Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dobry pies - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
15,14
1514 pkt
punktów Virtualo

Dobry pies - ebook

Paczkomat. Skrzynka na listy. Serwer Minecrafta. Tablica z rozkazem, która znika po trzydziestu sekundach. Jacek Wróbel nie wie, dla kogo pracuje. Nie wie, co przewozi. Wie tylko, że za każde zadanie dostaje pieniądze, a za nieposłuszeństwo — karę. Gdzieś w Moskwie ktoś planuje coś dużego. Gdzieś w Warszawie kontrwywiad szuka igły w stogu siana. A Jacek jest tą igłą — tylko że igła o tym nie wie. Trzeci tom przygód Eryka Grynia. Książka tylko dla czytelników 18+.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-080-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kontynuacja książek: „Kryptonim Mirza” i „Operacja kukułka”.

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

Paczkomat. Skrzynka na listy. Serwer Minecrafta. Tablica z rozkazem, która znika po trzydziestu sekundach. Jacek Wróbel nie wie, dla kogo pracuje. Nie wie, co przewozi. Wie tylko, że za każde zadanie dostaje pieniądze, a za nieposłuszeństwo — karę. Gdzieś w Moskwie ktoś planuje coś dużego. Gdzieś w Warszawie kontrwywiad szuka igły w stogu siana. A Jacek jest tą igłą — tylko że igła o tym nie wie. Trzeci tom przygód Eryka Grynia.Rozdział 1 Opricznik

Łódź, 13 stycznia 2024 r.

Parking centrum M1 ciągnął się w każdą stronę jak betonowe pole -setki samochodów ustawionych w równych rzędach, między którymi kluczyli ludzie z torbami, wózkami, dziećmi na rękach. Gryń zerknął na zegarek -czternasta jedenaście.

Siedział w szarym Oplu Insignia, silnik wyłączony, szyba lekko opuszczona. Pięćdziesiąt metrów przed nim stał paczkomat InPostu, żółty prostokąt na tle szklanej fasady centrum handlowego na ulicy Brzezińskiej. Ludzie przechodzili obok, nikt nie zwracał na automat uwagi, nikt nie zwracał uwagi na nic -w sobotę w centrum handlowym każdy jest zajęty sobą.

Gryń czekał.

Kobieta pojawiła się od strony wejścia głównego. Wysoka, szczupła, w ciasnych getrach, które opinały jej biodra i pośladki z chirurgiczną precyzją. Gryń przestał myśleć o akcji. Na dwie, może trzy sekundy przestał myśleć o czymkolwiek. Patrzył na pośladki. Wyżej -krótka kurtka, sięgająca ledwie nad biodra, a na kurtce długi ogon blond włosów, gęstych, prostych, kołyszących się z każdym krokiem. Jeszcze wyżej -bejsbolówka naciągnięta nisko na głowę, daszek skierowany do przodu.

Widział ją od tyłu. Tylko od tyłu.

Kobieta szła w stronę wejścia do centrum, ale nagle skręciła. Zmieniła kurs bez wahania, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o czymś ważnym, i podeszła do paczkomatu. W ręce trzymała smartfon. Palcem stuknęła w ekran, skrytka otworzyła się z kliknięciem. Pochyliła się -Gryń nadal widział ją od tyłu, nadal widział getry -i wyjęła paczkę. Jak pudełko z butami owinięte białą folią.

Obróciła się na pięcie. Cały czas patrzyła w dół, w ekran telefonu, daszek bejsbolówki zasłaniał jej twarz jak przyłbica. Ruszyła w stronę parkingu.

Za nią, w odległości kilku metrów, szli Tomasz Wysocki i Piotr Leski. Obaj w dżinsach i kurtkach puchowych, Wysocki z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, Leski z łysą głową odkrytą mimo styczniowego chłodu -wyglądali jak dwóch studentów wracających z wykładu, może z imprezy, może znikąd. Kilka kroków za nimi człapał Jarek Niklewski -w roboczych butach, w kurtce, która widziała lepsze czasy, barczysty, niski, z brzuchem wypiętym do przodu i z miną człowieka, który właśnie skończył zmianę na budowie i szuka swojego samochodu.

Gryń wyłączył myślenie o getrach. Wyłączył wszystko oprócz tego, co było przed nim.

Wysiadł z Opla. Zamknął drzwi bez trzaskania. Ruszył spokojnym krokiem, ręce w kieszeniach, uśmiech przyklejony do twarzy -ten stały, domyślny, niezmienny uśmiech, który nie był ani fałszywy, ani szczery, po prostu był.

Kobieta otworzyła drzwi swojego samochodu. Mazda 3, nowy model, w kolorze tak jaskrawie czerwonym, że auto wyglądało jak zabawka na tle szarych i srebrnych pojazdów wokół. Wsunęła paczkę na siedzenie pasażera. Chciała wsiąść.

Wysocki i Leski stanęli przed maską mazdy. Spokojnie. Bez słowa. Po prostu stanęli, jak dwaj ludzie, którzy akurat w tym miejscu postanowili sprawdzić coś w telefonach.

Niklewski pojawił się przy otwartych drzwiach od strony kierowcy. Nie zamknął ich. Nie dotknął kobiety. Stał. Jego masywna sylwetka wypełniała całą przestrzeń między drzwiami a słupkiem.

Gryń doszedł od strony pasażera. Stanął tak, że kobieta zobaczyła go dopiero, gdy odwróciła głowę.

Teraz widział jej twarz.

Usta -wielkie, sztucznie napompowane, wypukłe jak dwie śliwki, połyskujące od błyszczyku. Makijaż gruby, precyzyjny -czarne kreski, sztuczne rzęsy, brwi narysowane z geometryczną dokładnością. Pod tym wszystkim twarz młoda, może dwadzieścia pięć lat, może mniej, trudno było powiedzieć pod tymi warstwami.

Oczy miała szeroko otwarte. Przerażone.

— Szczo wy wid mene choczete? -powiedziała cienko, szybko, cofając się o pół kroku w głąb samochodu.

***

Najpierw był koń.

Jurij widział go tak wyraźnie, jak widzi się własne dłonie -czarnego ogiera, nieruchomego, masywnego, o sierści tak ciemnej, że światło szarego świtu nie odbijało się od niej, lecz ginęło, wsiąkało w nią jak w smołę. Z nozdrzy zwierzęcia buchała para. Kopyta wrośnięte w ubity śnieg. Ogier stał jak rzeźba odlana z żeliwa, a Jurij -nie wiedząc jeszcze, że śni -zbliżał się do niego powoli, ostrożnie, bo tak nakazywało mu ciało, choć rozum nie pracował, bo we śnie rozum milczy.

Na grzbiecie konia siedział człowiek.

Jurij zobaczył go nie od razu -dopiero po chwili postać wyłoniła się z mroku jak wypalone piętno na siatkówce. Oficer opriczniny. Cały w czerni, w kaftanie z grubego sukna podbitego ciemnym futrem, sztywnym od mrozu i brudu. Na głowie futrzana czapka, niska, nasunięta na czoło. Postawa w siodle pewna, wyniosła -nie żołnierza, nie rycerza -kata. Broda gęsta, zaniedbana, twarz jak wyciosana siekierą, a oczy -Jurij jeszcze ich nie widział, jeszcze nie dotarł wzrokiem tak daleko.

Zobaczył za to resztę.

U boku jeźdźca, w pochwie ze zgrubiałej skóry, spoczywała krzywa szabla. Za plecami, przypięty rzemieniami, kołysał się berdysz -ciężka, długa siekiera o szerokim ostrzu, broń przeznaczona nie do walki, lecz do ścięć. W prawej dłoni nagajka z ołowianym ciężarkiem na końcu, owinięta wokół nadgarstka jak różaniec. A przy siodle, tuż obok uda oficera, dwa przedmioty, które Jurij rozpoznał z opóźnieniem kilku uderzeń serca: łeb psa, ścięty tuż za krtanią, z otwartą paszczą i wywalonymi, zastygłymi ślepiami -i brzozowa miotła, prosta, związana sznurem, z gałązkami pożółkłymi od mrozu.

Pies i miotła. Gryźć i wymiatać.

Jurij podszedł bliżej. Śnieg chrzęścił pod jego butami, choć nie czuł zimna, nie czuł nic -tak bywa we śnie, gdy ciało jest gdzie indziej, a umysł wędruje sam.

Nowogród Wielki. Styczeń. Rok pański 1570.

Wiedział to, choć nikt mu tego nie powiedział. Wiedział, jak się wie rzeczy we śnie -bezpodstawnie, ale z absolutną pewnością. Nad miastem wisiało niebo koloru popiołu. Domy gdzieś w tle, ciemne, przycupnięte, jakby chciały wcisnąć się pod ziemię i zniknąć. Cisza. Nawet wiatr milczał.

Oficer na koniu nie poruszył się. Jurij stał teraz kilka kroków od niego. Podniósł wzrok na twarz jeźdźca.

Broda. Czoło. Nos. Oczy.

Jego oczy. Jego nos. Jego twarz.

Opricznik miał twarz Jurija Mielnikowa.

Patrzył na siebie samego -siedzącego na czarnym koniu, z nagajką w dłoni, z psim łbem u siodła -i nie czuł zdziwienia. Sen nie pozwalał na zdziwienie. Sen pozwalał tylko patrzeć.

I wtedy zobaczył to, na co patrzył tamten -ten na koniu, ten z jego twarzą.

Rzeka.

Wołchow płynął tuż za brzegiem, szeroki, leniwy, częściowo zakuty w lód, który pękał i kruszył się przy krawędziach jak stare szkło. Woda miała kolor, którego woda mieć nie powinna. Gęsta, ciemna czerwień, jakby ktoś wylał do koryta setki beczek wina albo -Jurij wiedział, że nie wina.

W rzece, po pas, stały cztery postacie.

Kobieta. Mężczyzna. Dwoje dzieci.

Związani razem sznurem -ciasno, byle jak, jak snopek siana rzucony na wóz -stali w lodowatej wodzie, a ich ciała trzęsły się tak gwałtownie, że drżenie to było widoczne nawet z brzegu. Kobieta trzymała jedno z dzieci nad powierzchnią. Drugie dziecko zanurzało się i wynurzało, zanurzało i wynurzało, usta otwarte, żadnego dźwięku.

Po obu stronach snopka ludzkiego ciała stali dwaj opricznicy w czarnych kaftanach. Trzymali piki. Długie, drewniane drzewca zakończone stalowymi grotami, które opierali o ramiona i głowy związanych. Raz na kilka sekund naciskali. Spokojnie, bez pośpiechu, bez złości. Rutynowo. Jak rzemieślnicy wykonujący powtarzalną czynność.

Głowy znikały pod czerwoną wodą. Wynurzały się. Znikały znowu.

Jurij chciał krzyknąć, ale sen nie dał mu głosu.

***

Obudził się z rozdziawionymi ustami i gardłem tak ściśniętym, jakby ktoś trzymał go za krtań. Leżał na plecach. Pościel przesiąknięta potem, mokra jak po deszczu. Koszulę nocną miał przyklejoną do klatki piersiowej, do brzucha, do ramion -cienki bawełniany materiał nasiąknął tak, że stał się przezroczysty.

Usiadł. Serce biło mu w skroniach, w gardle, w nadgarstkach -wszędzie naraz.

Ściągnął koszulę przez głowę jednym ruchem, zwinął ją w kulę i wytarł nią twarz, kark, klatkę piersiową. Materiał był ciepły i obrzydliwie wilgotny. Rzucił go na podłogę.

Siedział tak przez dłuższą chwilę, łypiąc w ciemność, z gołym mokrym torsem, z oddechem, który nie chciał się uspokoić.

***

Oddech uspokoił się po kilku minutach. Pot wysychał na skórze, zostawiając chłód i zapach, którego Jurij nie lubił -kwaśny, zwierzęcy, zapach strachu.

Sen był znakiem.

Jurij Mielnikow nie wierzył w Boga, nie wierzył w przeznaczenie, nie wierzył w żadną siłę wyższą -ale wierzył w znaki, bo znaki były językiem podświadomości, a podświadomość wiedziała więcej niż rozum. Podświadomość przetwarzała dane, których świadomy umysł nie chciał przyjąć do wiadomości. Podświadomość nie kłamała.

Opricznik na koniu. Rzeka koloru krwi. Ludzie wpychani pod wodę pikami -kobieta, mężczyzna, dwoje dzieci, związani jak snopek.

Cywile.

W grudniu Smotr stracił terminal do łączności z satelitą Rodnik. Smotr miał sześćdziesiąt kilka lat, dwadzieścia pięć lat w terenie, i właśnie dlatego był niebezpieczny -bo ludzie po dwudziestu pięciu latach w terenie zaczynają wierzyć we własną nieomylność. Terminal był stracony. Łączność z Centrum trzeba było przeorganizować. To była pierwsza wpadka.

Teraz, w styczniu, druga. Kurierka -ta Ukrainka — Oksana Krupko, głupia dziewczyna z napompowanymi ustami -wpadła z elementem ładunku w Łodzi. Nie z całym ładunkiem, nie z kompletem, ale z wkładką miedzianą i rurą. Wystarczająco, żeby polski kontrwywiad wiedział, co budują. Wystarczająco, żeby zaczęli szukać.

Dwie wpadki w sześć tygodni. To nie był pech. To był wzorzec.

Jurij leżał w ciemności i patrzył w sufit, którego nie widział.

Cel miał być cywilny. Instalacja gazowa w wieżowcu na Śląsku -konkretny budynek, konkretne piętro, konkretna rura gazowa biegnąca przez pion techniczny. Ładunek kumulacyjny przebija ścianę pionu, rozrywa rurę, gaz wypełnia klatkę schodową i pięć, może sześć mieszkań. Wystarczy iskra -włącznik światła, lodówka, zapalniczka. Eksplozja, pożar, zawalenie się co najmniej dwóch kondygnacji. Dwadzieścia, trzydzieści ofiar. Może więcej. Polska prasa pisze o wybuchu gazu, bo w Polsce zawsze pisze się o wybuchu gazu. Nikt nie szuka bomby. Nikt nie wie, że to bomba. Operacja czysta i efektowna.

Tak to wyglądało jeszcze tydzień temu.

Teraz Jurij patrzył na ten plan inaczej. Polacy mieli wkładkę. Mieli rurę. Mieli kurierkę, która mogła powiedzieć -niewiele, ale coś. A przede wszystkim mieli powód, żeby szukać. Bomba rurowa z ładunkiem kumulacyjnym to nie petarda sylwestrowa. To broń. Kontrwywiad będzie drążył. Będzie szedł wstecz -od kurierki do nadawcy, od nadawcy do zleceniodawcy, od paczkomatu w Białymstoku do paczkomatu w Chorzowie. Może nic nie znajdą. Prawdopodobnie nic nie znajdą. Ale „prawdopodobnie” to nie jest słowo, na którym buduje się operację.

Opricznik na koniu patrzył na cywilów topionych w rzece. I Jurij, śniąc jego twarzą, patrzył razem z nim.

Nie.

Nie cywile.

Cel wojskowy, quasi-wojskowy. Coś, co uderzy mocniej, ale co jednocześnie zmieni profil śledztwa. Cel cywilny -to wewnętrzna sprawa polska. Policja, prokuratura, biegli od instalacji gazowych. Cel wojskowy -to NATO, to kontrwywiad, to międzynarodowy kryzys, ale paradoksalnie -mniejsze ryzyko namierzenia, bo wojskowi chronią informacje, klasyfikują, zamykają obieg. Cywilne śledztwo jest otwarte, niekontrolowane, nieprzewidywalne. Wojskowe -zamknięte, sztywne, powolne.

Tylko jaki cel?

Jurij zamknął oczy. Nie żeby zasnąć -żeby myśleć. Gdzieś za ścianą kapał kran. Miarowo, monotonnie, jak metronom.

Jaki cel.Rozdział 2 Ładunek kumulacyjny

13 stycznia 2024, godzina 23:00. Warszawa, ulica Grochowska. Mieszkanie Eryka Grynia.

Kanapa była za krótka i Gryń siedział na niej z nogami wysuniętymi daleko do przodu, z piętami opartymi o podłogę, a protokół oględzin trzymał obiema rękami na wysokości klatki piersiowej, bo lampa za jego plecami dawała jedyne światło w pokoju.

Pozycja pierwsza. Rura stalowa, średnica sto osiemdziesiąt milimetrów. Z jednej strony gwint zewnętrzny, z drugiej wewnętrzny. Gryń widział tę rurę dziś rano na stole laboratoryjnym, jeszcze zanim technicy ją rozłożyli -zwykły odcinek rury hydraulicznej, mógłby leżeć w każdym składzie budowlanym w kraju, w każdej piwnicy, niczym niewyróżniający się kawałek stali. Ale gwint po obu stronach -zewnętrzny i wewnętrzny -nie miał nic wspólnego z hydrauliką. Rura była kadłubem. Korpusem ładunku.

Pozycja druga. Miedziany blok owalny, stożkowy w środku, nagwintowany od zewnątrz. Wkładka kumulacyjna. Gryń przesunął palcem po wydrukowanym opisie. Czysta miedź -miękka, plastyczna, idealna do tego celu. Po detonacji ładunku głównego stożek wewnętrzny imploduje, formując cienki strumień roztopionego metalu pędzący z prędkością kilku kilometrów na sekundę. Taki strumień przebija pancerz. Przebija stal. Przebija wszystko, co stanie mu na drodze, bo fizyka jest bezstronna.

Pozycja trzecia. Obejma stalowa, średnica sto osiemdziesiąt milimetrów.

Pozycja czwarta. Płytka PCB z przylutowanym malutkim telefonem komórkowym.

Gryń odłożył protokół na kanapę obok siebie. Cztery elementy. Cztery pozycje na kartce. Brakowało tylko ładunku wybuchowego i zapalnika. Zmieściłoby się to w pudełku po butach. A efekt -dziura o średnicy pięści w pancerzu wozu bojowego, lub w drzwiach samochodu osobowego, lub w ścianie budynku, lub w klatce piersiowej człowieka stojącego po drugiej stronie.

Wziął do ręki drugi protokół. Ten znał na pamięć, bo sam go wypełniał siedem godzin wcześniej, w pokoju przesłuchań naprzeciwko kobiety z napompowanymi ustami i tuszem rozmazanym pod oczami.

Przebiegł wzrokiem po zeznaniach.

_*Jestem z zawodu modelką. Mieszkam w Polsce od roku. Ja nie jestem uchodźcą, ja tu pracuję, nagrywam reklamy. Jutro mam samolot do Dubaju.*_

Gryń pominął kolejne dwa akapity -tłumaczenia, zapewnienia, powtórzenia tego samego innymi słowami. Przeskoczył do końca.

_*Tę paczkę miałam odebrać dla koleżanki. Ona jest naukowcem, mieszka na Śląsku. Tam miał być termos.*_

_*Pytanie: Nazwisko koleżanki?*_

_*Odpowiedź: Irina ma na imię. Nazwiska zapomniałam.*_

_*Pytanie: Adres?*_

_*Odpowiedź: Na Śląsku. Ja mam kod QR. Ja miałam tę paczkę odesłać. Nie pamiętam gdzie dokładnie.*_

_*Pytanie: Gdzie jest ten kod QR?*_

_*Odpowiedź: Na moim telefonie.*_

_*Pytanie: Kto pani kazał paczkę odebrać, kto ją nadał?*_

_*Odpowiedź: No kolega, Stefan z Tarnopola. Napisał mi SMS, że nadał do mnie, bo nie pamiętał adresu. Kolega Iriny miał mi dać jej adres, a ja miałam przesłać paczkę dalej.*_

Gryń odłożył protokół na kupkę obok pierwszego. Sięgnął po piwo stojące na podłodze przy nodze kanapy. Puszka była lekka -dwa łyki. Przechylił ją, wypił resztkę w dwóch szybkich ruchach gardła, odstawił pustą puszkę na to samo miejsce.

Wstał. Wszedł na balkon.

Styczeń w Warszawie pachniał spalinami, mokrym betonem i czymś metalicznym, co mogło być śniegiem albo mogło nie być niczym. Gryń wyciągnął z kieszeni paczkę niebieskich LM-ów, wytrząsnął jednego, wsadził między wargi, kliknął zapalniczką. Wypuścił dym nosem, patrząc w dół na ulicę Grochowską -pustą o tej porze, tylko latarnie i jedno migające światło sygnalizacji na skrzyżowaniu.

Stał i palił, i myślał o rurze stalowej o średnicy sto osiemdziesięciu milimetrów.

***

18 stycznia 2024. Warszawa, ulica Żwirki i Wigury. Siedziba SKW. Gabinet pułkownika Stępnia

Stępień siedział za biurkiem. Gryń i Wysocki naprzeciwko, na krzesłach, które w tym gabinecie stały zawsze w tym samym miejscu -dwa metry od biurka, lekko skosem do siebie, tak że siedzący na nich musieli patrzeć albo na szefa, albo na siebie, ale nie na obu jednocześnie.

— Kim jest ta Ukrainka -powiedział Stępień. Nie zapytał. Stwierdził, że chce wiedzieć. -I jak na nią wyszliście.

Wysocki odezwał się pierwszy.

— Meldunek z jednostki wojskowej w Białobrzegach. Monitorowali Telegram. Ta Ukrainka tam się udzielała, dość aktywnie. Nasi zastosowali prowokację. Odpowiedziała na ogłoszenie.

— Jakie ogłoszenie.

— Takie jak zamieszcza GRU dla „jednorazowych agentów”, tylko to było nasze. Wie szef, oni szukają ludzi, którzy chcą szybko zarobić. Pięćdziesiąt euro za zdjęcie obiektu wojskowego, sto za dostarczenie paczki, dwieście za coś poważniejszego. Później jest test podatności -czy kandydat się nie wycofa, czy nie pójdzie na policję, czy da się sterować. Ruscy mają do tego boty i sztuczną inteligencję.

— My też mamy -wtrącił Gryń. -Ona wysłała naszemu botowi zdjęcie swojego paszportu. I selfie. Tak po prostu, bez ociągania, bez pytań, gdy odpowiedziała na pierwsze pytania czy chce zarobić. Nasz bot zaproponował jej sto euro i standardowe zadanie sprawdzające dla agenta jednorazowego. Odebrać paczkę, przesłać dalej. Od tego momentu ją obserwowaliśmy.

— To znaczy nie my -poprawił Wysocki -tylko jednostka w Rzeszowie, bo tam ta Ukrainka się zaczepiła. Stamtąd jeździła do Dubaju, stamtąd wracała, stamtąd się logowała.

Stępień podniósł rękę. Gest, który oznaczał: dalej, szybciej, do sedna.

— To prostytutka, nie modelka -powiedział Gryń. -Faktycznie, tak jak zeznała, jeździ do Dubaju, czasem do klientów. Wciąga kokę, stąd to parcie na pieniądze. Każde dodatkowe sto euro jest dobre.

— Do rzeczy. Co to za paczka, kto ją nadał, do kogo.

Gryń splótł ręce na kolanach.

— I tu niestety trop się urwał.

Stępień patrzył na niego bez wyrazu. Czekał.

— Paczkę nadał pewnie jakiś jednorazowy agent -powiedział Wysocki. -Z paczkomatu mamy tylko nagranie. Człowiek w czapeczce bejsbolowej, twarz niewidoczna. Paczka nadana w Białymstoku. I tu jest ciekawostka -specjalnie wybrali paczkomat, który jest rzadko opróżniany. Przeleżała w nim prawie dwa dni. Później ktoś ją w Łodzi odebrał. Znowu brak widocznej twarzy. Tutaj pewnie dołożyli ten zapalnik z telefonem. Paczki nie nadali tylko włożyli do paczkomatu. Ta Ukrainka miała ją puścić dalej.

— Po tym nadawcy żadnego śladu. Monitoringu żadnego nie udało się zabezpieczyć, tam nie ma w pobliżu żadnych kamer -podjął Gryń. -Odbiorcy też nie mamy. Paczka miała iść na Śląsk, do Chorzowa, ale do innego paczkomatu. Od razu w Łodzi nadaliśmy nową paczkę z tym samym kodem QR, jaki ta Ukrainka miała na telefonie. Wysłaliśmy na ten sam adres w Chorzowie.

— I co?

— Nic, szefie. Nikt jej nie odebrał. Musiał być jakiś dodatkowy sygnał. Może wtedy na M1 w Łodzi ktoś nas obserwował. Może ktoś zobaczył naszych chłopaków przy paczkomacie na Śląsku. Nie wiemy.

Cisza trwała kilka sekund. Stępień przesunął długopis na biurku z lewej strony na prawą. Nie patrzył na długopis. Patrzył na Grynia.

— Ale to jest gruba sprawa -odezwał się Wysocki, pochylając się lekko do przodu. -To była bomba rurowa z ładunkiem kumulacyjnym. Ta wkładka miedziana ze stożkiem w środku, wkręcana w stalową tubę. Brakowało tylko uzbrojenia ładunkiem i dodania zapalnika. Dziurę w stali pancernej by to zrobiło.

Stępień nie zmienił wyrazu twarzy.

— Czy są wyniki z laboratorium? Badanie tych elementów?

— Nie -powiedział Gryń. -Ale pewnie nic nam to nie da. Ta karta SIM w telefonie wyzwalającym zapalnik, kupiona na jakiegoś menela w Łodzi rok temu. Ślepy ślad. Żadnej aktywności od zarejestrowania.

Stępień odsunął się od biurka. Oparł się o fotel.

— I tak jest sukces -powiedział. -Udaremniliście zamach. Ruscy czegoś nie wysadzą.

Gryń kiwnął głową. Wysocki też.

Ale żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego. Paczka, która leżała nieodebrana w paczkomacie w Chorzowie, oznaczała jedno -ktoś po drugiej stronie wiedział.Rozdział 3 Jacek

Jaworzyna Śląska, maj 2023. Kilka miesięcy wcześniej.

Jacek Wróbel miał trzydzieści trzy lata, metr siedemdziesiąt dwa wzrostu i coraz rzadsze mysie włosy, które co rano próbował ułożyć w coś przypominającego fryzurę -bezskutecznie, bo włosy te dawno podjęły własną decyzję i trzymały się czaszki niechętnie, jakby rozważając emigrację. Twarz okrągła, policzki blade, a oczy -oczy człowieka, który budzi się zmęczony i kładzie się zmęczony, i pomiędzy tymi dwoma stanami nie zachodzi żadna istotna zmiana.

Budzik o siódmej. Kawa rozpuszczalna, dwie łyżki, za mało wody. Pociąg o 7:42 do Świdnicy -zawsze ten sam wagon, zawsze te same twarze pochylone nad telefonami, nikt na nikogo nie patrzy, nikt z nikim nie rozmawia. Kancelaria komornicza. Osiem godzin przy biurku, przy ekranie, przy papierach, które cuchnęły cudzym nieszczęściem -zaległe alimenty, niespłacone raty, egzekucje z kont, licytacje mieszkań. I powrót. Pociąg. Jaworzyna. Poddasze w domu dziadka Andrzeja.

Jaworzyna Śląska była miasteczkiem, w którym nic się nie działo. Plac z fontanną nieczynną od dekady. Sklep spożywczy „U Bartka”, gdzie asortyment nie zmienił się od dwudziestu lat -te same słoiki, te same parówki, ta sama ekspedientka o imieniu Bożena, która znała każdego klienta po nazwisku i każdemu klientowi potrafiła wygarnąć, co o nim myśli. Ludzie się tu rodzili, starzeli i umierali, a pomiędzy tymi wydarzeniami plotkowali w kolejkach i czekali na wtorkowy targ.

Poddasze. Niski skos sufitu, o który Jacek uderzał głową przy wstawaniu -nie codziennie, ale wystarczająco często, żeby na czole miał stały siniak w różnych stadiach gojenia. Biurko pod oknem, na nim laptop z 2020 roku, wolny jak Jacek. Parapet zastawiony butelkami po Porterze Bałtyckim -ciemnym, gęstym piwie, jedynym, które uznawał za warte picia. Kupował je w Lidlu pod marką Argus, produkowane w łódzkim browarze. Tanie i dobre. Nie był alkoholikiem. Po prostu co wieczór otwierał jedno piwo, które stawało się dwoma, a potem trzema, czasem czterema, i gdzieś przy czwartym zasypiał w ubraniu na kanapie albo na łóżku -zależnie od tego, dokąd dotarł.

Dziadek Andrzej mieszkał na parterze. Osiemdziesiąt dwa lata, cukrzyca, kolano operowane dwukrotnie, słuch coraz gorszy. Był jedyną rodziną, jaka Jackowi została.

Matka -Ewa -wyjechała do Niemiec, gdy Jacek miał trzynaście lat. Na chwilę. Pomóc finansowo. Na rok, najwyżej dwa. Pierwszy miesiąc dzwoniła co tydzień. Drugi -co dwa. Trzeci -przysłała pięćset marek i krótki SMS: „Wszystko dobrze, tęsknię”. Potem cisza. Trzy miesiące ciszy. Pieniądze też się skończyły. Na piętnaste urodziny Jacka przyszła kartka -różowa, z balonami, jakby miał pięć lat. _*Kochany synku, ciepło się ubieraj. U mnie ciężko, ale daję radę. Całuję, Mama.*_

Od tamtej pory kartki przychodziły regularnie. Na urodziny i na Boże Narodzenie. Schemat był niezmienny: jedno zdanie o Jacku -_*mam nadzieję, że się dobrze uczysz*, *pamiętaj o ciepłym szaliku*, *bądź grzeczny dla dziadka*_ -a potem dwie strony o niej. O kręgosłupie, o pogodzie w Hanowerze, o nieuczciwym szefie, o sąsiadce Jensenowej, która się na nią uwzięła. Nigdy nie zapytała, jak mu w szkole. Czy ma kolegów. Czy jest mu smutno. Jacek był dla niej jak podpaska — przedmiot, który wchłonie każdy żal, każdą skargę, każde narzekanie, i nic nie odpowie.

Ostatni raz rozmawiał z matką przez telefon, gdy miał dziewiętnaście lat. Właśnie zdał na studia.

— Mamo, dostałem się! Na administrację publiczną!

— O, to dobrze, synku. -Westchnienie. Długie, ciężkie, przygotowujące grunt pod to, co naprawdę chciała powiedzieć. -A u mnie wiesz, znowu te stawy. Lekarz mówi, że muszę jeść mniej soli, ale wiesz, jak to jest. I jeszcze ta sąsiadka, ta Jensenowa, wyobraź sobie, że…

Słuchał dwadzieścia minut. Powiedział „dobranoc” i się rozłączył. Nie zadzwonił już nigdy. Ona też nie.

***

Kobiet w życiu Jacka nie było. Ostatnia -Magda, kasjerka w Biedronce -odeszła dwa lata wcześniej. Powiedziała mu wtedy kilka zdań, które zapamiętał słowo w słowo, bo nie rozumiał żadnego z nich: _*Potrzebuję kogoś z ambicjami. Kogoś, kto ma to coś. Przy tobie się duszę. Czuję pustkę, gdy jestem z tobą.*_ Stał wtedy w korytarzu jej mieszkania, w kurtce, którą właśnie założył, i patrzył, jak zamyka za nim drzwi. Pustka. Czuła pustkę. On też ją czuł -tyle że nie wiedział, czy to jest ta sama pustka, czy jakaś inna, czy pustka w ogóle ma odmiany.

Po Magdzie założył konto na portalu randkowym. Wypełnił formularz. Zawód: urzędnik. Zainteresowania: filmy, książki. Dodał zdjęcie z wycieczki nad morze -zdjęcie, na którym wyglądał jak każdy inny mężczyzna zbliżający się do progu średniego wieku: niegroźny, niewyraźny, wymienialny. Siedemnaście kobiet obejrzało jego profil w ciągu pierwszego miesiąca. Żadna nie napisała. Algorytm portalu randkowego działał tak samo jak każdy algorytm rynkowy -eliminował produkty, na które nie było popytu.

Jacek nie nienawidził kobiet. Nienawiść wymagałaby wysiłku, którego nie posiadał. Po prostu im nie ufał. Każda, która pojawiła się w jego życiu, okazywała się wariantem matki. Magda nigdy nie zapytała, czego potrzebuje. Nie interesowało jej to. Oceniła go -niedostatecznie atrakcyjny, niedostatecznie dochodowy -i poszła szukać lepszej oferty.

***

Wszystko zmieniło się w maju 2023 roku, kiedy do kancelarii przyjechał informatyk z firmy zewnętrznej.

Bartek. Dwadzieścia sześć lat, broda przystrzyżona według aktualnych standardów estetycznych, koszulka z pingwinem w kapeluszu. Przyjechał spiąć system PESEL-Źródło z programem Curenda, którego kancelaria używała do obsługi spraw komorniczych.

Po jego wyjeździe przed Jackiem otworzył się świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia.

Wpisywał nazwisko i imię. System odpowiadał natychmiast. PESEL. Adres zameldowania. Historyczne adresy -gdzie mieszkał pięć lat temu, dziesięć, piętnaście. Miejsce urodzenia. Z kim i kiedy zawarł związek małżeński. Dane pełne, precyzyjne, uporządkowane -cyfrowy szkielet człowieka, pozbawiony mięsa i skóry, ale zawierający wszystko, co potrzebne, żeby tego człowieka znaleźć.

Formalnie Jacek mógł wpisywać tylko dane dłużników. Tylko w sprawach, które prowadził. Komornik widział każde zapytanie -kto pytał, o kogo, kiedy, po co.

A potem Bartek przyjechał ponownie. Awaria serwera, dwa dni naprawy, znowu kawa z automatu, znowu rozmowy na korytarzu. Usunął usterkę. Ale łącznie z usterką zniknęło coś jeszcze -w Curendzie przestał się zapisywać dziennik zapytań wykonywanych z konta Jacka Wróbla.

Jacek odkrył to przypadkiem. Sprawdził raz, sprawdził drugi. Wpisał nazwisko, które nie miało związku z żadną sprawą komorniczą. Żadnego śladu w rejestrze. Wpisał kolejne. Nic. System przyjmował zapytania, odpowiadał na nie posłusznie i natychmiast o nich zapominał.

A może by na tym zarobić? Myśl pojawiła się szybko i szybko zniknęła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij