Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dolcze wita - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
3978 pkt
punktów Virtualo

Dolcze wita - ebook

Mocna kawa i cudowen widoki… czyli toskańskie DOLCE FAR NIENTE PO POLSKU! Leszek Talko rzuca wszystko i przeprowadza się z rodziną na włoską prowincję. Kupuje kilkusetletni dom i układa nowe życie pod włoską flagą.

Dolcze wita to zabawna relacja z przeprowadzki. Włoskie absurdy, kręte drogi, urzędy otwarte nie wtedy, kiedy powinny. W końcu tutaj WSZYSCY WIEDZĄ, że w trakcie sjesty się nie pracuje!

Temperamentni sąsiedzi, wyludniające się miasteczka i nieokiełznany chaos. Poznaj autentyczną, choć pełną sprzeczności Italię, w której nie kupuje się nowego auta (bo po co?), ale nie szkoda dziesiątek tysięcy euro na wypożyczenie namiotu na plaży.

Zderzenie kultur opisane z lekkością, ironią i humorem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-294-7
Rozmiar pliku: 13 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Siedzieliśmy w mieszkaniu w Polsce, za oknami było szaro i zimno. Właśnie wróciłem ze spaceru z psami. Na skwerku znowu ktoś wysypał górę śmieci. Na ławce spało dwóch pijaków.

– A co byście powiedzieli na to, żeby zamieszkać w Tos­kanii? – zapytałem.

– Czy tam trzeba będzie chodzić do szkoły? – zainteresował się dziewięcioletni Bruno.

– Tak – powiedziała Ewelina.

– A to podziękuję – zmartwił się.

– Ale rok szkolny kończy się dwa tygodnie wcześniej niż w Polsce, a zaczyna dwa tygodnie później – dodałem.

– Mów dalej, to interesujące. – Spojrzał na nas zaciekawiony.

Dwa tygodnie później kupiłem bilety do Pizy. Trzy tygodnie później znaleźliśmy trzy domy, które nam się spodobały.

– To który? – zapytałem Ewelinę.

– Ale to przecież wariactwo – skrzywiła się.

– Wariactwo to siedzieć tutaj i czekać nie wiadomo na co. Ile miałaś zleceń na fotografie?

– Żadnego – powiedziała.

– A ja nie miałem żadnego na pisanie. Co lubimy robić?

– Jeździć, zwiedzać dziwne miejsca, spotykać nowych ludzi, chodzić po górach, siedzieć nad morzem…

– Ilu nowych ludzi spotkaliśmy ostatnio? – zapytałem.

– Żadnego.

– A ile ciekawych miejsc jest w okolicy?

– Żadnego.

– A jak daleko w góry i nad morze?

– Pół dnia drogi.

– No to który dom w Toskanii? Z tych trzech najładniejszych?

– Pierwszy. A ty?

– Ja też pierwszy. No to kupię – powiedziałem.

– Ale tak po prostu?

– Tak. Przecież się w nim zakochaliśmy. Po prostu.O TYM, JAK DAĆ SIĘ UWIEŚĆ

Wydawało się, że przyjechaliśmy do krainy ze snu.

Jechaliśmy po raz pierwszy drogą, którą mieliśmy pokonywać jeszcze setki razy w ciągu następnych miesięcy i będziemy nią jeździć jeszcze wiele lat. Wtedy jednak nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Nie wiedzieliśmy, że to droga do naszego domu, do naszego miasteczka, do naszych sąsiadów. Była to po prostu droga, jedna z wielu, ale jazda nią wydawała się snem.

Śniło mi się, że jadę wzdłuż rzeki, koło starego kamiennego mostu, doliną, wzdłuż której ciągną się góry. Świeci słońce i niebo jest błękitne, ale w chłodnym powietrzu czuć oznaki szybko zbliżającej się jesieni. Jadę drogą ukrytą w szpalerze platanów, na poboczu co jakiś czas stoją stare kamienne domy. Nikt tam już nie mieszka, nie mają okien ani dachów, a z murów wyrastają nieduże drzewka.

Droga wije się zakosami, czasami wpadając do malutkich miasteczek, które, choć różne, są zawsze w jakiś sposób do siebie podobne. Kamienne domy, kamienne mostki, krajobraz, który opisywali już przez wieki wszyscy, którzy tu wjeżdżali.

Kamienne kościoły, kamienne zamki na wzgórzach, które w innych krajach byłyby pieczołowicie opisanymi zabytkami. Tutaj po prostu sobie stoją, są miejscowym kościołem, miejscową ruiną, są zwykłe, powszednie. Mają pięćset albo tysiąc lat. Zawsze tu stały i zawsze będą stać.

A my jedziemy dalej, do krainy, którą ci wszyscy podróżnicy i prawie wszystkie armie walczące tu przez stulecia – omijali. O której nie wiedzieliśmy, że w ogóle istnieje, a która za chwilę miała się stać naszym domem. Góry stają się tu większe, co chwila spadają z nich potoki, powietrze jest trochę chłodniejsze, nad ziemią unoszą się mgły – choć może są to już chmury. Do dziś nie jesteśmy pewni.

Jeśli chcemy oszołomić gości – a zwykle chcemy – to idziemy na spacer wśród winnic.

Schowana między górami Garfagnana uniknęła większości historycznych wstrząsów, za to zachowała swoje tradycje – nie na pokaz jak gondolierzy zabierający turystów w Wenecji, ale prawdziwe – potrzebne na co dzień.

Ta kraina zaczyna się zaraz za miastem, które nas uwiod­ło, a przecież nie wiedzieliśmy, że jest zaczarowane. Tym miastem jest Lukka. Ale – jeszcze nic o niej nie wiemy, więc omijamy ją drogą wzdłuż potężnych murów, które ciągną się bez końca. Dosłownie, bo otaczają całe miasto i można je tak okrążać w nieskończoność. Nie mamy jeszcze świadomości, że te mury nigdy się do niczego nie przydały, że zbudowano je zupełnie po nic i nie wzięły udziału w żadnej bitwie, nie oparły się żadnym atakom – bo nie musiały.

Lukka zawsze była obok i kiedy inne miasta tworzyły imperia, bogaciły się, podbijały świat – ona po prostu istniała. Przez kilkaset lat trwała sobie ta mikroskopijna republika, którą omijały dziejowe burze. Ominęło ją prawie wszystko.

Minęliśmy ją i my, na horyzoncie wznosiły się Apeniny. Wjechaliśmy w góry, kierując się w stronę Bagni di Lucca – miejsca, o którym usłyszałem po raz pierwszy lata temu, gdy zafascynował mnie Napoleon i jego historia. Cesarz zwykł był osadzać na europejskich tronach swoich braci i siostry. W Bagni di Lucca umieścił siostrę Elizę. Znałem wszystkie inne królestwa, gdzie trafiło rodzeństwo małego cesarza – Hiszpanię, Neapol, Niderlandy, ale Lukka i Bagni di Lucca? Musiałem sprawdzić na mapie, gdzie Napoleon posłał swoją siostrę, i zastanawiałem się, dlaczego przeznaczył jej miejsce tak nieduże i tak – zdawałoby się – nieważne. Tak bardzo ją kochał, że chciał jej zagwarantować święty spokój? A może tak bardzo jej nie lubił, że miało to być zesłanie?

Diabelski Most przetrwał wojny, powodzie i osiemset lat. I wciąż stoi.

Jedziemy wzdłuż rzeki Serchio, po prawej stronie mijamy potężny kamienny most. Też go jeszcze nie znamy, nie wiemy, że będziemy przejeżdżać koło niego tak często, aż spowszednieje. Chociaż nie – Diabelski Most nigdy nie stał się zwykłym elementem codzienności i zawsze kiedy na niego wchodzę i przesuwam dłonią po kamiennej barierce, czuję, jakby czas się zatrzymał, jakby wciąż jeszcze jeździły tędy wypakowane jedwabiem wozy kupców z Lukki i Bargi, a wieczorami wydaje mi się czasem, że nadal przebiega tędy wielki biały pies z czerwonymi ślepiami, którego widuje się tu od ośmiu wieków.

Tym razem po prostu mijamy most, jadąc drogą szybkiego ruchu, co tu w Garfagnanie oznacza, że można gnać dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Drogą, którą jedziemy, szła armia Hannibala, by zmienić historię świata – ale nie udało jej się tego dokonać. I o tym również wtedy – na samym początku – nie mamy pojęcia.

Aż po kilku kilometrach skręcamy w lewo w małą asfaltową dróżkę, wijącą się pod górę, by trafić do miejsca, które już nie chciało nas wypuścić.O TYM, JAK ZAMIESZKAĆ W ŚREDNIOWIECZU

To był pierwszy wieczór, który spędziliśmy w naszym starym domu w Gioviano. Powoli zapadał zmrok, w naszym miasteczku zapalały się światła. Nad nami wzeszedł księżyc i pokazało się niebo pełne gwiazd. Wyszliśmy na ulicę. W oddali przemknął kot. Uliczka była zupełnie pusta, kilku­setletnie domy rzucały wielkie cienie. Ogród pełen był maleńkich światełek. Tysiące robaczków świętojańskich szalało w corocznym rytuale godowym. Siadały nam na rękach, kilka usiadło na głowie Archiego – naszego owczarka niemieckiego. Nawet ich nie zauważył. Dziewięcioletni Bruno obserwował je zafascynowany.

Ten widok, to niebo, te domy – gdyby lampa zawieszona na naszym domu zgasła, ulica wyglądałaby tak samo jak sto, dwieście czy trzysta lat temu. A teraz, wśród tych domów, tego widoku, tego nieba – znaleźliśmy się my.

Zawsze marzyłem o takim widoku, o takim starym domu, o miasteczku, którego początki sięgają tysięcy lat wstecz. I teraz to wszystko mieliśmy. A obok byli sąsiedzi, których też zawsze chciałem mieć: gadatliwi, radośni i bardzo często wścibscy. Wciąż dopytujący, gdzie idziemy i po co, udzielający z serca tysiąca dobrych rad i prowadzący nas za rękę w tym nowym świecie.

Nasz dom po prawej. Po lewej na dole – chmury.

– No to teraz musimy tylko załatwić residenzę – szepnąłem.

– Co takiego? – zapytała Ewelina.

– Residenzę, włoskie zameldowanie.

– To trudne? – dociekała Ewelina.

– No skąd. Wszystkie trudne rzeczy są już za nami. Wydawało się niemożliwe, a jednak się udało. Sprzedaż domu w Polsce, znalezienie domu we Włoszech, czekanie na odpowiedni kurs euro, przelanie pieniędzy, dopięcie wszystkiego, by tych euro wystarczyło, przyjazd do Włoch, podpisanie dokumentów u notariusza… Teraz pozostało już tylko dostać residenzę – zameldowanie. Ale skoro mamy dom, to będzie bułka z masłem.

Nie mogłem być dalej od prawdy.O TYM, JAK ZROBIĆ _TRANSLOCO_

Łatwo powiedzieć – przeprowadzić się. Trudniej to zrobić.

Przez lata rzeczy narastały, te, które nie mieściły się w domu, trafiały na strych i czekały na decyzję, co się z nimi stanie i czy się jeszcze przydadzą, a chwila ta nigdy nie nadeszła.

Ale gdy następuje przeprowadzka do innego kraju, trzeba podjąć setki, tysiące decyzji w ciągu kilku dni.

Czy zabrać albumy? Są ciężkie. Ważą tyle co pięć powieści. Zajrzę do nich jeszcze czy już nigdy? A krzesła do ogrodu? Czy będą potrzebne? Pewnie tak, ale taniej je transportować czy kupić nowe? Co z mnóstwem donic ogrodowych? Zajmują miejsce, ale są ładne. Zabrać dywan? Czy będzie pasować? Czy warto to wszystko ciągnąć przez pół Europy?

Ze starego domu w Polsce przywiozłem pudła książek – nie liczyłem ile, ale bardzo dużo. Jeszcze więcej rozdałem, a część po prostu wyrzuciłem, kiedy się okazało, że ani anty­kwariaty, ani biblioteki nie są nimi zainteresowane. Przywiozłem stół po babci, pod którym uczyłem się chodzić, komodę i jakieś drobiazgi zapakowane w kolejne pudła. Kilka pudeł ciuchów – zostawiłem całą resztę, licząc, że przecież jakoś to będzie. Ale nawet to okazało się twardym orzechem do zgryzienia – to znaczy do przewiezienia. Ewelina też zapakowała swoje najważniejsze rzeczy. W sumie wyszła z tego cała góra do przetransportowania, mimo że prócz stołu, łóżka Bruna i komódki właściwie nie mieliśmy mebli.

Bruno przygotował do przewozu swoje zabawki – doszły kolejne pudła. Ewelina spakowała komputer stacjonarny, książki i pamiątki rodzinne.

Zadzwoniłem do kilku firm przeprowadzkowych z pytaniem, ile by sobie życzyły za transport naszych gratów do Toskanii.

Kiedy podały sumę, zbladłem, a potem poczerwieniałem. Kwota przypominała tę, którą dałem za samochód – a przecież to był kredyt. Miałbym zaciągnąć kolejny – tym razem na przeprowadzkę?

Na szczęście na świecie istnieją przyjaciele.

– Może skoczyłbym z tobą do tej Toskanii i zobaczył, jak to wszystko wygląda – zastanowił się Wiktor, który jest tatą Wojtka, przyjaciela Bruna z polskiej szkoły. – Mam w firmie dużego Fiata Ducato, może by pomieścił twoje pudła.

– Świetny pomysł – podchwyciłem. – W przyszłym tygodniu? Widziałem tego Fiata Ducato, wygląda na taki, w którym zmieści się wszystko.

– Czemu nie – odparł Wiktor.

Pojechać miał z nami Archie, który nadal ciągnął na spacerach jak szalony i Ewelina obawiała się, że kolejne pieski spotkane na spacerze padną jego ofiarą, gdy nie zdoła go utrzymać.

Janusz, tata Frania, kolejnego przyjaciela Bruna, obiecał, że zjawi się wieczorem i pomoże nam to wszystko zapakować. Archie miał zwinąć się w kłębek pod stołem i smacznie sobie spać, na stole miały stanąć pudła z piwnicy, a wszystko to mieliśmy dokładnie związać linami, by nie przesuwało się w czasie jazdy.

– No i rowery! – Ewelina stuknęła się w czoło. – Zapomnieliśmy o rowerach.

No tak, rowery też były w piwnicy. A na górze zostały jeszcze fotel i łóżko Bruna.

– I biurko – przypomniała sobie Ewelina.

Po kolei znosiliśmy wszystko na dół, a Wiktor z Januszem pakowali kolejne przedmioty do Fiata Ducato.

– No dobra, nie ma już miejsca – zarządził wreszcie Wiktor.

– Rzuciłem okiem na stos kartonów w piwnicy. Wygląda, jakby w ogóle się nie zmniejszył. Jakim cudem skończyła się ładowność samochodu?

– Sprawdziłem, czy nie przekraczamy wagi trzech i pół tony – zawiadomił mnie Wiktor.

– I co? – zaniepokoiłem się nieco.

– Samochód waży trzy tysiące czterysta osiemdziesiąt cztery kilogramy – powiedział.

– Świetnie – ucieszyła się Ewelina i zniosła swoją lampę fotograficzną i kasetkę ze zdjęciami. – Najwyżej dziesięć kilogramów.

Mieliśmy jeszcze pięć kilogramów ładowności. Zapakowałem olbrzymi album „Magic” – uznałem, że na pewno nam się przyda.

Następnego dnia do Polski przyszła fala upałów. O ósmej rano było już trzydzieści stopni na zewnątrz, zaś wewnątrz Fiata Ducato o dwadzieścia więcej. Nie było mowy, żeby Archie podróżował w takich warunkach. Zacząłem obdzwaniać psie hotele, w południe znalazłem miejsce. Odwiozłem Archiego do hotelu, a sam wróciłem do domu. O czternastej wyjechaliśmy do Toskanii.

We Włoszech stanęliśmy na espresso w przydrożnym barze. Dwa samochody _carabinieri_ powoli jeździły po parkingu, migając czerwono-niebieskimi światełkami. Jeden z nich zatrzymał się przy nas, a dwaj poważnie wyglądający _carabinieri_ w ciemnych okularach stanęli przy naszym samochodzie, blokując nas z przodu, i powoli zaczęli obchodzić auto.

– Otwórzcie drzwi – polecili i zajrzeli do środka. Zerknęli na stosy książek, stół, rowery.

– Gdzie to wieziecie? Będziemy musieli to sprawdzić. – Zmarszczyli brwi.

Wyjaśniłem, że właśnie kupiłem dom i wiozę tam wszystkie graty.

– A gdzie ten dom? – zainteresował się policjant.

– Pod Borgo a Mozzano, jest tam Diabelski Most… – zacząłem wyjaśniać.

– Naprawdę? Moja ciocia pochodzi spod Borgo a Mozza­no – ucieszył się ten wyższy. – A byłeś na pizzy w Da Lio? Idź koniecznie.

– Da Lio jest zaraz obok mojego domu – powiedziałem.

– Jedźcie. Pozdrówcie ciotkę. – Zamachał ręką.

Obiecaliśmy, że pozdrowimy, czego nie zrobiliśmy. Gadaliśmy oczywiście o pizzy, nie o ciotce, i nawet nie wiedziałem, jak miała na nazwisko. Ale o knajpach w okolicy dowiedziałem się sporo.

Dojechaliśmy późną nocą do skrętu do naszego mias­teczka.

Robaczki świętojańskie kłębiły się przed maską, a wąska, całkowicie ciemna droga pięła się pod górę.

– Tędy mamy wjechać? Zapakowanym po dach samochodem? No chyba żartujesz. – Wiktor, który wydawał się smacznie spać, teraz szeroko otworzył oczy.

– Tak. – Skinąłem głową. – Tam jest nasz dom.

_Dalsza część w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij