Doktor Jekyll i pan Hyde - ebook
Każdy człowiek ma dwie twarze. Doktor Jekyll – ceniony lekarz, gentleman i człowiek nauki – postanawia przeprowadzić eksperyment, który na zawsze odmieni jego życie. Pragnąc oddzielić dobro od zła drzemiącego w ludzkiej naturze, budzi do życia kogoś, kto nie zna sumienia, litości ani granic.Pan Hyde szybko wymyka się spod kontroli. Mroczne zaułki Londynu stają się sceną przerażających wydarzeń, a tajemnica, która spowija doktora Jekylla, prowadzi ku coraz bardziej niepokojącemu finałowi.
Klasyka literatury grozy i psychologicznego napięcia, która do dziś fascynuje pytaniem: kim jesteśmy, gdy nikt nie patrzy?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
I. Opowieść o drzwiach
II. W poszukiwaniu pana Hyde'a
III. Doktor Jekyll zupełnie spokojny
IV. Sprawa morderstwa Carewa
V. Incydent z listem
VI. Niezwykły incydent z doktorem Lanyonem
VII. Incydent przy oknie
VIII. Ostatnia noc
IX. Relacja doktora Lanyona
X. Pełne wyznanie Henry’ego Jekylla
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68873-04-7 |
| Rozmiar pliku: | 724 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Adwokat Utterson był człowiekiem o posępnej twarzy, której nigdy nie rozjaśniał uśmiech. Zimny, małomówny i nieskory do rozmowy, nie zdradzał skłonności do okazywania uczuć. Wysoki, chudy, oschły i mrukliwy – a jednak z jakiegoś powodu budził sympatię. W towarzystwie przyjaciół, przy winie, z jego oczu biła ludzka życzliwość; coś, czego nie sposób było dostrzec w jego słowach, lecz co przejawiało się w jego czynach. Był surowy wobec samego siebie. W samotności pijał gin, aby zagłuszyć w sobie chęć na wino; chociaż uwielbiał teatr, od dwudziestu lat nie był na żadnym przedstawieniu. Słynął z wyrozumiałości, z jaką odnosił się do innych. Z zadziwieniem – a czasem wręcz z zazdrością – obserwował namiętności kierujące ludzkimi postępkami, a gdy ktoś popadł w tarapaty, wolał mu pomagać, niż go potępiać.
„Grzech Kaina jest również moim grzechem” – mawiał w takich sytuacjach. – „Niech moi bracia grzeszą, każdy na swój sposób”.
Niejednokrotnie bywał ostatnim szanowanym znajomym i jedynym oparciem dla ludzi, którzy stoczyli się na dno nędzy i występku. Wobec takich osób nigdy nie zmieniał swojego zachowania, dopóki tylko u niego bywali.
Nie było to zaprawdę rzeczą trudną. Utterson bowiem absolutnie nie miał daru strofowania ludzi, a jego przyjaźnie opierały się właśnie na bezwzględnej dobroduszności. Cechą charakterystyczną ludzi skromnych jest to, że zdobywają przyjaciół przypadkowo; tak też było w przypadku naszego adwokata. Jego przyjaciółmi byli albo bliscy krewni, albo ludzie, których znał od dawna. Życzliwość Uttersona przypominała powój: rosła z biegiem czasu, nie zważając na cechy osoby, którą oplatała.
Tym właśnie można wytłumaczyć więzy przyjaźni łączące adwokata z Ryszardem Enfieldem, człowiekiem znanym w całym mieście. Wiele osób zastanawiało się, co może łączyć tych dwóch mężczyzn. Każdy, kto spotykał ich podczas niedzielnych przechadzek, mógł się przekonać, że nie zamieniają ze sobą ani słowa, najwyraźniej się nudzą, a pojawienie się kogoś znajomego witają z widoczną ulgą. Mimo to obaj traktowali te wycieczki jako wielką przyjemność i najmilszy punkt całego tygodnia. Wyrzekali się innych rozrywek i odkładali na bok sprawy zawodowe, byle tylko móc bez przeszkód cieszyć się wspólnymi spacerami.
Podczas jednego z takich spacerów szli boczną uliczką w jednej z najbardziej tętniących życiem dzielnic Londynu. Była to wąska i spokojna ulica, lecz w zwykły dzień tygodnia – a nie w niedzielę, jak dzisiaj – stanowiła teren ożywionego handlu detalicznego. Mieszkańcy najwyraźniej byli zamożnymi ludźmi i dążyli do tego, by stać się jeszcze bogatszymi. Sklepowe witryny były bardzo wystawne i od razu przyciągały wzrok. Nawet w niedzielę, gdy ruch uliczny zamierał, błyszczały w tej brudnej okolicy niczym płomień w lesie. Jaskrawe szyldy, wypolerowane szyby i mosiężne ramy skupiały na sobie uwagę przechodniów.
W pewnym punkcie tej uliczki rząd kamienic się urywał; znajdowała się tam brama wjazdowa na podwórze, na którym stał ponury budynek, zupełnie niepodobny do sąsiednich domów. Dwupiętrowy, na parterze miał tylko jedne drzwi. Nie było w nim ani jednego okna, a nad wejściem wznosił się ślepy, wyblakły mur. Gmach ten nosił wyraźne ślady całkowitego zaniedbania. Drzwi nie miały dzwonka, a ich drewno było porysowane i popękane. Ulicznicy przesiadywali zwykle na progu i odpalali zapałki o chropawe, zwietrzałe deski; uczniowie wycinali w nich scyzorykami różne wzory, a od niepamiętnych czasów nie pojawiał się nikt, kto mógłby przepędzić tych wandali.
Enfield i adwokat szli drugą stroną uliczki, a gdy znaleźli się naprzeciw bramy tego osobliwego domostwa, Enfield podniósł laskę i wskazał na opuszczony dom.
– Czy zauważył pan te drzwi? – zapytał, a gdy jego towarzysz skinął przytakująco głową, rzekł: – Te drzwi łączą się w mojej pamięci z bardzo dziwną historią…
– Co to było? – zapytał Utterson, a jego głos nieco się zmienił.
– Tak, to było na tej uliczce – odparł Enfield. – Szedłem skądś do domu, późno w nocy, około trzeciej nad ranem, w zimie; moja droga prowadziła przez dzielnicę, gdzie dosłownie nic nie było widać oprócz latarni. Ulica za ulicą, wszyscy ludzie śpią… ulica za ulicą, wszystkie oświetlone jak podczas procesji, a zupełnie puste… Zacząłem tęsknić za widokiem policjanta… nagle ujrzałem dwie postacie: jedną z nich był mały człowieczek, który podążał szybkim krokiem, a drugą – dziewczynka ośmio- lub dziesięcioletnia, wybiegająca właśnie z jednej z przecznic. Na zakręcie obie te postacie wpadły na siebie – i wtedy stała się rzecz ohydna; ten człowieczek spokojnie poszedł dalej, wcale nie troszcząc się o dziewczynkę, która leżała na ziemi i wołała o pomoc. Rzuciłem się w pogoń za tym nieludzkim człowiekiem, chwyciłem go za kołnierz i przyprowadziłem na miejsce wypadku, wokół którego zgromadziła się już grupa ludzi, otaczając krzyczące dziecko. Złapany drab zachowywał się zupełnie spokojnie, wcale się nie bronił, rzucił na mnie tylko tak złe spojrzenie, że aż zadrżałem. Okazało się, że zbiegowisko tworzyli krewni owej dziewczynki; wkrótce pojawił się też wezwany lekarz. Ostatecznie dziecku nie stało się nic poważniejszego: tylko się przeraziło. Cała afera mogłaby się na tym skończyć, gdyby nie dziwny zbieg okoliczności. Drab od pierwszej chwili budził we mnie wstręt. To, że to samo czuli krewni dziewczynki, było zupełnie zrozumiałe. Zdumiewające było tylko, że to samo odczuwał lekarz. Ilekroć spoglądał na mojego jeńca, bladł; miałem wrażenie, że najchętniej by go zabił. Ponieważ jednak nie mogliśmy go zabić, staraliśmy się ulżyć sobie, besztając go. Powiedzieliśmy drabowi, że sprawa pachnie skandalem, że jego nazwisko będzie zniesławione w całym Londynie, że jest bydlęciem w ludzkiej skórze. Podczas tych wymyślań musieliśmy równocześnie siłą powstrzymywać zebrane wokół kobiety, by się na niego nie rzuciły. Nigdy nie widziałem takiej wściekłości, jaka malowała się na ich twarzach. Pośrodku stał ów człowiek; wyraz twarzy miał ponury, nawet nieco ironiczny; widziałem jednak, że się boi. „Jeżeli macie państwo zamiar żądać odszkodowania za ten wypadek – powiedział – to dobrze. _Noblesse oblige_ – dodał – chcę uniknąć wszelkich dalszych scen; proszę wymienić sumę”. Zażądaliśmy, by wypłacił sto funtów rodzinie dziewczynki. Z naszych twarzy mógł wyczytać, że mówimy serio i że nie damy się zbyć byle czym – ostatecznie więc się zgodził. Teraz chodziło o to, by wydostać pieniądze. Dokąd, jak pan myśli, nas zaprowadził? Właśnie do tych tam drzwi… Wyjął klucz z kieszeni, wszedł i po chwili pojawił się z dziewięcioma funtami w złocie oraz czekiem wystawionym na bank Coutts, płatnym na okaziciela i podpisanym nazwiskiem, którego nie chciałbym wymieniać… To nazwisko jest bardzo znane i często spotyka się je w prasie… Zwróciłem temu jegomościowi uwagę, że wydaje mi się to wielce podejrzane: w normalnych warunkach nie zdarza się przecież, by o czwartej nad ranem ktoś wszedł do samotnego domu i po chwili wyszedł z czekiem na sto funtów podpisanym przez inną, w dodatku powszechnie znaną osobistość… On jednak po moich słowach zachował się zupełnie spokojnie i rzekł kpiącym tonem: „Niech się pan uspokoi, chętnie zostanę z panem, aż otworzą bank, wtedy sam wykupię ten czek”. Zgodziliśmy się na to; lekarz, ojciec dziewczynki, ja i ten dziwny człowieczek spędziliśmy resztę nocy w moim mieszkaniu, a po śniadaniu poszliśmy razem do banku. Osobiście wręczyłem czek, oświadczając, że podejrzewam, iż jest fałszywy. Ależ nie! Czek był prawdziwy…
– Co? Prawdziwy? – przerwał Utterson.
– Tak jest – mówił dalej Enfield. – Dziwna historia! Ten człowieczek robił wrażenie wyrzutka, a osoba, która wystawiła czek, była najbardziej przyzwoita, jaką tylko można sobie wyobrazić, powszechnie znana i szanowana… Przypuszczam, że wchodzi tu w grę jakieś wymuszenie; zacny obywatel płaci za jakąś młodzieńczą przygodę… A jednak i to nie wyjaśnia mi wszystkiego… – zakończył Enfield i popadł w zamyślenie.
Utterson przerwał je jednak po pewnym czasie pytaniem:
– A czy ten, który wystawił czek, mieszka w tym domu bez okien?
– Nie – odparł Enfield. – Przypadkowo poznałem jego adres; mieszka tu w okolicy, w domu przy jednym z wielkich placów.
– A nie pytał pan później o ten ponury dom bez okien?
– Nie, nie zwykłem tego robić – odparł Enfield. – Nie lubię wypytywać i śledzić. Zadaje się pytanie i ma się wrażenie, jakby rzuciło się kamień; siedzi się spokojnie na pagórku, a kamień się stacza, porywa za sobą inne i trafia wreszcie jakiegoś niewinnego człowieka, o którym w ogóle nie myślano i któremu zakłóca się spokój… Nie, trzymam się zasady, by wcale nie mieszać się w zawiłe sprawy…
– Istotnie, bardzo dobra zasada – rzekł adwokat.
– Ale przyjrzałem się temu miejscu, ot tak, z własnej ciekawości – mówił dalej Enfield. – Nie sprawia ono wrażenia zwykłego domu. Znajdują się tam tylko jedne drzwi wejściowe i czasem, choć bardzo rzadko, wchodzi i wychodzi nimi ten mój człowieczek od nocnej przygody. Od strony podwórza na pierwszym piętrze są trzy okna, natomiast na parterze nie ma ani jednego. Okna pozostają stale zamknięte, ale z komina zazwyczaj unosi się dym, co oznacza, że dom jest jednak zamieszkany…
Obaj przyjaciele spacerowali przez jakiś czas w milczeniu, po czym Utterson odezwał się:
– Chciałbym wiedzieć jedno: nazwisko człowieka, który przewrócił dziecko.
– Dobrze – rzekł Enfield. – Dlaczegóż by nie? Był to człowiek o nazwisku Hyde.
– Hm… – mruknął Utterson. – Jak on wygląda?
– Niełatwo go opisać. W jego postaci tkwi coś niechlujnego i nieprzyjemnego. Nigdy nie spotkałem człowieka, który byłby mi tak niesympatyczny, a przy tym nie zdaję sobie sprawy dlaczego… Prawdopodobnie jego ciało jest pokraczne; widać wyraźnie, że nie jest to człowiek normalnie zbudowany, ale na czym polega ta anomalia, nie potrafię określić. Wygląda jakoś „inaczej”, a przecież nie umiałbym wskazać w nim nic niezwykłego. Nie, nie potrafię go opisać. A jednak, proszę mi wierzyć, widzę go w tej chwili dokładnie…
Utterson szedł w milczeniu; widocznie był pogrążony w głębokich rozmyślaniach.
– Ale na pewno pan wie, że miał klucz? – dopytywał w końcu.
– Ależ, proszę pana… – przerwał mu Enfield, wielce zdziwiony.
– Tak – rzekł Utterson – wiem, że wydaje się to panu dziwne. Nie pytam o nazwisko tej drugiej osoby tylko dlatego, że już je znam. Widzi pan, mój Ryszardzie, pańska historia trafiła pod właściwy adres. Jeśli w jakimś szczególe był pan nieścisły, proszę to od razu sprostować.
– Ależ – odparł Enfield z pewną cierpkością – wyraziłem się zupełnie ściśle, by użyć pańskiego określenia. Ten drab miał klucz i wciąż go ma. Niedawno, niespełna tydzień temu, widziałem, jak otwierał…
Utterson westchnął głęboko, nie rzekł jednak ani słowa. Natomiast Enfield odezwał się:
– To była dla mnie kolejna dobra nauczka: nie gadać! Wstydzę się, że jestem takim gadułą. Proponuję, abyśmy nigdy więcej nie poruszali tej sprawy, dobrze?
– Z całego serca – rzekł adwokat. – Daję słowo, Ryszardzie.