Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Recepta na romans. Doktor Will. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 stycznia 2026
E-book: EPUB,
43,99 zł
Audiobook
46,99 zł
43,99
4399 pkt
punktów Virtualo

Recepta na romans. Doktor Will. Tom 1 - ebook

Myślałem, że biorę udział w serialu dokumentalnym skupiającym się na pracy ginekologa-położnika. Miała to być świetna okazja dla mnie i całego szpitala.

Okazało się, że program jest satyrą pracy w szpitalu, a ja zostałem Doktorem Obscenicznym.

Zamiast szacunku, na który liczyłem, otrzymuję od pacjentek uwodzicielskie uśmiechy i zalotne mrugnięcia podczas badań, a jedyna kobieta, na której mi zależy, ma mnie za kompletnego idiotę.

Ale nie mogę przestać o niej myśleć. Pragnę jej. A że nigdy nie cofałem się przed wyzwaniami...

Przygotuj się, Melody. Doktor jest gotowy.

Okładka jest utrzymana w minimalistycznym, nowoczesnym stylu z dominującym niebieskim tłem. Na środku znajduje się duża kapsułka - jej górna część jest czerwona, a dolna przezroczysta, wypełniona czerwonymi serduszkami, co symbolizuje miłość i romantyczny motyw książki. Całość jest prosta, ale wyrazista - kontrast czerwieni i niebieskiego przyciąga uwagę, a motyw kapsułki z serduszkami nawiązuje do medycznego wątku w fabule.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

 

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-897-2
Rozmiar pliku: 5,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY
WILL

Pogrążyłem się w nostalgii, wjeżdżając na niepozorny podjazd podmiejskiego domu rodziców w New Jersey. Minęło zaledwie kilka tygodni od mojej ostatniej wizyty, a jednak miałem wrażenie, że nie było mnie tu bardzo długo i cieszyłem się gościnnym uczuciem swojskości. Wspomnienia zaczęły odtwarzać się w mojej głowie jak zwiastuny filmowe, kiedy dostrzegłem dwa okna na poddaszu – za jednym z nich znajdował się mój dawny pokój – i zaparkowałem samochód tuż za SUV-em należącym do mojej siostry i jej męża.

Moja młodsza siostra Georgia, wtedy jeszcze brzdąc, biegająca nago po podwórku, ja starający się ją dogonić i moi rozbuchani seksualnie rodzice zabawiający się na leżaku rozłożonym przed garażem.

Mój roześmiany tato stojący w drzwiach, kiedy ja odprowadzam swoją pierwszą dziewczynę do samochodu, otwieram drzwi i próbuję ją posadzić wprost na paczce prezerwatyw, którą on tam położył.

Georgia wracająca do domu z obozu masturbacyjnego – to długa historia – i szlochająca o chęci zamordowania naszej matki, kiedy siedzieliśmy razem na moim łóżku.

Ostatecznie nie zdecydowała się na zabójstwo, a ja nie byłem w stanie nic zrobić, żeby ją pocieszyć, ale tego dnia nawiązaliśmy szczególną więź. Żenujące, chociaż podejmowane w dobrej wierze działania rodziców wyciszyły tradycyjne niesnaski panujące między bratem a siostrą, czyniąc naszą relację bardziej dojrzałą. Nadal było w niej miejsce na dokuczanie i przytyki, ale dominowały zrozumienie i miłość.

Zatopiony w myślach, aż podskoczyłem, gdy drzwi frontowe otworzyły się z trzaskiem, a naga dziewczynka wybiegła z domu wprost na trawnik. Od razu zareagowałem i wyszedłem z samochodu, akurat gdy mój zdyszany szwagier Kline zeskoczył z ganku na podwórko i kucnął, gotowy do akcji. Ja zająłem pozycję po przeciwnej stronie i razem schwytaliśmy moją siostrzenicę Julię, tak jakby była zaginionym cielakiem, a my kowbojami.

Pot spłynął mi po plecach, kiedy coś zrozumiałem: kilkulatki są właściwie mniejszymi wersjami pijanych dorosłych, tyle że bardziej uroczymi. Zastanawiałem się, kiedy następuje to przejście – coś uroczego przestaje takie być. W jakim wieku powinni wytrzeźwieć, pójść na odwyk i tak dalej?

_Oczywiście żartuję. Ale nie można zaprzeczyć niezwykłemu podobieństwu między brzdącem a pijanym dwudziestojednolatkiem na studenckiej imprezie._

Kiedy Julia wiła się w uścisku Kline’a, mój umysł wrócił w podróż w głąb wspomnień.

– Jaka matka, taka córka – zauważyłem, a Kline wypowiedział w tym momencie dokładnie te same słowa.

Zamarliśmy.

– O czym ty mówisz? – zapytaliśmy znowu jednocześnie.

Jego twarz nabrała zmysłowego wyrazu, a ja poczułem niesmak. Och, obrzydliwe. I żenujące.

– Nieważne – wymamrotałem, mrugając szybko oczami i starając się wymazać obraz z głowy.

Moja siostra i jej mąż byli jedną z tych idealnych par, które wzajemnie się uskrzydlają. On był znakomitym biznesmenem dysponującym pieniędzmi, o których mogłem tylko pomarzyć, a przy tym jedną z najskromniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałem. Ona była równie wybitna, osiągała sukcesy na własny rachunek jako dyrektorka marketingu w New York Mavericks i najszczęśliwsza część dnia Kline’a. Była również wariatką, a on jej na wszystko pozwalał.

– Gdzie Gigi? – zapytałem, a jego twarz aż się rozjaśniła.

– W środku, z nogami w górze.

Zmarszczyłem brwi.

– Dobrze się czuje? – Była w ciąży z ich drugim dzieckiem i z tego, co wiedziałem, do tej pory nic jej nie dolegało.

– Och, tak – westchnął lubieżnie, a ja znowu pożałowałem tego, co powiedziałem.

– Ech, fuj! Miałem na myśli poranne nudności, a nie orgazmy, do cholery. Udziela ci się wpływ mojej mamy.

Moja matka Savannah Cummings była seksuolożką, a posiadanie takiego rodzica zostawia w człowieku głębokie ślady. Znajdowałem okazje, żeby wykorzystywać to jako amunicję przeciwko mojej siostrze, ale Kline jako osoba z zewnątrz nie miał za sobą traum, które czyniłyby go podatnym na takie ataki. Większość ludzi ucieka od swoich teściów, on biegł razem z nimi.

– Och, daj spokój. Gdybym naprawdę chciał cię dręczyć, nie powstrzymywałbym cię przed pomysłem Savannah, która starała się przekonać Georgię, że, cytuję, „to byłaby najbardziej naturalna rzecz na świecie”, gdybyś został jej położnikiem.

Przeszły mnie ciarki wstydu. Poczułem się, jakby Kline dźgnął mnie palcem w podniebienie, a mój organizm reagował stosownie do sytuacji: suchym kaszlem, dławieniem i nudnościami.

Uwielbiałem swoją pracę lekarza położnika, ale zamieniłbym ją na smażenie burgerów w najbliższym fast foodzie, jeżeli dzięki temu uniknąłbym badania pochwy mojej siostry. Sama myśl o tym była gorsza niż odrażający horror _Ludzka stonoga_.

_Serio, jeżeli nigdy nie widzieliście tego filmu, nie oglądajcie go. To bardziej traumatyczne niż blue waffle i_ Two Girls One Cup _razem wzięte. Jezusie, tego też nie wrzucajcie w Google’a._

Chciałem natychmiast wyszorować swój mózg wybielaczem i znowu przeszły mnie ciarki.

Kline uśmiechnął się tryumfalnie.

– No właśnie.

Bóg mi świadkiem, wagina nie działała już na mnie zawodowo. Prywatnie – powiedzmy po trzech piwach w sobotnią noc na Manhattanie – byłem w pełni otwarty na jej działanie, ale to zupełnie inny temat. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo byłem przyzwyczajony do specyfiki mojej pracy, wciąż nie potrafiłem wyobrazić sobie bycia stałym położnikiem Georgii. Nagły wypadek? Zanurzę się w niej po łokcie, bez zawahania. Ale w zwykłej sytuacji byliśmy ze sobą wystarczająco blisko, dziękuję, nie jestem zainteresowany.

Kiedy skończyliśmy wreszcie mówić o seksualnych przyjemnościach, możliwościach i narządach rozrodczych mojej siostry, wyciągnąłem ramiona i poruszyłem dłońmi. Kline natychmiast przekazał mi moją wierzgającą siostrzenicę.

– Chodźmy – zawołał, kierując się w stronę drzwi wejściowych. Obejrzał się za siebie, gdy akurat przekomarzałem się z Julią. – Lepiej się pośpieszmy, żeby nie przegapić twojego wielkiego telewizyjnego debiutu.

Poczułem motyle w brzuchu. Kilka miesięcy temu firma produkcyjna zgłosiła się do mnie i dwóch innych lekarzy stojących na czele oddziałów w szpitalu St. Luke, by przekonać nas do wzięcia udziału w serialu dokumentalnym poświęconym każdemu z nas – _Lekarzach_. Sądziłem, że mogli pozwolić sobie na więcej z tytułem, ale zachowanie profesjonalnego i konkretnego tonu również nie jest złym pomysłem.

Od początku mi się to podobało. Sposób na urozmaicenie pracy, wykazanie inicjatywy, może coś, co będę mógł kiedyś pokazać dzieciom – albo nowo poznanym kobietom.

Scott Shepard, szef oddziału ratunkowego, też miał pozytywne odczucia wobec programu, ale Nick Raines, który dopiero niedawno dołączył do St. Luke, żeby kierować neurologią, nie był przekonany. Okazało się, że akurat odbudowywał relację ze swoją córką, z którą nie miał kontaktu przez większość jej życia, ale dzięki namowom naszym i zarządu w końcu uległ. To miało wypromować cały szpital. Jeśli mam być szczery, bardziej zależało mi na zwiększeniu… mojej własnej popularności. _Chirurdzy_ pokazali mi zjawisko „sexy lekarza”.

_Opowiadanie ludziom, że oglądasz_ Chirurgów, _prawdopodobnie nie jest czymś, co powinien robić sexy lekarz_.

Julia zaczęła się szamotać, gdy tylko przekroczyliśmy próg domu, więc bez gadania postawiłem ją na podłodze. Dzieciaki czasami potrzebują swobody i możliwości, z braku lepszego określenia, odwalenia rozróby.

– Willy! – zawołał ojciec, przepychając się w kierunku moim i drzwi, całkowicie blokując przy tym Kline’a. Złapał moją twarz obiema dłońmi i udawał, że całuje przestrzeń przy głowie. To było nowe zachowanie, ale wcale nie zaskakujące. Moja mama ciągle czytała kolejne artykuły o miłości, czułości i o tym, jak to wpływa na dzieci. Pewnie powiedziała mu, że to będzie korzystne dla mojej sprawności seksualnej albo coś w tym stylu.

– Stoję tuż przy tobie, tato – wymamrotałem z uśmiechem. – Nie musisz wrzeszczeć.

Zignorował mnie i dalej mówił donośnym głosem.

– Wyglądasz dzisiaj na długiego, synu.

Świetnie. Kolejne dziwne zachowanie, ale nie nowe. Dzień, w którym zobaczę mojego tatę, a on nie będzie miał przygotowanego dla mnie żartu o penisie, będzie jednocześnie dniem jego pogrzebu. Dick celowo nazwał mnie Williamem, żebyśmy już na zawsze byli połączeni jako ojciec i syn fallicznymi ksywkami¹.

_Co? Twoi rodzice nie myśleli o tym, gdy cię nazywali?_

Bycie przygotowanym nie złagodziło mojej reakcji. Nie da się przywyknąć do rodziców zaczynających rozmowę od stanu twoich genitaliów.

– Jezu…

Stojąca za plecami Dicka Georgia położyła głowę na piersi Kline’a, rozkoszując się tą sytuacją. To też nie było nowe. Jeżeli ktoś rozumiał, przez co teraz przechodzę, to właśnie ona. Gdy obróciła się w moją stronę, rzuciłem jej _spojrzenie_. To, które mówiło: „Hej, to również twoi rodzice”. Odwzajemniła się, ale jej wyraz twarzy pokazał, jak bardzo była szczęśliwa, że może z kimś dzielić to upokorzenie.

W ostatnich latach to na nią spadł ten ciężar. Najpierw gdy studiowałem na uczelni medycznej i odbywałem rezydenturę, co zabierało mi niemal każdą godzinę w ciągu doby, a potem, kiedy wzięła ślub z mężczyzną, którego moi rodzice uwielbiali, zamieszkała trzydzieści minut od ich domu i urodziła dziecko.

_Sama jest sobie winna, jeżeli mnie zapytacie. Każdy wie, że wnuki są niezawodnym sposobem na zapewnienie własnym rodzicom pełnego dostępu do twojego życia._

Otrzymała niejeden pakiet zabawek erotycznych od naszej matki – _nawet kiedy była w podróży poślubnej –_ będąc obiektem rodzicielskiego upokorzenia, więc rozumiałem, że teraz kolej na mnie.

– Dalej, dalej – mówiła moja mama, wypychając nas do salonu. – Twój program niedługo się zacznie, a ja mam w środku przekąski.

– Przekąski? – zapytałem z nadzieją. Nie miałem nic w ustach od poranka przed pracą i byłem bardzo głodny. Niestety śmiech Kline’a poklepującego mnie po ramieniu nie zabrzmiał pokrzepiająco.

– Co? Żadnych przekąsek? – dopytałem.

– Och, są przekąski – stwierdził Kline. – Zaraz zobaczysz.

– Chodźcie tutaj, cała trójka! – zawołała Savannah.

Oczy mojej siostry rozbłysnęły na myśl o tym, co zaraz miało nastąpić.

Spojrzałem na drzwi wejściowe, pogrążając się w fantazji o ucieczce, ale szturchnięcie Georgii przywróciło mnie do rzeczywistości.

– Chodź. Twój debiut telewizyjny czeka.

Ale dziwnie. Ja w telewizji. Obrót zdarzeń, którego w ogóle się nie spodziewałem, biorąc pod uwagę, że jestem lekarzem. Zachęcony, podążałem za moją siostrą i szwagrem w głąb korytarza. Julia wybiegła z pokoju i podstawiła mi nogę, ale udało mi się utrzymać równowagę i uniknąć nastąpienia na nią.

– Ło, JuJu. Prawie załatwiłaś wujka Willa – powiedział Kline z uśmiechem, podnosząc córkę i umieszczając ją sobie na rękach.

– Bum, bum, tata – odpowiedziała i nawet ja się roześmiałem.

Faktycznie, bum, bum.

Mama i tata czekali już w salonie, kiedy do nich dołączyliśmy, ale to nie trwało długo.

– Kurczę, Dick. Chodź mi pomóc. Zapomniałam wziąć szampana z garażu.

– Szampana? – zaprotestowałem. – To tylko program, mamo.

Zignorowała mnie, podobnie jak ojciec. Bez wahania podążył za nią korytarzem.

Georgia zakryła uszy Julii, która siedziała teraz na jej kolanach, ciągle się wiercąc, i powiedziała coś, co wszyscy wiedzieliśmy, ale czego nie chcieliśmy wypowiadać na głos.

– Na pewno będą uprawiać s-e-k-s.

Przytaknąłem. Nie potrafiłem sobie przypomnieć momentu, żeby Dick i Savannah nie wymykali się ukradkiem na seks. Brawa dla nich, chciałbym tylko nieco mniej o tym wiedzieć.

Zapach jedzenia przyciągnął moją uwagę. Wytropienie jego źródła nie zajęło mi zbyt dużo czasu – stolik kawowy.

_Jezusie._

– Czy to rogaliki w kształcie waginy? – zapytałem, chociaż znałem odpowiedź.

_Boże, moi rodzice są dziwni_.

Kline pokiwał głową z entuzjazmem.

– Pomagałem je formować.

– A to? Co to jest?

– Jajka faszerowane przyozdobione korniszonami – powiedziała Georgia z niewinnym wyrazem twarzy.

– I?

Westchnęła i zachichotała:

– To oczywiście zapłodniona komórka jajowa.

– Podłużne żelki?

– Jajowody.

– Widzisz? – roześmiał się Kline. – Mówiłem, że będą przekąski.

– Chryste.

Mimo wszystko… Byłem bardzo głodny. I faktycznie lubię mieć cipkę w ustach, tłumaczyłem sobie. Chwyciłem trzy drożdżowe waginy i włożyłem pierwszą z nich do ust, szukając jednocześnie na stole hot dogów wyglądających jak penisy. Naprawdę potrzebowałem białka, nawet jeżeli miało być niepewnego pochodzenia i w kształcie fallicznym.

– Och, zaczyna się! Zobaczcie, zobaczcie! – Georgia zapiszczała podekscytowana. – Zrób głośniej, Kline.

Wyrwał się, żeby wykonać jej polecenie, a ja usiadłem na kanapie obok siostry i Julii.

Wybrzmiała muzyka, grana w szybkim tempie do zmieniających się ujęć szpitala, jego korytarzy i zatłoczonych ulic Manhattanu. Ta intensywność była ekscytująca do tego stopnia, że moje serce zaczęło szybciej bić. Kamera pokazała główne wejście do szpitala St. Luke przy 59 ulicy, a następnie przejechała przez hol oraz schody i wychyliła się zza rogu, kierując się na oddział położnictwa i ginekologii z taką prędkością, jakby była przyczepiona do rakiety.

Ale kiedy otworzyły się drzwi do mojego gabinetu, obraz zaczął zanikać, zastępowany przez grafikę tytułową, aż wreszcie pojawiły się ostatnie słowa – _dr OB_² – i moje zdjęcie.

Gigi zapiszczała i złapała mnie za kolano, a Kline, siedzący na krześle za nami, uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.

Znowu pojawiło się ujęcie z kamery, która poruszała się wzdłuż korytarza wypełnionego gabinetami, kierując się do biura na samym końcu. Gdy tylko moja twarz weszła w kadr, wnętrzności skręciły mi się w supeł. Nie byłem pewien, dlaczego, bo do tej chwili czułem wyłącznie ekscytację. Jednak teraz poczułem dziwne złe przeczucia. Nie rozumiałem, czy to przez widok mojej twarzy, czy też niepewność całej tej sytuacji.

Wkrótce miałem poznać przyczynę.

Tymczasem na ekranie przedstawiłem siebie, swój zawód i wyjaśniłem, że nie mogę się doczekać, żeby zaprosić widzów do mojego świata. To wszystko było bardzo niewinne. Ale nagle obraz znieruchomiał, utrwalając mój zalotny uśmiech i błyskawicznie – tak szybko, że ledwo dało się połapać w wyświetlanych słowach – pojawiła się lista wszystkiego, co tworzy mój świat. A raczej świat, który oni chcieli przedstawić. Były tam pojęcia, których się spodziewałem, jak „medycyna”, i które popierałem, jak „innowacja”. A potem cała litania fraz, które miały mnie prześladować do końca życia – __ „seks”, „skandal”, „intryga”, „sekrety”, „kłamstwa”.

Siedziałem znieruchomiały.

Grafika tytułowa znowu wypełniła ekran, a tytuł mojego segmentu, _dr OB_, pojawił się u dołu, ale tym razem dołączono do niego litery „s-c-e-n-e”. _Dr OBscene_. Doktor Obsceniczny.

_Ja. To chodzi o mnie._

Po tym nastąpiło kilka minut nagrania ze mną krążącym po szpitalu, ale zupełnie zobojętniałem. Docierało do mnie jedynie to, że Kline zeskoczył z krzesła, a Georgia wyszła z pokoju razem z moją siostrzenicą. Dick i Savannah wrócili w pewnym momencie i mogli nawet się wydzierać. Ale dla mnie wszystko było wyciszone. Całe moje życie przeleciało mi przed oczami.

Ujęcie kamery podążyło za mną do szpitalnej szatni, choć nawet nie wiedziałem, że mają pozwolenie, żeby to robić – z czego chyba zdawali sobie sprawę, wnioskując po drżącym obrazie i lekko uchylonych drzwiach – pokazując mnie zdejmującego koszulę i zsuwającego spodnie. Zanim obraz zaczął się oddalać, zdążyłem obnażyć prawie cały pośladek.

Scenariusz z _Chirurgów_, w którym filmują, jak się rozbierasz i uprawiasz seks w dyżurce, w prawdziwym życiu nie jest już tak pociągający. Sądziłem, że będą obserwować mnie przy pracy, dając mi okazję zaprezentować zdolności i starania o polepszenie jakości życia moich pacjentek – a nie umniejszać moim działaniom przez nonszalancki montaż i pokazywanie mnie, gdy się rozbieram, zamiast tego, jak zrobiłem nagłe cesarskie cięcie niecałą godzinę wcześniej. Jest różnica między wyglądaniem seksownie i kompetentnie a byciem niestosownym – to gówno zdecydowanie przedstawiało mnie w tym drugim świetle.

Chryste, moja _kariera_ wisiała na włosku. Bez zastanowienia wziąłem do ręki telefon, szukając numeru kogokolwiek, kto mógłby mi udzielić odpowiedzi na jedno pytanie – co tu się kurwa dzieje? Decydując się na Tammy Schuler, członkinię zarządu St. Luke i jedną z największych entuzjastek pozytywów, jakie program wniesie w nasze życia, wcisnąłem „Zadzwoń” i przyłożyłem telefon do czerwonego ze wściekłości ucha. Odebrała po drugim sygnale, a ton jej głosu był delikatnie dyscyplinujący:

– Will, uspokój się.

Niczego jeszcze nie powiedziałem, ale siła mojego gniewu najwyraźniej promieniowała z telefonu.

– Uspokój się? – odpowiedziałem cicho. – Chcesz, żebym się uspokoił?

– Posłuchaj…

– Sfilmowali, jak się rozbieram, Tammy! – wybuchnąłem. – Czy w ogóle mieli pozwolenie, żeby nagrywać w szatni, do cholery? Możemy to skonsultować z prawnikami?

– Oni nie wyszczególnili w umowie, że będą nagrywać, jak się rozbierasz, Will.

– Pozwijmy ich! To jest naruszenie wszelkiej prywatności i przedstawianie fałszywego obrazu.

– Will… – zawahała się. – Boże, Will.

– Co?

– Nie zaznaczyli w umowie, że planują to zrobić, ale my nie zabroniliśmy im tego po naszej stronie. Przykro mi.

– Czyli co? Mam po prostu siedzieć i pozwolić, żeby to się ciągnęło przez następne dwanaście tygodni? Myślałem, że to będzie cholerny serial dokumentalny, a nie początek pornosa!

– Nasze ręce są związane na kolejne trzydzieści sześć tygodni, Will. Zapewniam cię, że konsultowaliśmy się z prawnikami, ale nie mamy żadnej podstawy prawnej do działania. Każdy zaplanowany odcinek, twój, Scotta i Nicka, zostanie wyemitowany.

– Jebane gówno.

– Will.

– Tak, tak, wiem. To nie jest profesjonalny język.

Rozbawiło ją to, a ja zastanawiałem się, czy istnieje technologia, dzięki której będę mógł przełożyć ręce przez telefon i ją udusić.

_Czy już wynaleźli coś takiego? Czy mojego szwagra na to stać? Jest kurewsko nadziany, więc na pewno tak._

– Faktycznie nie jest, ale w porządku. Chciałam też przekazać ci dobre wieści.

– Nie sądzę, żebyś mogła zrobić z tego coś pozytywnego, Tammy.

– A co powiesz o pięciuset tysiącach wejść w godzinę?

– Co?

– Tyle osób odwiedziło stronę internetową szpitala w ciągu ostatniej godziny.

Przewróciłem oczami.

– I? Zawsze uważałem, że szpitale to jedne z tych miejsc, które promują się same. Ludziom coś się dzieje, przychodzą. To nie jest jak wybór ośrodka spa.

– Mylisz się. Ludzie wybierają szpitale, Will, i cokolwiek byś o tym nie myślał, decydują się na nasz szpital z powodu programu.

– I wszyscy zgłaszają się na oddział psychiatryczny?

W głębi duszy wiedziałem, że ma rację. Ludzie rzeczywiście wybierają szpitale. Widziałem to wielokrotnie jako lekarz, ale… tu chodziło o mnie i byłem wkurzony. Emocje czasami zakrzywiają racjonalne myślenie.

– Will.

Westchnąłem. Cholera.

– W porządku, jest, jak jest.

– Tak jest.

– Więc lepiej płaćcie mi pensję, dopóki nie będę umierający, martwy albo skazany za zbrodnie.

Teraz to ona westchnęła.

– Szpital nie może ci obiecać pewności zatrudnienia, ale gwarantuję, że te wyjątkowe okoliczności zostały odnotowane.

– Moje poświęcenie zostało odnotowane.

– Teraz po prostu dramatyzujesz.

Może miała rację. Może dramatyzowałem. A może po prostu to był koniec życia, jakie znałem. W każdym razie pożegnałem się, zakończyłem połączenie i zmusiłem się, żeby wrócić do salonu i obejrzeć resztę programu.

Po prawdzie to, jak bardzo byłem zły na Tammy oraz zarząd i jaką wściekłość czułem wobec firmy telewizyjnej, nie miało nic wspólnego z odrazą, jaką czułem do samego siebie. Byłem taki podekscytowany. Naiwnie myślałem, że serial wpłynie korzystnie na moje życie towarzyskie, do kurwy. „Och, jesteś taki imponujący, Will” – wyobrażałem sobie, że będę to słyszał od kobiet.

Ale program okazał się czymś zupełnie innym od tego, co nam proponowano: wstrząsający zapis pracy najlepszych lekarzy z St. Luke zamienił się w lekkostrawną parodię wszystkiego, co etyczne i profesjonalne. Niestety tracąc czujność i pozwalając, żeby sodówka uderzyła mi do głowy, sam dałem im cały materiał. Byłem tym facetem przed kamerą i nie mogłem obwinić za to nikogo prócz siebie.

_Cholera_.

***

Siedziałem jak na szpilkach, oglądając z odrazą mężczyznę na ekranie – najwyraźniej mnie – mówiącego coś na granicy dobrego smaku i puszczającego oko… w czasie przeprowadzania badania rozwarcia na niewinnej ciężarnej kobiecie. To był moment przed ostatnią przerwą reklamową.

Dobry. Boże.

Nawet tego nie pamiętałem, puszczania oka do kamery w taki sposób, a zdecydowanie nie pamiętałem robienia tego z ręką wewnątrz kobiety. Kamera znajdowała się tuż za jej głową, a fartuch zasłaniał jej ciało, ale, do cholery, to nie było w porządku mrugać do pacjentki podczas przeprowadzania tak intymnego badania. Zastanawiałem się, czy poczuła dyskomfort. Czy myślała, że puszczam oko do niej?

Nawet jeśli wiedziałem, że nigdy nie postępowałbym w ten sposób bez jakiegoś pseudologicznego wyjaśnienia, to panika i histeria kotłowały się we mnie, aż w końcu wybuchły, gdy ustąpiło pierwsze niedowierzanie.

– Wyglądam jak zboczeniec!

Żadna kobieta już się do mnie nie zbliży. Nie w celach medycznych i na pewno nie w seksualnych. Będę musiał się przeprowadzić. Na jakieś odludzie. Bez telewizji. I mieszkać w chacie. O Boże. Już nikt nigdy mi nie obciągnie. Zostanę męską wersją starej panny, ale zamiast kotów, będę miał kolekcję sztucznych wagin.

_Słodki Jezu, zaraz zwymiotuję._

– Nie martw się, Willy. Jeśli już, to prawdopodobnie poprawi się twoje powodzenie i życie towarzyskie. Kobiety słyną z wybierania tego, co dla nich niedobre – stwierdził mój tata.

Kline zagwizdał, a Georgia wstała z miejsca, urażona.

– Ehm, słucham? – spytała.

– Dick – zaczęła moja mama. Ale będąc moją matką, powiedziała to z cholernym chichotem.

Będąc w centrum takiego sporu, poczułem, że moim obowiązkiem jest się wtrącić. W dodatku bałem się, że jeśli zaraz nie powiem tego, co myślę, to wybuchnę jak jakiś potwór z _Facetów w czerni_.

– Nie, tato. Tylko szalone kobiety dążą do tego, co dla nich niedobre. Te mądre uciekają w przeciwnym kierunku. – Mój głos zmienił się w przygnębiony pomruk. – I od teraz właśnie to będą robić na mój widok. Jezu.

– Założę się, że nikt tego nie ogląda – odparła Georgia, starając się mnie pocieszyć za pomocą zawoalowanego szyderstwa.

Przez cały dzień liczyłem na coś przeciwnego, ale w tym momencie marzyłem tylko o tym, żeby siostra miała rację.

Mój telefon, oportunista, zabrzęczał drwiąco w kieszeni. Rozważałem, żeby nie czytać migającej wiadomości, ale nie byłem pewien, czy na dłuższą metę ignorowanie tego małego problemu naprawdę sprawi, że on zniknie. Zamiast tego może mnie uczynić jeszcze większym frajerem. Rodzina kontynuowała debatę nad moim – obecnie niepewnym – statusem pożądanego kawalera, kiedy wyciągnąłem smartfona z kieszeni i przesunąłem palcem po ekranie, żeby przeczytać wiadomość bez patrzenia, kto jest nadawcą.

Teraz już wiem, że nie powinienem był tego robić.

THATCH: O kurde, chłopie. Przez te wszystkie lata nieźle ukrywałeś bycie zboczuchem. Cassie ma już szeroko rozłożone nogi i znowu próbuje zajść w ciążę, ale jeżeli to nie zadziała, to zrobimy cię naszym nowym lekarzem. A co tam! I tak cię nim zrobimy. Przy jej cipce wszystkie inne, które widujesz na co dzień, będą wyglądały jak amatorki.

Mamy to. Poparcie od Thatchera Kelly’ego, najlepszego przyjaciela moja szwagra i jednego z najbardziej kuriozalnych ludzi, jacy kiedykolwiek się urodzili. Był nastolatkiem w ciele olbrzyma i nie lubił niczego, co nie miało w gotowości wielkiej, wydatnej pary cycków czekających na to, żeby je ssać. Thatcher był najgorszym sędzią normalności i zupełnym przeciwieństwem mojej grupy docelowej – i to jemu podobał się program.

Miałem przejebane. Szczerze i prawdziwie przejebane. Opuściłem głowę z frustracji, podczas gdy mój wewnętrzny głos przedrzeźniał mnie faktami:

_Nie masz przejebane, Willu Cummingsie. Ty już nigdy więcej nie będziesz jebany._ROZDZIAŁ DRUGI
MELODY

Jedno było pewne. Nagi Scott Eastwood wyglądał idealnie. A wyglądał jeszcze lepiej nago w moim łóżku.

– Dzień dobry, Melody – powiedział z charakterystycznym uśmiechem i położył mnie na swoim absurdalnie pięknym ciele: umięśnionym, jędrnym i wyrzeźbionym, wyglądającym jak ideał, do którego aspirowali greccy bogowie.

– Dobry, Scotcie Eastwoodzie – odpowiedziałam, a jego uśmiech się rozszerzył.

– Myślę, że możesz porzucić formalności – droczył się ze mną, a ja się zarumieniłam. – Jesteśmy teraz małżeństwem, kochanie. Najwyższy czas, żebyś przywykła do nazywania mnie po prostu Scottem.

_Nawet jeżeli to z pewnością jest sen, Mel, nigdy nie przestaniemy nazywać go Scottem Eastwoodem. Kurde, czy ja śnię?_

Wpatrywałam się w niebiańsko błękitne oczy Scotta Eastwooda, kiedy patrzył w moją stronę, jakby wzeszło we mnie słońce.

– Jesteś taka piękna o poranku, Melody – komplementował mnie i zsunął kosmyk włosów z moich oczu.

_Hmmm… Ta… To wygląda zbyt dobrze, żeby miało być prawdziwe._

– Mógłbym spędzić resztę życia, wpatrując się w twoje oczy – wyszeptał i złożył delikatny pocałunek, używając do tego języka, na moich dopiero co przebudzonych ustach.

– Smakujesz idealnie – powiedział.

Byłam dumna ze swojej higieny dentystycznej, ale nawet najczystsze usta nie są w stanie uciec od klątwy porannego oddechu.

_Cholera. Prawdopodobnie śnię._

– Jesteśmy małżeństwem, Scotcie Eeastwoodzie? – zapytałam.

– Tak, pani Eastwood – odpowiedział, chichocząc cicho i ponownie przykładając swoje usta do moich. – Jesteśmy małżeństwem.

– Czy podpisałam intercyzę?

Potrząsnął przecząco głową.

– Nigdy nie namówiłbym miłości mojego życia, mojej bratniej duszy, do podpisania intercyzy.

_Kurwa. To na pewno sen._

Odcienie różu i żółci zaczęły się nakładać na twarz Scotta Eastwooda, a ja wiedziałam, że to tylko kwestia czasu.

– Pocałuj mnie znowu – zażądałam, a on posłuchał.

_Mężczyzna, który słucha, zamiast się kłócić? Z pewnością jebany sen._

– Wyruchaj mnie, Scotcie Eeastwoodzie – nalegałam, ale było za późno. Twarz mojego wymarzonego męża i nasze luksusowe białe łóżko zaczęły rozpływać się w powietrzu, kiedy poranne słońce wreszcie wdarło się pod moje powieki.

Otworzyłam oczy i od razu jęknęłam z powodu tego, co zobaczyłam – różowych ścian, kartonów, sprzętu do ćwiczeń. W ciągu trzydziestu sekund z raju, w którym leżałam na nagim ciele Scotta Eastwooda, przeniosłam się do jednego z siedmiu kręgów piekła, które było moją rzeczywistością.

Należący do moich rodziców dwupokojowy koszmar w dzielnicy Hell’s Kitchen. Chociaż dla Billa i Janet to mieszkanie było idealne, a to dzięki potędze dwóch słów: stały czynsz.

Ale ja nie widziałam tego w ten sposób. Nie teraz. Moje życie zostało zredukowane do sześciu kartonowych pudeł wepchniętych do starej sypialni, a wszystkie starania, jakie przez ostatnie sześć lat włożyłam w bycie samodzielną kobietą, poszły na marne. Znalazłam się z powrotem w domu. Z rodzicami. W miejscu, gdzie dorastałam.

Aczkolwiek teraz nie wyglądało jak w czasach mojej nastoletniości. Beżowe ściany były kiedyś zawalone plakatami wykonawców nowofalowych z lat osiemdziesiątych takich jak Modern Talking czy Rick Springfield.

_Hej, nie oceniajcie moich nastoletnich preferencji muzycznych. Mogłam być wyrzutkiem we wczesnych latach dwutysięcznych, bo nie zainteresowałam się ówczesnymi boysbandami i mainstreamowym popem, ale nikt nie mógł odmówić takim piosenkom jak_ Brother Louie _Modern Talking i bądźmy szczerzy, nawet dzisiaj każdy chciałby być_ Jessie’s Girl.

Jednak teraz pokój przemienił się w coś rodem z wściekle różowego fitnessowego koszmaru – czyli w pokój do ćwiczeń mojej matki. Najwyraźniej różowy był tym kolorem, który motywował ludzi do wyrobienia sobie stalowych pośladków.

Żeby nie przedłużać, moja sytuacja życiowa nie wyglądała zbyt wesoło – dwudziestodziewięciolatka, która oficjalnie przeprowadziła się z powrotem do mieszkania rodziców. Od niedawna byłam bezrobotną singielką, a noce spędzałam, śpiąc między bieżnią a trenażerem do ud.

_Wróć do mnie, Scotcie Eastwoodzie!_

Wszystko to wyglądało poważnie. Naprawdę smutno. I przygnębiająco. I kurewsko różowo.

– Pora wstawać, Melody!

Moja matka zapowiedziała swoje wejście dwoma delikatnymi stuknięciami w już i tak półotwarte drzwi. Zawiasy zaskrzypiały i zanim się zorientowałam, mogłam obserwować w pełnej krasie uśmiechniętą twarz Janet Marco z legowiska na moim nowym łóżku – pieprzonym dmuchanym materacu z 1982 roku. Był wystarczająco stary, żeby nazywać go _vintage_ – niestety nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu – i nie dało się go nadmuchać pompką. To cudeńko wymagało pojemności płuc zwykle nieosiągalnej bez omdlenia.

_Jezu. Która godzina?_

Wydawało się za wcześnie, żeby Barbie Fitnesiara zaczynała swój trening. Chwyciłam za telefon leżący na kartonowym pudle – czyli moim stoliku nocnym – obok materaca. Odblokowałam go, a świecący ekran prawie oślepił moje zmęczone oczy. Zignorowałam kretyńską wiadomość („Jaka pogoda u ciebie?”) od Eliego – mojego nowo mianowanego byłego chłopaka – i skupiłam się na godzinie. Cyfry układające się w 9.30 zamigotały złowieszczo, a ja w myślach pokazałam środkowy palec mojej pełnej życia matce.

– Jak się ma moja ulubiona dziewczynka? – zapytała śpiewnie Janet, wprowadzając pokryty lycrą tyłek do pokoju. Zanim usłyszała jakąkolwiek odpowiedź, wskoczyła na bieżnię i zaczęła truchtać w spokojnym tempie.

– Jest za wcześnie – odparłam, a ona natychmiast przyłożyła dłoń do ucha w geście „nie słyszę cię”.

– Co takiego, kochanie?

– Powiedziałam, że jest za wcześnie – powtórzyłam, a ona nic nie odpowiedziała, najwyraźniej wciąż nie słysząc, co mówię. Nie trzeba geniusza, żeby stwierdzić, że jej ciągłe tupanie po bieżni nie pomagało naszej rozmowie.

– Mów trochę głośniej, Mel – pouczyła mnie, wciskając przycisk, żeby zwiększyć prędkość maszyny.

_Doskonały pomysł, mamo. Przyspieszenie bieżni z pewnością pomoże nam w przeprowadzeniu normalnej rozmowy._

Mało znany fakt o Janet: miała pewne trudności ze słuchem. Zrzucała to na wiek i geny, ale biorąc pod uwagę, że zmagała się z tym od zawsze, sądziłam, że miały z tym coś wspólnego te wszystkie koncerty rockowe, na które chodziła z moim ojcem, gdy byli młodzi i szaleni. W tamtych czasach Bill i Janet byli zagorzałymi fanami Black Sabbath i uczestniczyli w co najmniej dwudziestu koncertach w ciągu pięciu lat. Nie wspominając, że po godzinach byli gruopies zespołu KISS.

Nie byłam ekspertką, ale wydawało się logiczne, że wiele lat, w czasie których Ozzy Osbourne i Gene Simmons wrzeszczeli jej do ucha, nie wpłynęło korzystnie na jej słuch.

– Powiedziałam, że czuję się w porządku. – Spróbowałam znowu, a ona spojrzała na swój zegarek.

– Jest chwila po dziewiątej, kochanie, ale ty wciąż nie odpowiedziałaś na moje pytanie – odpowiedziała z uśmiechem. – Jak się masz o poranku?

Pomocy. Zwykle mam więcej cierpliwości do mojej mamy, ale biorąc pod uwagę porę dnia i fakt, że nie wypiłam jeszcze nawet kropli kawy, po prostu odpuściłam starania o udaną rozmowę z nią i skupiłam się na zabawianiu samej siebie.

– Gotuję się we wrzątku – powiedziałam, a ona pokiwała głową, ale przez chwilę przyglądała mi się podejrzliwie.

– Na pewno czujesz się w porządku? – zapytała w końcu. – Masz za sobą kilka ciężkich tygodni.

Interesujące, odnotowałam w głowie. Powiedzenie jej czegoś absurdalnego jest bardziej skuteczne niż prawdziwa rozmowa. Być może właśnie odkryłam sekret produktywnej komunikacji z Janet Marco.

– Tak. Gotuję się we wrzątku.

– Dobrze, Mel. – Pokiwała głową i uśmiechnęła się przepraszająco. – Zgaduję, że to jeszcze za wcześnie, żebym zaczęła się wtrącać, hm?

Wyciągnęłam kciuk i palec wskazujący, pokazując jej gestem „troszeczkę”. Uśmiechnęła się szerzej i znowu kiwnęła głową.

_Hmm… może ten cały żart z wrzątkiem wcale nie jest przesadą…_

– Dobrze… Jeszcze tylko jedno pytanie i zostawię cię w spokoju.

– Mamo – jęknęłam.

Przerwała mi gestem dłoni.

– Słuchaj, jestem twoją matką, Mel. Martwienie się o ciebie to mój obowiązek – powiedziała, dysząc z wysiłku. – W kilka tygodni wywróciłaś swoje życie do góry nogami. Nieco ponad miesiąc temu mieszkałaś w Portland z mężczyzną, z którym, jak sądziłam, weźmiesz kiedyś ślub, a teraz jesteś z powrotem w domu i samotna. Zakończyłaś związek, rzuciłaś pracę pielęgniarki i wyjechałaś z miasta, w którym mieszkałaś przez pięć lat. To wszystko stało się tak nagle. – Spojrzała na mnie. – Chcę się po prostu upewnić, czy dobrze się czujesz.

Dmuchany materac zaskrzypiał i zatrzeszczał, gdy zrzuciłam z siebie kołdrę i stanęłam na podłodze. Przetarłam zaspane oczy i zrobiłam cztery kroki, żeby stanąć naprzeciwko mojej matki, która wciąż biegła po bieżni jak wariatka.

– Czuję się dobrze, mamo – zapewniłam ją, wyraźnie wypowiadając słowa.

Pytająco zmarszczyła brwi, a ja przytaknęłam.

– Naprawdę. Czuję się dobrze – powiedziałam i nie było to kłamstwo. Chociaż moje życie zmieniło się diametralnie w ciągu ostatnich tygodni, stało się to na skutek mojego wyboru.

Chciałam wrócić do domu.

Chciałam zakończyć mój związek z Elim.

Chciałam nowego początku.

I tak, wolałabym nie spać na dmuchanym materacu w mieszkaniu rodziców, ale nie mogłam zaprzeczyć, że czułam wszechogarniającą ulgę, stawiając kroki ku zmianie. Mój związek z Elim opierał się wyłącznie na dawaniu i braniu; ja dawałam, a on brał.

Siedziałam w Portland dla Eliego. Trzymałam się pracy szpitalnej pielęgniarki, z której nie byłam zadowolona, dla Eliego. Zrobiłam wiele rzeczy dla tego związku i przyszedł czas, żebym znalazła własną drogę i żyła tak, jak chcę. Kochałam Eliego, ale nie kochałam go na tyle, żeby stracić siebie dla relacji, co do której nie byłam nawet pewna, czy druga strona jest w nią w pełni zaangażowana.

– Wyświadczysz mi przysługę, Mel?

Skrzywiłam się powątpiewająco.

– Jaką przysługę? – spytałam.

– Pamiętasz Savannah Cummings?

– Twoją dziwaczną przyjaciółkę seksuolożkę?

– Tak. Ją – przytaknęła.

– Chcesz, żebym poszła na konsultację seksuologiczną? – Zrobiłam wielkie oczy.

– Nie bądź śmieszna. – Moja mama roześmiała się i potrząsnęła przecząco głową. – Jej syn Will jest położnikiem i ginekologiem, a jego gabinet poszukuje obecnie pielęgniarki. Jego biuro jest ledwie dziesięć przecznic stąd, a skoro przez ostatnie pięć lat pracowałaś na porodówce, to myślę, że będziesz idealna na to stanowisko.

– No nie wiem, mamo – westchnęłam. – Praca w gabinecie? Wolałabym raczej poszukać pracy na porodówce jednego z tutejszych szpitali.

– Będziesz także asystować Willowi przy odbieraniu porodów w St. Luke. Na tym stanowisku połączysz pracę w gabinecie i szpitalu.

– Sporo wiesz o tej pracy…

– W zeszły czwartek byłam na obiedzie z Savannah i akurat o tym wspominała. – Wzruszyła ramionami.

Analizowałam wyraz jej twarzy i znalazłam kilka rys, głównie na skórze między brwiami, co w przypadku Janet Marco było jednoznaczną poszlaką.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – spytałam.

– Nic.

– Mamo.

– No dobrze! – wymamrotała. – Powiedziałam Savannah, żeby biuro Willa umówiło ci rozmowę kwalifikacyjną na poniedziałek.

– Poniedziałek? – dopytywałam zdenerwowana. – To znaczy ten poniedziałek? Jutrzejszy poniedziałek?

– Musiałam, Mel – broniła się. – Bałam się, że zdążą znaleźć kogoś innego, jeśli będziesz zwlekać.

– A co, jeśli ja nie chcę tej pracy? Pomyślałaś w ogóle o tym?

– Ale ty kochasz pielęgniarstwo, Mel.

– O której jest ta jutrzejsza rozmowa? – Walczyłam z pokusą przewrócenia oczami.

– Ósma trzydzieści.

– Jebana ósma trzydzieści rano?

– Nie przeklinaj, Melody.

Nie żałowałam rzucenia przekleństwa w reakcji na tę wiadomość. Moja matka załatwiła mi rozmowę o pracę, co do której nie byłam nawet pewna, czy jej chcę. Nie wspominając o tym, że umówiła ją na cholerną ósmą trzydzieści rano. Pracowałam na nocnej zmianie przez ostatnie pięć lat – było mi bardzo daleko do bycia rannym ptaszkiem. Mój zegar biologiczny był przyzwyczajony do spania o ósmej rano, a nie budzenia się w gotowości na rozmowę i walkę z nowojorskimi korkami.

_Cześć, Boże. To ja, Mel. Czy mogę wrócić do mojego wymarzonego życia ze Scottem Eastwoodem? On na pewno chciałby, żebym leżała w łóżku cały dzień._

– To był jedyny wolny termin na rozmowę – wyjaśniła. – Nie chciałam, żebyś straciła tę szansę.

Kurwa. Rozważałam wykonanie pewnego bardzo charakterystycznego gestu, ale tylko przez chwilę. Żadna liczba środkowych palców nie byłaby zdolna wyciągnąć mnie z tej sytuacji.

***

_Klik. Klak. Klik. Klak._ Pośpieszne odgłosy szpilek stukających o chodnik beształy mój spóźnialski tyłek, kiedy wchodziłam na róg Dziesiątej Alei. Poniedziałkowy poranek zaczął się tak, jak przystało na prawdziwy poniedziałkowy poranek. Najpierw przespałam budzik i obudził mnie dopiero piskliwy głos mojej matki, krzyczącej, że spóźnię się na rozmowę, zanim wskoczyła na swoją bieżnię i zaczęła truchtać w rytm Bee Gees śpiewających _Stayin’ Alive_.

Oczywiście później, skoro miałam zaledwie piętnaście minut, żeby się przygotować do wyjścia, musiałam poprawić fryzurę i zrobić makijaż w metrze. To było w gruncie rzeczy ćwiczenie daremności – nakładanie maskary we wnętrzu stalowej machiny pędzącej po torach z taką prędkością, że wszyscy się bujają i o siebie ocierają, z czego R. Kelly zapewne byłby zadowolony, nie należy do najłatwiejszych zadań – ale i tak udało mi się to zrobić. Dodajmy do tego siedzącego za mną starszego mężczyznę, który wydawał się absolutnie zafascynowany nawiązywaniem ze mną obleśnego kontaktu wzrokowego w moim kieszonkowym lusterku.

_Wspominałam, że uwielbiam poniedziałki?_

_A jeszcze lepsze są te poniedziałki, kiedy musisz obudzić się o świcie, żeby wziąć udział w rozmowie kwalifikacyjnej, którą umówiła ci matka._

_Rozmowę, której nawet nie chcesz._

_Rozmowę, która zatrzyma cię w zawodzie, co do którego nie jesteś nawet pewna, czy go lubisz._

_Miłego jebanego poniedziałku._

Kiedy moje płuca walczyły o tlen, a moje stopy w szpilkach błagały o litość, zrozumiałam, że zapomniałam, czym są trzy nowojorskie przecznice w kontekście odległości. Jasne, przejście spacerowym tempem trzech przecznic w wygodnych conversach nie było żadnym problemem, ale przebiegnięcie tego dystansu w szpilkach było odpowiednikiem Reginy George z _Wrednych dziewczyn –_ prawdziwą jebaną suką.

Kiedy zbliżałam się do linii mety – biura doktora Cummingsa – próbowałam zwiększyć tempo. Byłam już spóźniona piętnaście minut, a miałam przeczucie, że większość gabinetów medycznych preferuje kandydatów, którzy są w stanie dotrzeć do pracy na czas.

_Pierwsza lekcja starania się o pracę: być o czasie na jebanej rozmowie kwalifikacyjnej, Melody._

Było prawdopodobne, że straciłam szansę na to stanowisko, zanim jeszcze miałam okazję wręczyć im swoje CV. Jednak byłam waleczna, więc parłam do przodu.

Robiłam akrobacje jak z _Matrixa_, lawirując w tłumie szczelnie wypełniającym chodniki. Ale na nic mi się to zdało. I tak potrąciłam łokciem mężczyznę w eleganckim garniturze, trzymającego kubek kawy. Płyn rozlał się na jego spodnie.

– Hej, patrz, gdzie idziesz! – zawołał w moją stronę.

– Kurde, przepraszam – wymamrotałam, ale nogi dalej prowadziły mnie prosto do gabinetu doktora Cummingsa.

Wiem, że niezatrzymanie się sprawiło, że wyszłam na bezmyślną jędzę, ale po pierwsze byłam już spóźniona, a po drugie ten gość wyglądał, jakby już miał pracę. Po trzecie co się stało, już się nie odstanie. Co miałabym zrobić? Zatrzymać się na środku chodnika i zlizać kawę z jego krocza?

To już i tak dużo, jak na poniedziałkowy poranek.

Napis _St. Luke’s Hospital_ rozbłysnął jak latarnia, kiedy zatrzymałam się naprzeciwko wejścia znajdującego się najbliżej oddziału doktora Cummingsa, a następnie przeszłam przez drzwi frontowe, wzdłuż korytarza, schodami i wejściem do gabinetu. Okazało się, że Janet była tak podekscytowana moją szansą, że zbadała temat i wczoraj po kolacji rozrysowała mi plan szpitala, na którym zaznaczyła najszybszą trasę dojścia do gabinetu.

Gdy tylko moje szpilki zaczęły stukać o parkiet poczekalni, wszyscy, wliczając recepcjonistkę, spojrzeli w moim kierunku. Miałam wrażenie, że moje wejście nie było zbyt zgrabne. Być może dlatego, że schylona, z dłońmi opartymi na kolanach, walczyłam, żeby zaczerpnąć powietrza, albo dlatego, że wiatr zepsuł mi fryzurę, a moja elegancka koszula, której nie nosiłam od liceum, była cała pognieciona. Cokolwiek to było, wszystko wskazywało, że jestem w rozsypce.

– W czym mogę pomóc? – zapytała młoda recepcjonistka z ustami pełnymi gumy do życia.

– Uch, tak – wymamrotałam, podchodząc do biurka. – Przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Nazywam się Melody Marco.

Gapiła się na mnie przez dobre pół minuty, strzelając gumą. Wreszcie westchnęła, nadmuchała olbrzymi różowy balonik, wciągnęła go z powrotem do ust, a następnie zwróciła się w stronę komputera i zaczęła stukać długimi, akrylowymi paznokciami w klawisze.

– Pani rozmowa była zaplanowana na ósmą trzydzieści – stwierdziła.

– Wiem. Nieco się spóźniłam – wyjaśniłam. – Dopiero niedawno wróciłam do miasta z Portland i chyba zapomniałam, jak zatłoczony jest Nowy Jork w poniedziałkowy poranek.

– Jest ósma pięćdziesiąt.

– Bardzo przepraszam.

– Powinna pani tu być dwadzieścia minut temu.

Dobry Boże, ta recepcjonistka była wredna. I powtarzalna.

– Wiem. I jak powiedziałam, bardzo przepraszam.

Melissa, jak wskazywał jej imienny identyfikator, westchnęła i podniosła słuchawkę telefonu.

– Melody Marco przyszła na swoją rozmowę kwalifikacyjną. Jest spóźniona o dwadzieścia minut.

_Wow. Dzięki, Melissa._

– Dobrze. Przyślę ją – odpowiedziała, zanim się rozłączyła. Wcisnęła przycisk i drzwi prowadzące w głąb placówki szeroko się otworzyły. – Pomimo spóźnienia Betty i tak panią przyjmie.

– Uch, dziękuję – powiedziałam, spoglądając na drzwi. – Gdzie jest jej biuro?

– Znajdzie je pani.

– Jasne.

Idealnie. Po prostu przejdę się korytarzem i odnajdę biuro Betty. Nie przejmujcie się, jeśli przypadkiem wpadnę do jednego z gabinetów, w którym jakaś kobieta ma robioną cytologię lub coś podobnego.

Na szczęście biuro Betty było faktycznie podpisane jako _Betty_. Było tam jej imię i nazwisko, _Betty Matthews_, a poniżej tytuł – _Kierowniczka biura_. Znajdowało się niedaleko od stanowiska recepcjonistki.

Drzwi były zamknięte, więc trzykrotnie w nie zapukałam.

– Proszę wejść – usłyszałam. Otworzyłam drzwi, weszłam i zamknęłam je delikatnie.

Betty siedziała za biurkiem, stukając palcami w klawiaturę laptopa w szaleńczym tempie.

_Co to jest? Sto dwadzieścia słów na minutę?_

Nawet nie raczyła na mnie spojrzeć, wpatrując się nieruchomo w ekran komputera.

– Uch, cześć, jestem Melody Marco – przedstawiłam się. – Przyszłam na rozmowę o pracę pielęgniarki.

– Spóźniłaś się – stwierdziła, ale przynajmniej spojrzała w moim kierunku.

– Bardzo przepraszam. Dopiero niedawno wróciłam do miasta z Portland i chyba zapomniałam, jak zatłoczony jest Nowy Jork w poniedziałkowy poranek – powtórzyłam swoją wcześniejszą wymówkę, licząc, że to w czymś pomoże, i spoconymi dłońmi przejechałam po zagnieceniach w spódnicy. To wszystko układało się wręcz fenomenalnie. Każdy, kogo tutaj poznałam, zdawał się mną gardzić. Nie byłam wróżką, ale wiele znaków wskazywało, że nie dostanę tej pracy.

– Proszę, usiądź – powiedziała Betty, wskazując skórzane krzesło naprzeciwko jej biurka.

Podałam jej swoje CV i usiadłam.

– Czy niepunktualność to twój stały problem… – zaczęła, rzucając okiem na moje CV – Melody?

– Nie – odpowiedziałam pewnie. – Nie miałam nigdy problemów ze spóźnieniami i nieobecnościami w moich poprzednich pracach.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij