Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dom Diabłów. Miasto bogów i potworów. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
5849 pkt
punktów Virtualo

Dom Diabłów. Miasto bogów i potworów. Tom 1 - ebook

WITAJCIE W MIEŚCIE ANGELTHENE!

ŻYCZYMY PRZYJEMNEGO POBYTU. A PRZYNAJMNIEJ PRZETRWANIA.

 

Loren Calla zawsze była zwyczajna. Jako mieszkanka Angelthene, miasta wampirów, wilkołaków, czarownic i innych nadprzyrodzonych istot, starała się po prostu przetrwać. Zakładała, że jej życie pozostanie proste, przewidywalne i bezpieczne. Ale kiedy ledwo uniknęła porwania, a zamiast niej spotkało to jedną z jej przyjaciółek, Loren postanawia zrobić wszystko, by ją odnaleźć.

Jest nawet skłonna skorzystać z pomocy Dariena Cassela, przywódcy najbardziej bezwzględnego kręgu zabójców ciemności w mieście. Darien jest mroczny, niebezpieczny i tajemniczy, ale jest też jedyną szansą Loren na odnalezienie przyjaciółki żywej. Musi tylko uważać, by ten nieziemski Diabeł nie złamał jej serca. Co łatwiej powiedzieć niż zrobić.

Ona jest zwyczajną dziewczyną. On – brutalnym Mrokobójcą.

Pierwszy tom z trzymającej w napięciu serii urban fantasy. Dla wszystkich, którzy kochają Księżycowe Miasto Sarah J. Maas

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-677-0
Rozmiar pliku: 8,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kręgi Antymroku Angelthene

Siedem Diabłów

Naznaczeni rogatą literą „S” w zdobnym liternictwie starożytnego świata. Podlegają Darienowi Casselowi, rządzącemu we Wrotach Piekieł

***

Kosiarze

Naznaczeni zakapturzonym, zamaskowanym Bogiem Śmierci. Podlegają Malakaiowi Delaneyowi, głowie Domu Dusz

***

Łowczy

Naznaczeni piekielnym ogarem. Podlegają Lionelowi Savage’owi, zwierzchnikowi Terenów Łowieckich i prawej ręce Randala Slade’a

***

Aniołowie Śmierci

Naznaczeni symbolem nachodzących na siebie białych skrzydeł wykonanych białym tuszem. Podlegają Dominicowi Valencii, panu Przystani Śmierci

***

Wargowie

Naznaczeni półksiężycem z luminescencyjnego atramentu. Podlegają Channary Graves, przywódczyni Domu na Przystani

***

Żmije

Naznaczeni symbolem atakującego węża. Podlegają Jude’owi Monsonowi, liderowi Żmijowca

Kręgi Antymroku w Angelthene podporządkowane są Randalowi Slade’owi, zwierzchnikowi wszystkich kręgów w mieście. Nikt spoza tych sześciu kręgów nie ma prawa operować na terenie Angelthene. Takie działania karane są śmiercią.1

Ty szczeniaku, jeśli jeszcze raz choć na nią spojrzysz, pogruchoczę ci wszystkie cztery łapy.

Gdyby Dallas jej nie obroniła, Loren Calla prawdopodobnie zwiałaby właśnie w tym momencie przez metalowe drzwi klubu. Gęsta mgiełka z suchego lodu ścieląca się na parkiecie Jej Piekielnej Wysokości w żaden sposób nie skrywała setek twarzy i pełnych ciekawości oczu zwróconych ku scenie rozgrywającej się pod niebieskimi stroboskopami.

Wilkołak stojący przed Loren – na dwóch całkowicie ludzkich nogach, co nie do końca współgrało ze zniewagą Dallas – wylał jej na głowę cały kufel piwa. Złote włosy Loren przykleiły się jej do pleców, biały materiał krótkiej, obcisłej sukienki przemókł i stał się prześwitujący. Piwo pochodziło wprost z nalewaka, jednak mimo tego, że było zimne, jej ciało zapłonęło z zażenowania.

Czarownice takie jak Dallas zwykle całkiem nieźle dogadywały się z wilkami. Gdyby nie fakt, że Loren była człowiekiem i w związku z tym nie do końca przynależała do Angelthene – zwanego również Miastem Wiecznych Serc, buzującej metropolii gromadzącej i faworyzującej nieśmiertelnych – ta noc może przebiegłaby bez podobnych incydentów. Może jej przyjaciółka i przybrana siostra, czystokrwista venefika szanowana o wiele bardziej niż Loren, nie musiałaby wkraczać do akcji i jej bronić.

Kiedy wilkołak zatoczył się w kierunku Loren i zaprosił ją do tańca, podziękowała tak grzecznie, jak to tylko możliwe. Okazało się, że źle reagował na odmowę, niezależnie od tego, jak była kulturalna. Ale to był dziewczyński wypad; Dallas wyraziła się wystarczająco jasno, nim zaciągnęła Loren i Sabrinę Van Arsdell, zajętą właśnie kupowaniem drinków po drugiej stronie sali, na clubbing. Dallas nigdy by nie pozwoliła, żeby lato zakończyło się bez odpowiedniego pierdolnięcia, szczególnie to konkretne lato, przed rozpoczęciem nauki na pierwszym roku w Akademii Magii Angelthene.

I choć większość dziewczyn w wieku Loren bez wahania wyskoczyłaby na miasto, by szaleć do białego rana, ona marzyła tylko o tym, by zapaść się w kanapę. Kanapy były bezpieczne. Kanapy były zwyczajne. A Loren lubiła, by w jej życiu wszystko było właśnie takie.

Ogniste oczy wilka rozbłysły gniewnie, gdy obrzucił Loren niechętnym spojrzeniem, a jego dłonie aż drżały mu u boków, gdy walczył z przemianą. Wśród mieszaniny potu, rzygowin i dymu papierosowego rozszedł się zapach mokrego psa.

– A ona to ochrona przed napastnikami czy napastującymi? – rzucił, wskazując na Dallas.

– Siostra – wycedziła Loren drżącym głosem. Zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły jej się we wnętrza dłoni. – I właśnie nadepnąłeś jej na odcisk.

Popatrzył między nią i Dallas.

– Człowiek z czarownicą jako siostrą? – sarknął. – Bierzesz mnie za głupka?

– Najwyraźniej właśnie nim jesteś – odparła Dallas chłodno – ponieważ dopiero co cię ostrzegałam, że połamię ci łapy, jeśli ponownie na nią spojrzysz.

– Chcesz załatwić to na zewnątrz, venefika? – wywarczał.

Drugi wilkołak, w kurtce z logo UMA, pojawił się u boku kumpla. W jego wzroku kryła się przezorność i choć muzyka dudniła w całym budynku i wibrowała pod perłowymi, skórzanymi czółenkami Loren, nie potrzebowała słuchu nieśmiertelnych, by dotarły do niej słowa, które wysyczał do jego ucha.

– Odpuść, Jerome. To Dallas Bright.

Gdziekolwiek spojrzała, otaczały ją ciekawskie spojrzenia. Nerwowo splotła palce przed sobą, wbijając wzrok w brudną podłogę. I po raz setny tego wieczora żałowała, że nie posiadła umiejętności stawania się niewidzialną. Albo przynajmniej teleportowania się z powrotem do wnętrza bezpiecznej i zwyczajnej sypialni w penthousie.

