-
nowość
Dokąd Jedziemy? - ebook
Dokąd Jedziemy? - ebook
Każdy kurs zaczyna się od tego samego pytania: „Dokąd jedziemy?” Przez lata zadawałem je ludziom, którzy siadali obok mnie w samochodzie. Z czasem zrozumiałem, że sam nie zawsze znam odpowiedź. Ta książka jest o drodze, która nie prowadziła tam, gdzie kiedyś planowałem. O muzyce. O ludziach, którzy pojawiali się i znikali. O decyzjach, błędach, ambicjach, rozczarowaniach i momentach, w których trzeba było zaczynać od nowa. O tym, jak łatwo zostać pasażerem we własnym życiu. I jak trudno znowu usiąść za kierownicą. Nie piszę tego jako człowiek, który już wszystko zrozumiał. Piszę jako ktoś, kto nadal jedzie. „Dokąd jedziemy?” nie jest poradnikiem. To spowiedź własnym tonem — bez udawania, że znam wszystkie odpowiedzi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398327213 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kurs bez adresu
— Dokąd jedziemy?
To chyba zdanie, które wypowiedziałem w życiu więcej razy niż „dzień dobry”.
W taksówce pytanie o cel podróży szybko staje się czymś zwyczajnym. Ktoś wsiada, zamyka drzwi, poprawia kurtkę, wzdycha, patrzy w telefon i podaje adres.
— Dworzec Fabryczny. Albo:
— Piotrkowska. Albo:
— Proszę mnie zawieźć do domu.
Adres zwykle pada od razu. Zdarza się jednak, że przez kilka minut próbujemy ustalić, gdzie pasażer właściwie mieszka. Szczególnie około trzeciej nad ranem. Bywa też:
— Jedź pan, ja pokieruję.
To zdanie u doświadczonego taksówkarza powinno zapalić dokładnie tę samą kontrolkę ostrzegawczą co czerwone światło na desce rozdzielczej: oho, zaraz wydarzy się coś ciekawego.
— Tutaj w lewo.
— Ale tu jest zakaz.
— Pan się nie przejmuje.
No jasne. Pan się nie przejmuje. Ja mam się przejmować za nas obu, bo mandat raczej nie zostanie wystawiony pasażerowi.
Jeżdżąc taksówką, zawiozłem ludzi na lotniska, dworce, do pracy, do szpitala, na randki, do żon, od żon, do kochanek i od kochanek. Do kochanka też pewnie kogoś wiozłem, tylko taksówkarz powinien mieć kilka cech dobrego księdza: umieć słuchać, nie oceniać zbyt szybko i wiedzieć, kiedy lepiej niczego nie komentować.
Bo taksówka jest dziwnym miejscem. Czasem poczekalnią. Czasem barem bez alkoholu. Czasem gabinetem psychologicznym bez dyplomu na ścianie. A czasem konfesjonałem na czterech kołach.
Ludzie wsiadają i mówią. O pieniądzach. O pracy. O dzieciach. O tym, że mąż jest idiotą. O tym, że żona ich nie rozumie. O szefie. O teściowej…
Zostawmy teściowe. Nie chcę mieć problemów już w prologu.
Bardziej fascynuje mnie coś innego: człowiek potrafi przez lata nie powiedzieć czegoś najbliższym, a potem wsiada do samochodu obcego faceta i po siedmiu minutach opowiada mu pół życia. Może właśnie dlatego, że jestem obcy. Za dwadzieścia minut wysiądzie i prawdopodobnie nigdy więcej mnie nie zobaczy.
Wysłucham, zawiozę pod wskazany adres, powiem: „Dobrej nocy” — i pojadę dalej.
Przez lata słuchałem cudzych spowiedzi, więc teraz pora na moją. Od razu uprzedzam: nie będzie to spowiedź świętego. Gdybym nim był, książka byłaby pewnie znacznie krótsza. Nie będzie też historii człowieka sukcesu, który siedzi w wielkim domu i opowiada, że od początku wszystko miał zaplanowane. Nie miałem.
Jestem basistą, pedagogiem, ojcem, partnerem i kierowcą. Miałem własny zespół, nagrałem płytę, marzyłem o scenie, a później tę scenę musiałem na jakiś czas odłożyć. Pracowałem jako handlowiec, warsztatowiec, pedagog, miałem też epizod, który formalnie można nazwać dyrektorskim, choć sam nie bardzo lubię tak o nim mówić.
W końcu usiadłem za kierownicą taksówki i zacząłem wozić innych tam, gdzie chcieli dojechać. Jest w tym jakaś ironia, bo przez sporą część własnego życia sam nie wiedziałem dokładnie, dokąd jadę.
Wiedziałem raczej, czego chcę: grać, mieć bliskich obok i stworzyć coś własnego.
Tyle że w życiu nie wystarczy wpisać celu. Nie pojawia się niebieska linia prowadząca prosto do marzenia.
Nawigacja nie mówi:
— Za trzysta metrów skręć w prawo, a następnie przez dwanaście lat popełniaj błędy.
Nie ostrzega:
— Za pięć kilometrów trudne rozstanie.
— Za osiem kilometrów problemy finansowe.
— Uwaga. Za chwilę pandemia.
— Przeliczam trasę… Kurwa, ale aż tyle razy?!
Życie robi swoje, a ja jadę dalej. Raz dobrze, raz źle, czasem całkiem świadomie skręcając tam, gdzie nie powinienem. Za część problemów odpowiadały okoliczności, za część inni ludzie, ale za sporą część — ja sam. I dopiero z czasem nauczyłem się mówić to bez uciekania od odpowiedzialności.
Dlatego tej historii nie chcę opowiadać od daty urodzenia do płyty ani od pierwszego basu do kolejnego projektu. Ludzie w taksówce też nie opowiadają siebie chronologicznie. Rzucają jedno zdanie i nagle jesteś w środku czyjegoś dzieciństwa, małżeństwa, strachu albo marzenia.
Spróbuję zrobić podobnie. Każdy kurs otworzy kawałek mojego życia.ROZDZIAŁ I
Nocna stacja. Osiem lat
Była noc z soboty na niedzielę, okolice północy i stacja benzynowa. Byłem już w kursie, kiedy zobaczyłem rodzinę, której nikt specjalnie nie chciał zabrać. Rodzice byli pijani. Z nimi był ośmioletni chłopiec.
To jego zapamiętałem: spokojnego, rezolutnego, dobrze wychowanego. W pewnym momencie inny mężczyzna chciał uderzyć jego ojca. Zareagowałem, bo wszystko działo się przy dziecku. Dokończyłem swój kurs, wróciłem po rodzinę i posadziłem młodego obok siebie.
— Tylko pan tego nigdzie nie zgłasza, dobrze? Rodzice mogą mieć problemy.
Miał osiem lat. Dziecko próbowało chronić dorosłych. Do dziś nie mam wygodnej odpowiedzi na pytanie, czy zrobiłem wtedy wszystko tak, jak powinienem. Mam za to jego twarz w pamięci. I za każdym razem, kiedy o nim myślę, wracam do własnego domu.
Po kursie polały mi się łzy. Wracałem do domu z mokrą kanapą i zastanawiałem się, czy tego nie zgłosić.
Wtedy przypomniały mi się słowa dr. Cyrańskiego ze studiów: „Pedagog zawsze bierze odpowiedzialność za wszystkie działania, łącznie z radzeniem innym, co mają robić”. Tego dnia widziałem, że dziecko, mimo obecności pijanych rodziców, było czyste i zadbane. Oni również. Nie chciałem z butami wchodzić dzieciakowi do życia.
Dobrze znam sytuację, w której coś dzieje się w domu, a uruchomiona zbyt szybko procedura odbiera dziecko od razu, a później trudno ją odkręcić.
Bo zanim zostałem kierowcą, pedagogiem i basistą, byłem dzieciakiem z osiedla 350-lecia. Takim, którego trzeba było szukać po podwórku, wyciągać z kłopotów i od czasu do czasu odwozić do lekarza.
Moje początki nie wyglądają jak początek historii przyszłego muzyka. Nie było ojca sadzającego mnie przy fortepianie w wieku czterech lat. Nie było rodzinnej tradycji konserwatorium. Nie dostałem na piąte urodziny małego Fendera. Nie objawił mi się Marcus Miller i nie powiedział:
— Bartku, oto twoje przeznaczenie.
Dorastałem na osiedlu 350-lecia, w bloku, który był wtedy całym moim światem. Dziś widzę kilka ulic, podwórko, znajome klatki schodowe i ludzi, którzy zostali ze mną na długo. Wychowywali mnie rodzice, ale ogromną rolę odgrywały też babcia Marysia i ciocia. Rodzina była blisko, a wiele rzeczy, które dziś trzeba byłoby wpisać do aplikacji, kalendarza i trzy razy potwierdzić SMS-em, wtedy po prostu się wydarzało.
Pamiętam nasze wyjścia na grzyby i jagody. Dziś las kojarzy mi się z borowikami, podgrzybkami i kleszczami, ale jako dzieciak widziałem w nim wyprawę w nieznane. Każdy krzak mógł być początkiem przygody, a babcia z ciocią idące kilka metrów przede mną miały w moich oczach kompetencje przewodników po Amazonii.
Któregoś razu babcia z ciocią zaprowadziły mnie w jeżyny. Nie pamiętam, czy wyszedłem stamtąd podrapany, zmęczony czy obrażony na cały świat, ale pamiętam własne podsumowanie tej wyprawy. Powiedziałem:
— To te stare baby mnie w te jeżyny zaprowadziły.
Babcia z ciocią prawie posikały się ze śmiechu.
Nie rozumiałem, dlaczego moje zdanie wywołało aż taką reakcję, bo z mojego punktu widzenia przedstawiłem jedynie fakty. Były ode mnie starsze? Były. Zaprowadziły mnie w jeżyny? Zaprowadziły. Sprawa zamknięta.
Dzieci mówią prawdę bez konsultacji z działem PR. Trochę tej cechy zostało mi do dziś i nie zawsze wychodzi mi to na dobre.
Jako dzieciak byłem bardzo ruchliwy, chociaż „ruchliwy” jest tutaj określeniem wyjątkowo uprzejmym i prawdopodobnie takim, którego użyłby pedagog próbujący nie zdenerwować rodziców podczas zebrania. Można byłoby powiedzieć: „Bartek przejawiał dużą potrzebę poznawania otoczenia oraz eksperymentowania z rzeczywistością”.
Moja mama powiedziałaby zapewne prościej:
— Wiecznie coś wymyślał. I miałaby rację.
Mam wrażenie, że dzieciństwo mojego pokolenia polegało w dużej mierze na sprawdzaniu, ile głupich pomysłów da się przeżyć, zanim wkroczy chirurg, ortopeda albo rodzic, który właśnie dowiedział się, gdzie znajduje się jego dziecko.
Ja znałem wszystkie te instytucje bardzo dobrze.
Do ortopedy i chirurga trafiałem regularnie. Któregoś dnia koleżance wpadł soczek pod huśtawkę, więc uznałem, że trzeba go podnieść. Teraz widzę co najmniej dwa rozsądne rozwiązania: poczekać, aż huśtawka się zatrzyma, albo poprosić koleżankę, żeby przez chwilę się nie bujała.
Moja analiza była krótsza: soczek leży pod huśtawką, więc trzeba go wyjąć. Spróbowałem. Skończyło się w szpitalu.
Tak miałem długo. Widziałem problem i od razu chciałem go naprawić. Dopiero później sprawdzałem, czy metoda nie była głupsza od samego problemu.