Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dobrowolski i nuty Fryderyka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 lutego 2026
40,00
4000 pkt
punktów Virtualo

Dobrowolski i nuty Fryderyka - ebook

Jest rok 1891. Trwa już budowa Tower Bridge w Londynie. Do zatrudnionych inżynierów dołącza Konstanty Aleksander Dobrowolski, młody francuski inżynier polskiego pochodzenia. Oprócz wielkiego wyzwanie konstrukcyjnego, jakim jest budowa zwodzonego mostu, Kostek przyjeżdża ze zobowiązaniem od ojca. Uzbrojony w wiersze i zapiski Norwida, ma rozwiązać zagadki z życia jego wielkiego przyjaciela – Fryderyka Chopina. Pianista i kompozytor przebywał w Londynie pod koniec swojego życia. Pomocy w tej przygodzie nie odmówi służący Hosni Al-Battani oraz… kilka innych osób. A wszystko to w czasie pandemii rosyjskiej grypy, która panoszy się na świecie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397565647
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Wody Kanału La Manche tworzyły niemal płaską powierzchnię. Tylko malutkie falowanie zdradzało, że świat nie zapadł się w jakąś szarą nicość. Siny kolor wody nie miał końca ani początku. Tak samo jak gęsta mgła zalegająca nad samą powierzchnią. Widoczność została dramatycznie ograniczona. Statek Calais Douvres mielił wodę za pomocą kół z łopatkami po obu stronach kadłuba. Z dwóch kominów wydobywał się delikatny dym. W normalnych warunkach podróż z Calais do Dover trwałaby około dziewięćdziesięciu minut, a w pośpiechu udawało się zejść nawet poniżej godziny. Jednak przy takiej pogodzie jak dzisiaj, znacznie ograniczono prędkość, a cała dostępna załoga zajęła miejsca na pokładzie, wypatrując ewentualnych przeszkód. Nie pomagały żadne lornetki, bo tylko zamazywałyby obraz.

Bogatsi pasażerowie ukryli się przed wilgocią w swoich kabinach, a właściciele tańszych biletów na tyłach statku pod płóciennym zadaszeniem. Nie podziwiano piękna kanału i chroniono ubrania przed nasiąkaniem wodą. Jednak jeden z podróżnych udających się do Zjednoczonego Królestwa, pozostał na zewnątrz. Po pierwsze niezwykle interesował się konstrukcją statku. Wydała mu się tak stara, że na własny użytek nazywał ją średniowieczną. Zadał nawet kilka pytań załogantom, ale potem zorientował się, że przeszkadza i przerwał. Poza tym stwierdził, że poznawanie przestarzałych form napędu okrętowego jest marnowaniem czasu. Wiedział przecież, że przyszłość to turbina…

Skończył rozmyślania, bo wydało mu się, że coś zamajaczyło w gęstej, zaparowanej rzeczywistości. Zdjął kapelusz, spod którego wysypały się jasne długie loki. Dziewczęta siedzące pod daszkiem natychmiast rzuciły na niego okiem. Najwyraźniej zrobił na nich wrażenie. Jego ruchy były energiczne, a nawet zawadiackie. Odrzucił włosy z oczu i zrobił krok do przodu, opierając się o reling. W jednej ręce trzymał książkę, którą obiecał przeczytać, ale nie mógł się za nią zabrać. Podniósł się na palcach i wytężył wzrok. Odruchowo przyłożył książkę do czoła, jakby chciał zasłonić promienie słoneczne. Trochę zobaczył, a trochę dodała wyobraźnia, ale był niemal pewny, że na poziomie wody widzi buzujący biały ślad wody podnoszonej przez dziób innego statku. Po sekundzie był już pewny, że rozbijane fale są większe niż przy dziobie pasażerskiego transportowca. To musiało być coś…

– Okręt z prawej burty! – wykrzyczał najgłośniej jak umiał. – Okręt z prawej burty!

Oczy wszystkich zwróciły się w tamtą stronę, ale nikt nie zareagował. Całą załogę zupełnie zamurowało. Dlatego młody człowiek rzucił się do sterówki. Wpadł tam z impetem i zobaczył spętanych niemocą kapitana Calais Douvres oraz sternika. Tymczasem we mgle pojawił się olbrzymi dziób okrętu wojennego. Był cały pomalowany na szaro. Ten kolor doskonale maskował w obecnych warunkach. Bezdyskusyjnie znajdował się na kolizyjnym kursie ze statkiem pasażerskim. Młody człowiek natychmiast ocenił sytuację, szybko, acz ostrożnie, odłożył książkę na półeczkę kapitańską i pchnął koło sterowe wraz z ręką marynarza. Trzeba było działać natychmiast, bo ich szanse na uniknięcie zderzenia były minimalne.

– Ster lewo na burt! – wrzasnął.

Sternik posłusznie zakręcił kołem najmocniej jak umiał. Młodzieniec wiedział, że powinna paść jeszcze dyspozycja dotycząca mocy silnika. Kuksańcem przebudził z letargu kapitana. Ten pochylił się odruchowo nad mosiężną tubą z wytartym i ledwo widocznym napisem „Maszynownia”.

– Cała naprzód! – Dowódca wykrzyczał do jej wnętrza.

Dopiero teraz wszyscy poczuli, że statek zaczyna odchylać się w lewo. Po kilku sekundach zwiększona moc maszyny parowej dodała prędkości Calais Douvres, co mogło oznaczać zderzenie, ale miało w zamiarze przyspieszyć manewr zakrętu. Interesując się budową wszelkich maszyn, młody człowiek oceniał możliwości tego statku na osiemnaście, najwyżej dziewiętnaście węzłów, ale potrzeba było czasu, aby do tego poziomu dojść.

Tymczasem z prawej strony zbliżała się gigantyczna góra metalu. Pancerny okręt z armatami zakutymi w stalowych wieżach nie zwolnił. Na dziobie powiewała flaga, której barw nie dało się rozpoznać z powodu dominującej sinej szarości. Przed mostkiem sterczały dwie lufy nieprawdopodobnych dział o olbrzymiej średnicy. Potem zza mgły wychynęły maszt przedni oraz dwa kominy.

Dopiero teraz kapitan statku pasażerskiego pociągnął za syrenę i rozległ się jej dźwięk. Pasażerowi z blond lokami skojarzył się mniej z ostrzeżeniem, a bardziej z błaganiem skierowanym do nadpływającego wielkiego brata. Jednak tam na reakcję nie było już czasu. Dziób zbliżał się do burty Calais Douvres. Burta ta nadal próbowała się uchylić, jak człowiek, który próbuje uniknąć ciosu pięścią. Statek mozolnie przekręcał się w lewo, ale wydawało się, że pięść dosięgnie twarzy. Na dziobie pędzącego pancernika można już było dostrzec nazwę okrętu: Camperdown. Z pewnością należał do floty brytyjskiej strzegącej wód Kanału Angielskiego, jak nazywali La Manche mieszkańcy wysp.

Młody człowiek zaparł się o ścianę. Sternik mocniej złapał koło i przygotował na uderzenie dziobu w burtę. Spodziewali się, że zaraz blacha zostanie rozerwana, a wszyscy znajdujący się na pokładzie zatoną w mroźnej jesiennej wodzie. Statek nie był wypełniony do dozwolonego poziomu tysiąca dwustu pasażerów, ale i tak było to kilkaset osób. Wyobraźnia podpowiadała zgrzyt rozdzielanego poszycia. W uszach szumiała fala wlewająca się do maszynowni i kabin. Już…

I wtedy nastąpił cud. Calais Douvres złapał spóźniony rozkaz skrętu i kadłub zaczął się odwracać, aby obrać ten sam kurs, co pędząca maszyna wojenna. Dziób pancernika minął wirujące koło z łopatkami o kilka metrów. Przez moment oba obiekty pływające ustawiły się równolegle. Wtedy sternik szybko odkręcił koło sterowe, aby nie uderzyć rufą o burtę pancernika. Pomogła fala wzbudzona przez dziób okrętu, bo odrzuciła statek, powodując jednocześnie mocny przechył i utratę równowagi całej załogi i pasażerów. Camperdown nadal nie zwalniał. Gnał w swojej misji w stronę południowo-zachodnią.

Pasażer patrzył na olbrzyma mijającego ich z prawej strony. Przy relingu pojawił się jeszcze jeden mężczyzna z małą, pokrytą skórą skrzyneczką. Majstrował przy tej skrzyneczce i ciągle do niej zaglądał. Na pokładzie pancernika stało kilku przerażonych marynarzy. Mogli tylko śledzić wzrokiem koła pasażerskiego statku mielące wodę. Obok niego maszyna wojenna wydawała się być ogromna.

– Wielki – powiedział młodzieniec. – Pewnie ze sto metrów.

– Nie… – żachnął się kapitan, który nagle odzyskał mowę i możliwość ruchu. – Pewnie ze trzysta stóp, może nawet trzysta trzydzieści?

– A te armaty? Jaki mają kaliber? – Zastanawiał się blondyn. – Ze trzydzieści pięć centymetrów.

– No nie wiem. – Kapitan pokręcił głową. – Na pewno ponad trzynaście cali.

– Jaka to musi być moc silników – zachwycał się młody.

– Na moje oko – kapitan przymrużył prawe – pędzi ze dwadzieścia węzłów.

– Chociaż w tym jednym się zgadzamy – potwierdził blondyn. Poklepał po plecach pobladłego sternika.

Z udawanym spokojem wyszedł na zewnątrz, ale tak naprawdę cały dygotał. Po chwili coś sobie przypomniał. Szybko zawrócił i sięgnął po odłożoną naprędce książkę.

*

Kapitan Calais Douvres nakazał zrobić wielkie koło i dopiero potem popłynął we właściwym kierunku. Zdezorientowani pasażerowie wyszli na pokład. Dzielili się wrażeniami z nieprawdopodobnego wydarzenia. Niektórym z emocji drżały ręce, inni modlili się w podzięce za ocalenie, ale każdy choć przez chwilę spojrzał na młodego człowieka stojącego na dziobie, wpatrzonego w odległe klify w okolicach Dover. Było je widać, bo mgła podniosła się szybciej, niż trwało spotkanie z pancernikiem. Nagle wyszło słońce, a młody człowiek z kieszeni marynarki wyjął ciemne okulary. Miały przynieść ulgę dla oczu w czasie ostrego słońca. Pomyśleć, że jeszcze niedawno używali ich tylko chorzy na syfilis.

Pasażerowie przyglądali się mężczyźnie z zaciekawieniem. Próbowali się dowiedzieć, komu zawdzięczają ocalenie. Niektórzy spotkali go już w Calais, skąd wypłynęli. Ktoś zapamiętał go z pociągu z Paryża, który zgodnie z rozkładem Special Express Tidal Service opuścił stolicę Francji punktualnie o drugiej po południu poprzedniego dnia. Podobno wieczorem ów młody człowiek kupił popołudniówkę, wysiadając na dworcu w Calais. Jeszcze inna osoba nocowała z nim w tym samym hotelu. Kolejna stała rano za blondynem w kolejce do wejścia na Calais Douvres i opowiadała o rozmowie z załogantem.

– Bilet proszę – zatrzymał młodego człowieka mężczyzna w mundurze linii okrętowej obsługującej połączenie między Francją a Wielką Brytanią.

– Mam, ale chciałbym się jeszcze upewnić, czy inna rezerwacja jest potwierdzona – odrzekł zagadnięty.

– Tam. – Wskazał oschle bileter. – W tamtym kantorze.

Wysoki blondyn uchylił kapelusza i odwrócił się na pięcie. Błyskotliwe szybkie spojrzenie omiotło zgromadzonych. Zrobił kilka kroków powoli, a potem sprężystym marszem udał się do wskazanego biura.

Jedna z kobiet weszła do wspomnianego kantoru tuż przed młodzieńcem, a właściwie to ją przepuścił, jako dżentelmen. To ona szeptem podała nazwisko bohatera, opowiadając o tym spotkaniu współpasażerom.

– Konstanty Aleksander Dobrowolski. – Francuski sprzedawca biletów wolno łamał sobie język. Z trudem zestawiał głoski z literami. Nawet się zaciekawił: – Pan z Rosji?

– Uchowaj Boże. – Pokręcił głową.

– Może z Polski? – dopytywał sprzedający.

– Proszę pana – odrzekł Konstanty. – Jestem inżynierem z Paryża. Czy znalazł już pan moją rezerwację?

Kobieta opowiadała ze szczegółami. Okazało się, że wszystko jest w porządku. Kartkę papieru pokrywały gotowe nadruki, a pomiędzy nimi wprawną ręką wypisano nazwisko.

– Czy jest już przygotowany bilet na nazwisko Hosni Al-Battani? To mój służący – dopytywał inżynier według słów kobiety, która była świadkiem rozmowy. – Będzie jechał z bagażami.

Wtedy zawył sygnał wzywający pasażerów na statek, wspominał kolejny z podróżnych. Dlatego ten Dobrowolski ruszył do wyjścia. Kilka chwil później sprzedawca wybiegł z kantoru i zawołał, że oczywiście jest już wszystko przygotowane dla człowieka o dziwnym nazwisku.

Każdy widział, że wody Kanału La Manche po prostu się nie ruszały. Niemal płaska powierzchnia nikła pod przykryciem gęstej mgły, która spowijała przeprawę między Republiką Francuską a Zjednoczonym Królestwem.

– Mam to w nosie – zawołał wówczas kapitan parowca. Potem rzucił kilka twardych przekleństw w języku Szekspira i zawołał: – Albert! Wychodzimy!

Albertem okazał się Chief z maszynowni. Od południa grzał parę, ale nie miał możliwości wprawić jej w ruch. Wydawało się wszystkim, że jest zbyt niebezpiecznie. Jednak rozkład jazdy był czymś ważnym i należało się go trzymać, kiedy tylko się dało. Ale tak naprawdę kapitana motywowało coś innego. Tego dnia miał się spotkać ze swoją całą rodziną, bo wypadały jego urodziny i córki szykowały niespodziankę. Od rana był bardzo rozkojarzony i myślał tylko o wieczornej kolacji.

– Maszyny gotowe – odpowiedział mu wtedy Chief i poszedł do komory z kotłem.

– Podobno jest inżynierem – zakończyła szeptem kobieta, która Dobrowolskiego poznała w kantorze sprzedaży biletów.

*

Kiedy słońce nadało dniu właściwy wygląd i wydobyło cienie po odejściu szarej mgły, na pokładzie ponownie pojawił się mężczyzna w meloniku z dziwnym pudełkiem na statywie. To on odciągał uwagę Dobrowolskiego podczas groźnego incydentu. Teraz podszedł do niego i uchylając nakrycie głowy, zapytał:

– Czy nie mógłby mi pan zrobić zdjęcia?

– Pan chyba żartuje – zdziwił się inżynier. – Proszę pojechać do jakiegoś zakładu czy atelier.

– Ach, nie. – Uśmiechnął się tamten. – Ja chciałbym zrobić zdjęcie tutaj, na statku. Z wybrzeżem w tle.

– W jaki sposób? – Kostek rozejrzał się w poszukiwaniu sprzętu. – Czym?

– Mam ze sobą aparat. – Patykowaty pokazał brązową skrzyneczkę.

– To…? Tym pan chce zrobić fotografię? A szkło? A…

– Ależ nie. – Ponownie się uśmiechnął. – To jest aparat Kodak. Numer jeden. Robi się nim zdjęcia na specjalnej przewijanej folii. Takiej taśmie…

– Byłem w zakładzie Kodak w Paryżu. Nie mieli nic takiego.

– W Ameryce produkują to już od trzech lat, ale do Europy trafiają dopiero pierwsze egzemplarze. – Mężczyzna okazał swą dumę. – Ja posiadam jeden z nich.

Dobrowolski był pod wrażeniem. Pozwolił się ustawić tak, aby słońce dobrze operowało na jego twarzy, a za nim majaczyły brzegi w okolicach Dover. Potem zamienili się szybko miejscami.

– Malutki – powiedział z podziwem, patrząc na pudełko wielkością przypominające domek dla ptaków.

*

– Ależ nie trzeba – żachnął się inżynier, kiedy kapitan zaproponował transport na dworzec kolejowy na koszt kompani kolejowo–morskiej.

Nic się jednak z tym nie dało zrobić i zamówiona dorożka odstawiła młodzieńca pod sam budynek.

Na peronie stał już pociąg gotowy do odjazdu. Konstanty wprawnym okiem ocenił lokomotywę. Jej nienaganna czystość błyszczała z daleka. Ciemnozielony kolor odcinał się od czerwono-bordowych wagonów. Dziewięć wygodnych pojazdów wypełniło się pasażerami w większości przybyłymi na pokładzie Calais Douvres. Wszyscy uprzejmie kłaniali się Dobrowolskiemu. Tymczasem on zajął swoje miejsce i zerknął na zegar dworcowy. Była druga dziewiętnaście po południu. Podróżny wyczekał kilka chwil, patrząc, aż wskazówka przeskoczy o minutę, i usłyszał gwizdek, a potem poczuł szarpnięcie wagonów.

*

Szarpnięcie wagonów przebudziło go podobnie dzień wcześniej, kiedy ruszał z Gare du Nord, paryskiego dworca kolejowego. Miał za sobą trudny okres zniechęcenia i marazmu. Po kilku ekscytujących przygodach nastąpił ponury okres smutku i straty. Zniknięcie kobiety, która… Obiecał matce i ojcu do tego nie wracać.

Miał się zająć poszukiwaniem nowego zajęcia. Nic jednak w tej sprawie nie zrobił. W końcu ojciec dopiął swego i znalazł mu pracę oddaloną od Paryża. Miał kilku znajomych z dawnych lat, którzy mieszkali w Londynie. Apolinary, po ucieczce z transportu na Sybir za udział w powstaniu styczniowym w Polsce, dotarł do Francji. Wcześniej jednak zahaczył o Anglię. Poznani na budowie ludzie po dwudziestu latach okazali się doświadczonymi inżynierami i pośredniczyli w znalezieniu zatrudnienia. Jednak nie tylko o to zadbał ojciec.

– Tato… – wyjęczał Konstanty, kiedy ten wyciągnął go z jadalni do swojego gabinetu. – Ja w ogóle słabo czytam po polsku, a ty mi poezję proponujesz…

– To ważne – odrzekł poważnie Apolinary. – Po prostu mam dla ciebie dodatkowe… zlecenie.

Na biurku ojca leżały stosy dokumentów i książek. Od lat zajmował się polskimi sprawami. Czytał mnóstwo książek. Jego ulubionym, choć wciąż nieznanym, poetą był niejaki Norwid. Starszy Dobrowolski katował syna jego wierszami oraz próbował propagować go wśród znajomych. Te stosy dotyczyły zapewne właśnie jego.

Podał synowi do ręki kartę z zapisanym na niej wierszem Norwida. Kiedy młodszy Dobrowolski powoli usiłował sklecić trudne polskie słowa wypełniające papier, Apolinary opowiadał o swoim niedawnym spotkaniu. Okazało się, że do Paryża jakiś czas temu przyjechał Zenon Przesmycki, redaktor jakiegoś pisma z Warszawy. Ojciec, jak to miał w zwyczaju, postanowił kolejny raz spróbować zainteresować literata i wydawcę wspomnianym wyżej poetą.

– No przecież zasługuje on na to, aby być znanym i poważanym – powiedział w pewnym momencie.

Syn oczywiście kiwnął głową, bo cenił pasję taty, choć nie rozumiał polskiej poezji.

Pan Przesmycki wyraził umiarkowane zainteresowanie wierszami twórcy, ale obiecał, że do nich zajrzy później. Na szczęście zajrzał wcześniej i zwrócił uwagę na znajomość, a może przyjaźń, która łączyła owego Norwida z Fryderykiem Chopinem.

– O, to już jest coś! – powiedział wówczas Przesmycki. – Wydaje mi się, że powinien pan nad tym popracować.

– Na czym ma polegać… zlecenie? – zapytał głucho syn i poczuł, jak dopada go chandra, która trzymała go w objęciach przez ostatnie dwa lata.

– Z tych zapisków Norwida wynika, że w ostatnim roku życia Chopina pojawia się jakaś tajemnica… kobieta… pieniądze… i być może coś więcej. – Ojciec zniżył głos, aby zabrzmiało to bardziej intrygująco.

– To oni się znali? – zdziwił się Kostek. – Ten cały Norwid z Chopinem?

– Oczywiście – obruszył się ojciec.

– Żyli w tych samych czasach?

– No jasne – złościł się tata. – Myślisz, że jak jeden jest poetą, a drugi muzykiem, to nie mogli się spotkać? Dwa różne światy?

– Masz rację… Przecież mogli pisać razem jakieś piosenki. – Wzruszył ramionami.

Twarz ojca zapłonęła ze złości. Uspokoił się jednak po chwili.

– Potraktuj sprawę poważnie.

– No pewnie. – Młodszy stał się bardziej ugodowy. – Co mam zrobić?

– Ponieważ wiemy, że umiesz rozsupływać pewne węzły…

– Po pierwsze nie bierz mnie pod włos – żachnął się Konstanty, choć w duchu się uśmiechnął z powodu podstępu ojca. – Po drugie nie oczekuj ode mnie, że będę w stanie powiedzieć porządnie: „rozsupływać pewne węzły”… Chyba że po francusku lub angielsku.

– Kostek… Synu. – Apolinary schylił się na sekundę, okazując, że przyznaje mu rację. – Znajdujesz coś miedzy wierszami. Czytasz ukryte wiadomości i…

– Nie wiem, czy tutaj coś wyczytam. – Popukał w kartę z tekstem Norwida. – To trudne.

– Spróbuj… proszę.

– Wiem, o co ci chodzi. – Zaśmiał się w końcu Konstanty. – Tato, chcesz, żebym miał zajęcie i nie popadał dalej w melancholię. Obiecuję zatem, że nie popadnę.

– Zajmiesz się tym? – zapytał z nadzieją.

– Konkretnie. O co chodzi?

– Chciałbym, abyś poszukał zaginionej kompozycji Fryderyka Chopina. Z tego, co udało mi się wyczytać, powstał taki walc, którego nie można się doszukać.

– W Londynie? – zdziwił się Konstanty.

– Chopin rok przed śmiercią był w Anglii i Szkocji – wyjaśnił Apolinary. – Tam zapewne poznał tajemniczą kobietę.

Syn milczał, choć zagadka już wydała mu się ciekawa. Obiecał sobie, że będzie w Londynie tylko pracował. Żadnych kobiet. Zatem ta sprawa, jako wypełniacz wolnych chwil, wydawała się dobrym pomysłem.

– Jasne, że to zajęcie dla ciebie, ale… – dodał. – Może przez Chopina uda się pokazać światu Norwida?

– Chcesz za pomocą znanego pianisty wypromować nieznanego poetę. Na jego plecach…

Ojciec się uśmiechnął, skinął głową i poklepał syna po ramieniu. Potem wyszedł, zostawiając go z poezją i notatkami. Inżynier jeszcze raz przeleciał wzrokiem po tekście wiersza. Doszedł do jedenastej zwrotki i na głos przeczytał ostatnie wersy.

Lecz Ty? – lecz ja? – uderzmy w sądne pienie.

Nawołując: „Ciesz się, późny wnuku!…

Jękły – głuche kamienie:

Ideał – sięgnął bruku – –”

A zatem fortepian Chopina został wyrzucony i upadł na ulicę rozbity w drzazgi. Tyle Konstanty zrozumiał. Spojrzał na tytuł i, ponieważ ojca nie było w gabinecie, pozwolił sobie powiedzieć na głos.

– Chopin… Czy aby na pewno Polak? – Miał co do tego wątpliwości, ale nie dzielił się nimi z Apolinarym.

*

W tym samym czasie w sąsiednim pokoju odbywała się inna rozmowa. Krążył po nim służący, pakując rzeczy swojego pana potrzebne do życia przez kilka lat w Londynie. Hosni Al-Battani był Egipcjaninem, którego Dobrowolski poznał i zatrudnił kilka lat temu podczas prac modernizacyjnych nad Kanałem Sueskim. Okolicznością intrygującą był fakt, że w tym pakowaniu służącemu pomagała matka jego pana, Valerie Dobrowolski z domu Vaillant. Jeszcze bardziej interesujący był fakt, że zanosiło się, iż oboje rodzice zamierzali odprowadzić służącego na pociąg, a syna nie. Rzecz w pewnych sferach niebywała.

– Bywała czy niebywała – rzuciła cicho kobieta. – To jest nieważne. Wiem, że to może się wydać dziwne, ale przecież może się zdarzyć, że Francuz ożeni się z Angielką.

– Nadal uważam, że to rzecz niemożliwa. – Pokręcił głową Egipcjanin.

– Masz go pilnować, aby nie trafił na kogoś… niemądrego – odrzekła stanowczo Valerie. – W końcu będzie poza naszą kontrolą.

– Na nikogo sam nie trafi. – Hosni pokręcił głową. – Bo sam nie chce.

– Gdyby był sam, to mogłoby się coś…

– Był sam w Egipcie… – wtrącił służący.

– No i o mało… Wiesz kogo spotkał – przerwała matka.

– Dał sobie radę – przypomniał Hosni. – Przez skromność nie powiem, z czyją pomocą.

– Skupmy się na pakowaniu – przypomniała Valerie. – Nie może mu niczego zabraknąć. W Londynie bywa zimno.

*

To wszystko wydarzyło się dwa dni temu. Teraz Kostek Dobrowolski z przyjemnością wyglądał za okno, gdzie zielone łąki hrabstwa Kent rozciągały się we wszystkie strony. Jego towarzysze podróży próbowali przerwać tę sielankę i zagadnęli kilka razy w typowo angielski sposób, pytając o pogodę. Dobrowolski uprzejmie odpowiadał w języku, którego nauczył go ojciec. Apolinary, uciekając z Rosji, trafił też do Londynu i aby zarobić na dalszą podróż, pracował przy budowie metra. Wtedy nauczył się języka. Języka ubogich dzielnic stolicy imperium. Potem przekazał go synowi, a ten udoskonalił go podczas pracy z Brytyjczykami przy poszerzaniu Kanału Sueskiego.

W pociągu próbował czytać dokumenty związane ze zleceniem od ojca. Jednak notatki i wiersz były zbyt trudne. W ramach kompromisu z własnym sumieniem odłożył papiery i sięgnął po książkę. Również od Apolinarego. Obiecał ją przeczytać, ale nie umiał się przemóc. Nie mógł powiedzieć, że go nudziła, była przecież pełna przygód, ale ją też napisano po polsku. Znał ten język, ale jednak dość słabo i bardziej w mowie niż piśmie. Tata uznał, że się podszkoli, jeśli zacznie czytać. Po kilku minutach Konstanty zauważył, że obserwuje go młoda współpasażerka, a właściwie usiłuje przeczytać tytuł i nazwisko autora książki. Litery jej się jednak nie składały, a język łamał nawet w myślach. W końcu inżynier pochylił się i szepnął do niej:

– With Fire And Sword – przetłumaczył tytuł i dodał: – By Henryk Sienkiewicz.

Kobieta zmarszczyła twarz, wyrażając jednocześnie niesmak i politowanie.Rozdział 2

Gdyby podsumować tylko czas podróży, odpuszczając czas na sen w Calais, to zajęła ona dokładnie dziewięć godzin i dwadzieścia cztery minuty. Podobny czas można było zanotować, gdyby wyruszyć rano. Wówczas odjeżdżając z Paryża o siódmej, można było późny lunch zjeść w centrum Londynu w okolicach stacji London Bridge. Delikatnym skinieniem Dobrowolski pożegnał się z pasażerami i wyskoczył na peron. Odprowadziło go westchnienie kilku brytyjskich panien na wydaniu. Potem po stalowych schodach udało mu się dostać do miasta, a po paru minutach stał na brzegu Tamizy. Popatrzył w prawą stronę i z dumą podziwiał rozpoczętą budowę Tower Bridge. Celu swojej podróży.

Szybkim krokiem zmierzał w kierunku zarysu imponującej konstrukcji. Mijał zagonionych londyńczyków cały czas wpatrzony w zgromadzone tony stali i kamieni. Przy wejściu na budowę zatrzymali go robotnicy. Już z samego tonu ich wypowiedzi dało się wyczuć, że kpią z nadchodzącego mężczyzny. Jeden z nich szczególnie sobie żartował. Pozostali dopowiadali tylko półsłówka i chowali się w cieniu sarkazmu swojego przywódcy. W końcu Konstanty wszedł za bramę ogrodzonego terenu budowy. Robotnik rzucił w jego stronę jakieś pytanie opakowane w niesmaczny żart. Dobrowolski zmarszczył brwi. Od kilku lat używał innego angielskiego, ale i ta wersja wydała mu się znana. Grzecznie poprosił o powtórzenie. Tamci zaśmiali się spazmatycznie, ale pytanie padło jeszcze raz. Inżynier kiwnął grzecznie głową, bo okazało się, że to ten język, który ojciec ćwiczył podczas budowy pierwszej linii metra ponad dwadzieścia lat temu. Pytanie zatem brzmiało, w wersji łagodnej:

– Gdzie się pakujesz, wypacykowany frajerze dęty? Tutaj takim cieniasom buty spadają i zęby gubią.

Wszyscy zarechotali raz jeszcze, rozbawieni sytuacją. Tymczasem Dobrowolski znowu się uśmiechnął i zatrzymał na szeroko rozstawionych nogach, gotowy do ewentualnej konfrontacji.

– Nie w takich błotach buty gubiłem – rzucił w tym samym robotniczym slangu. – A ty, w ząbek czesana łachudro, uważaj na swoje zęby, bo jak stracisz jeszcze jednego, to nikt twojej marnej gadki nie skuma. Już teraz bulgoczesz, a nie gadasz.

Tamtego jakby zamroziło. Nie mógł nawet przełknąć śliny. Dlatego inżynier, aby zadać jeszcze jeden mentalny cios, rzucił dodatkowe zdanie:

– Będziesz potrzebował wtedy tłumacza ze swojego na angielski.

Autorytet sarkastycznego robotnika wyparował w sekundę. Jego grupa się odsunęła o pół kroku. On odruchowo zacisnął pięści, ale powstrzymał się od zrobienia czegoś głupiego.

– Gdzie znajdę biuro naczelnego inżyniera? – zapytał Konstanty w języku bliższym angielskiemu, a tamci wskazali mu drogę.

– Widzę, że umie się pan dogadać w tutejszym dziwnym języku – zaśmiał się inżynier w biurze budowy.

– Jestem Konstanty Aleksander Dobrowolski – przedstawił się przybyły. – Mój ojciec pracował wiele lat temu przy budowie metra. Nauczył mnie trochę.

– Ach… To pan. – Kiwnął głową. – Jestem Edward Wilson Cruttwell. Zostałem tutaj naczelnym inżynierem.

Podali sobie ręce i mocno ścisnęli.

– To dziwne narzecze z pewnością się panu przyda przy nadzorowaniu robotników – podkreślił Anglik. – Ale proszę uważać na tego jednego, wyrywnego. Silny i dobrze pracuje, ale skłonny do bójki.

– Będę uważał.

– Nazywają go Longear1 – powiedział Cruttwell.

– Myślałem, że Długi Język – zażartował Dobrowolski.

– A pana? – zapytał nieśmiało naczelny. – Jakoś nazywają krócej? Dla mnie Konstanty Aleksander Dobrowolski to straszny łamaniec.

– Kostek. – Młody inżynier podał dłoń do uścisku. – Po prostu Kostek.

– Cudownie. – Zaśmiał się i z ulgą powtórzył z narodowym akcentem: – Costeck…

*

Poranna mgła się rozeszła i zza okna do gabinetu wpadała solidna porcja światła. Jasne niebo nie było oczywistością o tej porze roku. Filiżanka gorącej herbaty z odrobiną mleka pozwalała na polepszenie humoru.

Kancelaria adwokacka pogrążona była w ciszy ciężkiej pracy umysłowej i papierowej. Jej właściciel przeglądał i poprawiał właśnie ważną umowę między nim a pewną angielską rodziną posiadającą znaczące majątki ziemskie po dwóch stronach granicy pomiędzy Szkocją i Anglią. Kierujący interesami rodzice zrobili się wiekowi, a przez to mniej chętni do dalekich podróży. Ich dzieci zaś rozjechały się po świecie w sprawach rozrywkowych i z przyjemnością wyciągały z przychodów swoją dolę, nie wkładając w to żadnego wysiłku. Jerome K. Buckley miał reprezentować interesy familii podczas swoich wyjazdów na północ. Kiedy skończył, wezwał asystującą mu zwykle kobietę.

– Każ przepisać dokładnie – rzucił, nie podnosząc wzroku.

Tamta ostrożnie wzięła papiery do ręki. Ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się i odwróciła.

– Może już czas, żebyśmy kupili maszynę do pisania? – zaproponowała.

– Za drogo – odrzekł szef. – Jak stanieją, kupimy dwie.

– Od dawna są Remingtony…

– Jeszcze nie – uciął adwokat.

– Underwood z Ameryki podobno produkuje już…

– Tak. – Buckley podniósł wzrok dopiero teraz. – Wiem, ale już powiedziałem, że kiedy stanieją, kupimy dwie.

Kobieta poddała się, wzruszając ramionami, i ruszyła do wyjścia. Zaczęła czytać poprawione zapisy umowy. Westchnęła wyjątkowo głośno na widok pewnych paragrafów.

– Jeśli zamierzasz komentować prowizję, to nie chcę tego słuchać. – Wyczuł pracownicę. Sam wiedział, że w opłacie za usługę ujął wyjątkowy mechanizm wynagrodzenia. Znacznie odbiegający od rynkowych standardów.

– Chciałam tylko powiedzieć, że wspaniale dba pan o… naszą kancelarię – odważyła się powiedzieć asystentka.

Adwokat uśmiechnął się, doceniając umiarkowane pochlebstwo. Sam wiedział, że umowa była przede wszystkim korzystna dla niego samego.

*

Jesień objęła Londyn we władanie. Zrobiło się ciemno, choć słońce nie zaszło. Za to zimna wilgoć podniosła się znad rzeki.

– Jaka mgła? – śmiał się ojciec Kostka kilka dni temu, kiedy syn zapytał go o pogodę w stolicy brytyjskiego imperium. – Nic bardziej mylnego. Oczywiście zdarza się, ale żeby opowiadać, że tak jest tam zawsze? To bzdura.

Stanowczo przecząco wówczas pokręcił głową, co teraz przypomniało się Kostkowi. Załatwił niezbędne formalności z naczelnym inżynierem i mógł udać się do polecanego przez tatę miejsca na nocleg. Kiedy Apolinary zmierzał na emigrację, trafił także tutaj. Zatrzymał się w ubogim hotelu, gdzie za ladą recepcji stała młoda Polka. Przyjechała do Zjednoczonego Królestwa w poszukiwaniu pracy i tam została. Okazało się, że przez te lata nie próżnowała. Jej ciężka praca została nagrodzona. Właściciel hotelu zakochał się w robotnej dziewczynie. Pobrali się, a jej zmysł organizacyjny doprowadził Hotel Royal Beds do sukcesu. Bliskość dworca kolejowego oczywiście pomogła. Teraz szczęśliwi małżonkowie nie musieli już stać za kontuarem. Jeśli już to robili, to dla przyjemności. Budynek wypiękniał, a standard podniósł się o kilka poziomów.

– Ty musisz być Kostek! – zawołała piękna, czterdziestoparoletnia kobieta, widząc go w wejściu. – Ojciec opisał mi ciebie doskonale, żebym nie miała wątpliwości. Wspaniale to zorganizował. Choć na początku nie mogłam sobie wyobrazić, że Apolinary ma dorosłego syna. A jednak to już tyle czasu minęło.

Mówiła po polsku, jakby nigdy nie wyjechała z rodzinnego kraju. Miała lekki, śpiewny akcent, którego pochodzenia jednak Dobrowolski nie umiał oczywiście rozpoznać.

– Pani musi być Katarzyna… Katarzyna Miśko. – Uśmiechnął się, wystraszony, słysząc swój własny akcent. – Tata mi panią także doskonale opisał.

– Miśko… – Zaśmiała się. – Już dawno nie Miśko. Jestem Coogan. Katharine Coogan.

Potem przestawiła swojego męża, któremu w szybkich słowach opowiedziała o tym, skąd się wziął Kostek, czyim jest synem oraz całą historię rodziny Dobrowolskich. Mąż był bardzo uprzejmym człowiekiem i kochał swoją żonę. Z całą pewnością znał te wszystkie sprawy od czasu pierwszego listu od ojca Kostka, ale nie przerwał Katarzynie. Pozwolił jej raz jeszcze dokończyć opowiadanie. Potem podał twardą rękę przybyłemu inżynierowi.

Dobrowolski delikatnie skinął głową i szeptem wymówił się zmęczeniem. Poprosił o klucz, a pani Coogan nadal opowiadała mężowi jego historię.

*

Hotel z łóżkami królewskimi robił naprawdę dobre wrażenie i nie miał już nic wspólnego z tym, co zastał tutaj Apolinary Dobrowolski wiele lat temu. Apartament przygotowany dla młodego inżyniera był doprawdy king size. W jego skład wchodziła wygodna sypialnia z dużym łóżkiem, niewielki gabinet, który mógł służyć jako salonik przeznaczony na wizyty, a zaraz obok doklejony malutki pokoik dla służby.

– W sam raz dla Hosniego. – Kostek wspomniał młodego Egipcjanina, który miał przybyć wkrótce z Paryża.

Nikt nie pytał, czy stać będzie inżyniera na wynajem tego dość pokaźnego mieszkania, a on sam się tym nie martwił. Jego wynagrodzenie przy budowie Tower Bridge nie stanowiło jedynych dochodów. Dzięki pewnej dobrze wykonanej pracy w czasie pobytu w Egipcie miał zapewniony dodatkowy zastrzyk pieniędzy w ramach czegoś w rodzaju stypendium.

Wyjrzał przez okno. Na zewnątrz zrobiło się już ciemno. Na szczęście hotel znajdował się w tej części Londynu, która mniej więcej rok temu zyskała elektryczne oświetlenie. Uliczka oczywiście nie wyglądała jak paryskie Pola Marsowe podczas Wystawy Powszechnej sprzed kilku lat, ale miało się poczucie bezpieczeństwa.

Dreszcz emocji przeszedł po plecach Kostka, dopiero gdy ktoś znienacka zapukał nerwowo w jego drzwi. Ostrożnie do nich podszedł i powoli otworzył. Na korytarzu stał młody chłopak.

– Pani Coogan zaprasza na kolację. Będą prawdziwe polskie pierogi. – Najwyraźniej sam miał na nie ochotę.

Kostek podziękował serdecznie i obiecał, że zaraz zejdzie. Westchnął ciężko, bo spodziewał się, że będzie się musiał znowu tłumaczyć, że jest Francuzem i nie czuje się Polakiem, a pierogi jada tylko dlatego, żeby nie robić ojcu przykrości.

*

– Oj… – westchnęła pani Katarzyna. – Nie wszystko rozumiem.

– Otóż to. – Konstanty potwierdził wzruszeniem ramion. – Poezja nie jest łatwa.

Przyniósł ze sobą kartkę z wierszem, którą otrzymał od ojca. Zamierzał dzięki niej znaleźć temat do rozmowy. Liczył, że zainteresuje rodaczkę ojca. Bał się bowiem ciszy przy stole. Nie mógł przecież wkładać do ust pierogów i czekać na zabawianie przez gospodynię. Sądził, że pomoże mu ona zrozumieć wiersz, dzięki lepszej znajomości języka. Jednak ona miała z tym duże kłopoty.

– Pewnie dlatego, że wyjechałam tyle lat temu. – Poprawiła włosy zasmucona. – Wtedy… Te dwadzieścia lat temu z pewnością poszłoby mi lepiej.

– Na pewno. – Musiał powiedzieć z połową pieroga w ustach. Tym razem niezwykle mu smakowały. Nafaszerowane były o dziwo śliwkami i gruszkami, a nie mięsem lub mieszaniną sera z ziemniakami.

Kobieta cmokała i czytała. W końcu spróbowała na głos z pierwszą zwrotką:

Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie

Niedocieczonego wątku – –

– Pełne jak mit,

Blade jak świt,

– Gdy życia koniec szepce do początku:

„Nie stargam cię ja – nie! – Ja, u-wydatnię!…”

Odczekała chwilę i się poddała. Uśmiechnęła się do Kostka i oddała wiersz.

– Jeśli widział Chopina… To musiał on wyglądać tragicznie – powiedziała. – Przecież to były jego „dni przedostatnie”.

Dobrowolski odstawił talerz i odetchnął ciężko. Pokazał tylko, że już stanowczo dziękuje. Nie chciał nawet odpowiadać na propozycję kolejnej dokładki. Zapytał tylko:

– Czy ktoś może w ogóle pamiętać tamte czasy? – powątpiewał młody inżynier. – Przecież to było ponad czterdzieści lat temu.

– Dla Apolinarego trzeba się postarać. – Pani Coogan uśmiechnęła się szelmowsko. – Popytam, bo chyba koncertów Fryderyka Chopina się nie zapomina.

*

Pokój, w którym Królowa zasiadła wieczorem, był odrobinę zbyt chłodny. Szkocja robiła się już trudna do wytrzymania. Wiktorii przebiegł po plecach dreszcz i nie wiązał się on z emocjami. Po prostu zobaczyła zziębniętą mysz, która przebiegła po pałacowym dywanie. Wyglądała jakby właśnie weszła do środka z zimnego podwórka i była rozczarowana chłodem panującym wewnątrz. Potem znikła w jakiejś szparze.

Królowa pozazdrościła myszce prostego życia. Sama, po raz nie wiadomo który, zatęskniła za mężem, który odszedł wiele lat temu. Zmarł nagle i zostawił ją w chłodzie i smutku. Myśl o nim przypomniała jej o kłopocie, jaki miała z wnukiem i przyszłym następcą tronu. Przed nim w kolejce był jeszcze jego ojciec. Eddy nie miał żony ani widoków na nią. Nikt nie był nim zainteresowany.

*

Kostek uśmiechał się, ale nie mógł się ruszyć, bo był przecież wypełniony pierogami. Zamierzał udać się na zasłużony spoczynek, ale gospodyni opowiadała o bogatym życiu w pięknym Londynie. Inżynier dyskretnie ziewnął. Dał do zrozumienia, że jest zmęczony po długiej i pełnej wrażeń podróży z Francji. Jutro zaś czekał go pierwszy dzień pełen pracy. Właśnie dlatego ruszył do Anglii, nie czekając na służbę i wszystkie bagaże. Wzywano go na budowę w konkretnym, szybkim terminie.

– Pójdę do siebie. – Wykorzystał przerwę w opowiadaniu, a potem wolnym krokiem udał się do apartamentu.

Westchnął na myśl o pełnym żołądku i wyjrzał przez okno. Pod hotelem przemieszczali się ostatni podróżni, którzy zmierzali na dworzec, aby wsiąść do nocnych pociągów zmierzających na północ do Manchesteru i dalej do Edynburga.

Dobrowolski odprowadził wzrokiem grupkę takich ludzi interesu i zamierzał zasłonić okno, kiedy zobaczył mężczyznę idącego szybkim krokiem w kierunku rzeki. Nie rozglądał się i nie sprawdzał, czy ktoś go śledzi, ale czuć było jego napięcie nerwów. Najwyraźniej się czegoś obawiał. Kostek zainteresował się bardziej i delikatnie pociągnął za klamkę. Uniósł dolną połowę okna. Nauczył się szybko, że w Londynie okna otwiera się inaczej. Właśnie wtedy na głowę przechodnia spadł z cienia pierwszy cios. Kostek aż westchnął z zaskoczenia. Nie czekał na drugie uderzenie, tylko skoczył do drzwi pokoju i potem na schody, aby zbiec na dół. Po kilkunastu sekundach wybiegł na ulicę. Mężczyzna opierał się o ścianę kamienicy i ciężko dyszał.

– Co się stało? – zapytał inżynier.

Napastnik leżał u jego stóp i nie ruszał się, ale żył, bo pierś unosiła się nierówno.

– To już trzeci napad na mnie dzisiaj. – Westchnął tamten. – Najpierw koło południa miałem małą sprawę do załatwienia na Oxford Street. Wtedy dwukonny furgon wyskoczył z Bentinck Street. Ledwo uskoczyłem na chodnik.

– Dobrze, że się panu udało umknąć. – Kiwnął głową. – Ale to raczej mógł być przypadek.

– Ach, nie… – Mężczyzna się niemal obraził. – Drugiego zamachu nie można z pewnością nazwać przypadkiem. Szedłem Vere Street i, proszę sobie wyobrazić, tuż przede mną spadła i rozbiła się cegła.

– A nie było tam może remontu? – zapytał niepewnie Dobrowolski.

– Wezwałem policję i nakazałem zbadać cały rejon, a oni tylko stwierdzili, że na dachu piętrzyły się cegły i dachówki potrzebne do wymiany i naprawy. Ja jednak wiem swoje. To nie mógł być wiatr!

Inżynier coraz bardziej sceptycznie odnosił się do spotkanego człowieka. Wydało mu się, że tamten cierpi na manię prześladowczą.

– Cały dzień byłem u brata w Pall Mall i czekałem na wieści od kogoś z policji, ale się nie doczekałem. Cóż oni mogą zrobić? Nie znajdą ani sprawcy, ani zleceniodawcy.

– Może jednak dadzą sobie radę… – próbował łagodzić emocje inżynier.

– Tutaj zaś podjęli trzecią próbę – kontynuował mężczyzna.

Temu Kostek nie mógł zaprzeczyć, bo widział pierwszą próbę ciosu pałką napastnika. Reszta działa się, kiedy zbiegał na dół. Jednak odciski zębów na knykciach napadniętego świadczyły o odbytej walce. W tym momencie zjawili się policjanci wezwani przez obsługę hotelową. Mężczyzna wręczył im pałkę odebraną leżącemu bandycie.

– Widziałem, jak ten leżący napadł tego pana – powiedział szybko Dobrowolski. Chciał w ten sposób potwierdzić niewinność nowo poznanego mężczyzny, ale najwyraźniej nie musiał, bo stójkowi ukłonili się, jakby go dobrze znali.

– Nie przypuszczam – zaczął tamten – abyście odkryli jego powiązania ze zleceniodawcą.

– Proszę spróbować nam zaufać, panie Holmes. – Policjant próbował bronić honoru swojej jednostki.

Reszta pokiwała niepewnie głowami.

– Gdyby jednak przypadkiem udało wam się coś z niego wydobyć o jego szefie – westchnął głęboko – to znajdziecie mnie bez problemu. Przez cały wieczór będę u mojego przyjaciela doktora Johna Watsona.

1.

1 Long ear – z angielskiego: długie ucho.Rozdział 3

Kostkowi udało się zasnąć bardzo szybko. Przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Policja nie patyczkowała się z napastnikiem, tylko po prostu zabrała go na komisariat w celu przesłuchania i zamknięcia w areszcie. Napadnięty mężczyzna zaś znikł tak szybko, jak się pojawił.

Mocny sen i czyste bezchmurne niebo o świcie zatarły skutecznie wspomnienia zmęczenia dnia poprzedniego. Dobrowolski ubrał się szybko i zbiegł na śniadanie. Był mocno zdziwiony, bo angielski poranny posiłek bardzo różnił się od francuskiego. Zamiast croissanta i kawy zobaczył na stole olbrzymią porcję jajecznicy z kiełbasą oraz smażonymi pomidorami. Przeprosił, że nie zje wszystkiego i pobiegł w kierunku powstającego Tower Bridge.

Była dokładnie siódma pięćdziesiąt, kiedy Konstanty Dobrowolski szybkim krokiem wszedł na teren budowy. Robotnicy pracowali już, przygotowując stalową konstrukcję na przyjęcie kolejnych elementów. Nikt nie zwrócił uwagi na kolejnego inżyniera przybywającego do biur. Najwyraźniej o tej porze nie wzbudzało to takiego zainteresowania, jak wczoraj popołudniem. Wszystko wyjaśniło się natychmiast po wejściu do biura. Tego dnia przybyli prawdopodobnie wszyscy odpowiedzialni za Tower Bridge architekci i konstruktorzy. Okazało się, że zaplanowano wizytację przedstawicieli Royal Navy, a to musiała być poważna sprawa.

Edward Cruttwell ucieszył się serdecznie na widok młodego inżyniera.

– Panowie – powiedział nieco głośniej w kierunku zgromadzonych naczelny inżynier. – Właśnie wczoraj przybył do nas obiecujący inżynier polecany przez zaprzyjaźnionych budowniczych. Pan Konstanty Aleksander Dobrowolski.

Cruttwell musiał przećwiczyć polskiego łamańca, bo powiedział imiona i nazwisko bardzo wyraźnie. Zgromadzeni spojrzeli na gościa bardzo życzliwie, choć z pewną dozą naturalnej w tym miejscu wyższości. Potem zaczęło się opowiadanie o zgromadzonych.

– Oto pan George Stevenson, nasz architekt. – Panowie podali sobie dłonie. – Zastąpił wspaniałego twórcę koncepcji mostu Horacego Jonesa, który niestety zmarł cztery lata temu.

Kostek spojrzał w wesołe oczy poznanego właśnie mężczyzny. Jego falowane włosy były starannie ułożone, a wąsy i zadbana szpicbródka dodawały mu powagi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij