Dom kobiety - ebook
W czasach, gdy tak wiele mówi się o produktywności, samorozwoju i spektakularnych przemianach, „Dom kobiety” pokazuje coś znacznie skromniejszego i znacznie trudniejszego zarazem: gotowanie, mycie, karmienie, opatrywanie, transportowanie, porządkowanie. Te czynności nie mają blasku wielkich czynów, ale bez nich nie istnieje żaden dom, żadna wspólnota, żadna trwałość. Ta powieść oddaje im należną rangę i robi to bez patosu, za to z wielką uczciwością. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-807-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są książki, które opowiadają historię. Są też takie, które odsłaniają porządek świata ukryty pod historią — rytm codzienności, hierarchię gestów, cenę milczenia, ciężar pracy, którego zwykle nie zauważamy, dopóki ktoś nie opisze go z bezlitosną precyzją. Ta powieść należy do tej drugiej kategorii. To nie jest jedynie opowieść o małżeństwie, domu i wiejskim gospodarstwie. To jest przenikliwy zapis życia, w którym wszystko ma swoją materię: kurz, drewno, mleko, tynk, błoto, krew, obornik, światło, skóra. I właśnie dzięki tej materialności książka zyskuje wymiar psychologiczny tak prawdziwy, że chwilami bywa niemal dotkliwy.
Na pierwszy rzut oka punkt wyjścia wydaje się prosty. Ona — nauczycielka, kobieta praktyczna, sprawcza, nieustannie zajęta tym, co trzeba zrobić. On — organista, człowiek oczytany, błyskotliwy, ironiczny, wygodnie usadowiony w fotelu, rozkochany w anatomii, historii, biologii i w chłodnym porządku wiedzy. Między nimi jest dom, ogród, obora, pole i cały ten ogrom pracy, który w wielu książkach pozostaje niewidzialny, bo uchodzi za zwyczajny. Tutaj zwyczajność zostaje wydobyta z tła i postawiona w samym centrum. To wielka zaleta tej prozy: przywraca rangę temu, co najczęściej bywa pomijane, zbywane wzruszeniem ramion albo sprowadzane do „kobiecych obowiązków”.
Właśnie dlatego ta książka robi tak silne wrażenie. Autor nie buduje napięcia za pomocą sensacyjnych zwrotów akcji, lecz poprzez niezwykle konsekwentny kontrast: pomiędzy ruchem a bezruchem, wysiłkiem a komentarzem, działaniem a interpretacją, ciałem a umysłem. Każdy kolejny dzień, każda czynność, każdy sezon pogłębia to pęknięcie, ale zarazem pokazuje coś jeszcze: że wiedza bez udziału w świecie staje się schronieniem, a praca bez języka staje się losem. Jedno i drugie jest w tej powieści prawdziwe. I jedno i drugie zostaje potraktowane z literacką powagą.
Najciekawsze jest jednak to, że nie mamy tu do czynienia z prostym oskarżeniem ani z tanią satyrą na męski egotyzm. Marek nie jest tylko figurą próżności czy wygodnictwa, choć niewątpliwie nosi w sobie jedno i drugie. Jest także człowiekiem przestraszonym własną śmiertelnością, własną niewystarczalnością, własnym ciałem, które z upływem czasu przestaje być przezroczystym narzędziem ducha, a staje się kruchym mechanizmem podległym awarii. Jego medyczne, czasem makabryczne wywody nie są jedynie popisem erudycji. Są próbą obrony. Próbą ujarzmienia lęku za pomocą języka. Próbą zamiany tajemnicy w termin, bólu w opis, końca w proces biologiczny. To bardzo trafne psychologicznie i właśnie dzięki temu postać Marka pozostaje ludzka, a nie karykaturalna.
Jolanta z kolei należy do tych bohaterek, które zapamiętuje się na długo nie dlatego, że dużo mówią, lecz dlatego, że wszystko wokół nich nabiera od nich kształtu. To postać zbudowana czynem. Jej tożsamość nie wyraża się w deklaracjach, ale w setkach drobnych decyzji, w uporze, w zdolności do podtrzymywania świata przy życiu. Sprząta, naprawia, dźwiga, szyje, sadzi, leczy, doi, prowadzi, gotuje, porządkuje, ratuje. Jej siła nie jest widowiskowa. Nie ma w niej nic z heroizmu na pokaz. To siła codzienna, niemal bezgłośna, a przez to bardziej przejmująca. W literaturze często podziwia się ludzi, którzy burzą porządek świata. Ta książka z wielką mądrością pokazuje, że równie wielki podziw należy się tym, którzy ten porządek codziennie, własnym ciałem i własnym czasem, podtrzymują.
Bardzo wysoko cenię także konstrukcję tej powieści. Zmieniające się pory roku nie są tutaj dekoracją. One organizują opowieść i niosą sens. Dom nie jest tłem, lecz organizmem. Ogród nie jest sielanką, lecz laboratorium trwania. Zwierzęta nie są tylko inwentarzem, lecz ciałami powierzonymi opiece. Każdy przedmiot, każda czynność, każda awaria zostaje wpisana w większy porządek życia i śmierci. Dzięki temu książka oddycha naturą, ale nie naturą pocztówkową. To natura, która rodzi, gnije, pęka, fermentuje, choruje, wraca. Natura bez upiększeń i właśnie dlatego prawdziwa.
Na uwagę zasługuje również język. Jest konkretny, gęsty od szczegółu, zmysłowy, a zarazem precyzyjny. Autor potrafi opisać pracę fizyczną tak, że czuje się ją w barkach, dłoniach i kolanach. Potrafi też wejść w medyczny detal bez maniery chłodnego podręcznika, zachowując narracyjną temperaturę. To rzadkie połączenie: literackość bez rozwodnienia konkretu oraz erudycja bez pychy. Czytelnik dostaje tekst, który można czytać jak powieść obyczajową, jak studium małżeństwa, jak opowieść o pracy, jak medytację nad kruchością ciała, a momentami nawet jak subtelny reportaż o niewidzialnej ekonomii codzienności.
To książka bardzo potrzebna również z innego powodu. W czasach, gdy tak wiele mówi się o produktywności, samorozwoju i spektakularnych przemianach, tutaj najważniejsze okazuje się coś znacznie skromniejszego i znacznie trudniejszego zarazem: codzienne utrzymywanie świata w całości. Gotowanie, mycie, karmienie, opatrywanie, transportowanie, porządkowanie, doglądanie. Te czynności nie mają blasku wielkich czynów, ale bez nich nie istnieje żaden dom, żadna wspólnota, żadna trwałość. Ta powieść oddaje im należną rangę i robi to bez patosu, za to z wielką uczciwością.
Czytając tę książkę, miałem poczucie obcowania z opowieścią, która zna życie od środka: zna zapach chłodnej piwnicy, ciężar mokrego prania, dźwięk wiadra stawianego na posadzce, lęk przed chorobą zwierzęcia w nocy, zmęczenie, które nie domaga się uznania, ale też nie daje się oszukać. Mało jest dziś prozy, która tak odważnie i tak dojrzale przygląda się relacji między troską a wyczerpaniem, między wiedzą a bezradnością, między miłością a obowiązkiem. Jeszcze mniej jest prozy, która umiałaby to wszystko osadzić w tak sugestywnym, organicznym świecie.
Dlatego sądzę, że to książka wyjątkowa. Mądra, przejmująca, doskonale skonstruowana. Czuła wobec pracy, bezlitosna wobec złudzeń, uważna na ciało, czas i materię. To opowieść, która zostaje w czytelniku nie tylko jako historia Jolanty i Marka, ale jako pytanie o to, kto naprawdę podtrzymuje nasze światy i jak często zapominamy na to spojrzeć. A kiedy już spojrzymy — czy umiemy jeszcze odwrócić wzrok?
Nie mam wątpliwości, że czytelnik trzyma w rękach książkę ważną. Taką, która nie tylko opowiada, ale i rozpoznaje. Taką, po której inaczej patrzy się na dom, na pracę, na ciało i na tych, którzy codziennie, bez fanfar, bez świadków, bez podziękowań, robią wszystko, żeby świat nie rozpadł się do rana.Rozdział 1
_„Odkurzanie” albo „O niewidocznym deszczu, który jest nami”_
Marcowe światło wpadało do salonu pod kątem tak niskim, że oświetlało każdą niedoskonałość — każdą rysę na parkiecie, każdy ślad palca na szafce pod telewizorem, każdy pyłek zawieszony w powietrzu jak mikroskopijny kosmonauta dryfujący w próżni. Jolanta stała w drzwiach z odkurzaczem w jednej ręce i plastikowym wiadrem pełnym ściereczek w drugiej, i patrzyła na ten snop światła, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie widziała go pierwszy raz. Widziała go co roku, w marcu, kiedy słońce wracało zza horyzontu na tyle wysoko, żeby przypomnieć mieszkańcom domu, ile kurzu nagromadziło się przez zimę. Co roku ten sam efekt. Co roku to samo zaskoczenie.
Dom był duży. Za duży, mówiła jej matka, kiedy z Markiem się tu wprowadzali dwadzieścia lat temu. Za duży na dwoje ludzi, za duży na jedną pensję nauczycielki i jedną pensję organisty, za duży na jedno życie. Ale Jolanta kochała ten dom od pierwszego wejrzenia — przestronny, z wysokimi sufitami, z drewnianym tarasem wychodzącym na ogród, z jabłoniami, które pamiętały czasy, gdy Bydgoszcz była jeszcze daleko, a wieś była wsią, nie przedmieściem. Teraz miasto podpełzło bliżej — nowe osiedla wyrastały jak grzyby po deszczu za lasem po wschodniej stronie — ale tutaj, w tym domu, czas nadal płynął inaczej. Wolniej. Gęściej. Ze smakiem kurzu i jabłek.
Zaczęła od sypialni na piętrze. Zawsze zaczynała od góry, bo kurz — jak jej tłumaczył Marek, który tłumaczył wszystko — spada w dół, więc logika nakazuje sprzątać od sufitu do podłogi, od piętra do parteru. Jolanta nie potrzebowała logiki Marka, żeby to wiedzieć. Wiedziała to od matki, a matka od swojej matki, a tamta od jeszcze swojej. Kobiety w jej rodzinie odkurzały od góry od pokoleń, zanim Marek przeczytał o tym w jakiejś książce i postanowił jej to zakomunikować tonem odkrywcy Ameryki.
Odkurzacz warczał znajomo, ciągnąc za sobą wężyk jak niechętne zwierzę na smyczy. Jolanta prowadziła ssawkę wzdłuż listew przypodłogowych, wciskając ją w szpary między meblami, wyciągając spod łóżka kłęby kurzu wielkie jak pięść. Pod łóżkiem zawsze było najgorzej. Marek twierdził, że to dlatego, iż podczas snu człowiek się obraca średnio trzydzieści razy na noc i każdy obrót strąca z pościeli i z ciała mikroskopijne drobiny, które spadają na podłogę i gromadzą się pod łóżkiem jak osad na dnie rzeki. Jolanta wolała nie myśleć o tym, co dokładnie gromadzi się pod ich łóżkiem. Wystarczyło, że co dwa tygodnie wyciągała to na światło dzienne i wsysała odkurzaczem w nicość.
Kiedy skończyła sypialnię i przeszła do pokoju gościnnego — który nie gościł nikogo od trzech lat, odkąd jej siostra pokłóciła się z Markiem o politykę przy wielkanocnym stole — usłyszała z dołu znajomy odgłos. Skrzypnięcie skóry. Marek siadał w swoim fotelu.
Ten fotel stał w salonie od piętnastu lat. Skórzany, ciemnobrązowy, z wysokim oparciem i szerokimi podłokietnikami, które Marek wycierał od czasu do czasu specjalnym balsamem do skóry, jedyny mebel w domu, o który dbał osobiście. Fotel stal przy oknie wychodzącym na ogród, ustawiony pod kątem, który Marek precyzyjnie wyliczył — tak, żeby światło padało na książkę, ale nie raziło w oczy, i żeby jednocześnie widzieć taras, jabłonie i kawałek drogi dojazdowej. Kontrola otoczenia, pomyślała kiedyś Jolanta. On nie siedzi w fotelu — on panuje nad terytorium.
Zeszła na parter z odkurzaczem, zwijając kabel na ramieniu jak kowboj lasso. Marek siedział już w fotelu w idealnej pozycji — noga założona na nogę, książka na kolanach, okulary do czytania zsunięte na czubek nosa. Na stoliku obok stała butelka białego wina. Jolanta zerknęła na etykietę — Riesling z tej małej winnicy pod Toruniem, którą odwiedzili trzy lata temu na wycieczce parafialnej.
— Otworzyłeś wino? — zapytała, ustawiając odkurzacz przy kanapie. — Jest wpół do jedenastej.
— Jest pierwszy dzień bez rękawiczek — odpowiedział Marek, nie podnosząc wzroku znad książki. — To wystarczający powód.
Jolanta westchnęła i poszła po wiadro ze środkami do czyszczenia srebra. Srebrna zastawa po babce Helenie leżała w kredensie zapakowana w flanelowe woreczki od września. Co roku przed Wielkanocą Jolanta ją wyciągała, czyściła, polerowała i nakrywała do świątecznego stołu. Dwanaście łyżek, dwanaście widelców, dwanaście noży, cukiernica, solniczka, pieprzniczka i wielka waza na żurek, którą babka Helena dostała w prezencie ślubnym w 1958 roku. Zastawa przetrwała dwa pożary, jedną powódź, trzy przeprowadzki i czterdzieści lat małżeństwa babki z dziadkiem Stanisławem, który pił wódkę i bił psa, ale nigdy nie tknął sreber, bo wiedział, że to jedyna rzecz, przy której babka Helena straciłaby cierpliwość.
Jolanta rozłożyła srebrne sztućce na stole w kuchni, nałożyła gumowe rękawice i zaczęła wcierać pastę do srebra w pierwszy widelec. Praca monotonna, medytacyjna — pasta, wcieranie, odczekanie, polerowanie flanelą. Widelec po widelcu, łyżka po łyżce. Kuchnia pachniała chemią i metalem.
— Wiesz, co czyścisz, Jolu?
Głos Marka dobiegał z salonu, niesiony przez otwarte drzwi między kuchnią a pokojem. Nie musiał krzyczeć — dom miał dobrą akustykę, jak mawiał z dumą, jakby sam ją zaprojektował.
— Srebra — odpowiedziała Jolanta, nie przerywając polerowania.
— Tak, ale wiesz, co właściwie czyścisz? Co to jest, ta czarna warstwa, którą zdejmujesz?
Jolanta znała odpowiedź. Znała ją od lat, bo Marek zadawał to pytanie co roku, i co roku sam na nie odpowiadał, nie czekając, aż ona to zrobi.
— Siarczek srebra — powiedziała, żeby go ubiec. — Ag₂S. Srebro reaguje z siarkowodorem w powietrzu i czernieje.
Cisza. Słyszała, jak Marek odkłada książkę na podłokietnik. To było złe. Kiedy odkładał książkę, znaczyło to, że ma dłuższy wywód.
— Dobrze, Jolanto. Bardzo dobrze. Ale skąd się bierze siarkowodór w powietrzu?
— Z jajek. Z gotowania jajek na twardo.
— Między innymi. Ale nie tylko z jajek, kochanie. Siarkowodór jest wszędzie. Wydziela go gnijąca materia organiczna. Bakterie beztlenowe rozkładają białka zawierające siarkę — cysteinę, metioninę — i produkują H₂S. Ten sam gaz, który czujesz, kiedy coś gnije. Ten sam gaz, który wydziela rozkładające się ciało ludzkie. — Pauza, w której Jolanta usłyszała ciche bulgotanie wina nalewanego do kieliszka. — Twoje srebra czernieją, bo powietrze w tym domu zawiera produkty rozkładu. Naszego rozkładu, Jolu.
Jolanta odłożyła widelec i sięgnęła po następny.
— Mhm — powiedziała.
— Mhm? Tylko mhm? Nie zastanawia cię, że siedzisz w kuchni i zdejmujesz ze sreber molekularny ślad naszego umierania?
— Zastanawia mnie, dlaczego co roku mi to mówisz, a co roku myślisz, że mówisz mi to pierwszy raz.
Marek zaśmiał się — szczerze, gardłowo, tym śmiechem, który kiedyś, dawno temu, sprawił, że Jolanta się w nim zakochała. Miał dwadzieścia pięć lat, grał na organach w katedrze bydgoskiej, a ona przyszła na wieczorny koncert z koleżanką ze studiów i usłyszała ten śmiech w zakrystii, zanim zobaczyła twarz. Śmiech, który mówił: wiem więcej niż ty, ale nie mam ci tego za złe.
— Masz rację, kochanie. Ale w tym roku mam nowy wątek.
Jolanta prychnęła cicho.
— Posłuchaj. Kupiłem na kiermaszu w Bydgoszczy podręcznik dermatologii. Wydanie z 1987 roku, jeszcze PRL-owskie, piękna rzecz. I wiesz, co przeczytałem?
— Powiesz mi niezależnie od tego, czy chcę wiedzieć.
— Kurz domowy. — Marek wyraźnie delektował się słowami, jak winem, które popijał. — Kurz domowy składa się w siedemdziesięciu do osiemdziesięciu procentach z martwego ludzkiego naskórka.
Jolanta przestała polerować. Nie dlatego, że nie wiedziała — wiedziała, oczywiście, że wiedziała, uczyła w końcu w szkole i czytała nie mniej niż Marek, choć on był o tym innego zdania. Przestała, bo coś w jego tonie było inne niż zwykle. Nie był to ton wykładowcy ani ton cynika. Był w nim cień fascynacji tak głębokiej, że graniczyła z czułością.
— Każdy człowiek traci dziennie około półtora grama skóry — mówił dalej, a Jolanta słyszała, jak wstaje z fotela i podchodzi do drzwi kuchni, opierając się o framugę. Nadal nie wchodził do kuchni — nigdy nie wchodził do kuchni, kiedy Jolanta pracowała, jakby kuchnia w czasie pracy była świątynią innego wyznania. — Półtora grama. Wydaje się niewiele, prawda? Ale policz. Pół kilograma rocznie. Dziesięć kilo w ciągu dwudziestu lat. Dwadzieścia lat mieszkamy w tym domu, Jolu. Dziesięć kilogramów mojej skóry i dziesięć kilogramów twojej jest w tych ścianach, w tych meblach, w tych szczelinach między deskami podłogi. — Pauza. — Odkurzasz nas, kochanie. Odkurzasz mnie z ciebie i ciebie ze mnie.
Jolanta podniosła wzrok i zobaczyła go w drzwiach — czterdziestopięcioletni mężczyzna w lnianej koszuli i wełnianych skarpetkach, z kieliszkiem wina w ręku, z oczami, w których błyszczało coś między rozbawieniem a smutkiem. Przerzedzone włosy, lekki zarost, ramiona wciąż szerokie, ale jakby opadłe, jakby trzymanie książki przez dwadzieścia lat zmęczyło je bardziej niż trzymanie siekiery.
— To poetyckie, Marku — powiedziała. — Ale ja muszę skończyć przed czwartą, bo mam stos wypracowań do sprawdzenia.
— Poczekaj. Jest jeszcze coś. — Wrócił do fotela, ale głos niósł się dalej, wyraźny i spokojny. — Roztocze. Dermatophagoides pteronyssinus. Piękna nazwa, prawda? Z greckiego: derma — skóra, phagein — jeść, pterón — skrzydło, nyssos — kłucie. Skórożercy o skrzydłach, które kłują. Choć tak naprawdę nie mają skrzydeł i nie kłują. Nazwa jest kłamstwem, jak większość nazw.
Jolanta wróciła do polerowania. Widelec numer cztery. Pasta, wcieranie, odczekanie.
— Te stworzenia — ciągnął Marek, i Jolanta słyszała, jak przewraca strony podręcznika — mierzą jedną trzecią milimetra. Nie zobaczysz ich gołym okiem, ale są wszędzie. W każdym dywanie, w każdej poduszce, w każdym materacu. Żywią się wyłącznie martwym ludzkim naskórkiem. My ich karmimy, Jolanto. Całe kolonie, miliony osobników, całe cywilizacje roztoczy żyją w naszym domu i jedzą naszą skórę. My jesteśmy ich polami uprawnymi.
— Rany boskie, Marek.
— Nie bluźnij, kochanie. Słuchaj dalej. Ich narządy gębowe — chelicery — są jak miniaturowe nożyczki. Kroją łuski naskórka na mniejsze kawałki i trawią je enzymami proteolitycznymi. Enzym DerP1, główny alergen roztoczy, to właśnie enzym trawienny. Ludzie, którzy są uczuleni na kurz, nie są uczuleni na kurz — są uczuleni na ślinę roztoczy, które jedzą ich skórę. Na resztki uczty. Na ślad bankietu, który odbywa się co noc w ich poduszce.
Jolanta odłożyła piąty widelec i wzięła szósty. Pasta miała kolor bladej lawendy i konsystencję gęstej śmietany. Wcierała ją okrężnymi ruchami, czując pod palcami — przez gumę rękawic — drobne wypukłości ornamentu. Babka Helena kupowała dobre rzeczy. Trwałe rzeczy. Rzeczy, które przeżyły ludzi.
— Wiesz, co jest najpiękniejsze? — Marek mówił teraz ciszej, jakby zwierzał się z sekretu. — Że roztocze nie piją. Nie mają narządów do picia. Wodę pobierają z powietrza — absorbują wilgoć ciałem. Dlatego nie żyją w suchym klimacie. Potrzebują wilgotności powyżej pięćdziesięciu procent. A wiesz, jaka jest średnia wilgotność w sypialni w nocy? Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent. Bo oddychamy, pocimy się, wydychamy parę wodną. Robimy im klimat. Jesteśmy ich atmosferą.
— Marku.
— Tak?
— Czy mógłbyś choć raz w życiu powiedzieć coś, po czym nie będę musiała myć podłogi z poczuciem, że ściera mnie to z powierzchni ziemi?
— Ależ ja ci mówię rzeczy fascynujące, moja droga.
— Ty mi mówisz o roztoczach, które jedzą moją skórę.
— Naszą skórę. Demokratycznie. Roztocze nie rozróżniają płci.
Jolanta odłożyła szósty widelec, wstała od stołu i weszła do salonu po odkurzacz, który zostawiła przy kanapie. Marek siedział w fotelu z kieliszkiem uniesionym lekko w górę, jakby wznosił toast do światła marcowego słońca. Podręcznik dermatologii leżał otwarty na kolanach — Jolanta zobaczyła czarno-białe zdjęcie czegoś, co wyglądało jak księżycowy krajobraz, ale było — domyślała się — zdjęciem mikroskopowym ludzkiej skóry.
— Widzisz te srebra? — powiedział, wskazując kieliszkiem w stronę kuchni. — Poleruj je, ile chcesz. Jutro pokryje je nowa warstwa. Składająca się częściowo z ciebie i częściowo ze mnie. Tego się nie da zatrzymać, Jolu. Dom oddycha nami.
Jolanta podniosła odkurzacz i włączyła go. Hałas wypełnił pokój, zagłuszając Marka, który poruszał ustami jeszcze przez chwilę, zanim zorientował się, że nikt go nie słyszy, i wrócił do czytania. Jolanta odkurzała kanapę — systematycznie, równymi ruchami, jak zawsze. Poduszka po poduszce, szczelina po szczelinie. Potem oparcie, potem boki. Potem dywan — długimi, równoległymi pasmami, żeby ślady odkurzacza tworzyły regularne pasy jak na trawniku. Lubiła ten moment — geometrię czystości, dowód wykonanej pracy, widoczny natychmiast i natychmiast satysfakcjonujący.
Kiedy wyłączyła odkurzacz, Marek mówił dalej, jakby przerwa nie istniała.
— …i dlatego Prus wiedział, o czym pisze. Wokulski to człowiek, który walczy z entropią — z rozpadem świata, z rozpadem uczuć, z rozpadem siebie. A entropia zawsze wygrywa. Nawet Wokulski w końcu stał się kurzem.
Jolanta wyprostowała się i popatrzyła na niego. Prusa właśnie przerabiała z dziewiątą klasą. Lalkę. Trzy tygodnie temu zaczęli, i do Wielkanocy mieli skończyć. Dzieci się nudziły, bo dzieci się zawsze nudzą przy Prusie — za dużo opisów, za mało akcji, za dużo myślenia i za mało robienia. Tylko Kacper, ten cichy, chudy chłopak z trzeciej ławki, czytał z zainteresowaniem, bo Kacper czytał wszystko z zainteresowaniem — jedyny uczeń, którego nie musiała prosić o lekturę.
— Nie mów mi o Prusie, Marku. Mam go po uszy pięć dni w tygodniu.
— To porozmawiajmy o Bachu.
— Nie.
— A o roztoczach?
— Jeszcze raz o roztoczach i wyrzucę ten podręcznik.
Marek zamknął książkę z teatralnym gestem i uniósł kieliszek.
— Za roztocze — powiedział. — Za ciche, niewidoczne stworzenia, które żyją z naszych resztek. I za ciebie, Jolu, która walczysz z nimi dzielnie i bezskutecznie od dwudziestu lat.
Jolanta nie odpowiedziała. Zabrała odkurzacz do kuchni i wróciła do sreber. Siódmy widelec. Ósmy. Dziewiąty. Monotonność ruchów uspokajała ją — był w tym rytm jak w odmawianiu różańca, choć Jolanta nie odmawiała różańca od lat i nie miała zamiaru zaczynać. Wystarczył jej rytm pracy. Praca była jej modlitwą, choć nigdy by tak tego nie nazwała i roześmiałaby się, gdyby ktoś jej to powiedział.
Marek nucił coś w salonie. Jolanta rozpoznała po kilku taktach — Toccata i fuga d-moll Bacha. Ćwiczył ją na niedzielną mszę. Nucił basową linię, tę ciemną, schodzącą w dół frazę, która brzmiała jak pytanie bez odpowiedzi. Jego palce poruszały się na podłokietniku fotela — szybko, precyzyjnie, z pamięcią mięśniową, którą zbudował przez dwadzieścia lat grania. To były jedyne momenty, kiedy jego ręce naprawdę pracowały — kiedy grał na skórzanym podłokietniku utwór, który jutro zagra na organach w kościele. Jolanta patrzyła na niego czasem z kuchni, przez otwarte drzwi, i widziała te palce — długie, suche, zaskakująco silne — i myślała, że te same ręce mogłyby trzymać odkurzacz, polerować srebra, wbijać gwoździe, dźwigać worki z nawozem. Mogłyby, ale nie trzymały, nie polerowały, nie wbijały, nie dźwigały. Grały Bacha na podłokietniku. To im wystarczało.
O drugiej Jolanta skończyła srebra. Dwanaście łyżek lśniło w rzędzie na kuchennym ręczniku jak instrumenty chirurgiczne przygotowane do operacji. Dwanaście widelców obok. Dwanaście noży. Cukiernica, solniczka, pieprzniczka i wielka waza, w której za tydzień będzie żurek — jeśli Jolanta zdąży ugotować zakwas, kupić kiełbasę, obrać jajka i zrobić wszystko inne, co trzeba zrobić, żeby Wielkanoc wyglądała jak Wielkanoc, a nie jak kolejny dzień w domu, który ciągle trzeba sprzątać.
Poszła na górę po stos zeszytów. Czterdzieści trzy wypracowania dziewiątej klasy na temat: „Czy Wokulski jest idealistą, czy szaleńcem? Uzasadnij swoje stanowisko.” Zaniosła je do kuchni, zrobiła sobie herbatę — mocną, bez cukru, w kubku z napisem „Najlepsza nauczycielka świata”, który dostała od klasy trzy lata temu i który miał już odpryskaną literę „N” — i usiadła przy stole, z którego przed chwilą zabrała srebra.
Pierwsze wypracowanie. Bartek Kowalczyk. Pismo jak kura pazurem, trzy błędy ortograficzne w pierwszym zdaniu, teza brzmiała: „Wokulski jest szalony, bo zakochał się w głupiej kobiecie.” Jolanta westchnęła i sięgnęła po czerwony długopis.
— Co piszą? — zapytał Marek z salonu.
— Że Wokulski jest szalony.
— Mają rację.
— Nie mają racji, Marku. Wokulski nie jest szalony. Jest obsesyjny. To różnica.
— Obsesja to szaleństwo w krawacie, moja droga.
Jolanta zignorowała go i przeszła do drugiego wypracowania. Kasia Nowak. Pismo staranne, zero błędów, teza: „Wokulski jest idealistą, ponieważ wierzy w miłość pomimo wszelkich dowodów, że miłość nie istnieje.” Jolanta zatrzymała się. Trzynastolatka, która pisze, że miłość nie istnieje. Pięknie skonstruowane zdanie, logiczny wywód, _references_ do tekstu — ale pod spodem pustka tak gładka i twarda jak kafelek. Skąd trzynastolatka wie, że miłość nie istnieje? Czy wie, czy powtarza? I czyje słowa powtarza?
Trzecie wypracowanie. Kacper Zieliński. Jolanta wzięła zeszyt i poczuła — jak zawsze przy Kacprze — lekkie napięcie. Nie dlatego, że bała się błędów. Przeciwnie. Kacper nie popełniał błędów, a jeśli popełniał, to takie, które były ciekawsze niż poprawne odpowiedzi innych dzieci. Kacper pisał inaczej. Pisał, jakby wkładał ręce w ziemię i wyciągał z niej zdania — brudne, mokre, żywe.
Zaczęła czytać. Kacper nie pisał o Wokulskim. Pisał o swoim dziadku.
„Mój dziadek umarł w styczniu. Leżał w łóżku trzy tygodnie i nie mówił, bo miał rurki w gardle. Mama mówiła, że on nas słyszy, ale ja nie wiem. Myślę, że Wokulski jest jak mój dziadek — chciał coś powiedzieć, ale nie umiał, bo świat mu włożył rurki w gardło. Nie rurki z plastiku, tylko rurki z pieniędzy, z konwenansów, z tego, co wypada i co nie wypada. I dlatego Wokulski nie jest ani idealista, ani szaleniec. On jest po prostu człowiek, który nie umie powiedzieć, co czuje, i od tego umiera.”
Jolanta odłożyła zeszyt. Przez chwilę siedziała nieruchomo, z długopisem w ręku, i patrzyła na tekst Kacpra. Chciała mu wstawić szóstkę. Chciała mu wstawić szóstkę i powiedzieć: tak, dokładnie tak, właśnie o tym jest ta książka, właśnie o tym jest wszystko — o ludziach, którzy nie umieją powiedzieć, co czują, i od tego umierają. Ale wstawiła piątkę, bo szóstka wymagałaby uzasadnienia przed dyrekcją, a dyrekcja kazałaby Kacprowi pisać o lekturze, nie o dziadku.
Pomyślała, że pokaże wypracowanie Markowi. Potem pomyślała, że nie pokaże, bo Marek skomentowałby styl, nie treść. Powiedziałby coś o nadmiarze zdań podrzędnych albo o banalizacji śmierci w literaturze dziecięcej, albo o tym, że rurki w gardle to intubacja dotchawicza i że dziadek Kacpra prawdopodobnie miał rurę intubacyjną podłączoną do respiratora, a nie „rurki”, bo „rurki” sugerują mnogość, a intubuje się jedną rurą. I Jolanta musiałaby tego słuchać, i musiałaby bronić Kacpra, i musiałaby tłumaczyć, że trzynastolatek ma prawo pisać „rurki”, bo widział rurki, nie rurę intubacyjną, i że literatura nie jest podręcznikiem anatomii.
Nie pokazała.
Sprawdzała wypracowania do czwartej, z przerwą na rozwieszenie prania, które kręciło się w pralce od rana. Mokre ręczniki, poszewki, koszule Marka — wyciągnęła je, wrzuciła do kosza, zaniosła na podwórze i rozwiesiła na sznurach między jabłoniami. Marzec był za chłodny na suszenie na zewnątrz, ale Jolanta nie miała suszarki bębnowej, a kaloryferowe suszenie zostawiało w domu wilgoć, która — jak mówił Marek — sprzyjała rozwojowi pleśni i grzybów. „Aspergillus fumigatus, Jolu. Grzyb, który potrafi rosnąć w temperaturze ludzkiego ciała — jedyny grzyb, który czuje się w twoich płucach jak w domu.” Więc wieszała pranie na zewnątrz nawet w marcu, nawet kiedy marzło, nawet kiedy wiatr zrywał koszule z klamerek i trzeba było po nie biegać po ogrodzie jak za uciekającymi duchami.
Wróciła do wypracowań. Marek zasnął w fotelu — kieliszek przechylony niebezpiecznie, książka zsunięta na brzuch, usta lekko otwarte. Chrapał cicho, miarowo, tym cichym chrapaniem, które kiedyś ją irytowało, a teraz stało się częścią tła dźwiękowego domu, jak tykanie zegara czy skrzypienie podłogi na piętrze, kiedy wiał wiatr. Jolanta wstała, zabrała mu kieliszek z ręki — delikatnie, żeby nie obudzić — i postawiła na stoliku. Poprawiła mu okulary, które zsunęły się z nosa i wisiały na jednym uchu.
Przez chwilę stała nad nim i patrzyła. Twarz Marka we śnie wyglądała inaczej niż na jawie — łagodniej, młodziej, jakby cynizm odchodził razem z przytomnością i zostawiał pod spodem twarz chłopaka, który dwadzieścia lat temu śmiał się w zakrystii katedry bydgoskiej. Zmarszczki wokół oczu wygładzały się, usta zamykały się w wyraz, który na jawie nigdy nie gościł na jego twarzy — coś między spokojem a zagubieniem. Wyglądał jak ktoś, kto nie wie, gdzie jest, i nie ma mu to za złe.
Jolanta wróciła do kuchni. Trzydzieste siódme wypracowanie. „Wokulski jest idiotą, bo mógł mieć wszystko, a wybrał kobietę, która go nie chciała.” Piątka z minusem. Pismo czytelne, argumentacja logiczna, ortografia poprawna, empatia — zerowa.
O szóstej Marek się obudził. Jolanta słyszała, jak przeciąga się w fotelu — skrzypienie skóry, trzask stawów, westchnienie. Potem kroki do kuchni. Stanął w drzwiach.
— Jolu?
— Tak?
— Nie skończyłem ci powiedzieć o roztoczach.
— O Boże.
— Posłuchaj. Ostatnia rzecz, obiecuję. — Nalał sobie resztkę wina z butelki i oparł się o framugę. — Roztocze żyją od dwóch do czterech miesięcy. Samice składają od sześćdziesięciu do stu jaj w ciągu życia. Każde jajko wykluwa się po sześciu dniach. Przez te dwa miesiące jedzą, rozmnażają się i umierają. Nie mają oczu. Nie mają płuc — oddychają całą powierzchnią ciała. Nie mają serca — hemolimfa przepływa swobodnie.
Jolanta poprawiała błąd ortograficzny w trzydziestym ósmym wypracowaniu i nie podniosła głowy.
— I wiesz, co z tego wynika? — powiedział Marek cicho. — Że istnieją miliardy stworzeń, które żyją w naszym domu, jedzą naszą skórę, rozmnażają się w naszych poduszkach i umierają bez jednego momentu świadomości. Bez bólu. Bez pytania, po co to wszystko. Bez odkurzacza.
Jolanta odłożyła długopis. Popatrzyła na Marka. Stał w drzwiach kuchni — wysoki, szczupły, z kieliszkiem wina w ręku, z oczami, które w wieczornym świetle wydawały się ciemniejsze niż były. Wyglądał jak człowiek, który bardzo chce być mądry, ale nie wie, na co mu ta mądrość.
— Marku — powiedziała spokojnie. — Zrobiłbyś mi herbatę?
Patrzył na nią przez sekundę, jakby przeliczał w głowie prawdopodobieństwo, że to pytanie jest poważne. Potem postawił kieliszek na blacie, włączył czajnik i sięgnął po kubek z odpryskaną literą „N”. Jolanta patrzyła, jak wkłada torebkę herbaty, jak czeka na wodę, jak zalewa. Robił to niesprawnie — jak ktoś, kto robi to rzadko i za każdym razem od nowa. Postawił kubek przed nią.
— Proszę.
— Dziękuję.
Wrócił do salonu. Jolanta słyszała, jak siada w fotelu. Skrzypienie skóry. Szelest stron.
Piła herbatę i sprawdzała ostatnie wypracowania. Za oknem kuchni ciemniało — marcowy wieczór, szybki i bezlitosny, zjadał resztki światła jak roztocze zjadają resztki skóry. Na sznurach w ogrodzie kołysały się koszule Marka — białe duchy w granatowym mroku, machające pustymi rękawami do nikogo.
O dziewiątej Jolanta zamknęła ostatni zeszyt. Czterdzieści trzy wypracowania, czterdzieści trzy opinie o Wokulskim, czterdzieści trzy próby zrozumienia człowieka, który żył sto pięćdziesiąt lat temu i który — Jolanta była tego pewna — byłby równie nieszczęśliwy dzisiaj, jak był wtedy. Tylko rurki byłyby inne.
Poszła na górę, do łazienki, umyła zęby, przebrała się w piżamę. Marek nadal czytał w fotelu — zostanie tam do jedenastej, dwunastej, czasem do pierwszej w nocy. Jolanta dawno przestała na niego czekać. Kładła się sama, zasypiała sama i budziła się rano, kiedy Marek jeszcze spał, bo Marek budził się późno, a ona musiała wstać o szóstej, żeby zdążyć do szkoły na ósmą.
Leżała w ciemnej sypialni, w czystej pościeli, na odkurzonym materacu, i patrzyła w sufit. Sufit był biały, gładki, pomalowany przez nią rok temu farbą akrylową. Jolanta wiedziała, że pod tą farbą jest warstwa starszej farby, a pod nią jeszcze starsza, a pod nią tynk, a pod tynkiem belki stropowe z drewna sosnowego, które trzymały ten dom od sześćdziesięciu lat. Warstwy. Wszystko ma warstwy.
Pomyślała o roztoczach. O miliardach stworzeń, które teraz — w tej chwili — żyły w jej poduszce, w jej materacu, w szczelinie między łóżkiem a ścianą. Jadły jej skórę. Oddychały całą powierzchnią ciała. Nie miały oczu, nie miały serc, nie miały świadomości. Żyły dwa miesiące i umierały bez jednego pytania.
Odwróciła się na bok. Podniosła rękę i w ciemności popatrzyła na swoje przedramię. Nie widziała skóry — było za ciemno — ale czuła ją. Ciepłą, suchą, żywą. Gdzieś na jej powierzchni, w tej chwili, łuszczył się naskórek. Spadał na pościel jak niewidoczny deszcz. Stawał się kurzem. Stawał się pokarmem.
Z dołu dobiegło ciche nucenie. Marek ćwiczył Toccatę na jutrzejszą mszę. Basowa linia, ciemna, schodząca w dół.
Jolanta zamknęła oczy.
Jutro znów odkurzy.Rozdział 5
_„Pranie” albo „O drugiej skórze i jej zdejmowaniu”_
Pralka pracowała od szóstej rano. Jolanta słyszała ją przez sen — ten znajomy, kołyszący rytm wirowania bębna, który wchodził w podświadomość jak bicie serca drugiego człowieka leżącego obok, z tą różnicą, że pralka była bardziej niezawodna niż drugi człowiek i nigdy nie chrapała. Obudziła się o szóstej trzydzieści, na dziesięć minut przed budzikiem, bo ciało Jolanty miało własny zegar, ustawiony przez dwadzieścia lat wstawania o tej samej porze, i żaden długi weekend, żadne wolne, żaden maj nie mógł tego zegara przestawić. Ciało pamiętało. Ciało zawsze pamiętało.
Był piątek, początek długiego weekendu majowego. Szkoła zamknięta do wtorku. Trzy dni wolnego, które Jolanta planowała od dwóch tygodni z precyzją generała planującego kampanię — pranie w piątek, suszenie w piątek i sobotę, prasowanie w sobotę po południu i niedzielę rano. Plan był szczelny, bez luk, bez przestojów, bo pranie w tym domu nie było jednym ładunkiem — było pięcioma. Białe osobno. Kolorowe jasne osobno. Kolorowe ciemne osobno. Delikatne — wełna, jedwab, te dwie bluzki Jolanty, które kupowała na promocjach w Reserved i które po trzech praniach w złym programie traciły kształt jak ludzie po trzech dekadach złego małżeństwa. I piąty ładunek — pościel. Pościel z sypialni, z pokoju gościnnego, z kanapy w salonie, na której Marek czasem zasypiał z książką na piersi i z której rano wstawał z odciskiem okładki na policzku, jakby książka go pocałowała w nocy.
Pierwsza partia — białe — kręciła się w bębnie od szóstej. Jolanta wrzuciła ją wczoraj wieczorem i ustawiła timer na start opóźniony, bo prąd w nocy był tańszy — dwadzieścia trzy grosze za kilowatogodzinę zamiast sześćdziesięciu ośmiu w szczycie. Marek śmiał się z tego, że Jolanta liczy grosze na prądzie, a potem kupuje wino za czterdzieści złotych butelkę, ale Jolanta nie widziała w tym sprzeczności. Wino było przyjemnością Marka. Tańszy prąd był racjonalnością Jolanty. Każde miało swoje terytorium i żadne nie wchodziło na drugie.
O siódmej pralka zagrała melodyjkę końca programu — trzy nuty, wesołe, optymistyczne, jakby pralka mówiła: dobra robota, świat jest czysty. Jolanta otworzyła bęben i wyciągnęła mokre pranie. Koszule Marka — cztery białe, jedna kremowa, która kiedyś była biała, ale po trzech latach prania przeszła na emeryturę kolorystyczną i teraz miała odcień, który Marek nazywał ecru, a Jolanta brudnym białym. Prześcieradła. Ręczniki. Jej własne bluzki — dwie białe, bez wzorów, bez ozdobników, bo Jolanta nosiła ubrania jak narzędzia, nie jak dekoracje.
Wrzuciła mokre białe do plastikowego kosza na pranie — niebieskiego, owalnego, kupionego w Ikei dziesięć lat temu — i zaniosła na podwórze. Dzień był piękny w ten bezczelny sposób, w jaki potrafią być piękne tylko majowe poranki w Polsce — niebo tak niebieskie, że wyglądało jak namalowane przez dziecko, które miało tylko jedną kredkę i użyło jej na maksa. Powietrze pachniało skoszoną trawą od sąsiada, kwitnącymi jabłoniami, ciepłą ziemią. Sznury do suszenia rozciągnięte były między dwoma jabłoniami — starymi, wysokimi, z konarami rozłożystymi jak ramiona babki zapraszającej do objęcia. Jolanta wieszała pranie na tych sznurach od dwudziestu lat. Sznury były wymieniane co trzy lata — plastikowe, zielone, kupowane na metry w sklepie ogrodniczym — ale jabłonie były te same, te same od sześćdziesięciu lat, te same, które pamiętały poprzednich właścicieli, poprzednie prania, poprzednie ręce wieszające mokre koszule w wietrze.
Klamerki. Jolanta miała dwa rodzaje — drewniane i plastikowe. Drewniane wolała, bo nie zostawiały śladów na tkaninie i bo ładniej wyglądały — naturalne, ciepłe, zwietrzałe od słońca i deszczu. Plastikowe były praktyczniejsze — mocniejsze, pewniejsze, nie pękały na mrozie. Jolanta używała obu, naprzemiennie, bez systemu, sięgając do woreczka z klamerkami jak do worka z losami na loterii i wyciągając to, co wypadło. Dziś wypadły drewniane. Dobrze.
Pierwsza koszula Marka — biała, bawełniana, z kołnierzykiem, który Jolanta musiała ręcznie namaczać przed praniem w roztworze sody, bo kołnierzyk Marka zbierał brud z szyi jak rynna zbiera deszcz. Rozwiesiła ją na sznurze, rozłożyła rękawy, wygładziła przód. Koszula zakołysała się w wietrze — biała, pusta, z rękawami rozłożonymi na boki jak w geście poddania. Duch Marka, pomyślała Jolanta. Biały duch na sznurze, machający do nikogo.
Druga koszula. Trzecia. Czwarta. Kremowa — ta odeszła na emeryturę kolorystyczną. Prześcieradło — duże, podwójne, ciężkie od wody, wymagające dwóch klamerek na każdym rogu i jednej na środku, żeby nie zwisało do ziemi. Ręczniki — cztery, białe, gruby frotte, który po praniu był twardy jak tektura i dopiero po wyschnięciu na wietrze stawał się miękki, jakby powietrze robiło z nim to, czego nie mogła zrobić pralka.
O ósmej Jolanta wrzuciła drugi ładunek — kolorowe jasne. O dziewiątej trzeci — kolorowe ciemne. O dziesiątej — delikatne. Pralka pracowała bez przerwy, bęben się kręcił, woda szumiała w rurach, a Jolanta chodziła między łazienką a ogrodem jak wahadło zegara — z kosza do sznura, od sznura do kosza, z kosza do pralki. Rytm. Wszystko w tym domu miało rytm — pranie, gotowanie, sprzątanie, wstawanie, zasypianie. Rytm był szkieletem dnia, jak metrum było szkieletem wiersza. Bez rytmu dzień rozpadał się na kawałki.
Marek pojawił się o dziesiątej trzydzieści. Jolanta usłyszała go, zanim go zobaczyła — skrzypienie fotela, szelest szlafroka, plusk wody nalewanej do czajnika. Potem jego kroki — wolne, leniwe, w miękkich kapciach, które Jolanta kupiła mu dwa lata temu i które miały podeszwę tak cienką, że Marek właściwie chodził boso, tylko z cienką warstwą filcu między sobą a światem. Stanął w drzwiach kuchennych i patrzył na ogród.
Ogród wyglądał jak instalacja artystyczna. Między jabłoniami, na pięciu sznurach, wisiały dziesiątki sztuk prania — białe koszule, kolorowe bluzki, ciemne spodnie, jasne sukienki, ręczniki, prześcieradła, skarpetki w parach spięte klamerkami jak syjamskie bliźnięta, bielizna — jego i jej, intymna i zwyczajna jednocześnie, wystawiona na słońce i wiatr jak flagi kapitulacji. Marek patrzył na to z wyrazem twarzy, który Jolanta znała — mieszanina estetycznego niezadowolenia i intelektualnej ciekawości.
— Pięknie — powiedział. — Jak wystawa w muzeum etnograficznym.
— Nie pięknie — odpowiedziała Jolanta, wyciągając kolejny kosz mokrych rzeczy z łazienki. — Praktycznie.
— Praktycznie i pięknie się nie wykluczają, kochanie. Bauhaus zbudował na tym całą filozofię.
— Bauhaus nie prał twoich koszul, Marku.
Marek zaśmiał się i poszedł do salonu. Po chwili Jolanta usłyszała skrzypnięcie skóry — siadał w fotelu. Potem plusk — nalewał herbatę, bo dzisiaj wyjątkowo nie wino, bo „organizm po Wielkanocy potrzebuje detoksu, choć wątroba, Jolu, jak wiesz, regeneruje się sama, jedyny ludzki organ, który to potrafi, co jest fascynujące, bo oznacza, że ewolucja przewidziała, że będziemy pić”. Potem szelest — otwierał książkę.
Jolanta wieszała czwarty ładunek — delikatne. Wełniany sweter Marka, który prała w programie na trzydzieści stopni, w woreczku ochronnym, z płynem do wełny zamiast proszku. Sweter był szary, kaszmirowy, kupiony za pieniądze, które Marek dostał za granie na ślubie córki burmistrza trzy lata temu. Jedyny luksusowy ubraniowy przedmiot w jego szafie. Resztę — koszule, spodnie, marynarki — kupowała Jolanta, bo Marek twierdził, że kupowanie ubrań jest stratą czasu, która mogłaby być poświęcona czytaniu, i że Einstein nosił ten sam krój garnituru przez dwadzieścia lat, i że geniusz nie potrzebuje garderoby. Jolanta odpowiadała, że Marek nie jest Einsteinem, że Einstein prawdopodobnie miał kogoś, kto kupował mu te identyczne garnitury, i że ten ktoś prawdopodobnie był kobietą.
— Jolu — głos z salonu, niesiony przez majowe powietrze między drzwiami kuchennymi a sznurami. — Czytam coś interesującego.
— O historii prania?
— O historii mody. Skąd wiedziałaś?
— Intuicja, kochanie. Po dwudziestu latach intuicja. Kiedy myję okna, czytasz o szkle. Kiedy piorę, czytasz o modzie. Jesteś przewidywalny jak pory roku.
— Pory roku nie są przewidywalne. Klimat się zmienia. Za pięćdziesiąt lat w Bydgoszczy będą uprawiać oliwki.
— Ale ty nadal będziesz czytać w fotelu.
Cisza. Potem śmiech — krótki, niechętny, z nutą uznania. Jolanta uśmiechnęła się do mokrego swetra, który rozwieszała na sznurze w cieniu jabłoni, bo wełna kaszmirowa nie może schnąć na słońcu, bo słońce ją niszczy, bo kaszmirowe kozy z Mongolii nie ewoluowały po to, żeby ich sierść wisiała na sznurze pod Bydgoszczą w maju.
Skończyła wieszanie. Pięć ładunków prania wisiało między jabłoniami — czterysta metrów kwadratowych tkaniny, mniej więcej, jak policzyła kiedyś, kiedy nie mogła zasnąć i liczyła zamiast owiec metry kwadratowe prania, bo owce były abstrakcyjne, a pranie było realne. Czterysta metrów kwadratowych drugiej skóry — jej i Marka — wystawionej na wiatr, na słońce, na oczy sąsiadów, na ptaki, które czasem siadały na sznurze i brudziły prześcieradło odchodami, co wymagało ponownego prania, co wymagało ponownego suszenia, co wymagało ponownej cierpliwości, której Jolanta miała zapas jak Marek miał zapas słów — pozornie nieskończony, ale w rzeczywistości odmierzony, policzalny, kończący się pewnego dnia bez ostrzeżenia.
Wróciła do domu. Marek siedział w fotelu, herbata na stoliku, książka na kolanach. Jolanta poszła do kuchni, zjadła kanapkę — chleb, masło, ser żółty, pomidor — stojąc przy blacie, bo nie miała czasu siadać. Po kanapce wyciągnęła deskę do prasowania.
Deska do prasowania była stara — stalowa, z pokrowcem w niebieskie kwiaty, które z czasem wyblakły do odcienia szaroniebieskiego, jakby kwiaty przeżyły suszę. Jolanta rozstawiła ją w salonie, bo salon miał najlepsze światło i najwięcej miejsca, i bo prasowanie w kuchni oznaczało parę na szafkach i wilgoć na jedzeniu, a prasowanie w sypialni oznaczało zapach gorącej tkaniny w pościeli przez trzy dni. Salon. Zawsze salon. Deska stała dwa metry od fotela Marka, jak stolik operacyjny obok łóżka pacjenta.
Żelazko — Philips, parowe, z ceramiczną stopą, kupione cztery lata temu w promocji w Media Markt za sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych zamiast dwustu dziewięćdziesięciu dziewięciu, co Jolanta pamiętała z dokładnością do grosza, bo sto złotych różnicy to był tydzień zakupów spożywczych, a tydzień zakupów spożywczych to było siedem obiadów, siedem kolacji, siedem śniadań, dwieście dziesięć posiłków na dwie osoby, jeśli liczyć przekąski, a Jolanta liczyła przekąski, bo Marek przekąszał nieustannie — ser z lodówki, jabłko z miski, orzeszki z puszki, czekoladę z ukrytej szufladki w biurku, o której myślał, że Jolanta nie wie, ale Jolanta wiedziała, bo Jolanta wiedziała o tym domu wszystko, łącznie z miejscami, w których Marek chował czekoladę i łącznie z ilością czekolady, która z tych miejsc znikała, i nigdy o tym nie mówiła, bo mówienie o ukrytej czekoladzie byłoby naruszeniem jedynego sekretu, jaki Marek miał przed nią, i każdy człowiek zasługuje na jeden sekret.
Żelazko nagrzewało się. Dioda migała — czerwona, potem zielona. Gotowe. Jolanta wzięła pierwszą koszulę z tego, co już wyschło rano na sznurze — koszulę Marka, białą, bawełnianą, z kołnierzykiem. Rozłożyła ją na desce. Kołnierzyk najpierw — od środka, potem od zewnątrz, żelazko ślizga się po tkaninie z sykiem pary, bawełna prostuje się pod gorącem jak skóra pod dotykiem, każda zmarszczka znika, każde zagięcie się poddaje.
— Jolu — powiedział Marek znad książki. — Wiesz, co robisz?
— Prasuję twoją koszulę, Marku. To dość oczywiste.
— Nie, nie. Wiesz, co robisz naprawdę? Na poziomie molekularnym?
— Naprawdę nie chcę wiedzieć, co robię na poziomie molekularnym.
— Rozrywasz wiązania wodorowe. Bawełna to celuloza — łańcuchy cząsteczek glukozy. Kiedy mokra tkanina schnie, łańcuchy wiążą się ze sobą w przypadkowych pozycjach — to są zmarszczki. Żelazko podgrzewa tkaninę, woda z pary rozluźnia wiązania, a ciężar i ciepło żelazka układają łańcuchy równolegle. Prasujesz, Jolanto, czyli porządkujesz chaotyczne cząsteczki w uporządkowane struktury. Zmniejszasz entropię. Lokalnie. Tymczasowo. — Upił herbaty. — Bo po kilku godzinach noszenia koszula znów się pomnie. Entropia zawsze wygrywa.
— Entropia nie wygrywa, kochanie. Ja wygrywam. Bo ja znów prasują.
Marek pokiwał głową z miną człowieka, który docenia argument, ale nie zamierza się z nim zgodzić.
— Piękne. Walka z entropią. Jak Syzyf z kamieniem. Prasujesz koszulę, koszula się gniecie, prasujesz znów. Ale kamień Syzyfa przynajmniej nie brudzi się potem.
Jolanta prasowała dalej. Mankiety — najpierw wewnętrzna strona, potem zewnętrzna, guzik obchodzony żelazkiem jak samochód objeżdżający wysepkę na rondzie. Przód — lewy panel, potem prawy, każdy guzik to przeszkoda, którą trzeba ominąć, każda kieszonka to zakątek, do którego żelazko musi dotrzeć, bo nieprasowana kieszonka jest jak nieposprzątany kąt — nikt jej nie widzi, ale Jolanta wie.
— Chcesz wiedzieć, czym jest ubranie? — zapytał Marek tonem, który sugerował, że odpowiedź jest retoryczna.
— Ubranie jest ubraniem, Marku.
— Ubranie jest drugą skórą. To nie jest metafora. To jest fakt antropologiczny. Pierwsza skóra — biologiczna, ta, którą masz od urodzenia. Druga skóra — ubranie. Trzecia skóra — dom. Tak twierdził Hundertwasser, austriacki architekt, który malował budynki w kolorach i chodził boso po trawie, bo uważał, że linie proste są narzędziem diabła.
— Mądry człowiek.
— Szalony, ale mądry. I miał rację. Ubranie jest skórą, kochanie. Chroni cię przed zimnem, przed gorącem, przed deszczem, przed wzrokiem innych ludzi. Skóra biologiczna robi to samo — chroni przed patogenami, przed promieniowaniem UV, przed utratą wody. Obie skóry się zużywają — biologiczna się łuszczy, ubraniowa się wyciera. Obie trzeba pielęgnować — biologiczną kremem, ubraniową praniem. — Pauza. — Ale jest jedna różnica.
— Jaka?
— Ubranie można zdjąć. Skóry nie.
Jolanta odwiesiła wyprasowaną koszulę na wieszak. Biała, gładka, idealna. Kołnierzyk sztywny jak postawa wartownika, mankiety równe jak krawędź stołu, przód bez jednej zmarszczki. Koszula wyglądała lepiej niż Marek, kiedy ją nosił — Marek miał nawyk ciągnięcia za kołnierzyk, rozpinania górnego guzika, podwijania mankietów, jakby koszula go dusiła, jakby ta druga skóra była za ciasna, za uprzejma, za czysta.
Wzięła drugą koszulę. Białą. Identyczną. Marek kupował — to znaczy Jolanta kupowała mu — te same koszule od lat. Białe, bawełniane, prosty krój, kołnierzyk klasyczny. Cztery sztuki rocznie, bo po roku białe koszule stawały się kremowymi, a kremowe stawały się ścierkami do podłogi, a ścierki do podłogi stawały się szmatami w garażu, a szmaty w garażu stawały się częścią czarnego worka na śmieci zmieszane. Cykl życia koszuli. Degradacja, jak mówił Marek o recyklingu. Z każdym wcieleniem gorsza.
— Wiesz, Jolu — Marek odłożył książkę i pochylił się do przodu w fotelu, łokcie na kolanach, dłonie splecione — co się dzieje z ubraniem, kiedy je nosisz? Na poziomie fizjologicznym?
— Brudzi się.
— Ale czym się brudzi? Co wchłania tkanina noszona na ciele przez dzień?
— Pot, Marku. Pot. Wszyscy się pocimy, nawet ty, choć udajesz, że nie.
— Pot. Tak. Pięćset do siedmiuset mililitrów dziennie — w spoczynku, bo przy wysiłku fizycznym do dwóch litrów na godzinę. Pot jest w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach wodą, ale ten jeden procent jest fascynujący. Chlorek sodu — sól. Mocznik — ten sam, który wydalasz z moczem. Kwas mlekowy. Kwas moczowy. Aminokwasy. I feromony, Jolanto. Feromony — substancje chemiczne, które komunikują informacje innym osobnikom tego samego gatunku. Twoja koszula, po dniu noszenia, jest listem chemicznym, który mówi o tobie wszystko — ile się stresowałaś, co jadłaś, czy byłaś zdrowa, czy byłaś chora, czy byłaś podniecona.
— Marku.
— To nauka, kochanie. Kryminalistyka wykorzystuje to od lat. Psy policyjne tropią ludzi po zapachu — po śladzie molekularnym, który zostawiamy na ubraniach, na meblach, na podłodze. Gdyby technika była wystarczająco czuła, z jednej twojej skarpetki można by odtworzyć cały twój dzień — gdzie byłaś, ile chodziłaś, jaką temperaturę miały twoje stopy, ile się stresowałaś, ile kalorii spaliłaś.
— To jest trochę przerażające.