Gdy zaryzykowała uniesienie głowy, dojrzała półczarownicę Sabrinę zmierzającą w ich kierunku – z dłonią osłaniającą kieliszek i łokciami sprawnie rozpychającymi klubowiczów na boki, z zaskakującą siłą jak na osobę jej postury. Zmrużyła lekko skośne, głęboko osadzone oczy, gdy dostrzegła ociekającą piwem Loren i wściekłą Dallas, której wyraz twarzy jasno sugerował chęć mordu.

– Co jest? – zapytała ostro.

Jerome nawet nie raczył na nią spojrzeć.

– Nie wtykaj nosa w cudze sprawy, mieszańcu.

Ta wyraźna obelga sprawiła, że Dallas posłała wilkom lodowaty uśmieszek. Loren na ten widok zesztywniała.

„Zaczyna się” – pomyślała.

Dallas zrobiła krok do przodu, rude włosy zakołysały się jej na wysokości bioder. Zacisnęła złotą, poznaczoną piegami dłoń na dwudziestocentymetrowej jesionowej fokus.

– Chłopcy, gdybyście myśleli właściwymi główkami, wzięlibyście dupy w troki, zanim pozakładam wam kagańce. – Bryła ametystu osadzona w plątaninie gałązek na czubku różdżki zajarzyła się pulsującym blaskiem. Magia zaiskrzyła, a jej zapach, przypominający dym ze zdmuchniętych świeczek urodzinowych, osiadł na języku Loren, przenikając przez jej drogi oddechowe.

Jednakże Jerome zdawał się zupełnie nie przejmować tym, z kim ma do czynienia, nawet stojącą przed nim czystokrwistą venefiką rzucającą pioruny ze srebrno-zielonych oczu. Ojciec Dallas pełnił funkcję generała we Flocie Powietrznej, oficjalnej sile militarnej państwa, odpowiadającej za lotnictwo wojskowe. Groźby rzucane przez córkę Czerwonego Barona przekonałyby większość osób do ustąpienia, jednak najwyraźniej ten szczeniak naprawdę nie wiedział, jak myśleć odpowiednią główką.

A może był zwyczajnie zbyt pijany, by się zorientować, że trafiła kosa na kamień.

– Dobra, dobra, wystarczy tego – rozległ się głęboki głos. Napięcie stopniało, gdy wszyscy w klubie zwrócili się ku dwumetrowemu czarownikowi robiącemu za bramkarza, przepychającemu się przez tłok umięśnionymi rękoma. Obrzucił ich grupkę chłodnym spojrzeniem. – Znacie zasady: kto zaczyna zadymę, wylatuje.

Jerome uniósł dłonie w obronnym geście i wycofał się w tłum; jego przyjaciel podążył za nim.

– To nie ja sprawiam problemy, psze pana. Kto inny tu grozi swoją fokus.

Dallas okręciła się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z Jerome’em, aż pasmo włosów wpadło jej do ust.

– Ty zacząłeś, oblewając piwem moją przyjaciółkę, dupku!

Ruszyła w jego stronę, jednak Loren zrobiła krok do przodu i chwyciła ją za ramię.

– Odpuść, Dallas! – Jej głos był ledwie skrzekiem, każde słowo drżało jeszcze bardziej niż jej nogi. – Nie jest tego wart.

Wilkołaki zniknęły w gęstym tłumie, a bramkarz – po tym, jak posłał w stronę Loren i jej przyjaciółek kilka surowych słów – wrócił na swoje stanowisko przy drzwiach. A kiedy atrakcje dobiegły końca, postronni obserwatorzy wrócili do tańczenia i picia, wreszcie odlepiając swoje spojrzenia od Loren.

Sabrina skrzywiła się wyraźnie, gdy zerknęła na telefon; ekran podświetlił jej jedwabiście czarne włosy i ostre rysy twarzy o barwie ciemnego miodu.

– Dziewczyny, dochodzi Godzina Wiedźm. Powinnyśmy złapać taksówkę.

No szlag.

Loren wyciągnęła własny telefon z torebki przewieszonej na skos przez ramię, by samej sprawdzić czas – jakby w pobożnym życzeniu, że zobaczy inne cyfry. Właśnie zrobiły jedyną rzecz, której Loren zawsze przysięgała unikać po zachodzie słońca: straciły poczucie czasu. Miejskie autobusy już nie jeździły, więc taksówka była ich jedyną opcją.

Dallas zamruczała zamyślona. Wcisnęła fokus do torebki, blask ametystu odbił się na czarnej, skórzanej sukience bez ramiączek, podkreślającej każdą krągłość jej sylwetki klepsydry.

– Jaka była prognoza pogody na dzisiejszą noc?

Loren poczuła, że krew odpływa jej z twarzy.

– Nawet o tym nie myśl, Dal. Właśnie w taki sposób ludzie są pożerani albo atakowani maczetami. Zapomniałaś już o wydarzeniach z zeszłego lata?

Dallas przewróciła oczami.

– Wyluzuj, Lor – westchnęła, unosząc szklankę wódki z wodą sodową z lepiącego się linoleum. Wzięła ostrożny łyk, uważając, by nie rozmazać rubinowego koloru warg ozdobionych nie szminką, lecz czarem, choć wciąż podatnych na dotyk. – Tylko zapytałam. Chyba zdajesz sobie sprawę, jak długo będziemy musiały czekać na taksówkę.

Loren nie chciała tego przyznać, ale Dallas miała rację. Choć życie nocne w Angelthene nie należało do najbogatszych, w weekendy tych kilka klubów i kabaretów w ścisłym centrum było wypchanych po brzegi, więc taksówki należały do rzadkości. Nikt nie wybierał spaceru po zachodzie słońca, o ile nie miał życzenia śmierci.

Albo o ile księżyc nie był w pełni i ktoś postanowił podjąć ryzyko.

Długie paznokcie Sabriny ponownie stuknęły o ekran telefonu.

– Głównie bezchmurnie. Pełnia jesiotra. – Uniosła brew i posłała Dallas wymowne spojrzenie.

Strach ścisnął żołądek Loren.

– Jeśli zamierzacie maszerować, proszę bardzo. To wasz pogrzeb – rzuciła. – Ja mimo wszystko zamierzam postawić na taksówkę. – Odgarnęła pasmo mokrych włosów z policzka. Jak tylko wróci do domu, wskoczy pod prysznic, lecz wcześniej musiała się upewnić, że w ogóle dotrze tam w jednym kawałku. O ile większość miast borykała się z plagą szczurów, o tyle szkodnikami nawiedzającymi Angelthene były zdziczałe demony, łażące na czterech łapach i zainteresowane wyłącznie jednym: smakowaniem mięsa.

Przede wszystkim ludzkiego.

Dallas wzruszyła ramionami i wysączyła resztę drinka. Jej wzrok jasno sugerował, że miała ochotę na dalszą dyskusję, a może chciała przypomnieć Loren, że ta w żadnym wypadku nie zdecydowałaby się z nimi rozdzielić. Jednak sugestywne spojrzenie Sabriny skłoniło ją do milczenia.

– W takim razie dzwoń po taksę – zakomenderowała, zwracając się do Sabriny. Jednak Loren była szybsza.

Nie zdziwiło jej, że linia okazała się zajęta. Udało jej się w końcu połączyć po dwudziestu paru telefonach do różnych firm, jednak nim to nastąpiło, wybiła Godzina Wiedźm.

Czekały na taksówkę przed klubem, pod jasnym, ochronnym światłem lamp HID, zazwyczaj używanych na stadionach sportowych i w magazynach. Suche, gorące powietrze późnego lata paliło Loren do kości. Poczuła, jak powieki jej opadają, gdy przycupnęła u stóp skrzydlatego posągu przedstawiającego Ignis, Jej Piekielną Wysokość Siedmiu Kręgów. Wyłącznie trąbienie samochodów przemykających przez noc i muzyka sącząca się przez metalowe drzwi klubu sprawiły, że całkiem nie odpłynęła.

Pełnia jesiotra lśniła tak jasno, jak miejskie billboardy reklamujące dosłownie wszystko: od grymuarów i magicznych lag do klinik krwiodawstwa dla bardziej cywilizowanych wampirów.

Palmy ciągnęły się po obu stronach Gamma Pagasi Street, ich liście kołysały się w ciepłym wietrze niosącym dymną nutę kreozotu i chłodny zapach szałwii.

Gdyby Loren przechyliła głowę pod właściwym kątem, mogłaby dostrzec blady, zielonkawy blask rzucany przez barierę ochronną tworzącą kopułę nad miastem; jej magia niosła się z Wieży Kontrolnej w samym sercu Małej Północy. Pole siłowe nie było do końca idealne, ale służyło ochronie mieszkańców przed wrogiem z zewnątrz, głównie przed stworzeniami przebudzającymi się podczas Krwawych Księżyców. Co jasne, nie osłaniało w żaden sposób przed niebezpieczeństwem już czającym się pod kopułą, jednak Loren wolała o tym nie myśleć. Jej umysł nie był bezpiecznym miejscem, szczególnie gdy czuła się zmęczona.

Klub zaczął pustoszeć o pierwszej nad ranem. Wilkołaki, czarownicy, czarownice, wampiry i ludzie wpychali się do taksówek, które odjeżdżały tak szybko, jak tylko się pojawiały przed jasno oświetlonym wnętrzem. Niedaleko przemknęła dziwaczna limuzyna z na wpół otwartymi oknami, a niosące się z niej dudnienie wibrowało po asfalcie.

Loren westchnęła.

– Nasz kierowca zdecydowanie się nie śpieszy.

– Szkoła zaczyna się za siedem godzin – burknęła Sabrina. Mocne światło lampy wyładowczej, o którą się opierała, sprawiało, że jej twarz przybrała chorobliwie szary odcień. – Jak tak dalej pójdzie, nie złapię ani sekundy snu.

– Mogłybyśmy też ruszyć z buta – zaproponowała Dallas. Pochyliła się, żeby rozmasować kostki, tam, gdzie paski butów na wysokim obcasie boleśnie obtarły jej skórę. Zataczający się wilk i czarownik wbili pożądliwe spojrzenia w jej umięśnione, wystawione na pokaz złociste nogi, i zaczęli rzucać sprośne uwagi. Przewróciła oczami i pokazała im środkowy palec.

Wilkołak zwolnił. Jego wzrok przesunął się na Loren… i już tam pozostał. Z wyglądu był uroczy, jak chłopak z sąsiedztwa. Loren jednak zrejterowała, wbijając wzrok w ziemię i udając nagłe zainteresowanie niedopałkami papierosów i neonowymi glowstickami zaśmiecającymi chodnik. Nieśmiertelni zazwyczaj nie poświęcali ludziom uwagi, a jeśli już to robili, to zwykle na godzinę lub góra na jedną noc. Kolejny powód, dla którego nie chciała tańczyć z Jerome’em: dla gości takich jak on była tylko błyskotką. Drobnym epizodem w cudownie nieskończonym istnieniu. Życiową niedoróbką.

Głos Dallas sprawił, że aż podskoczyła.

– Nawet o tym nie myśl, futrzaku!

Loren uniosła wzrok akurat na czas, by dojrzeć, jak wilk wraz ze swoim kolegą czarownikiem pognali w stronę swoich samochodów.

Westchnęła.

– Dal, poradziłabym sobie sama.

Może powinna poświęcić więcej uwagi pytaniu Jerome’a o to, czy Dallas była jej ochroną przed napastnikami, czy przed napastującymi. Bo choć Dal zawsze myślała o tym, co najlepsze dla Loren, ta czasami się zastanawiała, czy może czarownica nie reagowała tak dlatego, że przestawała być w centrum uwagi.

Dallas parsknęła kpiąco i obrzuciła ją oceniającym, mało życzliwym wzrokiem.

– Tak jakbyś zamierzała mu powiedzieć, żeby się odwalił.

– Może zamierzałam – warknęła Loren.

Jakikolwiek ślad rozbawienia zniknął z twarzy Dallas.

– Strasznie jesteś dzisiaj marudna.

– W ogóle nie chciałam dzisiaj wychodzić.

– Jak tam chcesz. – Machnęła dłonią, jakby odganiała bzyczącego owada sprzed twarzy. Loren starała się zdusić irytację, by nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować. Ostatecznie były rodziną, a Loren nie miała sporego wyboru w tym względzie. – Ej, Sab, co ty tam robisz, uprawiasz seksting? – Dallas zerknęła przez ramię Sabriny. – Na zjaraną Ignis, nie mów, że się uczysz!

Sabrina zakryła ekran dłonią.

– Nie mogę zostać w tyle!

– Co za mól książkowy – syknęła Dallas.

Ciepło rozlało się po wewnętrznej stronie lewego przedramienia Loren. Zerknęła na medyczny tatuaż widoczny tylko wtedy, gdy jej poziom cukru drastycznie spadał. Laska z owiniętym wokół niej wężem emitowała to samo bladobłękitne światło, co glowstick zawieszony wokół jej szyi. Przynajmniej niebieski nie był tak groźny jak czerwony.

Rozpięła torebkę przewieszoną przez pierś i zaczęła przerzucać jej zawartość w poszukiwaniu leków, drugiej najbardziej przydatnej rzeczy, gdy nie miała dostępu do jedzenia. Strach ścisnął jej żołądek, gdy odkryła, że ich nie wzięła.

– Lor – zaczęła Sabrina, przerywając Dallas jej dalszą wypowiedź. – Nie mów, że…

– Nic mi nie jest. – Loren zmusiła się do posłania jej wątłego uśmiechu, w który żadna z nich nie uwierzyła.

– Powinnyśmy ruszać – powiedziała Dallas. Obrzuciła Loren przenikliwym spojrzeniem zmrużonych oczu. – Chyba ci mówiłam, że masz nosić tę głupią butelkę przy sobie.

Loren miała już po dziurki w nosie zarówno tej nocy, jak i zachowania Dallas.

– Wypchnęłaś mnie za drzwi, nie dając mi szansy!

– To nie ma z tym nic wspólnego – syknęła Dallas.

Loren poczuła, jak płonie jej twarz. Trzymając dłonie między kolanami, zacisnęła pięści, zmuszając się, by nie przerwać jako pierwsza kontaktu wzrokowego ze swoją siostrą.

– Nie musisz być cały czas taka wredna, Dal…

– Przestańcie się kłócić! – przerwała im Sabrina, odpychając się od lampy HID. – Mam przez was migrenę. – Westchnęła przesadnie, aż pasmo ciemnych włosów uniosło się przed jej twarzą. Uważnie przyjrzała się Loren, marszcząc brwi. – Loren, ona ma trochę racji. Ostatnie, czego nam tu potrzeba, to żebyś zemdlała.

– Powiedziałam, że nic mi nie jest. – Lecz tak naprawdę wcale tak nie było. Jej pole widzenia poszarzało i zaczęła widzieć plamki; na dodatek czuła się, jakby unosiła się w powietrzu, zupełnie jak gdyby stała się jednym z palmowych liści leżących na chodniku i podrywanych przez podmuchy wiatru.

Sabrina westchnęła.

– Myślisz, że twoja mama będzie miała coś przeciwko, jeśli uwalę się na waszej kanapie?

– Kogo obchodzi, co myśli Taega – burknęła Dallas. – Jeśli jej się to nie spodoba, niech nas wywali.

Loren i Dallas mieszkały w Małej Północy, a chałupa, którą Sabrina nazywała domem, znajdowała się na południu miasta. Gdyby miała iść z centrum, zajęłoby jej to całe godziny, poza tym nie miałaby wyboru i musiałaby przemknąć krętymi uliczkami Dzielnicy Rzeźników, a to nie wchodziło w rachubę. Ludzie tam znikali bez przerwy, a jeśli się odnajdywali, to nigdy żywi.

– Lor – rzuciła Dallas błagalnie, a na jej twarzy malowała się frustracja – powinnyśmy zabrać cię do domu.

W tym momencie niespecjalnie miały już wybór. Jej Piekielna Wysokość zamykała się o drugiej nad ranem, a jak tylko zatrzasną się drzwi, zgasną też lampy HID. A to oznaczało, że demony krążące po kanałach nie będą już miały powodu, by trzymać się z daleka. Żadnego, poza światłem księżyca, a jego blask był nieustannie zagrożony zduszeniem przez nieliczne kłębiaste chmury sunące po niebie.

Choć na samą myśl o spacerze o tej porze jej żyły skuwał lód, Loren zrzuciła szpilki, chwyciła je w garść i podniosła się na obolałe nogi.

– W takim razie chodźmy. – Uniosła palec wskazujący. – Tylko żadnych zaułków, bo zawrócę.

Ruszyły wzdłuż Angelthene Boulevard, trzymając się światła ulicznych latarni, gdy tylko było to możliwe. Loren przyłączyła się do pijackich przyśpiewek Dallas i Sabriny, gdy wlekły się noga za nogą, jednak szybko umilkła. Obolałe stopy miała całe w pęcherzach, zrobiły się też czarne i lepkie od Gwiazda wie czego. To z pewnością był najdłuższy spacer w jej życiu, a co gorsza, po drodze nie minęła ich nawet jedna pusta taksówka.

Światła drogowe przeskakiwały z czerwieni na zieleń i pomarańcz, i tak w kółko, a pod nimi nie przejeżdżał ani jeden samochód. Szczury chrobotały w przewróconych koszach na śmieci, a koty dotknięte świerzbem obserwowały je błyszczącymi oczyskami z ciemnych uliczek. Choć większość miast borykała się z problemem włóczęgów kryjących się pod zadaszeniami lub zajmujących ławeczki na osłoniętych wiatach autobusowych, poziom przestępczości w Angelthene – na równi ze szkodnikami – był tak wysoki, że na chodnikach walały się wyłącznie pojedyncze buty i pogubione ubrania. Jak okiem sięgnąć, nigdzie żywej duszy.

Z pobliskiego zaułka dobiegł chrobot i szurgot.

Loren aż ścisnęło w piersiach. Powoli obejrzała się przez ramię, a włoski na jej karku stanęły dęba. Suche liście zaszeleściły po asfalcie.

Dojrzała coś na końcu uliczki. Coś z kościstymi, przygarbionymi ramionami i potężnymi rogami. Loren zmrużyła oczy, zamrugała energicznie, mając nadzieję, że tylko jej się to przywidziało.

Jednak istota szarpnęła się do przodu i zaczęła pełznąć ku niej na dłoniach i kolanach.

Oddech uwiązł jej w gardle, gdy przerażenie zalało jej żyły. Zamarła w bezruchu na krańcu alejki, a stworzenie czołgało się ku niej. Kiedy nie mogła dłużej tego znieść, zamrugała.

W tej milisekundzie, potrzebnej do zwilżenia oczu, stworzenie zniknęło.

– Widziałyście to? – Jej słaby głos został praktycznie zagłuszony przez śpiewy Dallas i Sabriny. Pośpiesznie ruszyła w ich stronę, czując, jak dreszcz przebiega jej po plecach niczym pająk.

– No chodź już, tchórzu! – zawołała Dallas. – Rusz te cztery litery, to może nic cię nie zeżre. – Lor znała Dallas na tyle dobrze, by pomimo szyderczego tonu dosłyszeć w jej słowach lekki niepokój.

– To nie jest zabawne – burknęła. Barwne kredowe runy zdobiły chodnik pod jej brudnymi stopami. – W odróżnieniu od was dwóch nie mam fokus, której mogłabym użyć, gdy coś pójdzie nie tak. – Jako człowiek była uzbrojona wyłącznie w paznokcie: jaskraworóżowe i starannie uformowane w długie, ostre szpice, oraz bezużyteczny gaz pieprzowy, trzymany w torebce dla złudnego poczucia bezpieczeństwa. Ochroni ją przynajmniej przed ludźmi, lepsze to niż nic.

Sabrina – ta dobra dusza – wpatrywała się w nią z troską.

– Potrzebujesz przystanąć i odpocząć?

– Nic mi nie jest. – Loren starała się nie pokazywać po sobie, że mruganiem próbuje odgonić mgłę, której nie powinno tam być. Jej tatuaż błyszczał teraz jaśniej, a stabilne ciepło promieniowało w górę ręki.

– Skoro tak twierdzisz – odparła Sabrina.

Loren była zbyt rozproszona tym, że serce uwięzło jej w gardle, by odpowiedzieć. Zbyt rozkojarzona spowitym mgłą półmrokiem wyzierającym z każdego zaułka.

Zmrużyła oczy, by odczytać napis nad najbliższym skrzyżowaniem.

Canopus Street. Co oznaczało, że zbliżały się do Avenue of the Scarlet Star, przy której Loren pracowała w weekendy w aptece świadomych roślin, działającej pod szyldem Moździerz i Pobijak Mordreda i Penelopy. Przeszło jej nawet przez myśl, czy nie otworzyć sklepu i nie zostać tam aż do wschodu słońca. Musiałyby przenocować na podłodze, ale… To i tak lepszy wybór niż pozostawanie choć chwilę dłużej na zewnątrz. I Singer, jej pies, tam był. Czułaby się wdzięczna za jego towarzystwo.

Już nie wspominając o tym, że znajdowały się tam też jej olejki eteryczne – mieszanka mięty i lawendy, pozwalająca ukoić serce, gdy czuła nadchodzący atak paniki. Te esencje były darem niebios; nie wiedziała, jak udawało jej się bez nich przeżyć.

Dallas zrównała się z nią, ściągając ją z powrotem do tu i teraz.

– Luzik, Lor! – I jakby czytając jej w myślach, objęła jej sztywne ramiona i dodała: – Jeśli to pomoże, możemy wpaść do Mordreda i Penny i stamtąd zadzwonić po kolejną taksówkę. Myślisz, że będą mieli coś przeciwko?

Loren przygryzła dolną wargę.

– Mogłabym do nich zadzwonić i spytać.

– Jeśli tak nie zrobimy, dotarcie do penthouse’u zajmie nam jeszcze parę godzin – przyłączyła się Sabrina. Miała rację. Nie przekalkulowały, ile im zajmie spacer do apartamentu w kompleksie Santa Aria. Prawdę powiedziawszy, nie urządzały sobie takich spacerów często. W tym wypadku „często” oznaczało nigdy.

Mimo to sugestia Dal nie zdusiła do końca obaw Loren. Między nimi i apteką było jeszcze kilka przecznic, a na dodatek martwiła się nie tylko demonami.

W świecie Terry społeczeństwo było zdominowane przez cały szereg istot, a wszystkie z nich były potężniejsze niż ludzie: wilkołaki, wampiry, czarownice, czarownicy, a także hellseherzy. Loren nie wiedziała, co byłoby gorsze; napatoczyć się na wampira, który nie zawracał sobie głowy stacjami krwiodawstwa, czy na hellsehera – jednego z łowców głów zwanych Mrokobójcami – zabijającego czasami wyłącznie dla zabijania.

W sumie chyba znała na to odpowiedź: wpadnięcie w ręce Mrokobójcy byłoby o wiele gorsze od spotkania z wampirem. Szczególnie jednego z Siedmiu Diabłów, najbardziej przerażającego kręgu w mieście, który w ostatnich latach wskoczył na szczyt hierarchii wszystkich kręgów Antymroku Angelthene.

Na samą myśl przeszedł ją dreszcz, choć noc pozostawała upalna i sucha.

– Myślę, że powinnyśmy iść do apteki. Zamierzam się przejmować gniewem Mordreda i Penny innym razem. – Miała nadzieję, że magiczne bliźnięta syjamskie nie zamordują jej za to, że wkroczyła do ich bezcennego sklepiku po godzinach.

Ponownie ruszyły przed siebie. Tym razem już nikt nie śpiewał. Loren mogła to zwalić na alkohol i zmęczenie, jednak czuła, że Dallas i Sabrina trzeźwieją z każdym krokiem. Wiatr dął ponuro po ulicach, szurając palmowymi liśćmi po asfalcie. Jak na ośmiomilionowe miasto było tu podejrzanie cicho.

Udało im się przejść kolejne dwie przecznice, nim para reflektorów oświetliła drogę przed nimi, odbijając się w znaku stopu nieco dalej. Ciszę przeszył ostry, narastający jazgot ptaków skrytych w daktylowcach, a potem rozległ się szurgot i strzelanie żwiru pod kołami, gdy pojazd ruszył w ich kierunku.

Loren zwolniła.

– Błagam, powiedzcie mi, że to taksówka.

Jednak nie była w stanie tego określić; przednie światła samochodu sprawiały, że jej oczy śmiertelniczki stały się bezużyteczne.

Kierowca się zatrzymał, a Loren zorientowała się, że zeszła z chodnika, podczas gdy Dallas i Sabrina kontynuowały marsz.

I wtedy odkryła, że to nie była taksówka. Jej kroki ustały, serce załomotało w piersi.

To był ciemny sedan.

Wszystko rozegrało się tak szybko.

Wysiadło z niego dwóch mężczyzn – miedzianowłosy czarownik i jasnowłosy hellseher. Oczy tego drugiego, włącznie z białkami, były idealnie czarne. Ich barwa sugerowała, że jest Mrokobójcą na służbie i właśnie przywołuje swoje moce znane jako Widzenie, by namierzyć aurę przynależną do jego celu. Pomijając czerń pożerającą ich oczy, gdy używali Widzenia, hellseherzy wyglądali jak śmiertelnicy; w odróżnieniu od wampirów czy wilkołaków nie mieli żadnych wyróżniających cech. Widzenie było też wyłączną umiejętnością hellseherów; pozwalało im nie tylko wyśledzić innych po kolorze ich aur, ale również widzieć przez magiczne bariery na budynkach i pojazdach, założone tam specjalnie po to, by aury ukryć.

Dallas podbiegła do Loren, chwytając ją za nadgarstek i skrywając za sobą. Gwałtowne pociągnięcie wywołało falę bólu w ramieniu. Loren zaczepiła piętą o krawężnik i straciła równowagę. Buty wysmyknęły się spomiędzy jej palców i huknęły o chodnik.

Fokus Dallas rozbłysła jaskrawą bielą.

– Exarmaueris! – ryknęła.

Jej zaklęcie miotnęło czarownikiem z powrotem do sedana, przednia szyba eksplodowała, gdy magia Dallas wepchnęła go przez sam środek.

Jednak hellseher ledwie drgnął, przyjmując na siebie uderzenie zaklęcia, jakby było ledwie wietrzykiem – i jakby sprawiło mu przyjemność. Rzucił im ostry uśmieszek, gdy przywołał własne zaklęcie; magia hellseherów nie potrzebowała fokus ani żadnych fikuśnych inkantacji, by zadziałać.

Magia hellsehera była absolutnie zabójcza. Siła jego ataku uderzyła w nie jak taran.

Loren i Dallas poleciały w tył. Uderzyły o asfalt, turlając się w plątaninie kończyn. Loren krzyknęła, gdy żwir rozdarł skórę jej nagich ramion i nóg.

Sabrina wrzeszczała histerycznie do telefonu, biegnąc w kierunku Loren i Dallas i błagając miejskie służby ratunkowe, żeby natychmiast wysłały pomoc na Canopus Street.

Hellseher już zmierzał w ich stronę, skupiając swoją magię w rękach uniesionych po bokach, z dłońmi zwróconymi do przodu. Żwir zawisł nad drogą, a pasma jego jasnych, sięgających ramion włosów unosiły mu się nad głową, jakby znalazł się pod wodą.

Tuż pod jego uchem odsłonił się wytatuowany symbol. Wszyscy hellseherzy pracujący jako Mrokobójcy jakiś mieli, jednak tego Loren nie rozpoznawała. Przez myśl przebiegły jej wszelkie dostępne opcje, jednak żadna nie pasowała; Siedem Diabłów, Aniołowie Śmierci, Łowczy, Wargowie, Kosiarze, Żmije… To nie był żaden z nich.

Tatuaż przedstawiał głowę feniksa.

Krzywiąc się z bólu, Dallas podniosła się na nogi i wyciągnęła różdżkę przed siebie. Z jej cienia wystrzelił duchowy chowaniec, skrzydlaty tygrys zwany Widmem. Wyraźna czarna sylwetka Widma stanęła przed nimi w postawie obronnej, gardłowy warkot poniósł się spomiędzy jego obnażonych zębów.

– Uciekaj, Lor. – Dallas stanęła przed ciągle rozciągniętą na chodniku Loren. Czarownica drżała, a po jej nogach spływała krew.

Czarownik znajdujący się za hellseherem zbierał się po rozbrajającym zaklęciu Dallas. Jego ręce były pokrwawione i wyglądał na więcej niż odrobinę poirytowanego, gdy wybił się z pogiętej maski samochodu i zbliżył do Mrokobójcy.

– Nie przeginaj – warknął w kierunku towarzysza. – Potrzebujemy jej żywej.

Loren podniosła się na nogi.

– Dallas…

– Uciekaj, do jasnej cholery! – krzyknęła Dallas. – Zatrzymamy ich. To nie na nas polują, Loren. Tylko na ciebie! – W tym samym momencie co Sabrina zawołała: – Exarmaueris!

Magia wystrzeliła równocześnie z ich różdżek i rozbłysnął deszcz jasnofioletowych iskier. Kurz uniósł się nad ulicą, gdy zaklęcia przeszyły powietrze. Siła magii wstrząsnęła drzewami i roztrzaskała szyby okolicznych sklepów z dźwiękiem pękających kości.

Loren wrzasnęła i skryła twarz, gdy szklane odłamki wzleciały w powietrze. Sroki skryte w koronach drzew rozkrakały się i uleciały w noc, pozostawiając po sobie eksplozję piór.

Dallas popchnęła Loren.

– Biegnij! – Jej głos się załamał. – Dogonimy cię… przysięgam. – Czyste przerażenie widoczne w spojrzeniu Dallas było jedynym, co zmusiło Loren do ruchu.

Zerwała się do kulawego biegu. Oddech rozrywał jej płuca, mięśnie łydek protestowały bólem. Wszystkie jej instynkty krzyczały, by zawróciła – by pomogła swoim przyjaciółkom, choć człowiek nie potrafiłby zrobić dosłownie nic przeciwko czarownikowi i Mrokobójcy.

Była bezużyteczna. Żałosna. Nigdy wcześniej nie nienawidziła tak mocno faktu, że jest człowiekiem, co właśnie w tym momencie.

Zaryzykowała zerknięcie przez ramię.

Dallas i Sabrina gnały za nią, z Widmem tuż za plecami. Jednakże hellseher i czarownik je doganiali. Gdyby Mrokobójca nie był mieszańcem – półczarownikiem, półhellseherem, sądząc po srebrze rozbłyskającym w kącikach jego oczu, kiedy nie używał Widzenia – już by je dogonili.

Nie wiedziała, jak by się to skończyło, gdyby nie dobiegł ich dźwięk syren. Niósł się przez noc, odbijając się echem od budynków i płynąc ulicami.

– Ratunku! – Głos Loren okazał się piskliwym skrzekiem. – POMOCY! Proszę… jesteśmy tutaj!

Dallas i Sabrina przyłączyły się do jej krzyków, ich obcasy stukały o podłoże. Jednak łomot dwóch par butów narastał, zbliżając się z każdą sekundą.

Czerwono-niebieskie światła odbiły się w ciemnych oknach przed nimi. Loren zaszlochała z ulgi na ich widok…

Znajomy krzyk przedarł się przez falę paniki wypełniającą jej głowę.

Loren zatrzymała się niezgrabnie, Dallas uczyniła to samo tuż za nią.

Przez jedną przerażającą chwilę czas zdawał się stać w miejscu. Loren wciągnęła powietrze przez zęby, a krew zapulsowała jej pod czaszką, gdy dostrzegła scenę rozgrywającą się dwa budynki dalej.

Mrokobójca pochwycił Sabrinę, lufę pistoletu przyciskał do jej skroni i ciągnął ją do samochodu. Do tylnych drzwi, które czarownik właśnie otwierał.

Asfalt rozciągał się między Loren a jej przyjaciółką nieskończony jak ocean.

Zrobiła niepewny krok do przodu.

– Puść ją. – Choć jej głos zdał się jedynie bezgłośnym szlochem, wiedziała, że każda para nieśmiertelnych uszu na tej ulicy ją dosłyszy. – Proszę. Czego chcecie?

– Chcę, żebyś wsiadła do tego samochodu. – Słowa Mrokobójcy były przeznaczone dla Loren. Nie dla czystokrwistej czarownicy u jej boku, której życie było warte tyle więcej niż jej własne, zwykłego człowieka.

Dallas się nie myliła; przyszli po nią.

Loren zagapiła się na hellsehera, a serce waliło jej tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje.

Czemu polowali na nią? Czemu?

– Nigdzie z wami nie pójdzie – rzuciła Dallas głosem zachrypniętym i drżącym. Światło jej różdżki było ledwie migotem; odzwierciedlało jej własne zmęczenie. Nawet Widmo wyblakło. Dallas była tylko studentką magii, więc jej zapas mocy magicznych był niewielki. – Żadna z nas nie pójdzie.

Hellseher rzucił jej chłodny uśmiech. Mający coś przekazać…

Dwa radiowozy wypadły zza rogu, wyjąc syrenami. Czarownik zaklął.

Loren przeczuła, co nadchodzi.

Ruszyła, by powstrzymać zabójcę i czarownika przed wepchnięciem Sabriny na tylne siedzenie, podczas gdy radiowozy zatrzymały się z piskiem opon i błyskiem sygnalizacji na dachach.

Jednak tamci siedzieli już w sedanie. Wykręcili, uderzając w zderzak radiowozu, a potem ruszyli gwałtownie, paląc gumę i zostawiając za sobą cuchnący czarny obłok.

Loren pognała za sedanem, z sercem w gardle, a jej odbicie przemykało w wystawach sklepowych niczym duch. Wrzeszczała, aż straciła głos. Błagała, by się zatrzymali. By puścili jej przyjaciółkę. Wiedziała, że to na nic. Jej słowa nie miały znaczenia.

Lecz musiała próbować – dla Sabriny.

Musiała próbować ze względu na Sabrinę.

Jeden z radiowozów ruszył za sedanem, jednak wiedziała, że im się nie uda, zupełnie tak jak jej.

Mimo to biegła ciemną ulicą, omijając sterty śmieci, rozdzierając sobie stopy o kamienie i odłamki szkła. Niezależnie od tego, jak szybko biegła, sedan tylko się oddalał.

Loren wiedziała, że nigdy nie zapomni tego widoku.

Widoku Sabriny szarpiącej się w uścisku hellsehera, wpatrującej się bezradnie w tylną szybę, gdy sedan znikał za rogiem. Jej wzrok był pełen bólu i całkowicie złamany.

Zupełnie jak serce Loren.3

Loren wpatrywała się w dwustronne lustro, podczas gdy funkcjonariusz siedzący po przeciwnej stronie wgniecionego metalowego stołu zbierał kartki w stosik.

Dziewczyna w odbiciu zdawała się obca – jak duch. Pusta w środku i niesiona przez świat, którego nie rozpoznawała.

Wyglądała koszmarnie. Makijaż rozmazał się po jej lepkiej, poznaczonej łzami twarzy, włosy pokrywała warstwa piwa i kurzu, a ciemnoniebieskie oczy miała przekrwione i pozbawione emocji. Nawet spieczone słońcem policzki nie wydobywały koloru z porcelanowej skóry, która przez ostatnie dwie godziny przybrała chorobliwie blady odcień.

Sabrina zniknęła. Sabrina przepadła i to wszystko była jej wina.

Nikt jej nie wierzył. Każda osoba w izbie zatrzymań patrzyła na nią z cieniem niedowierzania, gdy słuchała jej wersji wydarzeń. Wiedziała, że Dallas opowie funkcjonariuszom dokładnie tę samą historię – prawdę o tym, co wydarzyło się tej nocy – w sąsiednim pomieszczeniu. Może z większym zapałem wysłuchają biologicznej córki Czerwonego Barona niż ludzkiej sieroty, która nigdy nie była i nigdy nie będzie niczym więcej niż tylko człowiekiem.

– Żeby była jasność… – zaczął funkcjonariusz porządkowy tym szorstkim, rzeczowym tonem.

Loren oderwała wzrok od odbicia – i osób obserwujących wszystko z drugiej strony – i przeniosła go na czarownika.

Wyraz jego twarzy był równie surowy i bezkompromisowy jak pokój, w którym się znajdowali; pokój z lodowatym betonem pod jej gołymi i poranionymi stopami, przymocowanym do podłogi twardym krzesłem, na którym siedziała, oślepiająco białymi żarówkami świecącymi jej prosto w oczy z kątów.

Wcisnęła dłonie między obdarte kolana, by powstrzymać ich drżenie. Tatuaż lśniący po wewnętrznej stronie jej przedramienia zmienił barwę z bladoniebieskiego na jaskrawoczerwony. Jeśli nie weźmie wkrótce leków albo nie dostanie jedzenia, zemdleje.

Czarownik, przynajmniej na pierwszy rzut oka, zdawał się mężczyzną w średnim wieku, choć wodniste spojrzenie sugerowało, że był o wiele starszy, niż wyglądał – i zapewne nadużywał rezerw magicznych przez lata pracy jako komisarz i wkrótce groziło mu przeciążenie. Prawdę powiedziawszy, byłaby zdumiona, gdyby już nie zostało u niego zdiagnozowane.

Oficer złączył palce na blacie i przyjrzał jej się stalowym spojrzeniem.

– Twierdzi pani, że Mrokobójca polował właśnie na panią?

– Już mówiłam. – Loren ledwo rozpoznawała brzmienie własnego głosu. Był tak chłodny i pozbawiony emocji jak wyraz malujący się obecnie na jej twarzy. – Gdy przyłożył broń do głowy Sabriny, zapytałam, czego chce. Odpowiedział: „Chcę, żebyś wsiadła do tego samochodu”. – Tłumaczyła to temu draniowi trzeci raz.

Westchnął głośno i zaczął udawać, że przegląda notatki na szczycie sterty.

– Panno Calla, ma pani dziewiętnaście lat, prawda?

– Tak. – Jej głos się załamał.

– I mieszka pani w Angelthene całe swoje życie?

– Tak.

– Więc nie muszę chyba tłumaczyć, że hellseherzy są szalenie potężnym gatunkiem. – Odłożył kartkę na stos. – Ich magia nie podlega takim ograniczeniom, jak u venefik czy lamii, i w związku z tym znają swoją wartość. Hellseherzy pracujący jako łowcy głów biorą niemało za swoje usługi, panno Calla. To są kwoty sięgające miliona złotych mynet. Czasem więcej.

– Rozumiem, co pan do mnie mówi, komisarzu. – Sugerował, że żaden hellseher nie zawracałby sobie nią głowy; śmiertelnym celem, którego życie nie miało wystarczającej wartości, by opłacało się go wyśledzić. Nie istniał powód, aby ktokolwiek chciał na nią zapolować ani zapłacić Mrokobójcy kosmicznej kwoty, żeby ją odnalazł. A mimo to wiedziała…

Wiedziała, że to właśnie ona miała zostać porwana tej nocy.

Funkcjonariusz odchylił się do tyłu, aż krzesło zatrzeszczało pod jego ciężarem.

– Czy może pani opisać, jak wyglądał tatuaż feniksa, który pani widziała?

Wyciągnęła dłoń, prosząc o długopis. Po chwili oddał jej własny, jak również wręczył jej kartkę w linie wyrwaną z notesu. Odgłos długopisu skrobiącego po papierze zdawał się głośny w poza tym cichym pomieszczeniu, gdy jej drżąca dłoń sunęła po stronie. Kiedy skończyła, przekręciła kartkę do góry nogami i przesunęła w stronę mężczyzny.

Poświęcił jej rysunkowi całe pół sekundy.

– A jak tam pani wzrok, panno Calla?

Zesztywniała.

– Co to niby za pytanie?

– Proste.

– Z moim wzrokiem wszystko jest w porządku. – Może nie był doskonały, ale widziała na tyle dobrze, by ten gnojek jej uwierzył. – Wiem, co widziałam. Tatuaż przedstawiał głowę feniksa, komisarzu. – Nie nakładające się skrzydła Aniołów Śmierci, nie Boga Śmierci, symbol Kosiarzy ani atakującego węża Żmij. Jak również nie piekielnego ogara Łowczych czy półksiężyc Wargów. I z pewnością nie było to rogate „S”, sigil Siedmiu Diabłów, najbardziej przerażającego kręgu w mieście.

Funkcjonariusz wepchnął jej rysunek do kieszeni koszuli.

– Pani opiekun prawny został poinformowany. Pojawi się tu wkrótce, by zabrać panią do domu.

Loren poczuła, jak jej głowa pustoszeje, a pięści wiotczeją. Skontaktowali się z Taegą Bright, matką Dallas. Tak jakby ta noc – choć w sumie uznała, że nastał już ranek – nie mogła się stać jeszcze gorsza.

– Czy jest coś, co chciałaby pani dodać? – zapytał funkcjonariusz. Srebro otaczające jego źrenice, cecha charakterystyczna wszystkich venefik, przy tym oświetleniu odbijało światło jak lustro. – Cokolwiek wartego wspomnienia, czego jeszcze nie omówiliśmy?

Loren milczała tak długo, że zaczął wstawać. Jednak jej głos powstrzymał ten ruch.

– Może pan uznawać, że poruszyliśmy już wszelkie kwestie, komisarzu. Ale ja tak nie uważam. Każde zeznanie, które dziś ode mnie wyszło, jest prawdziwe, a jednak jedyne, co pan robił, to ignorował moje zarzuty.

Opadł na krzesło z kolejnym głośnym westchnieniem, które przypominało raczej warknięcie. Odznaka przypięta do jego koszuli zabłysła w świetle jarzeniówek.

– Czy przychodzi pani do głowy jakikolwiek powód, dla którego szukaliby właśnie pani? – Jego ton i jawne lekceważenie tego, co uważał za próbę zwrócenia na siebie uwagi, były aż nadto wyraźne. – Czy posiada pani przy sobie cokolwiek cennego, czego mogliby pożądać?

Loren odwzajemniła jego niecierpliwe spojrzenie.

– Błyszczyk, na wpół zjedzoną paczkę gumy do żucia i jakieś trzysta złotych mynet na koncie, komisarzu. Sądzi pan, że Mrokobójca mógłby polować na coś z tego?

– Panno Calla…

– Sabrinę trzymano na muszce po to, by zwabić mnie do samochodu. – Głos Loren był tak samo złamany, jak ona sama. – Porwali ją zamiast mnie, ponieważ zabrakło im czasu, gdy wasi funkcjonariusze wypadli zza rogu. – Łzy paliły ją w oczy, usta drżały. – Jeśli nie zamierza mi pan uwierzyć, to nie mój problem. Ale chcę odzyskać przyjaciółkę, więc błagam, niech pan przemyśli zmianę podejścia po tym, co właśnie powiedziałam.

Patrzył się na nią przez chwilę.

– Zapewniam panią, panno Calla, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by sprowadzić pannę Van Arsdell z powrotem do domu. Mamy prężnie działającą grupę funkcjonariuszy, a nasi hellseherzy ją namierzają…

– Czy doszli już do tego, gdzie Sabrina jest przetrzymywana?

Loren poczuła kiełkowanie nadziei w piersi i wyprostowała się na krześle. Właśnie tego potrzebowało miasto: więcej hellseherów pracujących jako funkcjonariusze publiczni, używających Widzenia do znajdowania podejrzanych i zaginionych. Proces zdalnego namierzania nie był idealny i dlatego nadal istniało tyle nierozwiązanych spraw, jednak nie zaszkodziłoby posiadanie większej liczby tych obdarzonych Widzeniem, szukających zwykłych mieszkańców. Większość hellseherów albo nie używała Widzenia w ogóle, ze względu na ryzyko przeciążenia, albo decydowała się na pogoń za grubą gotówką pochodzącą z nielegalnego procederu uprawianego przez łowców głów.

Funkcjonariusz ledwo poruszył się na swoim siedzisku. Jego wyraz twarzy powiedział Loren wszystko.

– Nie mogą jej znaleźć – rzuciła głucho. Opadła na oparcie krzesła. – Czy to znaczy, że nie żyje? – Czuła, jak serce krwawi jej w piersi. – Jest martwa, prawda? Zabili ją.

– Lauren…

– Właściwa forma to „Loren” – przerwała mu. Nie pierwszy raz go poprawiała. Tak jak nie pierwszy raz opowiadała mu wydarzenia tej nocy, tylko po to, by spotkać się z rażącym brakiem szacunku. – Chciałabym już stąd wyjść.

Mając jej tak samo dosyć, jak ona jego, funkcjonariusz wyprowadził ją z pokoju przesłuchań. Loren kulała za nim w ciszy, ledwo zauważając ból poranionych stóp przeszywający ją przy każdym kroku. I choć nie powiedział już nic więcej, to nie wpatrywał się w nią z niechęcią.

Musiał dojść do wniosku, że znalazła się na krawędzi. Była na skraju załamania nerwowego, i to nie w sposób, który działałby na ich korzyść przy rozwiązaniu sprawy Sabriny.

Jej przyjaciółka zniknęła. A najgorsze w tym wszystkim było to, że to jej wina.7

Nie mieli z nim szans. Diabeł poruszał się tak szybko, że ani jeden z nich nie zdążył oddać strzału. Jego pistolet był bezgłośny; nikt w pobliskiej alei nie miał pojęcia, co się dzieje, gdy kule wdzierały się w czaszki napastników.

Loren nie posłuchała jego rady. Gdy tylko czwarty ze strzelców padł na ziemię w kałuży krwi, odepchnęła się od ściany, przy której się kryła, chwyciła telefon i wybiegła w stronę wylotu uliczki – w stronę bezpiecznego tłumu znajdującego się tuż za chłodnymi podcieniami. Stukot jej koturnów okazał się głośniejszy od wszystkich tych wystrzałów.

Prawie dotarła do końca uliczki, gdy zwolniła.

Diabeł jej nie ścigał.

I może była największą idiotką na Terrze, lecz przystanęła, wzięła głęboki wdech i powoli… powoooli… odwróciła się, by stanąć z nim twarzą w twarz.

Właśnie wsuwał pistolet do kabury na przedzie czarnych bojówek, kompletnie nieprzejęty zwłokami walającymi mu się pod nogami i tym, że krew ściekała w szczeliny bruku.

Czterema trupami, których szyje były naznaczone takimi samymi tatuażami przedstawiającymi głowę feniksa.

Loren czekała, splatając palce, podczas gdy zdejmował czarne rękawiczki i wciskał je w jedną z wielu kieszeni czarnej kurtki. Czerń na czerni, na czerni.

Spojrzał na nią przenikliwie i zmrużył oczy.

– Ruszyłaś się.

– A ty mnie nie zabiłeś. – Jej głos był tak schrypnięty, że ledwo go rozpoznawała.

– Czekałem, aż zaczniesz wrzeszczeć. – Miał poważny wyraz twarzy, jednak podskórnie czuła, że rzuca jakimś chorym żartem.

– Co za szczęście, że ograniczyłam się do ucieczki.

Uśmieszek zaigrał w kąciku jego kształtnych ust.

– Co za szczęście – przytaknął.

Przyjrzała mu się uważniej: dłoniom pokrytym tatuażami, zwisającym nonszalancko po bokach, symbolowi Diabła pod uchem, buciorom zbryzganym krwią.

– Czemu? – Wiedziała, że rozumie, o co go pyta. Czemu jeszcze jej nie zabił?

– Zdaje się, że mój pracodawca zapomniał wspomnieć o jednym drobnym szczególe. – Czekała i po chwili dodał: – Nikt nic nie mówił o ludzkiej dziewczynie.

„Interesujące” – pomyślała Loren. Czyżby ten bezduszny morderca się nad nią zlitował? Czy też właśnie zamierzała zrobić coś kompletnie bezmyślnego?

– Chciałbyś może gdzieś usiąść? – wypaliła. Pytanie wybrzmiało w jej ustach, zanim się zorientowała, o co go właściwie pyta. Jednak jej nie zabił; jeszcze nie. Zamiast tego zamordował polujących na nią osobników. I choć on też ją tu wyśledził, dał jej szansę, by coś powiedzieć, by to wytłumaczyć. I nie ruszył za nią, gdy uciekała.

Może mogła mu poświęcić kilka minut. I jeśli tylko nie opuści z nim alei, uznała, że nic złego się nie stanie.

Prawdopodobnie.

Świat, w którym przyszło jej żyć, należał do wilków i nie traktował dobrze owieczek takich jak ona. By w nim przetrwać, należało stać się wilkiem… lub się z jednym z nich zaprzyjaźnić. Wiedziała, że nie ma szans na stanie się wilkiem, więc postawiła na drugą opcję. Chociaż „przyjaciel” było raczej ostatnim słowem, którego by użyła w stosunku do tego mężczyzny.

– Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć – zauważył Diabeł, przesuwając tym onieśmielającym wzrokiem po jej twarzy. – Są tu jakieś dobre restauracje?

„Co to w ogóle za pytanie?” – pomyślała. Jednak przypomniała sobie, z kim rozmawia. Ktoś taki jak on kręcił się raczej po szemranych rejonach miasta niż po jego nieskazitelnych atrakcjach turystycznych. Oczywiście z własnego wyboru, a już z pewnością nie dlatego, że nie było go na to stać.

– Tak jakby wszystkie – odpowiedziała, posyłając mu nieśmiały uśmiech, którego nie odwzajemnił. Pokazała na zatłoczony deptak. – Jesteśmy na Avenue of the Scarlet Star.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij