-
nowość
-
promocja
Dom na Groblach. Pogrążeni w ciemnościach - ebook
Dom na Groblach. Pogrążeni w ciemnościach - ebook
Rok 1888. Biron wyjeżdża do Anglii z konieczności. Zmagając się z traumą, oddala się od bliskich. Tymczasem Londynem wstrząsa brutalne morderstwo. Zabójca igra sobie ze stróżami prawa. Iwo zgłasza się do pracy w londyńskiej policji i wykorzystuje swoje doświadczenie.
Na jego drodze pojawiają się dwie kobiety, które, podobnie jak Wanda, przełamują ustalone stereotypy.
Czy Iwo otrząśnie się z traumy? Czy wróci do niego miłość? Czy znów będzie szczęśliwy?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8293-378-9 |
| Rozmiar pliku: | 590 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Londyn, listopad 1888 roku
Ocknął się już jakiś czas temu, ale oczy wciąż miał zamknięte. Jego oddech był równy, a przynajmniej takim starał się go zachować, tak samo jak ciało, które pozostawało w jednej pozycji, chociaż to ostatnie zadanie wymagało od niego silnej woli. Obudził go ostry ból w ramieniu. Miał nieodpartą ochotę unieść rękę i sprawdzić, co może być powodem tak wielkiego dyskomfortu, ale wciąż się wzdrygał. Nadal nie chciał zdradzić, że jest świadomy.
Skoncentrował się na otoczeniu. Na dobiegających odgłosach, rozmowach, słownych przepychankach, krzykach i dochodzących gdzieś z boku jękach, które wprowadzały Iwona Birona nie tylko w konsternację, ale były powodem dodatkowego dyskomfortu, szczególnie że pojawiła się świadomość czyjejś obecności tuż przy jego łóżku. Co gorsza, osoba, która tam siedziała, położyła dłoń na jego ręce.
Cały się spiął. Czekał.
– Doktorze, proszę nas nie oszczędzać. Wprawdzie mam swoje lata, ale jestem dość odporna, więc proszę powiedzieć prawdę, bo nawet ta najgorsza jest lepsza od pięknego kłamstwa. Taką zasadę wyniosłam z domu, zresztą podobnie jak mój brat, dlatego szczycę się prawdomównością. Wiele ludzi tego nie pochwala, ale nie potrafię i nie oczekuję od innych, aby owijano w bawełnę. To zazwyczaj służy tylko osobom, które się wypowiadają, a nie tym, do których owa wypowiedź jest kierowana.
Biron odetchnął. Głos, który do niego dochodził, wydawał mu się znajomy, tak samo jak słowa, które rozumiał, ale jednak jego mózg podpowiadał mu, że nie były wypowiadane ani po polsku, ani po niemiecku. Potrzebował chwili, aby rozpoznać, że siedzącą obok niego osobą jest siostra jego ojca. W pierwszej chwili pomyślał, że to swoiste omamy spowodowane podanym środkiem przeciwbólowym, ale szybko dotarło do niego, że wręcz przeciwnie.
Ciotka Mali, mieszkająca od lat w Londynie, u której gościł od tygodni, najwyraźniej pilnowała go niczym lwica, gdziekolwiek się znajdował, ponieważ im mocniej starał się sobie przypomnieć, gdzie leżał, tym mniej odpowiedzi przychodziło mu do głowy.
W końcu uniósł powieki.
– Iwo, kochanie.
Ciotka nachyliła się nad nim, patrząc na niego z zatroskaną miną. Odwróciła lekko głowę, aby zerknąć na stojących z tyłu. Biron powiódł wzrokiem za spojrzeniem ciotki.
– Tak się martwiliśmy. Zapewniam, że wuj także chciał tu być, ale sam wiesz… Interesy. Kiedy brat panny Cavell przyjechał, aby nas zawiadomić, że zostałeś tutaj dowieziony, przyjechałam jak najszybciej. Boli cię? – zapytała, ale nie dała bratankowi czasu na odpowiedź. – Oczywiście, że tak. Wiedziałam, że to się tak skończy. Ostrzegałam, żebyś tam nie chodził, ale ty jak zawsze byłeś uparty – mówiła do niego, nie robiąc między zdaniami żadnych przerw.
– Ciociu… – wyszeptał, ponieważ gardło miał ściśnięte i suche. Odchrząknął. – Ciociu! – Uniósł głos, jednocześnie podnosząc się z łóżka.
Zakręciło mu się w głowie, ale przemógł się i wstał. Usiadł na brzegu. Ciotka Mali wreszcie zamilkła. Iwo zerknął na człowieka, który najpewniej był lekarzem, oraz na drugiego mężczyznę, w którym rozpoznał ojca Ewy. W końcu ciszę przerwał lekarz prowadzący.
– Nie sądzę, aby nastąpił u pana zanik pamięci, ale mimo wszystko chciałbym się upewnić, że z pana wspomnieniami wszystko w porządku. – Na te słowa ciotka Mali wciągnęła powietrze i aż usiadła z wrażenia. Nie miała jednak odwagi przerywać medykowi. – Proszę mi zatem powiedzieć, jak się pan nazywa, co pan robi w Londynie, a przede wszystkim czy zdaje pan sobie sprawę, co się stało i gdzie pan teraz przebywa? – Oczy wszystkich skoncentrowały się na pacjencie.
– Nazywam się Iwo Biron i od jakiegoś czasu wraz z rodziną goszczę tu, w Londynie, u siostry mojego ojca i jej męża. – Mężczyzna dotknął opatrzonego ramienia.
Ból nieco go dekoncentrował, ale w międzyczasie zdążył sobie przypomnieć, co się wydarzyło w ciągu ostatnich godzin.
– Ponieważ jestem tu już dość długo i zanosi się na to, że jeszcze trochę tutaj zabawimy, postanowiłem, nie chcąc być dla cioteczki Mali utrapieniem, zająć się czymś, a że w Krakowie pracowałem jako policjant dochodzeniowy, zgłosiłem się do komisariatu i po długiej, ale owocnej rozmowie z inspektorem Abberlinem dołączyłem do grupy śledczej, jako konsultant. Wczoraj wieczorem, nie mogąc zasnąć, postanowiłem przespacerować się po mieście i jak to w zwyczaju policjanta bywa, a przynajmniej moim, nogi same zaprowadziły mnie na East End, które było miejscem zbrodni.
– Doskonale. – Lekarz pokiwał głową.
Przy okazji wziął rękę Iwona w swoją dłoń, aby zmierzyć mu ciśnienie. W pokoju zaległa cisza. Biron zastygł, pozwalając doktorowi na to krótkie, szybkie badanie.
– Proszę mówić dalej.
– Nie ma zbyt wiele do opowiadania. Sam jestem sobie winien. Powinienem bardziej uważać, wiedząc, do jakiej zapuszczam się dzielnicy. Można by powiedzieć, że zgubiła mnie zbytnia pewność siebie. Pochłonęły mnie myśli, pomysły, szukanie śladów, znaków, Bóg raczy wiedzieć czego, że nie zwróciłem uwagi na napastnika. – Nie chciał ujawniać, że poszedł tam, aby spotkać się z panną Cavell. – Gdybym był bardziej świadomy otoczenia, od razu bym go usłyszał, a tak zaatakował mnie znienacka. Poczułem tylko ostre draśnięcie, które, choć wydawało się błahostką, okazało się poważną raną i zdaję sobie sprawę, że gdyby nie opatrzność, pewnie już by nie było mnie na tym świecie.
Skrzywił się nieco. Środki przeciwbólowe, które mu zaaplikowano, powoli przestawały działać.
– Widzę, że jest pan zmęczony. Zresztą nadszedł czas, aby nie tylko zaopatrzyć pana w nowe opatrunki, ale także podać środki znieczulające. Więc, chcąc nie chcąc, muszę państwa prosić o pożegnanie i opuszczenie sali.
– Myślałam, że będziemy go mogli zabrać do domu. – Ciotka Mali spojrzała na doktora z wyraźnym wyrzutem. – Pan doktor wybaczy moją obcesowość, ale jest chyba świadom tego, iż trudno porównywać wygodę, jaką możemy zapewnić naszemu bratankowi w domu, w City, z pokojem w szpitalu – mówiąc to, ciotka rozejrzała się z wyraźnym niezadowoleniem po wprawdzie przestronnej, ale mocno zatłoczonej sali, na której leżało kilkunastu pacjentów. – Poza tym nie wyobrażam sobie, aby Iwo miał spędzić kolejną noc wśród tych ludzi. Proszę nie myśleć, że jestem snobką. Nie jestem i szanuję także ubogich, ale większość z tych… – tu kiwnęła głową, wskazując na leżących na sąsiednich łóżkach mężczyzn – to niebezpieczne indywidua pokroju tego, który doprowadził Iwona właśnie do takiego stanu, w jakim się obecnie znajduje. Tak więc, panie doktorze, absolutnie nie zgadzam się, aby mój bratanek spędził tu choćby godzinę dłużej. Niemniej jednak jestem dozgonnie wdzięczna za pańską opiekę, pielęgniarki nie musi pan polecać, doktorze. Panna Cavell jest najlepsza, i to z jej usług zamierzam skorzystać podczas rekonwalescencji bratanka. Bo będzie jej na razie potrzebować, prawda? – Mimo że zadała pytanie, nie zamierzała czekać na odpowiedź. Ciągnęła swoją pogadankę: – Chyba że istnieje konieczność dalszej hospitalizacji, to wolałabym przenieść Iwona do Barts. Jak by nie patrzeć, leży przecież w West Smithfield, a to zaledwie kilka kroków od nas. W moim wieku tak dalekie wypady nie są wskazane.
Po tych słowach wszyscy stojący w pobliżu Birona z uwagą zwrócili się w stronę medyka.
– Jak państwo widzą, nasz pacjent zmaga się z dużym bólem. I tak będzie jeszcze przez kilka kolejnych dni. Pan Biron jest człowiekiem młodym i silnym, więc sądzę, że rana goić się będzie szybko, co oczywiście nie spowoduje, że pojutrze będzie mógł wyjść na ulice, aby prowadzić dochodzenie. Przestrzegam przed taką pochopną decyzją – mówiąc to, lekarz spojrzał na Iwona. – To mogłoby mieć bardzo negatywne skutki. Zalecam odpoczynek i rekonwalescencję, a o powrocie do pracy może pan pomyśleć, Biron, dopiero, kiedy rana zacznie się ładnie zasklepiać.
– Czy to już na pewno wszystko? Czy nie zbada pan pacjenta raz jeszcze? Może warto byłoby ponownie sprawdzić stan mojego bratanka? Tak dla pewności… – nie odpuszczała ciotka Mali.
Iwo miał ochotę zapaść się pod ziemię, ale najwyraźniej prowadzący go doktor przyzwyczajony był do ludzi pokroju siostry jego ojca.
– Powiem szczerze, że chciałem zatrzymać pacjenta u siebie, chociaż faktycznie nie widzę żadnego zagrożenia, a co za tym idzie, przeciwwskazań do wypuszczenia go do domu. Decyzja o tym, gdzie spędzi pan kolejną noc, zależy tylko od pana, panie Biron.
Doktor zwrócił się bezpośrednio do Iwona. Nie czekając na jego odpowiedź, ponownie spojrzał na ciotkę, która wpatrywała się w niego z niecierpliwością.
– Zanim zabiorą państwo krewnego, zmienimy opatrunki i zaaplikujemy laudanum. Oczywiście trzeba będzie podawać je pacjentowi w proporcjach, jakie zalecę, ale jeżeli będziecie mieć możliwość, dobrze byłoby zaopatrzyć się w fenacetynę. My, ze względu na jej koszt, nie stosujemy jej w naszym szpitalu. – Lekarz sięgnął do kieszeni kitla. Wyciągnął z niego mały notesik i ostro zaostrzony ołówek, którym skreślił na białej kartce kilka słów. – Pani Morgan, ma pani rację co do panny Cavell. Mimo swego młodego wieku jest wykwalifikowanym pracownikiem i z pewnością będzie doskonałą opiekunką. Proszę się zgłosić pod wskazany adres. Jestem pewien, że skoro znają ją państwo prywatnie, panna Cavell podejmie się opieki nad rekonwalescentem.
– Och, doktorze, proszę być pewnym, że pańska pomoc i wspaniałomyślność nie zostanie zapomniana. – Ciotka Mali uśmiechnęła się do medyka przymilnie, dając mu do zrozumienia o nadchodzących korzyściach majątkowych.
I bez jego wskazówki pomyślała właśnie o pannie Cavell. W głowie już układała do niej króciutki list, który chciała wysłać jutro z samego rana. Była pewna, że Ewa, jak nazywała ją w myślach, nie odrzuci propozycji.
Chwilę później miejsce koło łóżka Birona opustoszało. Ciotka Mali zaszyła się w gabinecie lekarza na czas zmiany opatrunków bratanka. On sam położył się z powrotem, walcząc z rozprzestrzeniającym się bólem. Starał się myśleć o wszystkim, tylko nie o cierpieniu, jakie rozlewało się po jego ciele. Musiał zapaść w płytki sen, bo ocknął się dopiero, kiedy jedna z dyżurujących pielęgniarek dotknęła jego czoła, sprawdzając, czy nie jest rozpalone. Nie zauważył jej nadejścia.
Zanim zabrała się do zmiany opatrunków, podała mu odpowiednią porcję uśmierzającego dolegliwości laudanum. W tej chwili zdecydowanie optowałby za morfiną, ale mając świadomość, jak szybko można się było od niej uzależnić, nie nalegał zbytnio.
Pół godziny później siedział w powozie wraz z ciotką Mali, która swoim zwyczajem zapewniała go, że zostanie otoczony stosowną opieką. Zapewne gdyby nie uspokajające działanie laudanum od wiecznego paplania cioteczki, oprócz pulsującej rany na ramieniu, rozbolałaby go także głowa, ale dzięki lekarstwu był zadziwiająco wyluzowany.
Śpiący i wyluzowany. Nie czuł się tak od dawna. Prawdę mówiąc, od kilku lat. Na myśl o tym, co ostatnio przeżywał, miał ochotę się rozpłakać i znowu zamknąć w sobie. Zamiast tego uśmiechnął się pod nosem, zdając sobie sprawę, że w domu ciotki Mali czekają na niego jego bliscy.
***
Nie pamiętał, jak i kiedy poszedł spać, ale ewidentnie leżał na łóżku w domu ciotki Mali oraz jej męża, Honoriusza Morgana, znanego i wpływowego finansisty, który zapewniał swojej rodzinie życie na bardzo wysokim poziomie. Mimo że nie należeli do arystokracji, liczyli się zarówno w środowisku bankierskim, jak i tym chełpiącym się błękitną krwią. Morganowie cieszyli się estymą, a wyrazem tego był nieustannie płynący potok wszelkiego rodzaju zaproszeń na bale czy kolacje.
O tym, jak wypełniony był kalendarz ciotki i jej męża, Iwo miał okazję przekonać się przez ostatnie tygodnie.
Leżąc teraz w łóżku, rozmyślał o tym, jak dziwnie i zaskakująco potrafiło układać się życie, o czym on sam wiedział najlepiej. Niespiesznie uniósł powieki. Zerknął w stronę okna. Słońce musiało wzejść już dawno. Dochodzące z domu odgłosy wskazywały, że wstała już nie tylko służba.
Głosu oraz sposobu mówienia ciotki Mali nie można było pomylić z nikim innym, a to dawało Iwonowi pewność, że pora śniadania dawno minęła, bowiem cioteczka nie wstawała wcześniej niż około dziesiątej.
Zza drzwi dobiegł do niego cichy, słaby głosik, niewyraźny i bełkoczący, który sprawił, że na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Czekał, aż drzwi się otworzą i do środka wpadnie jego mała córeczka, ale sypialnia nadal pozostawała cicha, tak samo jak korytarz, który musiał nagle opustoszeć. Zaczerpnął powietrza i już miał się przeciągnąć, mrucząc z zadowoleniem, kiedy do jego uszu doleciał cichy szelest materiału.
Zastygł w bezruchu, koncentrując się na zasłyszanym dopiero co odgłosie. Nie pomylił się, to był szelest materiału, tak typowy dla kobiecych sukni. Otworzył oczy, unosząc się na łokciach, aby rozejrzeć się po pokoju i o mało nie zderzył się czołem z pochylającą się nad nim młodą kobietą, która wydawała mu się dziwnie znajoma. Środki przeciwbólowe mąciły mu zmysły. Odsunął się tak gwałtownie, jak się uniósł. Przypuszczał, że ona się przestraszy, odskoczy, a może nawet zacznie piszczeć, ale nadal się nad nim pochylała. Wzrok miała skupiony na jego twarzy, na ustach zaś nie błąkał się nawet cień uśmiechu.
– Kim pani jest? – zapytał skonsternowany. Był tak zdziwiony jej obecnością, że zapomniał o niestosowności tej sytuacji.
– Leż spokojnie, Iwo. To kwestia środków przeciwbólowych i laudanum – zaordynowała, nie odpowiadając na jego pytanie.
Nie dość, że mówiła w sposób nieznoszący sprzeciwu, to jeszcze położyła ręce na jego ramionach i szybkim ruchem, biorąc Iwona z zaskoczenia, popchnęła go, sprawiając, że z powrotem opadł na poduszki.
Jęknął, kiedy poczuł delikatne, aczkolwiek nieprzyjemne łupnięcie w kręgosłupie. Miał zamiar z powrotem się podnieść, ale kobieta, która zwracała się do niego w tak poufały sposób, przycisnęła go do materaca.
Zastygł nieruchomo. Nigdy jeszcze nie był w tak dziwnej, niekomfortowej sytuacji. Nie wiedział, czy się gniewać, czy śmiać. Czy dostosować do tego niemego żądania, czy poprosić, aby kobieta opuściła jego sypialnię. Zanim zdecydował, co powiedzieć, to ona odezwała się do niego:
– Zamknij oczy – poprosiła już nieco łagodniej.
– Ale jak… – Iwo już dawno nie czuł się tak skonsternowany.
Nie wiedział nawet, co zamierzał przed chwilą powiedzieć. Ta młoda kobieta była bardziej autorytarna niż niejeden znany mu mężczyzna na stanowisku, a poza tym nie tylko jej zachowanie, ale i sposób bycia nasuwały skojarzenia z Wandzią.
Myśląc o swojej żonie, zerknął w stronę drzwi, jakby oczekiwał, że za chwilę się w nich pojawi, aby uratować go z rąk wpatrującej się w niego despotki. Nic takiego się jednak nie stało. Nikt nie wkroczył do sypialni, aby go ocalić. Pozostawiono go na pastwę losu w rękach tej nieprzewidywalnej niewiasty.
– Iwo, proszę, leż spokojnie. – Zmierzyła go surowym spojrzeniem, pod którym miał ochotę się skulić, niczym małe dziecko. – Mam nadzieję, że nie będzie pan tragizował, jak niektórzy z moich dorosłych pacjentów, prawda? – zaśmiała się szczerze. Wyczuł w jej głosie sarkazm i przyganę.
Raz jeszcze skinął głową, zaciskając palce na prześcieradle i odmawiając krótką modlitwę, prosząc w duchu o siłę i odwagę. Najwyraźniej wszystkie obawy miał wypisane na twarzy, bo Ewa, patrząc na niego, pokiwała z dezaprobatą, a potem uśmiechnęła się pod nosem. Sęk w tym, że nie był to do końca uśmiech pocieszający, i to zmartwiło Iwona jeszcze bardziej niż jej wcześniejszy poważny grymas.ROZDZIAŁ I
Majątek Krzeszowskich w Biskupicach pod Krakowem,
początek 1886 roku
Ludmiła usiadła w fotelu, przysuniętym do łóżka, na którym spała jej młodsza siostra Wanda. Pokój tonął w delikatnej poświacie przebijających się przez zasłony promieni. Wczoraj po raz pierwszy od wielu dni wreszcie wyszło wiosenne słońce, sprawiając, że świat stał się mniej mroczny i przygnębiający.
Ludka przyglądała się spokojnie unoszącej się i opadającej piersi Wandzi. Uśmiechnęła się do siebie na myśl, że siedziała tak samo przy jej łóżku zaraz po tym, jak na świecie pojawiła Waleria, córka Wandy i Iwona.
Tamtego razu przyjechała na kilka tygodni przed rozwiązaniem. Anton został w domu, we Lwowie, doglądając posiadłości i majątku, którym się opiekowali, a który zaczęli powoli uważać za swoje miejsce na ziemi. Tym razem jednak przyjechali we dwoje.
Kozłowski siedział zapewne w salonie, razem z Krzeszowskimi i Iwonem. Świszczący kaszel, który zagłuszył panującą do tej pory ciszę, poniósł się po sypialni.
– Pozwól, że ci pomogę. – Ludmiła podeszła do siostry, zmagającej się z ostrym atakiem. Przytrzymała ramiona Wandy, jednocześnie drugą ręką unosząc nie tylko jej wiotkie ciało, lecz także puchatą poduszkę, tak aby pacjentka mogła się wygodnie oprzeć. Chwilę później Ludka sięgnęła po buteleczkę Godfrey’s Cordial, preparatu na bazie opium, melasy weneckiej, imbiru i spirytusu winnego, przesłanego przez ciotkę Mali. – Weź – mówiąc to, podała Wandzi niewielką łyżeczkę leku. – Poczujesz się lepiej.
Wanda przełknęła lekarstwo, po czym na jej ustach pojawił się delikatny, chociaż wymuszony uśmiech.
Starała się grać dzielną dla siostry, Iwona czy małej Walerii, a także dla rodziców, ale z dnia na dzień czuła się słabsza i bardziej wyczerpana. Nie miała już siły walczyć, ale mimo to bardzo się starała, dlatego nie odmawiała przyjmowania podawanych medykamentów, chociaż dobrze pamiętała słowa doktora, którego podczas jednej z wizyt kilka tygodni temu poprosiła o rozmowę na osobności. Rozmowę szczerą i bez owijania w bawełnę.
– Czy można to wyleczyć? – zapytała, patrząc na doktora, który usiadł na brzegu jej łóżka.
Grymas, który pojawił się na jego twarzy, powiedział jej więcej niż tysiąc słów, dlatego zwróciła się do niego z prośbą, aby niczego przed nią nie zatajał.
– Niech pan mówi prawdę. Nie chcę słyszeć słów, które mają mnie pocieszyć, a tak po prawdzie tylko zamydlają oczy. Chcę wiedzieć, czego mogę się spodziewać.
– Wszystko, co robimy, to profilaktyka. Nie ma, a w zasadzie powinienem powiedzieć: nie znamy jeszcze lekarstwa, które pozwoliłoby na całkowite wyleczenie. Wszystko, co pani podaję, pani Biron, to środki uśmierzające ból i łagodzące objawy choroby. Owszem, gdybyśmy nie robili nic, choroba postępowałaby znacznie szybciej, tak więc każde działanie jest zasadne. Spowalniamy ją, łagodzimy, staramy się doprowadzić do tego, aby jak najmniej wpływała na pani życie, dlatego najważniejsze jest, aby często wychodziła pani na świeże powietrze. Ono bardzo dobrze działa w tym przypadku. I proszę pamiętać o dobrym odżywianiu. Odpowiednie jedzenie potrafi zdziałać cuda. Czasami więcej niż podawane przeze mnie medykamenty.
– Doktorze – zwróciła się do niego z jeszcze jednym zapytaniem. – Jak do tego doszło, że zachorowałam? Nie tylko ja, ale wszyscy byliśmy przekonani, że ta choroba dotyka tylko… – Zatrzymała się w pół słowa, jakby poczuła swoisty wstyd, mówiąc takie rzeczy na głos. – Tylko biedotę – dokończyła jednak.
– Cóż, takie jest powszechne mniemanie, ale ta dolegliwość nie zna granic. Nie wybiera tylko określonych warstw społecznych. Przenosi się drogą kropelkową. Wystarczyło, że przebywała pani w towarzystwie chorego. Czasami trzeba dużo czasu, aby się zarazić, kiedy indziej wystarczy powdychać skażone kaszlem zarażonego powietrze. To podstępna choroba. Zdarza się, że przez wiele miesięcy, a niekiedy nawet lat, nie daje objawów, aby ujawnić się, kiedy organizm jest osłabiony, jak w pani przypadku. Wpływ na jej rozwój mógł mieć poród i połóg.
– Czy zarażam? – zapytała z trwogą. – Czy jestem zagrożeniem dla rodziny?
– Nie. – Ta jasna twarda odpowiedź sprawiła, że Wanda odetchnęła, i chociaż zauważyła smutek w oczach medyka, postanowiła nie ustępować.
– Jednak jest jakieś „ale”, prawda, doktorze? Proszę mówić. Oboje wiemy, że nie ma sensu zaklinać rzeczywistości i to, co teraz ukryje pan przede mną, i tak zostanie zrewidowane w praktyce za jakiś czas. Dlaczego zatem nie zarażam, skoro wszyscy chorujący na suchoty zarażają?
– Nie wszyscy. Nie wszyscy, pani Biron. Wciąż się uczymy, wciąż szukamy odpowiedzi. Nadal jest zbyt wiele pytań, ale nie możemy poprzestać na szukaniu rozwiązań. Dzięki pracy i badaniom prowadzonym przez wybitnego mikrobiologa Roberta Kocha udało się rozróżnić dwie postaci gruźlicy. Płucną, która jest chorobą zakaźną, oraz pozapłucną, która atakuje inne części ciała pacjenta. – Oczy medyka wyrażały ogrom smutku, sprawiając, że słowa były zbędne. – Nie zaraża pani i nie stanowi dla bliskich zagrożenia, ale nie jest to jednak wiadomość radosna, albowiem, ciężko mi o tym mówić, choroba zaatakowała pani nerki. Na razie.
Wanda słuchała w skupieniu. Skinęła głową. Wolała nic nie mówić, ponieważ czuła łzy zbierające się nie tylko w oczach, ale i gardle. Pewnie gdyby zaczęła płakać, nie zaskoczyłaby lekarza, ale wolała oszczędzić mu jej małych, prywatnych dramatów.
– Nie mam pewności, że nie zostaną zaatakowane inne narządy. Proszę się przygotować na rozwój choroby. Gruźlica prawie zawsze prowadzi do wyniszczenia organizmu. Zalecam zatem odpoczynek, świeże powietrze, przebywanie na słońcu i dobrą dietę. I proszę robić wszystko, aby nie nabawiła się pani dodatkowo jeszcze innej dolegliwości. A teraz proszę spróbować o tym nie myśleć. Wiem, że namawiam panią do niemożliwego, ale ufam, że pozytywne nastawienie potrafi czasami zdziałać więcej niż standardowe leczenie. Proszę spróbować zasnąć. Sen, wiadomo nie od dziś, ma lecznicze właściwości.
Tamtego dnia udało jej się zastosować do zaleceń doktora. Zasnęła zadziwiająco szybko. Nie rozmyślała o odbytej rozmowie ani o niewesołych prognozach. Po prostu zamknęła oczy i dała się porwać w objęcia Morfeusza.
