Doktor Śmierć. Sidney Gottlieb i najmroczniejsze eksperymenty CIA - ebook
Doktor Śmierć. Sidney Gottlieb i najmroczniejsze eksperymenty CIA - ebook
Mroczna historia człowieka, który nadzorował tajne eksperymenty CIA z narkotykami, truciznami i kontrolą umysłów.
Chemik Sidney Gottlieb sprawiał wrażenie łagodnego, zrównoważonego i oddanego nauce badacza. Kiedy CIA powierzyło mu tajny projekt MK-Ultra, poświęcony metodom kontrolowania ludzkiego umysłu, ujawniła się jego prawdziwa natura. Kierował testami w tajnych więzieniach na trzech kontynentach. Uczył się od nazistów eksperymentujących na jeńcach w obozach koncentracyjnych i dorównywał im okrucieństwem. Jego badania były niczym eksperymenty z serialu Stranger Things. Wykorzystywał do nich bezdomnych, jeńców, upośledzone dzieci i własnych kolegów z pracy. W San Francisco zwabiał ludzi na imprezy, gdzie prostytutki podawały im LSD. W ten sposób narkotyk trafił z laboratoriów CIA na ulice amerykańskich miast.
Gottlieb był głównym dostarczycielem trucizn dla CIA. Z jego laboratoriów wychodziły pigułki i mikstury, które miały zlikwidować największych wrogów Ameryki z czasów zimnej wojny. W zamrażarce trzymał 11 gramów trucizny tak skoncentrowanej, że wystarczyłaby do zabicia 55 tysięcy osób. Wymyślał też gadżety, dzięki którym agenci specjalni mieli dyskretnie i bez śladu eliminować przeciwników. Według prasy Gottlieb był „wszystkim, co można by sobie wymarzyć u szalonego naukowca w tandetnej powieści o CIA, tyle tylko, że żył naprawdę”.
Stephen Kinzer odsłania przed nami najmroczniejszy rozdział amerykańskiej historii, w którym splatają się losy CIA, nazistowskich zbrodniarzy i dzieci kwiatów. Ta książka to fascynująca opowieść o „najbardziej szalonym spośród szalonych naukowców” i zbrodniczych działaniach, które inicjował rząd USA. „Doktor Śmierć” i „oficjalny truciciel USA” był odpowiedzialny za morderstwa, tortury i eksperymenty na ludziach oraz popularność LSD w latach 60.
„Książka Kinzera jest jak film Tarantino, który powinien powstać: mieszanina chorego humoru, bezsensownej przemocy, tabloidowych postaci i zwykłego amerykańskiego marnotrawstwa”.
/The New Yorker/
Jedna z najlepszych książek roku
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7306-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
POTRZEBOWAŁEM WIĘKSZEGO WYZWANIA
Wędrować latami po odległych krainach, nigdy nie wiedząc, kto lub co czeka za następnym zakrętem! Oto perspektywa, która poruszyłaby każdą żądną przygód duszę. W drugiej połowie XX wieku niewiele było w Ameryce dusz równie niespokojnych co Sidney Gottlieb, który całe zawodowe życie spędził w czeluściach tajnego świata Waszyngtonu. Nikt nie wiedział, czym się zajmuje, ale najwyraźniej zasłużył na swoją emeryturę.
Ktoś bardziej pospolity mógłby z radością poświęcić późniejsze lata życia na odpoczynek, wspominki albo zabawę z wnukami, Gottlieb jednak był psychodelicznym podróżnikiem, dalekim od stereotypowych wyobrażeń na temat pracownika administracji rządowej. Mieszkał w lesie w ekologicznym domu z wychodkiem i ogrodem warzywnym, medytował, pisał wiersze i hodował kozy.
Odchodząc na emeryturę, miał zaledwie pięćdziesiąt cztery lata. Podczas pożegnalnej uroczystości odebrał medal za wybitną służbę, a niedługo potem sprzedał dom oraz prawie wszystko, co posiadał, i jesienią 1973 roku wraz z żoną wyruszyli na poszukiwanie przygody i duchowego spełnienia. Ich plan był cudownie mglisty: wejść w San Francisco na pokład frachtowca i udać się, dokąd ich wiatry poniosą. Nie interesowało ich zwiedzanie ani konwencjonalna turystyka. Woleli spędzić ostatnie lata życia, służąc najuboższym.
Pierwszym przystankiem była Australia. Zatrzymali się tam na pewien czas, a następnie wyruszyli w dalszą podróż i po rocznej wędrówce trafili do Indii. Dowiedziawszy się o szpitalu, w którym leczono ofiary trądu, zgłosili się do pracy jako wolontariusze. Zamieszkali wśród pacjentów i poświęcili się opiece nad społecznymi wyrzutkami. A potem, w lecie 1975 roku, za sprawą wiadomości z Waszyngtonu świat Gottlieba legł w gruzach. Kiedy odkryto, kim był i czym się zajmował w przeszłości, zapragnął go przesłuchać Senat Stanów Zjednoczonych.
W ciągu dwudziestu lat pracy w Centralnej Agencji Wywiadowczej Sidney Gottlieb kierował najbardziej systematycznymi w dziejach poszukiwaniami metod kontrolowania umysłu. Był również głównym dostawcą trucizn dla CIA. Jego pracę otaczała całkowita tajemnica, do tego stopnia, że stał się niewidzialny. Mimo to wzywano go oto do kraju i oczekiwano, że zda sprawę ze swoich czynów, a może nawet wystąpi publicznie. W życiu by nie pomyślał, że może go spotkać coś podobnego.
Wkrótce po przyjeździe do Waszyngtonu usłyszał od przyjaciół, że potrzebuje adwokata. Ktoś zasugerował Terry’ego Lenznera, który pracował wcześniej dla senackiej komisji badającej aferę Watergate. Gottlieb zadzwonił do niego i umówił się na spotkanie, co prawnik tak później skomentował: „Skontaktował się ze mną sam doktor Śmierć”.
Sidney Gottlieb przez lata nadzorował eksperymenty medyczne oraz projekty „specjalnych przesłuchań”, w ramach których dręczono setki ludzi i trwale zwichrowano wiele umysłów. Nikt nigdy nie rzucił się w wir tego rodzaju pracy z większymi ambicjami ani z większym zapałem niż on. Nie cofał się przed niczym, a wszystko, co robił, usprawiedliwiał potrzebami nauki i patriotyzmem – aż do ostatka, kiedy w końcu ruszyło go sumienie.
Po tym, jak chcąc nie chcąc wrócił do Waszyngtonu, w ciągu kilku następnych lat zaczęły się pojawiać strzępy informacji na temat jego pracy. Zeznawał podczas dwóch rund przesłuchań senackich, a później był zmuszony bronić się w procesach wytaczanych mu przez ludzi, którzy twierdzili, że padli ofiarami jego eksperymentów. Przesłuchiwany nie ujawnił prawie nic poza tym, że zanim odszedł z CIA, zniszczył całą dokumentację dotyczącą tego, czym się zajmował. Nigdy nie skazano go za żadne przestępstwo.
Pogrzeb Gottlieba (umarł w 1999 roku) był prywatną ceremonią, ale o zmarłym wiedziano już wówczas wystarczająco dużo, żeby jego śmierć zaintrygowała redaktorów piszących nekrologi. Ten opublikowany w „The New York Timesie” miał powściągliwy nagłówek: ZMARŁ SIDNEY GOTTLIEB (l. 80), CZŁOWIEK, KTÓRY WPROWADZIŁ LSD DO CIA. Dalej nazwano Gottlieba „osobliwym geniuszem, który służąc ojczyźnie, próbował zbadać, jakie są granice ludzkiego umysłu, a równocześnie człowiekiem szukającym religijnego i duchowego sensu we własnym życiu. Pracował przez dwie dekady jako wysoki rangą naukowiec odpowiedzialny za niektóre najmroczniejsze sekrety CIA”. Z kolei nekrolog w „Los Angeles Timesie” zaczynał się następująco: „James Bond miał Q, magika, który dostarczał 007 niesamowite gadżety do walki z wrogimi agentami. CIA miała Sidneya Gottlieba”.
Inne teksty były ostrzejsze. Obrazoburczy periodyk „Counterpunch” zatytułował nekrolog: DILER, ZABÓJCA I ALFONS. ZMARŁ URZĘDOWY TRUCICIEL USA. Jeszcze inny autor doszedł do wniosku, że zmarły „zajmuje miejsce wśród Jekyllów i Hyde’ów dwudziestowiecznej Ameryki. Czy to gospodarując wśród zielonych wzgórz Wirginii, czy dbając o bezpieczeństwo narodowe za pomocą kolejnej sesji eksperymentalnych tortur, Gottlieb pozostał wierny pozytywistycznemu credo głoszącemu, że racjonalne badania i ciężka praca zaowocują dobrem”.
W Wielkiej Brytanii, gdzie, jak wiadomo, nekrologi są mniej powściągliwe, ich ton był wręcz zjadliwy. „The Guardian” uznał, że Gottlieb jest ucieleśnieniem „wszystkiego, co można by sobie wyobrazić u szalonego naukowca z tandetnej powieści o CIA, tyle tylko, że on żył naprawdę”. W „The Independent” z kolei napisano, że zmarły stanowi „dla zwolenników teorii spiskowych najlepszy dowód na to, że nie ma niczego, choćby nie wiadomo jak złego, bezsensownego czy nawet szalonego, do czego by się nie posunęły nieodpowiadające przed nikim agencje wywiadowcze zajmujące się swoimi tajnymi wojnami”. Jednak najbardziej dobitny był tekst w „Timesie”:
Gdy Churchill mówił o świecie, który „ponure światła wynaturzonej nauki uczyniły jeszcze bardziej mrocznym”, miał na myśli odrażające eksperymenty prowadzone na ludziach przez nazistowskich lekarzy w obozach koncentracyjnych, ale jego uwagi można by równie słusznie odnieść do działań Sidneya Gottlieba z CIA. Doprawdy, to, co robili Gottlieb i jego poplecznicy z CIA, tylko w niewielkim stopniu różniło się od postępków, które w 1946 roku w Norymberdze zaprowadziły na szubienicę kilku nazistowskich naukowców. Narkotyki nie były jedyną bronią Gottlieba przeciwko wrogom CIA. Angażował się on również w zabójcze spiski, które z dzisiejszej perspektywy przypominają coś, o czym można przeczytać w niejednym jakobickim* dramacie zemsty.
Po śmierci Gottlieb okrył się na chwilę złą sławą, a potem znów popadł w zapomnienie. Jego nazwisko pojawia się w zaledwie kilku opracowaniach historycznych. W jednym z nich napisano, że był „znany niektórym jako »złowrogi czarnoksiężnik«, ponieważ w najbardziej złowieszczych zakamarkach CIA uprawiał prawdziwą magię. Miał zdeformowaną od urodzenia stopę, więc aż nazbyt łatwo było go skarykaturować jako skrzyżowanie czarnego charakteru z Bonda i doktora Strangelove’a – naukowca, który zawsze chciał iść o krok dalej, nie martwiąc się o etyczną stronę tego, do czego to wszystko prowadzi”. W książce zatytułowanej _The World’s Worst: A Guide to the Most Disgusting, Hideous, Inept and Dangerous People, Places, and Things on Earth_ (To, co na świecie najgorsze. Przewodnik po najwstrętniejszych, najohydniejszych, najbardziej surrealistycznych i najniebezpieczniejszych ludziach, miejscach i rzeczach na ziemi) nazwano Gottlieba „najbardziej szalonym spośród szalonych naukowców”. Pisząc o nim, autor przyznaje niechętnie, że człowiek ten „był na tyle inteligentny, by pracować dla organizacji, która nie tylko pozwalała mu z zimną krwią truć i mordować ludzi, lecz także chroniła go przed konsekwencjami, które czekałyby każdego innego socjopatę”.
Gottlieb pojawia się również w dwóch współczesnych amerykańskich powieściach. Barbara Kingsolver, przedstawiając w _Biblii jadowitego drzewa_ życie w Kongu, wspomina o jego roli w spisku CIA zmierzającym do zamordowania premiera Patrice’a Lumumby. Autorka pisze mianowicie: „zatrudniono również naukowca doktora Gottlieba, który miał sporządzić truciznę wywołującą tak straszną chorobę (jak zeznał miły pan doktor podczas przesłuchań), że nawet gdyby Lumumba przeżył, to byłby zbyt zeszpecony, aby przewodzić narodowi”. Z kolei w _Harlot’s Ghost,_ pasjonującej opowieści Normana Mailera o tajnych operacjach Amerykanów, jeden z bohaterów znajduje list od agenta CIA, który zachwyca się Gottliebem i nazywa go człowiekiem „o niebywałych możliwościach i rozległych zainteresowaniach”.
W latach sześćdziesiątych, po awansie na szefa Wydziału Służb Technicznych (Technical Services Division, TSD), który produkował narzędzia wykorzystywane przez CIA, Gottlieb prowadził w Waszyngtonie tętniący życiem warsztat z gadżetami i kierował pracą kilkuset naukowców i techników rozproszonych po całym świecie. Jego pracownicy wytwarzali zadziwiająco szeroki wachlarz wyposażenia szpiegowskiego – od gumowego samolotu po zestaw ucieczkowy ukryty w czopku doodbytniczym. Wydział dostarczał narzędzia pracy agentom CIA działającym w ZSRR i dziesiątkach innych krajów.
„Pod kierownictwem Gottlieba TSD stworzył na całym świecie potencjał techniczny o zasadniczym znaczeniu dla praktycznie wszystkich tajnych operacji Stanów Zjednoczonych w ostatnim trzydziestoleciu XX wieku – napisał jeden z jego następców. – Mimo to, bez względu na dokonania Gottlieba w służbie publicznej i osobistą działalność dobroczynną, jego nazwisko już na zawsze będzie nierozerwalnie związane z realizowanym przez dziesięć lat programem MK-ULTRA i złowrogim wydźwiękiem takich słów jak: narkotyki, LSD, zabójstwo i kontrola umysłu”.
Przez pierwsze dwadzieścia lat życia Sidney Gottlieb chcąc nie chcąc niemal codziennie przechodził obok bocznego wejścia do Liceum Jamesa Monroe’a w Bronksie. Nie miał wyboru, ponieważ ogromny gmach szkoły stoi dokładnie naprzeciwko ceglanej kamienicy, w której mieszkała jego rodzina, dlatego ilekroć wychodził z domu, widział ponurą sentencję wyrytą na trójkątnym kamiennym zwieńczeniu szkolnego portalu. Było to ostrzeżenie wygłoszone przez brytyjskiego męża stanu Williama Pitta: GDZIE KOŃCZY SIĘ PRAWO, ZACZYNA SIĘ TYRANIA.
Wiele mieszkających w pobliżu osób doskonale rozumiało tę prawdę, gdyż dzielnica ta stała się domem dla wszelkiej maści emigrantów, z których większość stanowili Żydzi przybyli do Ameryki w poszukiwaniu schronienia przed represjami. Typowy przykład takich uchodźców stanowili Fanny i Louis Gottliebowie, ortodoksyjni Żydzi z Węgier, którzy opuścili Europę Środkową na początku XX wieku. W Nowym Jorku Louis Gottlieb znalazł pracę w przemyśle odzieżowym, a potem otworzył własny warsztat, w którym wyzyskiwał robotników i zarabiał wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wynająć połowę dwurodzinnego domu przy Boynton Avenue 1333. Sidney, który urodził się 3 sierpnia 1918 roku, był jego czwartym i ostatnim dzieckiem.
Okolica, której dorastał najmłodszy syn Gottliebów, tętniła życiem. Ruchliwa arteria Westchester Avenue przebiega zaledwie dwie przecznice dalej i już wtedy była równie gwarna jak dzisiaj. Wielu szkolnych kolegów Sidneya przypominało pod wieloma względami jego samego: byli bystrymi dziećmi z religijnych żydowskich rodzin, nie dźwigali już bagażu niedawnych imigranckich doświadczeń rodziców i szybko zrozumieli, jakie możliwości oferuje Ameryka, toteż za wszelką cenę chcieli je wykorzystać. Jak większość z nich, mały Gottlieb poznawał hebrajski, miał bar micwę i pilnie się uczył.
Dwie ważne okoliczności sprawiły jednak, że Sidney różnił się od rówieśników. Przede wszystkim urodził się ze zdeformowanymi stopami. Według jednego z krewnych Fanny Gottlieb, widząc je po raz pierwszy, zaczęła lamentować. Przez większą część dzieciństwa chłopiec nie umiał chodzić i wszędzie nosiła go matka. Na szczęście rodzinny zakład zapewniał wystarczające dochody, żeby można było opłacić trzy operacje, które zakończyły się przynajmniej częściowym sukcesem, dzięki czemu w wieku dwunastu lat Sidney zaczął się poruszać bez szyn ortopedycznych. Później już nigdy ich nie potrzebował, ale ta przykra ułomność sprawiła, że utykał do końca życia.
Drugim wyzwaniem, przed którym stanął młody Gottlieb, było jąkanie się. Mogło ono w jakiejś mierze stanowić reakcję na zachowanie szkolnych kolegów, którzy według jednej z relacji „złośliwie mu dokuczali” z powodu kalectwa. W szkole średniej fizycznie okaleczony i niemogący normalnie chodzić ani mówić młodzieniec był towarzysko bojkotowany. Inny nastolatek mógłby przez te upośledzenia popaść we frustrację lub się nad sobą użalać, ale Sidney okazał się nieugięty i postanowił się wybić.
W 1936 roku, po ukończeniu Liceum Jamesa Monroe’a, Gottlieb, podobnie jak wiele innych dzieci nowojorskich imigrantów, zapisał się do City College, bezpłatnej uczelni, która ze względu na doskonały poziom nauczania bywała wówczas nazywana „Harvardem dla ubogich”. Uczył się tam niemieckiego na poziomie zaawansowanym i otrzymywał wysokie oceny z matematyki, fizyki oraz chemii, a ponadto uczęszczał na dwa kursy oratorskie: „podstawy przemawiania” oraz „deklamacja i oracja”, co najprawdopodobniej miało mu pomóc w przezwyciężeniu problemów z jąkaniem. Zapisał się także na zajęcia muzyczne, co zapoczątkowało trwającą przez całe życie fascynację tańcami ludowymi, które uprawiał hobbystycznie pomimo, a może właśnie dlatego, że urodził się ze zdeformowanymi stopami.
W City College nie prowadzono zajęć z dziedziny, którą Sidney chciał się zajmować, czyli agrobiologii, dlatego postanowił się przenieść do szkoły, gdzie była ona wykładana na wysokim poziomie. W tym celu zasięgnął listownie informacji na Uniwersytecie Wisconsin znanym z renomowanego programu w tym zakresie, i otrzymał krótką, acz serdeczną odpowiedź, która kończyła się następująco: „Z chęcią udzielę Panu wszelkiej możliwej pomocy”. List, podpisany przez Irę Baldwina, prodziekana Wydziału Rolnictwa, nosił datę 24 lutego 1937 roku i dał początek znajomości, która miała ukształtować historię tajnych operacji XX wieku.
Żeby odbyć specjalistyczne kursy, dzięki którym mógłby się ubiegać o przyjęcie na Uniwersytet Wisconsin, Gottlieb zapisał się do Arkansas Polytechnic College (obecnie Arkansas Tech University) w Russellville. Małe miasteczko w niczym nie przypominało tętniących życiem ulic Bronksu znanych Sidneyowi z dzieciństwa, a jego nowy campus nie miał nic z ożywienia panującego w City College, najważniejsze jednak było to, że Gottlieb mógł uczęszczać na odpowiadające mu zajęcia, takie jak botanika ogólna, chemia organiczna, ochrona gleby, elementy leśnictwa i zasady mleczarstwa. Poza tym śpiewał w chórze akademickim. W roczniku szkoły został nazwany „Jankesem, któremu podobają się Południowcy”, a według felietonisty plotkarskiej gazetki wychodzącej na campusie spotykał się z koleżanką ze studiów Lerą Van Harmon. Ów dziennikarz napisał: „Zdaje się, że Harmon i Gottlieb zaczęli miły romans. Ale uważaj, Harmon, Nowy Jork leży kawał drogi stąd”. Jak zatem widać, już wtedy Gottlieb zaczął przekraczać bariery wynikające z własnych doświadczeń.
„Bez większych trudności utrzymuję średnią ocenę A** – napisał w połowie roku akademickiego do Iry Baldwina – i w rezultacie jestem gotów pracować znacznie ciężej”.
Dzięki pilnej nauce w Arkansas Sidney zdobył nagrodę, o którą zabiegał – dostał się na Uniwersytet Wisconsin. Baldwin powitał go z otwartymi ramionami, został jego mentorem i kierował nim przez dwa pełne sukcesów lata akademickie. Jako główny kierunek studiów Gottlieb wybrał chemię, a poruszony warunkami, które widział w nowojorskich zakładach wyzyskujących robotników, również w tym, który należał do jego ojca, wstąpił do działającego na uczelni oddziału Socjalistycznej Ligi Młodzieży (Young People’s Socialist League). W 1940 roku napisał pracę dyplomową zatytułowaną „Badania nad kwasem askorbinowym w fasolniku chińskim” i ukończył studia z wyróżnieniem.
Oczywiście Baldwin udzielił swojemu studentowi bardzo pochlebnych rekomendacji, wspominając o „nieznacznej wadzie wymowy”, ale też wychwalając intelekt i charakter podopiecznego: „Pan Gottlieb jest wspaniałym przykładem żydowskiego chłopca – napisał. – Łatwo przystosował się do sytuacji, z jakimi ma tu do czynienia, i zyskał sobie, jak sądzę, powszechną sympatię i szacunek kolegów z roku. Ma błyskotliwy umysł, jest absolutnie uczciwy i solidny, a także skromny i prostolinijny”.
Akademickie osiągnięcia w połączeniu z listem pochwalnym Baldwina zagwarantowały Gottliebowi przyjęcie na studia doktoranckie na Politechnice Kalifornijskiej (California Institute of Technology), gdzie spędził trzy lata i 11 czerwca 1943 roku uzyskał tytuł doktora biochemii. W tym czasie w jego życiu nastąpiły dwie ważne zmiany.
Przede wszystkim spotkał kobietę zupełnie inną od tych, które mógłby poznać w Bronksie. Margaret Moore była córką prezbiteriańskiego kaznodziei. Urodziła się i wychowała w Indiach, gdzie jej ojciec głosił Ewangelię, ale od najmłodszych lat buntowała się przeciwko misyjnemu etosowi. Kiedy Gottlieb ją poznał, studiowała nauczanie przedszkolne w Broadoaks School w Pasadenie, filii Whittier College, gdzie przyszli nauczyciele kształcili się w zakresie postępowych teorii edukacyjnych głoszonych przez Marię Montessori i innych nowatorów. Sidney i Margaret mieli na pozór niewiele ze sobą wspólnego, a nawet można by uznać, że jedno stanowiło krańcowe przeciwieństwo drugiego. Łączył ich jednak duchowy niepokój: on zraził się do judaizmu, który wpojono mu w dzieciństwie, ona zaś zadręczała ojca dociekliwymi pytaniami na temat chrześcijaństwa. Oboje bardzo pragnęli zrozumieć życie w oderwaniu od tego, co oferuje tradycyjna religia i w 1942 roku, gdy szalała druga wojna światowa, postanowili prowadzić swoje duchowe poszukiwania razem.
„Doktoranci nie powinni się żenić, ale i tak to zrobiliśmy” – poinformowała Margaret rodziców, przesyłając im lakoniczną wiadomość. Ślub stanowił wyraz lekceważącego stosunku młodej pary do konwenansów: był skromną cywilną ceremonią bez gości i wesela. „Małżeństwo to sprawa między dwojgiem ludzi, a nie całego tłumu” – napisała żona Gottlieba, a nieco później wysłała dodatkowe wyjaśnienie: „Rodzina Sida chce, żebyśmy wzięli żydowski ślub, a my zamierzamy to zrobić, więc tak czy inaczej będziemy mieli huczne wesele. No i wtedy już z całą pewnością zostaniemy małżeństwem”.
Rodzice panny młodej, przyzwyczajeni do jej niezależności, z radością zaakceptowali ten związek. „Byliśmy bardzo podekscytowani, gdy 17 września otrzymaliśmy depeszę z wiadomością, że 16 września nasza Margaret wyszła w Pasadenie za tego swojego Sidneya Gottlieba – napisała jej matka do krewnych, dowiedziawszy się o ślubie córki. – Jeśli ona ma uczyć, a on pracować dla rządu, niewątpliwie poradzą sobie lepiej, robiąc to razem. Ileż to rzeczy się przez ten czas zmieniło! A skoro mają Siebie Nawzajem, to naprawdę im się poszczęściło na tym pełnym smutku świecie”.
Drugim wydarzeniem, które ukształtowało osobowość Gottlieba w trakcie pobytu w Kalifornii, było odrzucenie go przez system ewidencji poborowych. Sidney był w połowie studiów doktoranckich, kiedy japoński atak na Pearl Harbor zmusił Stany Zjednoczone do przystąpienia do drugiej wojny światowej. Wielu studentów porzuciło wówczas naukę i zgłosiło się na ochotnika do służby wojskowej, ale Gottlieb został na Politechnice Kalifornijskiej aż do ukończenia doktoratu w 1943 roku. Dopiero wtedy próbował się zaciągnąć, łudząc się, że utykanie nie będzie go dyskwalifikowało. Kiedy nie przyjęto go do wojska, był załamany.
„Chciałem mieć swój udział w wysiłku wojennym – powiedział później. – Czułem, że mam obowiązek do spełnienia, nie potrafiłem jednak nikogo przekonać, że nic mi nie przeszkodzi w wykonywaniu zadań”.
Gdy odebrano Gottliebowi szansę na włożenie munduru, postanowił znaleźć inny sposób służenia krajowi i jesienią 1943 roku przeprowadzili się z Margaret do Takoma Park w stanie Maryland, miejscowości leżącej na przedmieściach Waszyngtonu, gdzie znalazł pracę przy badaniu chemicznej struktury gleby organicznej dla Departamentu Rolnictwa. Później przeniósł się do Agencji do spraw Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA), gdzie opracowywał testy ma obecność narkotyków w ludzkim organizmie i z czasem stał się na tyle znany, że powołano go w charakterze biegłego podczas kilku procesów sądowych.
„Podobało mi się w FDA, ale praca zrobiła się w dużej mierze powtarzalna i czasami dość monotonna – wspominał później. – Potrzebowałem większego wyzwania”.
Po energicznych poszukiwaniach w 1948 roku znalazł zatrudnienie w Krajowej Radzie Badań Naukowych (National Research Council) wchodzącej w skład Krajowych Akademii Nauki, Inżynierii i Medycyny (National Academies of Sciences, Engineering, and Medicine). W ramach nowych obowiązków Gottlieb badał choroby roślin i środki grzybobójcze oraz był, jak później wspominał, „zaangażowany w pewne interesujące prace dotyczące alkaloidów sporyszu jako środków powodujących zwężenie naczyń oraz halucynacje”. Niedługo potem ponownie zmienił posadę i został pracownikiem naukowym ma Uniwersytecie Marylandu, gdzie zajął się badaniem metabolizmu grzybów.
„Znaleźliśmy wtedy bardzo starą i prymitywną chatę w pobliżu Vienny w Wirginii – napisała Margaret wiele lat później. – Nie było w niej prądu, wody ani żadnych tym podobnych luksusów, ale stała pod trzema bardzo okazałymi dębami i kiedy ją zobaczyłam, powiedziałam: »To będzie mój dom«. Ponieważ Sid wychował się w Nowym Jorku, pomyślał, że oszalałam, ale przekonałam go, że wiem, jak się żyje w takich warunkach, i że jest to możliwe, więc pożyczyliśmy pieniądze od wszystkich przyjaciół, żeby wpłacić zadatek, i wprowadziliśmy się tam z dwójką małych dzieci i niewielkim dobytkiem”.
Jeden z krewnych, który w tym okresie spędził cztery dni u młodej rodziny, napisał do rodziców Margaret pochlebny list na temat życia Gottliebów. „Sytuacja Margaret jest pod każdym względem bardzo niezwykła i ciekawa – 6 hektarów sosnowego lasu w Wirginii z małą chatką z bali pośrodku, około 30 kilometrów od Waszyngtonu. Sid jest wspaniałym człowiekiem, pełnym energii i inicjatywy, z głową na karku. To skończony dżentelmen i doskonały gospodarz, przy którym nawet przez chwilę nie można się nudzić. Właśnie podjął pracę na Uniwersytecie Marylandu jako chemik na stanowisku badawczym – jest sam sobie szefem, ma własne laboratorium i dostał specjalne zadanie rozwiązania pewnego problemu z drewnem dla marynarki wojennej. Penny (4 latka) i Rachel (roczek) to istne aniołki. Mają grupę interesujących przyjaciół i rysuje się przed nimi świetlana przyszłość. Margaret wydawała się bardzo swobodna i jest oczywiście bardzo szczęśliwa. Lubi wiejskie życie tak samo jak Sid, więc nie trzeba się ani trochę nad nią użalać, a tylko się cieszyć”.
Później Gottliebowie doczekali się jeszcze dwójki dzieci – chłopców. „Tak dużo jest ładnych imion, których nie możemy wykorzystać, bo rodzice Sida są Żydami i byłoby im przykro, gdybyśmy wybrali coś takiego jak John czy Mary” – napisała Margaret do matki. Chłopcy otrzymali zatem imiona Peter i Stephen, a ich ojciec polubił obowiązki domowe.
„Sid pomaga bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i jest wspaniały – pisała Margaret w okresie, gdy opiekowała się jednym z niemowląt. – Czuję się winna, że śpię, kiedy on musi doić kozy”.
Pomimo satysfakcjonującego życia rodzinnego Gottlieb był sfrustrowany. Nie miał jasnej ścieżki kariery, która pozwoliłaby mu porzucić mało ambitne prace badawcze nad farmaceutykami i chemikaliami dla rolnictwa. Podczas wojny Ira Baldwin, jego mentor z Uniwersytetu Wisconsin, pokierował innymi byłymi studentami, znajdując im ekscytującą pracę, ale Sidney był wtedy za młody. Wszystko wskazywało na to, że Gottlieba czeka kariera rządowego naukowca – i te przewidywania rzeczywiście się ziściły, chociaż wtedy jeszcze nie umiałby sobie nawet wyobrazić, jak fantasmagoryczny rodzaj nauki przyjdzie mu uprawiać.
* Czyli z czasów panowania Jakuba I (1603–1625), kiedy popularnością cieszyły się krwawe dramaty z motywem zemsty (wszystkie przypisy oznaczone gwiazdką pochodzą od tłumacza).
** Czyli bardzo dobrą.