-
nowość
Doktor Muchołapski. Fantastyczne przygody w świecie owadów - ebook
Doktor Muchołapski. Fantastyczne przygody w świecie owadów - ebook
Klasyczny tekst w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Fantastyczne przygody w świecie owadów. Powieść fantastyczno-naukowa Erazma Majewskiego z 1890 roku, opowiadająca o przygodach tytułowego bohatera, który zmniejszył się do wielkości owada.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7991-613-9 |
| Rozmiar pliku: | 526 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W jednym z numerów czerwcowych „Poczty Karpackiej” — pisma węgierskiego, poświęconego sprawom letnich gości tatrzańskich — zamieszczono artykuł pod nagłówkiem: „Zaginiony turysta”. Czytamy w nim, co następuje: „Mamy do zanotowania tajemniczy i niezwykły w kronice życia naszego wypadek. Tydzień temu jeden z przewodników i dwóch jego pomocników przybyli do kancelarii Węgierskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Szmeksie z oświadczeniem, że zgubili turystę, Anglika. Przed kilku dniami udali się oni z podróżnym przez Polski Grzebień na Żabie Wierchy. Nieznajomy okazał się w drodze wytrwałym i doświadczonym turystą. Ponieważ wzięto namiot, na pierwszą noc rozłożono się obozem u stóp Litworowych Wodospadów, w pobliżu niegościnnego, bo zawsze zamkniętego schroniska Salomona.
O świtaniu podróżny oświadczył, że pragnie przyjrzeć się górom o wschodzie słońca, i oddalił się w kierunku Białej Wody. Nie przeczuwając nic złego, towarzysze oczekiwali cierpliwie na powrót jego do godziny dziewiątej rano. Dopiero wtedy, zaniepokojeni, czy powierzony ich pieczy nie zbłądził, rozbiegli się na wsze strony.
Kilkugodzinne wszakże nawoływania nie wydały żadnych rezultatów. Wtedy udano się aż do Roztoki, ale w schronisku Pola odpowiedziano, że od dwóch dni nikt tam nie zaglądał. Podobnie niepomyślną odpowiedź otrzymali przewodnicy w Jaworzynie i w Zakopanem, gdzie nikt opisywanego Anglika nie zauważył.
Wyczerpawszy wszelkie sposoby odszukania zaginionego cudzoziemca, strapieni przewodnicy powrócili do Szmeksu, meldując władzy o zagadkowym zniknięciu.
Węgierskie Towarzystwo Tatrzańskie, przypuszczając nieszczęśliwy wypadek, zarządziło ścisłe poszukiwania, ale i teraz na najmniejszy choćby ślad zaginionego nie natrafiono. Co więcej, nazwisko jego pozostało tajemnicą, gdyż nieszczęśliwy przybył bez bagaży i nie nocował w żadnym hotelu. Widziano go tylko dwa razy w jednej z pierwszorzędnych restauracji. Jedyną torbę podróżną, którą przy nim zauważono, zabrał ze sobą; zresztą, wszystkie potrzebne do wycieczki przedmioty i namiot zakupił na miejscu, płacąc hojnie.
Jedni przypuszczają, że był to desperat, który w tajemniczy sposób odebrał sobie życie, inni domyślają się w nim jakiegoś przestępcy, którego celem było zmylenie śladów pogoni”.II. TAJEMNICZE POSZUKIWANIA
Na schodach jednego z domów przy ulicy Miodowej w Warszawie umilkła nagle trzepaczka pana Antoniego.
— Dobry wieczór, panie Grzegorzu — powitał przybyłego kolegę z przeciwka, wymierzając ostatni cios w sam środek perskiego dywanu. — A cóż tam u was słychać?
— Źle, panie Antoni, źle z moim starym!
— Co? Może zbuntował się przeciwko panu Grzegorzowi?
— Et! Gorzej jeszcze…
— Więc niezdrów?
— I nie to…
— No, to chyba tej zguby szuka jeszcze od wczoraj?
— Nie inaczej! Obiadu nawet nie tknął i cięgiem czegoś upatruje.
— Musi to być jakiś klejnot drogi, kiedy się tak dla niego mizeruje?
— Gdzie tam! Mój pan nie dba o takie rzeczy, a przy tym ziarnko piasku już by chyba znalazł, a tu nic i nic!
— Więc cóż to może być?
— Nie mogę zmiarkować, ale zły to znak, jeśli kto szuka jakiegoś pisania w szparach podłogi, gdzie nawet szpilki by nie ukrył, i każe zbierać garściami prochy z ziemi, aby je pod szkiełkiem przebierać. W tych prochach nie ma ani kruszyny papieru, a przecież sam mi wyraźnie powiedział, że szuka jakiegoś pisania, co je zgubił przy biurku. Wczoraj, przynoszę obiad, patrzę, pan leży na podłodze jak długi i zagląda przez szkiełko w szparę między deskami. Ani przerwał roboty, choć mnie usłyszał, tylko końcem ołówka przewracał każdy proszek i kruszynkę. Każdy szmatek śmieci otrząsnął i odłożył osobno. Sapał biedaczysko, obcierał pot, aż żal mi się go zrobiło, a nie było końca tej robocie…
— A to ciekawa historia! Ja myślę, panie Grzegorzu, że wasz stary… — i nie dokończył zdania, wskazując wymownie palcem na czoło.
— Co znowu! Taki uczony człowiek!
Pan Antoni zaśmiał się po raz wtóry swym śmiechem rubasznym, który niemile dotknął Grzegorza.
— Dobry sobie pan Grzegorz! A cóż to, nie wiadomo, że właśnie uczenie najwięcej rozum odbiera? My na przykład, nie przymierzając, ludzie jak się należy, nie bylibyśmy z pewnością tacy, gdyby nam kazali patrzyć w te szkła i książki jak waszemu albo rozbijać fortepiany, jak to praktykuje mój, od wieczora do rana. W głowie by nam się poprzewracało od tej mądrości i muzyczności ciągłej. Przecie mój to już niedługo powędruje do Jana Bożego razem z innymi. Jak ci co dzień zacznie bić po klawiszach, a słucha ci ich czasem ze sześciu, to tłucze, że niech ręka boska broni, ani ładu, ani składu, a oni siedzą jak trusie, żeby chociaż który nogą ruszył. Jeden patrzy w sufit, drugi w but, trzeci oczy zamknie, gębę rozdziawi i kiwa głową i godzinę ci tak, jak lunatyki, przesiedzą… niech ręka boska broni! — I splunął.
— Et! Zwyczajna rzecz, słuchają bez grzeczność, inaczej nie wypada, ale co innego z moim panem…
Nie dokończył, bo doszedł go okrzyk radości, jaki się rozległ z gabinetu, okrzyk o tak niezwykłym brzmieniu, że zapominając rozpoczętego zdania, pan Grzegorz rzucił swemu towarzyszowi krótkie: „Muszę lecieć!” i znikł we drzwiach przedpokoju.
Widok, jaki go czekał, był oryginalny. Rozpromieniony pracodawca trzymał na dłoni jakiś bardzo drobny przedmiot. Zbliżywszy się do biurka, złożył go na czystej ćwiartce papieru z ostrożnością, jakby to był kwiat paproci, potem zatarł ręce i uśmiechnął się triumfująco.
— A więc mam cię nareszcie, nieszczęsna odrobinko, coś mi zatruła trzy dni życia, coś mi przez trzy noce nie pozwoliła zamknąć znużonych powiek! — zawołał z uśmiechem, stojąc przed biurkiem i wpatrując się w biały proszek. — Za chwilę więc rozstrzygnę dręczące mnie niepewności… Odetchnę pełną piersią i przekonam się, czy nie jestem wariatem! Grzegorzu, podajcie mikroskop!
Grzegorzowi, który wysłuchał monologu, stanął przed oczami jak żywy pan Antoni z palcem u czoła.
— Ot, nowa bieda! A ja myślałem, że się już utrapienie skończyło. Może by odłożyć robotę — zaczął nieśmiało. — Czas na obiad… pan głodny…
— Dajcież mi spokój z waszymi obiadami! Czyż mógłbym teraz myśleć o jedzeniu? Jestem na drodze do niesłychanego odkrycia!
Biedny sługa podrapał się w głowę.
— Proszę pana, do czego to podobne? Na wszystko pora… O! Po obiedzie podam mikroskop, co tu pilnego!
— Masz tobie! Znów mi się sprzeciwia! Grzegorzu, co się wam stało?
— Ależ, panie, szósta godzina!… z czego będą siły?
— Nie będę nic jadł! Proszę o mikroskop!
Cóż było robić? Grzegorz, choć zawsze bywał górą, tym razem poczuł, że nic nie wskóra. Postawił więc na stole narzędzie, skierował lusterko na szkło przedmiotowe i oddalił się, złorzecząc zapewne wynalazcom drobnowidzów. Pan tymczasem gotował mu większe niespodzianki.
Skoro tylko proszek znalazł się na szkiełku, a odpowiednio zbliżone soczewki pozwoliły obejrzeć badany przedmiot, nasz uczony nawet dla mniej wprawnego obserwatora przedstawiał niezwykłe widowisko. Zerwał się gwałtownie od stołu, chwycił oburącz za głowę; przetarł oczy, spojrzał w szkła i nareszcie zwrócił się do sługi:
— Słuchaj, Grzesiu, czy nie wyglądam czerwono?
— Gdzieby zaś…
— Uszczypnij mnie mocno w rękę!…
Grzegorz spełnił polecenie z ostrożnością i niedowierzaniem.
— Mocniej!
— Nie mogę…
— Zobacz puls! Podaj mi wody!
Biedny Grzegorz zwijał się jak mógł, kiwał strapioną głową, a głośno upewniał pana, że zdrów zupełnie. Niespokojny, myślał już tylko nad tym, jak by co prędzej sprowadzić lekarza.
Pan tymczasem usiadł przed mikroskopem i nie ruszył się już aż do późna w nocy.
Źle mówię, bo był ciągle w ruchu. Przewracał kartki słownika, zapisywał coś ustawicznie i spoglądał co chwila w mikroskop.
Grzegorz nie zmrużył oka. Był już pewny, że pan zachorował. Przemyśliwał tylko, co począć rano i kogo zawezwać. Tak doczekali obaj brzasku dziennego. Kiedy niekiedy nasz uczony wstawał i chodził gorączkowo po pokoju, wymawiając niezrozumiałe zdania.
Nareszcie legł nad ranem w ubraniu i przespał do dziesiątej. Ledwie się zbudził, Grzegorz, oczekujący nań od dwóch godzin ze śniadaniem, otrzymał polecenie upakowania walizy podróżnej.
— Wyjeżdżam dziś za granicę, przygotować mi wszystko na trzecią godzinę — brzmiało krótkie rozporządzenie.
Potem wręczył Grzegorzowi list zapieczętowany, z poleceniem oddania go panu Janowi, ale nie wcześniej, aż się sam zgłosi, i nie rzekłszy nic więcej, wyszedł na miasto.
Że święciło się coś nadzwyczajnego, poznał Grzegorz po tym, iż pan wyszedł w obuwiu nieparzystym, a na popielniczce zostało trzydzieści niedopałków zamiast zwykłych pięciu lub sześciu wypalanych podczas bezsennych nocy.III. MÓJ WUJ. KSIĘGOZBIÓR MEGO WUJA
Uczony, którego czytelnicy przed chwilą poznali, jest moim wujem.
Takiego wuja z pewnością żaden z moich czytelników nie posiada. Najprzód trzeba państwu wiedzieć, że jest on sławną w świecie osobistością, po wtóre — wielkim oryginałem.
Tytuł „znakomity” nie stanowi wprawdzie osobliwości w naszym obfitującym w wielkich ludzi społeczeństwie, ale gdy dodam, że bohater mój jest prawie najważniejszym działaczem w niniejszej opowieści, mam nadzieję pozyskać dla niego odrobinę uwagi i pobłażania.
Jest on znakomitym zoologiem i jako taki mógłby być przyjemny, a nawet pożądany w towarzystwie, gdyby nie posiadał nieszczęśliwej żyłki nawracania każdego, kto mu się nawinie, do swej ulubionej nauki.
Nie zapomina ani w dzień, ani w nocy o owadach, a skoro się zapali, wychwalając uroki i rozum napowietrznych istot, najlepiej wtedy zejść mu z oczu, staje się bowiem nudny, a nawet okropny.
Ta słabość do ulubionego przedmiotu nie tylko mnie, ale wszystkim znajomym mocno dała się już we znaki. Wujaszek nie umie literalnie o niczym innym mówić, jak tylko o owadach i entomologii. A jak cudnie i ogniście przemawia!… Gdyby nauka o owadach była religią, mój wuj z pewnością w liczbie jej kapłanów pierwszorzędne zajmowałby stanowisko.
Ale dosyć! Zaczynam obmawiać zamiast przedstawić łaskawym czytelnikom szanownego męża, bo pewno nie domyślacie się jeszcze, o kim mówić zamierzam.
Jakkolwiek brzydko to nie znać własnego zoologa, którego szanuje świat cały, nie dziwię się wam jednak wcale. Sława nie bez przyczyny jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego, gdyż jest to rzecz bardzo kapryśna, zupełnie jak cała piękniejsza połowa rodu ludzkiego.
Są więc u nas sławni ludzie, którzy nie zasługują na to, są nieznani, którzy powinni być sławni. Gdyby mój wujaszek pisywał wiersze drukowane w kurierach, znalibyście bez wątpienia jeśli nie dzieła, to już przynajmniej nazwisko jego, a podobizny oblicza „znakomitego męża” ozdabiałyby zarówno wystawy księgarskie, jak i wasze albumy fotograficzne. Ale że jest sobie tylko przyrodnikiem, który ani jednego nie wygłosił odczytu, nic dziwnego, że nie znają go szerokie koła naszej inteligencji.
Pocieszać się jedynie może starym przysłowiem łacińskim: „Nemo propheta in patria sua” oraz tym, że zwykle o ludziach, których szanuje cały świat uczony, najbliżsi wiedzą najmniej lub to tylko, czego tamci nie wiedzą.
Mój wuj, Jan Muchołapski, jest doktorem rzeczywistym Wszechnicy Jagiellońskiej, a doktorem honoris causa uniwersytetów w Oksfordzie, Heidelbergu i Jenie.
Aby wam dać pojęcie, jak ciężkiego to kalibru uczony, dość będzie, gdy powiem, że przyjaciele nieboszczyków Agassiza i Darwina — Milne-Edwards, Schiner i Löw zostawali w naukowych stosunkach z moim wujem, z obecnie zaś żyjących dipterologów tacy jak baron von Osten-Sacken, Wiktor Roeder, Mick, Bigot, Meade i nasz Dziedzicki prowadzą z nim stałą korespondencję.
Jest on czynnym członkiem wszystkich chyba zoologicznych i entomologicznych towarzystw, a zarazem korespondentem mnóstwa czasopism specjalnych. Napisał między innymi ogromną rozprawę O porównawczych badaniach nad gębą owadów i dwutomową monografię łowików (Asilidae).
Ta ostatnia praca zjednała mu w młodym już wieku europejską sławę, ale zarazem tak zaciążyła w życiu, że nasz uczony odtąd z największą odrazą spogląda na te muchy i prosi przyjaciół, aby mu ich nie nadsyłali.
Przyczyna tej niechęci rzadko komu jest znana, bo doktor nigdy drażliwego przedmiotu nie porusza, ale sługa wasz zna tajemnicę i wkrótce się nią z wami podzieli.
Pomimo wszystkiego, com powiedział o swoim wuju, nie znacie go jeszcze wcale.
Aby człowieka poznać, najlepiej jest pono rozpatrzeć się w jego otoczeniu. W myśl tej maksymy zamiast mówić o nim, zaprowadzę was do gabinetu „znakomitego” męża.
Jest to duży pokój wypełniony książkami i zbiorami. Na ścianach pełno rysunków, o tyle dla wuja wymownych, o ile dla nas niezrozumiałych.
Kilka szaf przy ścianach, na środku duże biurko zarzucone stosem książek i papierów, obok biurka stolik — ot i wszystko, reszta bowiem umeblowania nie zasługuje na uwagę.
Na stoliku króluje mikroskop, otoczony świtą szczypczyków, flaszeczek, nożyków i szpilek.
Skromny ten i cichy przybytek wystarcza memu wujowi za świat cały. Nie uczuwa on tutaj samotności, otacza go bowiem liczne i dobrane towarzystwo, ukryte w szafach. Pełno tu znakomitości, z którymi rozprawia, kiedy chce, a one, zawsze cierpliwe i poważne, niosą wujowi uczoną pomoc o każdej porze dnia, a nawet nocy.
Przez szyby biblioteki błyszczą pstre szeregi książek dużych i małych, cienkich i grubych, okazałych i niepozornych, nowych i starych. Zupełnie to jak ludzie, z postaci i wewnętrznej wartości rozmaici.
Jeden tom wyświeżony, niby modny elegant, inny zaniedbany, w wyszarzanym odzieniu, zaledwie śmie sąsiadować ze strojnym jegomościem.
W bibliotece wuja są bowiem i książki zniszczone, o podartych grzbietach, pozałamywanych kartach, na których pełno dopisków. Niepozorne aż strach! Ale mimo to z tymi obdartusami jest mój wuj w najściślejszej zażyłości i w wytartym, znoszonym odzieniu są mu one milsze i droższe aniżeli inne, sztywne i eleganckie tomy.
Z tamtymi jest na stopie etykietalnej, z tymi, jak z dobrymi przyjaciółmi, obcuje bez ceremonii i szczerze.
I tak jak ludzie, niejedna z owych niepozornych, bibulastych książek wartością stokroć przewyższa okazałe dzieła, drukowane na welinie, a oprawne w safiany i złoto.
Ale miałem was zapoznać z towarzystwem wuja, a zabawiam się filozofowaniem!
Otóż zaczynam od górnej półki, na której spoczywa siedmiotomowe dzieło Meigena o muchach europejskich. Rozglądałem się pewnego razu w tym dziele, opisującym mnóstwo gatunków much leśnych, polnych i ogrodowych, ale pomimo złudnych pozorów gruntowności znalazłem je wielce niedokładnym.
Pojmiecie łatwo, szanowni czytelnicy, moje zgorszenie, gdym spostrzegł, że ten niby wyczerpujący autor ani słówkiem nie wspomniał o muchach zamieszkujących nosy i noski ludzkie, których (much ma się rozumieć, nie zaś nosów) jest przecież niemała ilość na świecie. Gruntowne studium nad tą kategorią much byłoby ze wszech miar ciekawe i pouczające.
Obok tej monografii stoi na półce inna powaga w kwestii much. Jest to praca Schinera. Jakkolwiek prócz tych dwóch znakomitych autorów pisało o muchach jeszcze bardzo wielu innych przyrodników (nie obawiając się przesady, powiem, że przynajmniej było ich paruset, a z dzieł ich można by złożyć bardzo pokaźną bibliotekę), to jednak, rzecz szczególna, wszyscy zostawili odłogiem najwdzięczniejszą gałąź dipterologii i żaden nie dotknął nawet słówkiem kategorii dwuskrzydłych pasożytów nosa.
Powinniśmy wszakże spodziewać się, spoglądając na dowody niewyczerpanej energii, jaką ujawniają koledzy mego wuja w poszukiwaniu nowych gatunków, że niezadługo uda się im wyjaśnić tajemniczą kwestię: dlaczego wspomniane muchy najchętniej gnieżdżą się w mniejszych noskach, gdy przecież wygodniej i przestronniej by im było lokować się w dużych nosach. Przydałoby się także myślącemu ogółowi wyjaśnienie zagadkowego faktu: dlaczego przedkładają one zgrabne noski nad brzydkie? Czyżby muchy znały się na estetyce, i to w ludzkim jej pojmowaniu? Są to, jak widzicie, czytelnicy, bardzo interesujące pytania, porzućmy jednak, jako nieentomologowie, tyle ciekawe, ale zarazem specjalne kwestie i wracajmy do biblioteki, której przegląd jeszcze nieskończony.
Ze wspomnianymi dziełami sąsiaduje dziewięciotomowa monografia Hahna, zajmująca się stworzeniami nader znienawidzonymi przez człowieka. Z powodu samej nazwy ciąży na nich taka niełaska estetyków, że obawiam się piorunów z ich Jowiszowej ręki za wymówienie samego nazwiska, sprawiającego niemiłe wrażenie nie tylko na filozofach, ale i na gosposiach miłujących schludność i spokój, a przede wszystkim spokój podczas snu.
Domyślacie się zapewne, że chcę wspomnieć o… pluskwach (przepraszam za wyrażenie!). Nie potrzebuję chyba dodawać, że mam na myśli tylko te dyskretne stworzonka, które przepędzają żywot swój z dala od siedzib ludzkich i zadowalają się podziwianiem cudów bożych, szczodrze rozsianych wśród pól i lasów.
Co się tyczy zwierzątka pobudzającego ród ludzki do… porządku, stanowi ono tylko jeden rodzaj w tym licznym pokoleniu. Jest to gatunek najskąpiej we wdzięki uposażony, prawdziwy rodzaj pariasa. Nie mogąc widocznie dobić się wśród swoich żadnego uznania, a nie chcąc cierpieć wzgardy od współbraci, powziął niepraktyczną myśl oddania się pod opiekuńcze skrzydła ludzi. Trafił jednak zapewne z deszczu pod rynnę, boć trudno nazwać żywot pluskwy domowej wesołym. Powymyślano dla niej mnóstwo środków „ekspulsyjnych” i w proszkach, płynach, torturach, a nawet pod… pantoflem codziennie miliony ich giną śmiercią męczeńską. Na pochwałę pluskwy trzeba jednak dodać, że mimo najsroższych prześladowań reszta mężnie, a nawet z podwojoną ostrożnością broni siedzib, w których od prababek wiedzie swój ciężki żywot, pełen zdrad i walki.
Obok tylko co wyliczonych klasyków przyrodoznawstwa rozpiera się wspaniałe dzieło Toussaint de Charpentiera, zawierające opisy i wizerunki ważek, łątek i panien, nadobnych mieszkanek brzegów strumieni i rzek.
Prawdziwe to boginki, nimfy i rusałki, o tyle nadobne, o ile drapieżne.
Niżej błyszczy złotymi literami na bieluchnej cielęcej skórce siedemnaście razy wybite na tyluż tomach imię głośnego de Candolle'a. Tomy te zawierają treściwe opisanie stu pięćdziesięciu tysięcy roślin całego świata. Szkoda, że po łacinie, bo można by tę lekturę polecić cierpiącym na bezsenność. Z pewnością pozamykano by fabryki morfiny i niektóre teatry, gdyby książka ta była dla ogółu dostępna.
Usypiające to dzieło sąsiaduje z tomami, na których czytamy imiona Réaumura, Burmeistra, Latreille'a i innych najznakomitszych entomologów. O każdym z nich dałoby się tyle przynajmniej powiedzieć, co się pisze o nowej farsie lub komedii, ale ponieważ czytywanie sprawozdań z dzieł uczonych jest rzeczą niemodną, pewno by niektórzy z mych czytelników, jak od de Candolle'a, zasnęli, odłożę więc ten przedmiot do czasów, gdy zasypianie nad naukowymi sprawozdaniami stanie się modnym sportem.
Nie chcę już nużyć swoich czytelników wyliczaniem zawartości drugiej szafy, bo pełna jest cienkich i suchych broszurek. Są to najważniejsze monografie entomologiczne. Nie ma tak błahego pozornie przedmiotu, którego by nie dotknęły obszernie pióra zoologów. Dają oni w traktatach swoich dowody takiej cierpliwości z jednej strony, a przenikliwości z drugiej, że mogliby zająć wśród powag śledczych najpierwsze stanowiska.
Trzecia i ostatnia szafa mieści czasopisma i tygodniki. „Benchty”, „Bulletiny” i „Memoiry” najrozmaitszych akademii i uczonych towarzystw znajdują się tu w dziwnie przykładnej, bo milczącej zgodzie. Z ich pomocą dr Muchołapski, nie ruszając się z pracowni, wie, co się dzieje w świecie naukowym, z taką samą dokładnością, z jaką każdy prenumerator kurierów powiadamiany bywa o najświeższych połamaniach nóg i rąk, o pożarach, pobiciach itp. najciekawszych wydarzeniach świata.
Te ostatnie, jako żywotniejsze, słusznie bliżej nas obchodzą, tłumaczyć też nie trzeba, co za olbrzymie korzyści z karmienia się podobną „lekturą” spływają na ludzkość w ogólności, a na małoletnich w szczególności.
Nie trzeba dowodzić, jak potężnie rozwijają się młodociane serca i umysły na kronice spraw kryminalnych, na rubryce „najpikantniejszych skandalików” i „dowcipnych figlów” „rycerzy kunsztu” złodziejskiego, które podaje się zwykle czytelnikom w możliwie najbarwniejszej i lekkiej formie; jak kształci się ich styl na górnobrzmiących sprawozdaniach artystycznych, przepełnionych „ekspresjami”, „modulacjami”, „interpretacją” „egzekucjami”.
Zważywszy, ile milionów ludzi zaspokaja duchowe potrzeby w tej krynicy, dziwić się należy, że jeszcze i tak za dużo papieru zadrukowuje się sprawozdaniami i odczytami naukowymi, które powinny nazywać się raczej „nieczytami”, bo wszak ich żaden szanujący się mecenas prasy brukowej nie czytuje.IV. MUZEUM. SMUTNA HISTORIA ŁOWIKA
Obejrzeliśmy nieoszacowane skarby, jakie mieści biblioteka dr. Muchołapskiego.
Poznaje on z niej liczną menażerię kuli ziemskiej i dobrze mu z tym. Kto zaś chciałby łatwiejszym i przyjemniejszym sposobem zawrzeć znajomość z zoologią, może zwiedzać smutne lazarety i domy katuszy, zwane „ogrodami zoologicznymi”. Tam oprócz widoku anemicznych małp, zakatarzonych lwów i zreumatyzmowanych lampartów może napawać się wonią wcale nieprzypominającą dziewiczych lasów podzwrotnikowych. Wuj mój z politowaniem odzywa się o tych szpitalach i nie bywa w nich wcale.
Jego ogrodem zoologicznym jest kraj nasz cały, a gdzie stąpnie, może obserwować najrozmaitsze i najciekawsze zwierzęta na wolności.
Ma on przy tym w swym pokoju coś lepszego niż szpitale zoologiczne, bo prawdziwy cmentarz, nie gorzej pewno utrzymywany od katakumb paryskich.
Cmentarz ten, założony przez wuja, droższy mu jest od biblioteki może dlatego, że zajmuje w nim wszystkie posady, poczynając od grabarza, a kończąc na nagrobkarzu. Co więcej, był nawet głównym medykiem wszystkich lokatorów wspomnianych katakumb. Sądzę, że najznakomitszy nawet lekarz, gdyby zbierał wszystkich pacjentów, którym ułatwił wyemigrowanie z tego padołu nędzy doczesnej, jeszcze by nie zdołał zgromadzić tak pokaźnej kolekcji.
Nieduża szafa mieści na swych półkach przeszło 20 000 owadów, schwytanych, zabitych i upozowanych własną doktora ręką.
Dwadzieścia tysięcy egzemplarzy! Ileż to pracy i czasu pochłonęło samo zgromadzenie takiej liczby!
Ale igraszką jest chwytanie, mordowanie i przenoszenie do zbioru wobec trudności rozpoznawania zdobyczy. Dr Muchołapski, przyjmując nowego gościa do swego zbioru, pragnie poznać jego imię i nazwisko, ale że biedne owadki obywają się bez biletów wizytowych, trudno więc idzie z przedstawieniem się gospodarzowi. Filozof nasz jest jednak wyrozumiały; bierze po kolei każdego lub każdą pod lupę, a niekiedy pod mikroskop, i po mozolnej pracy, trwającej czasem kilka godzin, odszukuje imię gościa przy pomocy ksiąg genealogicznych, których pełna jest jego biblioteka.
A iżby nadal go nie zapomniał, zapisuje je na kartce zdobiącej szpilkę, na której tkwi lokator jego muzeum. W ten sposób zameldowani goście, wśród których znajdzie się wielu dygnitarzy owadziego świata, są, przyznacie sami, milsi i drożsi od niemeldowanych. Muzeum doktora posiada i tych ostatnich sporą ilość, a są to wszytko niedawno pomordowane osobniki, z którymi jeszcze nasz zoolog nie miał czasu zawrzeć bliższej znajomości. Mieszczą się one w osobnych pudłach, pomieszane bez względu na dostojeństwo i pochodzenie. W tym miejscu czasowego spoczynku oczekują cierpliwie na… sąd szczegółowy, po którym każdy z nieboszczyków przenosi się, stosownie do zapadłego wyroku, z grobu jeneralnego do grobów familijnych, a tam już stałe otrzymuje pomieszczenie.
Niekiedy, ale to bardzo rzadko, zdarza się, że badany co do imienia i nazwiska owad nosi cechy niezgadzające się z żadnym rysopisem. Gorliwość w poszukiwaniach mego wuja rośnie wtedy w zastraszający sposób. Gorączkowo przegląda wszystkie rodowody i metryki owadzie, a jeśli mimo wszelkich starań pomyślnym skutkiem nie zdołał uwieńczyć poszukiwań, dochodzi do przekonania, że obserwowany owad nie ma dotąd metryki. Wtedy oblicze szanownego męża rozjaśnia się niebiańskim blaskiem, a z całej jego postaci bije uroczysty nastrój; czuje on, że mu przypada w udziale zaszczyt zostania ojcem chrzestnym nowego gatunku!
Dnie uwieńczone podobnymi rezultatami należą do najszczęśliwszych w życiu każdego faunisty. Tylko prawdziwi ojcowie zdolni są odczuć radość i dumę, jaka rozsadza w tak uroczystych chwilach pierś zoologa.
Sama myśl, że ma prawo nazwać jakim mu się spodoba imieniem nowo narodzony dla wiedzy nabytek, zdolna jest spędzić sen z najbardziej znużonych powiek. Jeżeli dodamy do tego okoliczność, że jako ojciec chrzestny uwiecznia przy nowym imieniu owada własne jeszcze nazwisko, nie będziemy się dziwili gorliwości systematyków w zdobywaniu dla wiedzy coraz to nowych, nieznanych dotąd gatunków.
Nawiasem dodam, że jeśli tak dalej pójdzie, jak szło dotąd, liczba gatunków za lat dziesięć podwoi się, za dwadzieścia potroi, a za sto lat, kto wie — może tyle będzie już gatunków, ile osobników?!…
Wuja mego namiętność do ojcowania owadom drożej raz kosztowała, niż to przypuszczać mogą piękne czytelniczki moje.
Było to już dawno, ja tego nie pamiętam; wuj zachowuje o tej epoce głębokie milczenie, ale są dobrzy ludzie, co pamiętają wypadek, po którym wstręt do łowików (Asilidae) pozostał wujowi na całe życie.
Doktor Muchołapski studiował przed laty z młodzieńczym zapałem tę rozbójniczą rodzinę much. Nie było wówczas dla niego ani bąkowatych (Tabanidae), ani bujankowatych (Bombyliidae), ani kobyliczek (Rhagionidae); za nic miał wszystkie długorożkowe muchy, zwane komarami, a także krótkorożkowe (Brachycera), stanowiące razem ogromną rodzinę much właściwych. Dla niego istniały tylko drapieżne muchy o wysmukłych ciałach i bystrym locie, posiadające prócz wielkiej siły potężnie rozwinięte tylne nogi, którymi chwytają w powietrzu inne muchy oraz owady i żywią się ich sokami.
Poza dwuskrzydłymi rozbójnikami z tej rodziny wuj mój nic w lesie i przy drogach nie widział, na żadnego by najzwinniejszego bekasika (Rhamphomyia) i wujka (Empis) nie spojrzał.
Mogła mu nawet śliczna garbatka (Hoplocyrtoma), o karmazynowych oczach, porwać sprzed nosa choćby piękną hemileę (Hemilea dimidiata) — rzadki bardzo gatunek much, jakiego nie miał dotąd w zbiorach — obie nie obchodziły go zupełnie. Dopiero gdy pojawił się zuchwały jaki żbiczek (Dasypogon), albo chudzik (Leptogaster), dr Muchołapski ścigał go zapamiętale dopóty, dopóki nie schwycił zucha i nie obejrzał z bliska, co za jeden. Jeśli to był pospolity śmiertelnik, puszczał go na wolność, skoro zaś zdobył rzadko przytrafiający się okaz, wracał z tak rozpromienioną twarzą do domu, że przechodnie na ulicy widząc go, zapytywali: „Azali to nie ten, co wygrał główny los w ostatnim ciągnieniu?”.
Choć całą myślą zatopiony w krainie much, miał jednak dr Muchołapski serce i był młody.
Serce to zabiło raz żywiej nie do rozbójki włochatej (Laphria gibbosa), ale do ślicznej dwurękiej istotki, która nawzajem nieobojętnym rzucała oczkiem na młodego naturalistę.
Pomimo perswazji znajomych, zapewniających, że żaden naturalista, zakochany w muchach lub motylach, nie może być dobrym mężem, przyszło do porozumienia. Oznaczono dzień ślubu, ukończono przygotowania i wszystko poszłoby zwykłym trybem, gdyby między dwoje zakochanych nie wmieszał się piękny łowik.
Marna mucha zerwała małżeństwo, a jak to się stało — w trzech słowach opowiem.
Dzień, w którym nasz naturalista miał poprowadzić do ołtarza piękną narzeczoną, był jasny, pogodny i bezwietrzny. Zupełnie taki, jakiego było potrzeba do ekskursji na muchy. Dr Muchołapski jednak, ubrany już we frak, nie myślał o dwuskrzydłych istotach. Pociągniony jedynie śliczną pogodą i przyzwyczajeniem, postanowił ostatnią wolną godzinę spędzić w Łazienkach Królewskich. Idąc, rozmyślał nad szczęściem przyszłego pożycia, gdy naraz przed rozmarzonym wzrokiem jego mignęła się jakaś dwuskrzydła istotka. Spojrzał i stanął jak wryty. Miał przed sobą łowika, ale takiego łowika, jakiego jeszcze nigdy nie widział! Serce zabiło mu jak młotem. Zataił dech i zbliżył się do listka, chcąc dokładnie obejrzeć osobliwy okaz, tymczasem ostrożny owad, pozwoliwszy upewnić się, że jest rzeczywiście niezwykłym gatunkiem, uleciał sobie na dalszą gałązkę. Nasz naturalista, nie tracąc go z oczu, zbliżył się na palcach, ale łowik, nie w ciemię widać bity, oddalił się w porę. Powtórzyło się to kilka razy i rozbawiona mucha zaprowadziła go na drugą stronę klombu. Przyrodnik tracił ją z oczu i odnajdywał ciągle i tak grali sobie w chowanego, a czas leciał i leciał. Nadeszła godzina ślubu, gdy łowik ulokował się bardzo wysoko, tak wysoko, że aby go nie stracić z oczu, trzeba było wleźć na drzewo. Nie było czasu do namysłu.
Autor monografii łowików, lubo we fraku, znalazł się na gałęzi i czołgając, zbliżał się jak tygrys do ofiary. Był cały wzruszony. Rozgrzany oporem, powiedział sobie, że muchę musi posiadać. Wobec takiej determinacji łowik z pewnością tragicznie by skończył, gdyby nie wmieszała się w całą sprawę „siła wyższa” w postaci brata narzeczonej.
Zaniepokojony nieobecnością pana młodego orszak wysłał gońców do mieszkania naturalisty, a tymczasem brat panny, który wypadkiem dowiedział się o jego spacerze w stronę Łazienek, udał się do parku, gdzie ślepy traf doprowadził go na miejsce łowów.
Tu, na widok przyszłego szwagierka, ulokowanego na stanowisku zupełnie nieodpowiednim ważności chwili, skamieniał z podziwu.
— A pan co tu robisz? — wykrzyknął zdumiony. — Wszyscy czekają, szukamy pana!
„Także wybrał się w porę — pomyślał nasz bohater, nie spuszczając oczu z łowika. — Gotów mi spłoszyć zwierzynę!”
Pełen więc troski, dał ostrożny znak ręką, aby mu nie przeszkadzano, i kocim ruchem posunął się na wyższą gałąź.
Tego było za wiele dla osłupiałego drużby.
— Co pan, u diabła, robisz na tym drzewie? — zawołał.
— Ciszej, ciszej! — szeptał zapalony naturalista. — Ciszej, bo go pan spłoszysz…
— Kogo mam spłoszyć, u licha? — krzyknął młody człowiek, tracąc zimną krew. — Złaźże co prędzej!
— Uważasz pan, spotkałem pysznego łowika, zaraz go uchwycę… — brzmiała przytłumiona odpowiedź — tylko nie krzycz pan tak głośno, bo mi ucieknie.
Brat panny młodej patetycznie załamał ręce i wzniósł oczy do nieba, jakby wzywał je na świadka.
— Narzeczona czeka i goście także, a ten jak małpa za robakami po drzewach łazi! — zawołał wreszcie, odzyskując zamarły z oburzenia głos.
— Zapominasz się pan! — odezwał się głos z góry. — Ja pracuję dla nauki i nie zrzeknę się tej służby za żadne skarby świata!
— Ależ nauka nauką, a tam moja siostra czeka; słyszysz pan?! — zawołał podniesionym głosem gorący młodzieniec.
— Powiedziałem, że w tej chwili nie zejdę, a za małpę zdasz mi pan rachunek! — rzucił mu rozogniony dr Muchołapski i utkwił na nowo wzrok w łowika.
Na takie dictum niedoszły szwagierek uniósł się jeszcze większym gniewem, ale i to nie poskutkowało. Doprowadzony do ostateczności przyszły szwagier nazwał Muchołapskiego skończonym wariatem i zaklął się na honor, że siostra nie zniesie podobnego lekceważenia, że od dawna cała familia i on sam odradzali jej związek z podobnym idiotą, a następnie, nie czekając odpowiedzi, pobiegł rozwścieczony w stronę miasta.
W czasie tej awantury łowik, zgorszony widocznie tonem dyskusji, dyskretnie przeniósł się na inne drzewo. Koniec końcem nasz bohater łowika nie schwytał, prędko oprzytomniał i przybiegł do kościoła w podartym fraku, ale po to jedynie, aby się dowiedzieć, że rozjechano się i ślubu nie będzie. Od progu zaś narzeczonej odprawiono go oświadczeniem, że panna spazmuje i widzieć go nie chce, rodzice zaś radzą, aby skandaliczne zerwanie małżeństwa na drugi raz lepiej umiał upozorować niż polowaniem na łowika. W dodatku brat panny za despekt wyrządzony jego rodzinie wyzwał zoologa na rękę i o mały włos nie zabił. Przeciął mu żyłę nad ramieniem.
Biedny męczennik nauki srodze odczuł zawód miłosny, jaki w niego ugodził, i posądzenie o nędzną komedię; ale zbyt dumny, aby to okazać, wyrzucił tylko łowiki ze zbiorów, wyjechał za granicę na lat kilka, przebolał i wrócił, postanawiając nigdy się nie żenić.
„Dwóm ideałom służyć nie można” — powiedział sobie i oddał się niepodzielnie entomologii.
Od tego czasu sporo lat upłynęło.
Stał się sławny, odkrył ze sto gatunków much, ale rana, choć zabliźniona, odzywa się niekiedy. Wtedy zagorzały naturalista traci zapał, który go ożywia, posępnieje, czoło jego okrywa się fałdami, a tęskne oczy, wpatrzone gdzieś w dal, ścigają różowe obrazy przeszłości…
_Koniec wersji demonstracyjnej._