała tę sylwetkę. Okręciła się gwałtownie, chcąc wybiec z łazienki, ale w pośpiechu potknęła się o miedzianą nogę wanny, ukształtowaną na wzór lwiej łapy, i aż uklęknęła na jedno kolano. Łkając z wrażenia i bólu, poderwała się na równe nogi i wypadła za próg sypialni, z którą łazienka była połączona. Na korytarzu potrąciła pokojówkę, w mgnieniu oka znalazła się przy schodach i zbiegła po stopniach, kurczowo trzymając się poręczy ze wzrokiem zamglonym łzami.
– George! – krzyczała w stronę gabinetu męża, gdzie często pracował zdalnie. – George!
Nie przystanęła, aby się przekonać, czy w ogóle jest w domu, a jeśli tak, czy ją usłyszał, tylko od razu szarpnęła za ciężką klamkę z brązu u drzwi wejściowych i przecisnęła się na zewnątrz przez powstałą szczelinę, nie czekając, aż otworzą się szerzej.
Bose stopy zabolały na nierównej nawierzchni, lecz zignorowała to, zbytnio zajęta wykrzykiwaniem imienia syna.
Scott uniósł głowę i chwiejnie się zatrzymał, z trudem wyginając usta w uśmiechu. Przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Moment później wolnym ruchem podniósł ramiona, w które wpadła z całym impetem.
Jej syn – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu – wrócił do domu.ROZDZIAŁ 2
Odsłuchałam wiadomość pozostawioną przez Johna Abbotta i zastanowiłam się, czy dziś w końcu zabije swoją żonę.
– Pani doktor – zaszeleścił głosem nierównym i przepełnionym emocjami. – Proszę do mnie oddzwonić. Ona mnie dla niego zostawi. Wiem to. Jest tylko jedno, co mogę w tej sytuacji zrobić.
Tym razem John – który zjawiał się na wizyty z pięciominutowym wyprzedzeniem, zawsze nieskazitelnie ubrany i w świetnej formie, i który nieodmiennie wypisywał mi czeki starannym drukowanym pismem – sprawiał wrażenie kogoś, kto zaraz się rozsypie. Dosłuchałam wiadomość do końca, po czym dotknęłam palcem wyświetlacza, żeby odtworzyć ją ponownie.
W końcu z westchnieniem oddzwoniłam do niego. Zdążyłam już ustalić – dzięki trwającym ponad rok sesjom psychoterapeutycznym – że John cierpi na chorobliwą zazdrość. Przez pierwsze dwa miesiące nie mówiliśmy o niczym innym, tylko o jego żonie i jej rzekomym zauroczeniu architektem krajobrazu. John miał opory przed wdrożeniem terapii behawioralnej i odmawiał zażywania pochodnych fenotiazyny. Po kilku tygodniach namów posłuchał mojej rady i zwolnił architekta krajobrazu, co zaradziło problemowi. Niedawno jednak znalazł sobie nowy powód do zmartwienia – sąsiada. Jego podejrzenia wydawały się nieuzasadnione, co byłoby uspokajające, gdyby nie narastająca w nim nieodparta chęć zamordowania żony.
Czekając, aż odbierze, otworzyłam lodówkę i wyjęłam karton mleka. Podlegało dyskusji, czy John Abbott jest zdolny do zabójstwa. Niemniej sam fakt, że od prawie roku bierze je pod uwagę, usprawiedliwiał moją reakcję.
Kiedy nie odpowiedział, rozłączyłam się i odłożyłam telefon na blat. Nalałam sobie pełną szklankę mleka, po czym lekko odsunęłam wykrochmaloną firankę, żeby wyjrzeć przez okno nad zlewem. Mimo warstwy pyłków na szybie zobaczyłam, że moja kotka ugniata łapkami perfekcyjny czerwony lakier na masce kabrioletu będącego dla mnie oczkiem w głowie. Zastukałam w szybę, by zwrócić jej uwagę.
– Ejże!
Klementyna mnie zignorowała. Wypiłam duszkiem mleko i zastukałam mocniej. Nadal nie było żadnej reakcji.
Opłukałam szklankę, włożyłam ją do zmywarki i zerknęłam na komórkę. John Abbott nigdy wcześniej nie dzwonił do mnie na telefon komórkowy. W odróżnieniu od Ricka Beekona, który nie potrafił nawet umówić się na golfa bez mojej aprobaty, John zaliczał się do tych pacjentów, dla których prośba o pomoc oznaczała przyznanie się do słabości. Dlatego nie mogłam zbagatelizować faktu, że zostawił mi wiadomość głosową we wtorkowy ranek. Czyżby przyłapał Brooke na gorącym uczynku? A może raczej jego paranoja i zazdrość osiągnęły apogeum?
„Ona mnie dla niego zostawi. Wiem to. Jest tylko jedno, co mogę w tej sytuacji zrobić”.
Dla człowieka takiego jak John zabójstwo faktycznie mogło być jedynym rozwiązaniem, szczególnie że zafiksował się na swojej żonie, na której temat miał spaczone pojęcie. Ta fiksacja dawno przeszła w obsesję, i to podszytą gwałtownością na krawędzi manii.
Wybrałam jego numer ponownie i bez końca czekałam, aż odbierze, niepokojąc się coraz bardziej. W moim umyśle zaroiło się od przeróżnych opcji. Nie zabrakło wśród nich sceny, w której ten farmaceuta o nienagannym charakterze pisma i z dwoma opuszczonymi wizytami w ciągu minionego miesiąca stoi nad swoją żoną z zakrwawionym nożem w ręku.
Nie, poprawiłam się zaraz w myślach. Nie z nożem. Nie w przypadku Brooke. Uciekłby się do innego sposobu, do czegoś mniej oczywistego. Może do trucizny? Na to wskazywała ostatnia jego fantazja, którą się ze mną podzielił.
Zerknęłam na zegar mikrofalówki. Minęły ponad dwie godziny, odkąd John do mnie zadzwonił. Sto dwadzieścia minut… W tym czasie mogło się wydarzyć dosłownie wszystko. Oto cena, którą zapłaciłam za wylegiwanie się w łóżku. Środek nasenny, zażyty o trzeciej nad ranem i wówczas ratujący moje zdrowe zmysły, sprawił, że przegapiłam telefon od pacjenta.
Postanowiłam, że spróbuję jeszcze jeden, ostatni raz. Odczekam trochę, zadzwonię ponownie, a później rozpocznę dzień jak zwykle. Przecież lubiłam powtarzać swoim pacjentom, że obsesje nie przekładają się na realne życie. Czynią jedynie nasze wewnętrzne zmagania trudniejszymi, co może mieć wpływ na podejmowane przez nas decyzje i działania.
Naszykowałam sobie tost i zjadłam go przy stole w kuchni, przeżuwając każdy kęs powoli i starannie i oglądając odcinek _Kronik Seinfelda_ na komórce. Następnie wytarłam blaty, odłożyłam chleb tostowy do chlebaka i umyłam ręce. Po wszystkim zadzwoniłam trzeci raz do Johna.
Tak jak za pierwszym i drugim razem nie odebrał.
------------------------------------------------------------------------
Za kwadrans dziesiąta, kiedy zmierzałam do gabinetu, aby przyjąć pierwszego pacjenta, w Aptece Breyera stwierdzono, że John Abbott nie pojawił się w pracy.
Wzbudziło to ogólny niepokój. Punktualność była fetyszem Johna – do tego stopnia, że dwoje stażystów we łzach pożegnało się ze swoją posadą, wysłuchawszy kolejnej tyrady przełożonego na temat tego, jak ważna jest umiejętność zarządzania czasem i szacunek dla niego. Gdy spóźnienie przeciągnęło się najpierw do wpół do jedenastej, a następnie do jedenastej, ponawiane próby kontaktu zaś nie dały zadowalającego efektu, trzyosobowy personel zgromadził się na zapleczu, by zadecydować, co dalej. Kolejka pacjentów, która nigdy nie sięgała dalej niż do regału z pieluchomajtkami, obecnie kończyła się na wysokości regałów z preparatami ziołowymi. Stojący na przedzie mężczyzna z sumiastym siwym wąsem i w kowbojskim kapeluszu odchrząknął znacząco.
Na zapleczu uradzono, że trzeba odszukać na Facebooku żonę Johna i dać jej znać. Po wysłaniu wiadomości kierownik apteki odczekał jeszcze piętnaście minut, a potem oddelegował najniższego rangą, a przez to najmniej cennego pracownika, zlecając mu zadanie podjechania pod dom Johna i wybadania sprawy na miejscu.
Joel Blanker miał dwadzieścia jeden lat i był stażystą pochodzącym z Little Rock w stanie Arkansas. Lubił _Dungeons and Dragons_, latynoskie kobiety i skrzydełka z kurczaka z dodatkowym ketchupem. Podczas gdy ja słuchałam, jak Phil Ankerly rozwodzi się nad programem dokumentalnym na temat Teda Bundy’ego, Joel zaparkował u celu, po czym wysłał zastępcy kierownika apteki wiadomość mówiącą, że samochód Johna stoi na podjeździe, blokując jakieś białe auto. W odpowiedzi nadeszła instrukcja: „Zadzwoń do drzwi i zapytaj, czy zamierza przyjść dzisiaj do pracy. Połóż uszy po sobie, jeśli zacznie krzyczeć”.
Joel podszedł do drzwi frontowych parterowego budynku, wcisnął guzik, a następnie odczekał, aż w środku wybrzmi odgłos dzwonka. Wewnątrz panowała całkowita cisza. Joel pocił się z wrażenia i z powodu kalifornijskiego upału. Kiedy i drugi dzwonek nie wywołał żadnej reakcji domowników, Joel skręcił za najbliższy róg i zajrzał przez okno. Zapukał w nie, a gdy znów nie doczekał się reakcji, przyłożył dłonie do szyby i spróbował zajrzeć do środka.
Na widok krwi i zwłok zatoczył się do tyłu, zahaczając przy tym butem o krawędź wiaty samochodowej. Jego komórka potoczyła się po ziemi i zatrzymała dopiero przy słupku. Joel przeczołgał się po zamiecionej powierzchni, by podnieść telefon. Nie zwracając uwagi na pajęczą sieć pęknięć na wyświetlaczu, odblokował urządzenie i drżącym palcem wystukał numer alarmowy.
------------------------------------------------------------------------
Pożegnawszy drugiego pacjenta, udałam się na siłownię przy Czterdziestej Piątej Alei. Niepokój dotyczący Johna Abbotta zmalał znacznie, gdy przebrałam się w strój gimnastyczny i weszłam na bieżnię. Ustawiłam prędkość, po czym obrzuciłam spojrzeniem ekrany telewizyjne, by skupić uwagę na jednym. Przemawiała z niego reporterka, pod której twarzą widniały wyrazy: KRWAWY RZEŹNIK. Przystosowując się do narzuconego rytmu, starałam się śledzić konferencję prasową, a raczej napisy na ekranie. Najwyraźniej pojawiły się nowe informacje w znanej szeroko sprawie. W pewnym momencie obiektyw kamery skierował się na ubranego w garniturową koszulę i bojówki przystojnego nastolatka, który stał obok kobiety mogącej być jego matką i uśmiechał się wstydliwie – może dlatego, że kobieta obejmowała go w pasie.
– …tacy wdzięczni, że wrócił do domu. Proszę, abyście uszanowali naszą prywatność i pozwolili nam nacieszyć się synem…
Wdusiłam przycisk pauzy na bieżni i chwyciłam komórkę. Mimo że już nie biegłam, serce nadal waliło mi jak szalone. Czy to możliwe, że ostatnia ofiara Krwawego Rzeźnika mu się wymknęła? Jak większość mieszkańców Los Angeles minione trzy lata spędziłam przyklejona do ekranu telewizora, śledząc kolejne tragiczne sprawy – od zaginięcia do zgonu. Ucieczka ofiary, i to w całkiem dobrej kondycji fizycznej, wydawała się niemożliwa. Jeśli poprzednie sześć ofiar czegokolwiek nas nauczyło, to tego, że po takim czasie powinny się pojawić okaleczone zwłoki z usuniętym brutalnie penisem, oczywiście nagie i potraktowane z równą dbałością jak niedopałek.
Zresztą sprawca był wyjątkowy nie tylko pod tym względem. Nie pozwalał też sobie na błędy. Dlatego tak mnie zdumiało, że wykazał się aż taką nieostrożnością i dopuścił do ucieczki swojej siódmej ofiary. A może znalazł się jego naśladowca? Albo jakiś dowcipniś, który chciał namieszać w śledztwie? Czy jednak Krwawy Rzeźnik miał chwilę słabości, zawiodła strategia i wykonanie? Odblokowałam telefon i zaczęłam szukać najświeższych informacji o sprawie w serwisach i na portalach informacyjnych, po czym ponownie podniosłam wzrok na wyciszony telewizor.
– …uciekł Krwawemu Rzeźnikowi i pokonał wiele kilometrów, zanim odnalazł drogę do domu…
No i proszę. Jednoznaczne potwierdzenie. Ale jak Scott Harden uciekł oprawcy? Zeszłam z bieżni, pośpiesznie pokonałam tłoczną część siłowni z urządzeniami do ćwiczeń cardio, po czym dotarłam do szerokich schodów, które szybko pokonałam w drodze na dół. Już na parterze artykuł , który przeglądałam, zniknął z wyświetlacza, a w słuchawkach rozległ się sygnał dzwonka. Widząc, że to ktoś z poradni stara się ze mną skontaktować, włożyłam drugą słuchawkę do ucha i odebrałam połączenie.
– Halo.
– Doktor Moore? – zapytał ściszonym głosem Jacob.
Wyobraziłam go sobie, jak siedzi za ladą recepcji w swoich okularkach w drucianej oprawie, które wiecznie zjeżdżają mu z nosa, i z kroplą potu sunącą po czole poznaczonym śladami trądziku młodzieńczego.
– O co chodzi? – Pchnęłam drzwi prowadzące do damskiej przebieralni i złapałam ręcznik ze stosu mu podobnych, opatrzonych monogramem.
– Ma pani gościa. To detektyw. Ted Saxe. Mówi, że to pilne.
Przecisnęłam się pomiędzy ubranymi w neonowe stroje entuzjastkami jogi i odnalazłam swoją szafkę.
– Tak? Ale co dokładnie?
– Odmawia dalszych wyjaśnień. I nie chce wyjść.
Cholera. Minęło prawie sześć godzin, odkąd John Abbott zostawił mi wiadomość głosową, a od czterech nie udało mi się z nim skontaktować. Czyżby coś jednak się stało? Czy wizyta detektywa dotyczyła któregoś innego z moich pacjentów?
– Zaraz będę w drodze. – Trzymałam telefon między brodą i ramieniem, usiłując równocześnie ściągnąć spodenki gimnastyczne. – Och, i jeszcze jedno…
– Słucham panią, pani doktor… – Jacob zawiesił głos.
– Nie wpuszczaj go do mojego gabinetu. I nie przekazuj mu żadnych informacji. Nieważne, o co by pytał.
Jacob, pracujący w poradni w niepełnym wymiarze godzin, a zawodowo parający się strojeniem fortepianów, w dodatku miłośnik żelków w kształcie rekina, stanął na wysokości zadania.
– Załatwione, pani doktor.
– Dzięki. – Zakończyłam rozmowę i zamarłam ze spodenkami na wysokości kostek i z bawełnianymi czerwonymi stringami na widoku, w razie gdyby ktoś chciał patrzeć.
Nie wypuszczając komórki z dłoni, odnalazłam wiadomość głosową od Johna, błyskawicznie ją usunęłam, po czym od razu przeszłam do kosza i opróżniłam także jego zawartość.
Zadziałałam instynktownie. Psychiatra we mnie dopatrzyłby się związku z moim dzieciństwem, kiedy nauczyłam się zacierać ślady i ukrywać wszystko, co mogłoby rozwścieczyć moją matkę. Tylko że tutaj nie chodziło o klapsa wymierzonego przez nieodpowiedzialną gospodynię domową. Konsekwencje czynu Johna Abbotta – jeśli o niego tutaj chodziło – mogły być znacznie gorsze. Łącznie z prześwietleniem mojej praktyki, zgłoszeniem do izby lekarskiej, a nawet zainteresowaniem mediów mną i moimi pacjentami – a im przecież obiecywałam absolutną poufność.
Było nie było, terapię u mnie przechodzili nie uzależnieni od pracy lękowcy, tylko zimni mordercy. Ludzie zdeprawowani do szpiku i nieprzewidywalni pod każdym względem.
Odłożyłam telefon na ławkę, po czym zdjęłam wreszcie spodenki i okręciwszy się wokół własnej osi, wybrałam właściwą kombinację na zamku szyfrowym, aby dostać się do swoich ubrań i jak najszybciej stawić się w poradni. Chciałam to mieć już za sobą.
------------------------------------------------------------------------
Detektyw Ted Saxe okazał się wysokim mężczyzną w tanim szarym garniturze, z zawieszoną na szyi odznaką. Otworzyłam drzwi swojego gabinetu i gestem zaprosiłam, aby zajął miejsce na jednym z dwóch krzeseł stojących przed moim biurkiem.
– Proszę spocząć.
Upór bądź złośliwość kazały mu pozostać w pozycji stojącej. Obeszłam biurko i zanim sama usiadłam na skórzanym fotelu na kółkach, umieściłam torebkę w szufladzie.
– Co mogę dla pana zrobić?
Zamiast odpowiedzieć, pochylił się i upuścił przezroczysty woreczek dowodowy na środek pustego drewnianego blatu. Chcąc nie chcąc, wzięłam go do ręki, żeby obejrzeć przedmiot ukryty w środku.
Była to jedna z moich wizytówek, oszczędna w stylu, tylko z imieniem i nazwiskiem, literkami „dr” przed nimi i – u dołu – numerem telefonu do poradni. Na odwrocie widniał wypisany odręcznie numer mojej komórki. Podniosłam wzrok na detektywa.
– Skąd pan ją ma?
– Znajdowała się w portfelu Johna Abbotta. – Zdjął z czubka łysej głowy przeciwsłoneczne okulary pilotki i pozwolił im opaść na sznureczku na przód koszuli. Wyglądał, jakby się urwał prosto z castingu. Był szczupły, ale umięśniony, miał lśniącą czarną cerę i nieufne spojrzenie. – Zna go pani?
Czający się wciąż we mnie niepokój, że John Abbott spełnił swoje groźby, przeszedł w strach. Co takiego zrobił? Odchrząknęłam, odkładając woreczek z powrotem na blat dla zyskania na czasie, ponieważ przez głowę przeleciał mi szereg możliwości.
– Tak. Jest moim pacjentem.
Kodeks Zasad Etycznych Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologicznego wyrażał się jednoznacznie, jeśli chodzi o poufność danych pacjenta. Zarazem jasno stanowił, że od zasady zachowania poufności można odejść w sytuacji, gdy klient zagraża sobie lub innym osobom.
Sesje, które odbyłam z Johnem Abbottem i na których zwierzał mi się z przebiegu wewnętrznej walki o to, czy powinien skrzywdzić swoją żonę, czy też nie, technicznie podpadały pod tę drugą opcję. Z łatwością mogłam poczuć się zaalarmowana jego poranną wiadomością głosową – i uznać ją za fakt godny powiadomienia o nim policji.
Z drugiej strony była to tylko wiadomość głosowa. Pozbawiony wiary w siebie mężczyzna powtórzył to samo, co mówił mi podczas rocznej terapii. To, że rozważał zamordowanie Brooke, nie oznaczało jednak, że istotnie to zrobi. Gdybym zawiadamiała policję, ilekroć któryś z moich pacjentów wspomni, że chciałby kogoś zabić, zapełniłabym więzienie niewinnymi osobami i znacznie skróciłabym listę własnych pacjentów.
Prawda bowiem jest taka, że życzenie bliźnim śmierci albo fantazjowanie o skrzywdzeniu ich należy do standardowego repertuaru mentalnego człowieka. Może żyją na ziemi święci, co to nigdy nikomu źle nie życzyli, ale dwadzieścia procent ludzi na jakimś etapie swojego życia roztrząsało kwestię morderstwa.
Pięć procent ludzkości kieruje się zasadami, które dopuszczają ten czyn.
Promil dostaje na jego punkcie obsesji. Jeszcze drobniejszy ułamek zwraca się o pomoc do psychiatry. Moi pacjenci zaliczali się więc do wąskiej grupy osób świadomych, że ich fantazje są groźne, dlatego żywiłam wobec nich opiekuńcze uczucia i starałam się znaleźć rozwiązanie w obliczu wyznań płynących z głębi duszy.
Bo przecież myśli to nie czyny. Nikt jeszcze nie ucierpiał od czyjejś aktywności umysłowej. Dopiero wtedy, gdy myśli ulegają urzeczywistnieniu… Lecz takie ponosiłam ryzyko w tej grze, w którą grałam z moimi pacjentami na co dzień.
Teraz, gdy siedziałam naprzeciwko detektywa, stało się dla mnie jasne, że w grze prowadzonej z Johnem Abbottem przegrałam. Myśli stały się czynami.
Saxe odchrząknął.
– John Abbott nie pojawił się dziś rano w pracy. Wywołało to niepokój jego współpracowników, z których jeden pojechał, aby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Skończyło się wezwaniem policji.
Przyłożyłam dłoń do piersi i masując delikatny jedwab bluzki, próbowałam spowolnić rozszalałe bicie serca. Już miałam zapytać, czy Johna złapano, gdy detektyw odezwał się ponownie.
– Oba ciała leżały na podłodze w kuchni. Pracownik apteki przez okno dostrzegł zwłoki pana Abbotta.
Wirujące w mojej głowie myśli zamarły.
_Ciała? Zwłoki pana Abbotta?_
– Okazuje się, że Brooke Abbott doznała zawału podczas śniadania. Znaleźliśmy jej męża przy niej. Ewidentne samobójstwo.
Zmarszczyłam brwi.
– Co? Jest pan pewien?
– Zginął od rany kłutej zadanej w brzuch. Kąt wbicia ostrza i okoliczności każą nam zakładać, że denat sam odebrał sobie życie.
Usiłowałam pozbyć się sprzed oczu obrazu Brooke Abbott, którą poznałam zaledwie miesiąc wcześniej, wpadłszy na nią przypadkiem w sklepie spożywczym. Była ładną kobietą. Miała łagodne spojrzenie. Uśmiechała się przyjaźnie. Przywitała się ze mną ciepło, nieświadoma dziesiątek rozmów z jej mężem, w czasie których starałam się go odwieść od zabicia żony.
Po trwającej rok terapii jakoś nie wierzyłam, że Brooke Abbott zmarła na zawał w ciągu godziny po tym, jak John zostawił mi wiadomość.
– Na co leczył się u pani John Abbott?
Poruszyłam się niespokojnie.
– Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, detektywie.
– Niech pani da spokój! – prychnął. – Pacjent nie żyje.
– Proszę wrócić z nakazem sądowym – dodałam. – Naprawdę mi przykro, ale Kodeks Zasad Etycznych wyraża się na ten temat jasno.
– Coś mi mówi, że nie zawsze trzyma się go pani aż tak kurczowo… – zakpił. – Wszyscy wiemy, jaką ma pani specjalność. – Usiadł w końcu, co było niefortunne o tyle, że właśnie się podnosiłam, aby go odprowadzić do drzwi. – Czy nie nazywają pani lekarzem Lecterów?
Westchnęłam, słysząc ten przydomek.
– Specjalizuję się w leczeniu osób gwałtownych i z obsesjami, ale nie wszyscy moi pacjenci są tacy. Wielu z nich jest całkowicie normalnych, a nawet miłych – skłamałam gładko. Od dekady nie miałam normalnego pacjenta.
Saxe uśmiechnął się pod nosem.
– Mordercy – rzucił. – Leczy pani morderców. Obecnych, przyszłych i przeszłych. Proszę mi wybaczyć, pani doktor, ale lubię nazywać rzeczy po imieniu.
– Cóż, jak już powiedziałam, nie mogę udzielić panu informacji na temat Johna Abbotta.
– Kiedy ostatnio pani z nim rozmawiała?
Zaczął się taniec.
Dobierałam słowa ostrożnie, wiedząc, że prawdopodobnie policja zdobyła już listę ostatnich połączeń Johna.
– Nasze ostatnie spotkanie odbyło się dwa tygodnie temu. W tym tygodniu pan Abbott odwołał umówioną sesję. A dziś rano do mnie zadzwonił. Nie mogłam odebrać, oddzwoniłam więc kilka godzin później, lecz bez skutku.
Saxe nie wydawał się zdziwiony tymi informacjami, co oznaczało, że policja faktycznie była w posiadaniu billingu Johna. Chwała Bogu, że nie zachowałam wiadomości głosowej.
– Czego chciał?
– Poprosił mnie tylko, żebym do niego zadzwoniła.
– Wolałbym usłyszeć to na własne uszy.
Westchnęłam.
– Przykro mi, ale skasowałam wiadomość. Nie uznałam jej za ważną.
Skinął głową, jakby to było oczywiste, lecz jeśli zakładał zawał serca i samobójstwo, coś mu musiało nie pasować.
– Zadzwonił na numer z wizytówki?
– Tak, ten z tyłu. To moja prywatna komórka.
– Rozdaje pani swój prywatny numer pacjentom? – Ściągnął brwi. – Nawet tym niebezpiecznym?
– To numer telefonu komórkowego. – Odchyliłam się na oparcie krzesła. – Nie adres domowy ani kod dostępu do drzwi wejściowych. Każdego, kto by go nadużywał, skreślam z listy pacjentów. Zdarza się, że muszę zmienić numer, ale to nic wielkiego.
– Muszę powiedzieć, pani doktor, że jak na kogoś, kto obcuje z mordercami na co dzień, niespecjalnie poważnie podchodzi pani do kwestii swojego bezpieczeństwa. Jest pani atrakcyjną kobietą. Wystarczy, że któryś z tych psycholi uweźmie się na panią, i będzie pani miała nielichy problem.
– Doceniam pańskie uwagi. – Zmusiłam się do uśmiechu. – Tyle że moi pacjenci to nie psychole. To normalni ludzie, detektywie. Jedni mierzą się z depresją, drudzy z obsesjami. Gdyby im nie zależało na bliźnich, nie przychodziliby do mojego gabinetu.
– Dlatego właśnie odwiedzał panią John Abbott? Nie chciał skrzywdzić żadnego bliźniego?
Z wysiłkiem zapanowałam nad miną.
– Jak już wspomniałam, moi pacjenci cierpią na różne schorzenia. Niektórzy potrzebują po prostu rozmowy. Jeżeli chce pan się dowiedzieć więcej, musi pan się postarać o nakaz.
– Proszę się nie obrażać, musiałem przynajmniej spróbować, co nie? – rzucił, unosząc ręce w geście poddania. Spojrzawszy ponad moim ramieniem, zapatrzył się na widok parku za oknem. – Czy pani zdaniem powinienem odejść od teorii samobójstwa?
Pytał niewłaściwą osobę.
– Nie mam żadnych przesłanek, aby tak myśleć.
– Powtórzy to pani pod przysięgą?
– Zdecydowanie tak. – _Tylko proszę, nie pytaj Brooke…_
Skinął powoli głową.
– Wrócę do pani, jeśli będę miał jeszcze jakieś pytania. – Odepchnął się dłońmi od podłokietników i wstał. – Dziękuję za poświęcony czas.
Odprowadziłam go do recepcji, gdzie posłałam Jacobowi pokrzepiający uśmiech, gdyż przyglądał nam się z zainteresowaniem. Po powrocie do gabinetu zamknęłam za sobą starannie drzwi i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na długi, drżący wydech.
Prawdopodobieństwo, że zawiniłam w tej sprawie, było wysokie, bardzo wysokie. Spoczywała na mnie odpowiedzialność, tymczasem po całości zawiodłam Brooke – ale także Johna. Przeze mnie zginęło dwoje ludzi.
------------------------------------------------------------------------
_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_