Zrobiła jeszcze jedną ważną rzecz. Próbowała myśleć pozytywnie. Nie martwić się na zapas. Zabroniła tego nie tylko Iwonowi, ale także rodzicom, a jednak mimo wiary, że wszystko będzie dobrze, napisała do Ludmiły, mając cichą nadzieję, że siostra przyjedzie ją odwiedzić.
Patrząc teraz na nią, siedzącą przy jej łóżku, czuła się szczęśliwa. Znowu wszyscy byli w komplecie. Znowu byli jedną, szczęśliwą rodziną. Poczuła zbierające się w oczach łzy. Zamrugała szybko, aby rozpędzić to napływające z coraz większą siłą uczucie melancholii.
– Cieszę się, że przyjechałaś. Wprawdzie pisałam, żebyś tego nie robiła i nie martwiła się na zapas, ale w skrytości ducha bardzo chciałam, abyś mnie nie posłuchała. Pisanie listów to nie to samo co rozmowa. Czyż to nie ironia, że ostatnimi czasy udaje nam się spotkać i spokojnie wymienić ploteczkami dopiero, kiedy dotyka nas jakieś niezwykłe wydarzenie? – mówiąc to, Wanda skrzywiła się lekko.
Czuła zdecydowany dyskomfort w okolicach lędźwi. Od dłuższego czasu ból nerek stawał się nie do wytrzymania, zaś kaszel, który męczył ją od czasu do czasu, tylko go potęgował.
– Masz. – Ludka pochyliła się po raz kolejny nad siostrą. – Wypij. – Ponownie odmierzyła niewielką ilość preparatu ciotki Mali. – Właśnie wspominałam to, jak siedziałam przy tobie po tym, jak na świecie pojawiła się Waleria. – Kozłowska przysunęła fotel do wezgłowia, aby być bliżej siostry. – Wciąż uśmiecham się na wspomnienie przerażonego Iwona. Nigdy wcześniej nie widziałam go takiego bezradnego. Jakby to było wczoraj, słyszę jego utyskiwania, że akuszerek jest zdecydowanie za mało, choć były dwie oraz ja i mama. Poza tym ojciec zadbał o to, aby doktor czekał w gotowości w razie wystąpienia komplikacji. A i państwo Biron dołożyli w kwestii opieki swoje trzy grosze. Ale jemu wciąż było mało. Papa ledwo przekonał go do pozostania w gabinecie razem z nim i panem Bironem.
– Pamiętam tamtą głośną wymianę zdań pod pokojem, kiedy zamiast skupić się na sobie i Walerii, nadstawiałam uszu, słuchając, jak papa próbuje przemówić mojemu mężowi do rozumu. Wtedy mocno się denerwowałam. Później, kiedy czułam się już na siłach, dostał niezłą burę. Przepraszał mnie bardzo długo, a mimo wszystko grałam obrażoną. Dziś śmiejemy się z tego, chętnie wspominając tamten nerwowy, ale jakże szczęśliwy czas.
– Żałowałam, że musiałam wyjechać raptem po dwóch tygodniach od porodu, ale mimo żalu, że muszę się z wami pożegnać, nie mogłam i nie chciałam już dłużej zostawiać Antona samego. – Ludmiła nachyliła się nad Wandą. Jej oczy lśniły z ukrywanej radości. – Jestem taka szczęśliwa. Tak bardzo, że aż wstydzę się do tego przyznać, ale wiem, że tobie mogę powiedzieć. Że ty mnie zrozumiesz, prawda? – Wanda sięgnęła po rękę siostry i ścisnęła jej dłoń w swojej. Jej uchwyt był słaby i delikatny, chociaż dziewczyna włożyła w niego tak wiele siły. – Uganiałam się za Anastazym. Teraz wiem, że goniłam za wyobrażeniem. Stworzyłam sobie w głowie obraz oparty na czytanych romansach i takiego narzeczonego wypatrywałam. Ty zawsze miałaś bardziej trzeźwe spojrzenie na świat. Od razu dostrzegłaś Iwona. Mężczyznę z krwi i kości. – Zaśmiała się niczym nastoletnia pensjonarka. – Jednak otrzeźwiałam w porę. I dzięki Bogu w końcu zrozumiałam, komu na mnie naprawdę zależy i kto mnie kocha. Zresztą z wzajemnością. Nie wyobrażam sobie innego życia. Chciałabym, żebyś była tak szczęśliwa jak ja, Wandziu.
Po policzkach Ludmiły spłynęły powstrzymywane łzy.
– Jestem – wyszeptała Wanda. – Jestem. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwa i wdzięczna, że Iwo i Waleria znaleźli się w moim życiu.
Jakby wyczuwając, że o nim mowa, Biron pojawił się w cicho otwartych drzwiach sypialni.
Ludmiła podniosła się z fotela. Pochyliła się, żeby ucałować siostrę w czoło. Skrzywiła się, czując, jak bardzo jest rozgrzane. Gorączka trawiła wątłe ciało Wandzi.
– Posiedź z Iwonem. Wrócę niebawem. Przygotuję coś na zbicie temperatury.
Iwo podszedł do żony. Znała go tak dobrze. Uśmiechał się, ale wiedziała, że walczył ze smutkiem, o ile nie ze łzami. Widziała jego oczy. Zbyt błyszczące. Zbyt lśniące. Zbyt wilgotne kąciki i za bardzo zaczerwieniony nos. Martwiła się o niego. Westchnęła.
– Wyglądasz na zmęczonego – zagaiła. – Czyżby Waleria nie dawała ci spokoju? Rozmowa o córce zawsze wprawiała Iwona w dobry nastrój. Tak było i tym razem. Na ustach męża od razu pojawił się szeroki, szczery uśmiech, który objął także melancholijne oczy.
– Tym razem jej ofiarą został ksiądz Adam, który zajrzał do nas, aby zapytać o twoje zdrowie.
Wanda prychnęła, co niestety spowodowało lekki napad kaszlu. Chciała zażartować, że może i ksiądz Adam pytał o jej samopoczucie, ale nie było ono głównym powodem jego wizyty. Bardziej zainteresowany był ostatnim namaszczeniem i późniejszym pochówkiem. Nie wypowiedziała jednak swoich myśli na głos, pamiętając, jak podobny żart obruszył Iwona ostatnim razem. Nie chciała znowu go drażnić.
– Kiedy w końcu Waleria zmęczyła się tak bardzo, że bez słowa sprzeciwu dała się zaprowadzić do łóżeczka, zamieniłem z księdzem kilka słów, aby z czystej kurtuazji podtrzymać konwersację w trakcie picia herbaty. I tak naszło nas na wspominki. Obaj zaczęliśmy mówić o naszym ślubie. Wciąż wszystko jest takie klarowne, jakby wydarzyło się wczoraj. Pamiętam cię dokładnie. Taką radosną i piękną. Odebrało mi mowę, kiedy zobaczyłem cię w sukni, którą miałaś na sobie. Spodobałaś mi się już wtedy, podczas tamtej pamiętnej pasterki. – Wanda z powątpiewaniem pokiwała głową. – Oczywiście, że tak. Podobałaś mi się tak bardzo, że zachowywałem się niczym ostatni drań podczas naszych kolejnych spotkań. Całe szczęście miałaś do mnie cierpliwość i mimo mojego grubiaństwa dałaś mi szansę na rehabilitację. Chciałbym znowu zobaczyć cię w sukni ślubnej. Jej delikatny kremowy kolor tak bardzo do ciebie pasuje.
– Tak – przytaknęła Wanda. Wydawała się teraz jakaś zamyślona. Przygaszona. – W takiej sukni zawsze będzie się dobrze wyglądać, prawda? – zapytała, patrząc Iwonowi prosto w oczy.
Jej spojrzenie było poważne. Nie było w nim ani krzty wesołości. Biron także spoważniał. Skinął głową. Na ten widok kąciki ust Wandy uniosły się delikatnie.
Przesunęła się, robiąc Iwonowi miejsce obok siebie. Nie musiała nic mówić. Biron wstał. Usadowił się na wolnym skrawku materaca, obejmując Wandę ramieniem, o które się oparła. Ucałował czubek jej głowy.
– Zjadłabym bigos hultajski, taki jaki podano na naszym weselu. – Słowa Wandy przerwały panującą od dłuższego czasu ciszę. – Chociaż wątpię, żeby udało się go przygotować. Najlepszy jest wtedy, kiedy dusi się go bardzo długo. Nasza kucharka gotowała go codziennie przez tydzień i dopiero w dniu naszego wesela był taki, jak powinien. Aromatyczny, pachnący, sycący. Najlepszy – mówiąc to, Wanda wciągnęła głęboko powietrze, jakby wdychała wyczuwalny tylko dla niej aromat. – Więc skoro nie ma czasu na bigos… to może flaki po krakowsku. Chociaż są pracochłonne, to nie wymagają tyle czasu, aby być wyśmienite. Na górze niech będą posypane bułką tartą przysmażoną na masełku. I koniecznie pietruszką.
– Powiem, żeby przygotowali je na jutro, dobrze? – Iwo miał trudności z mówieniem. Łzy wypełniały jego gardło.
– Na pewno? – zapytała Wanda.
Skinął głową. Nie miał już siły, aby odpowiedzieć. W sypialni znowu zapadło milczenie, które tak jak poprzednio przerwała Wandzia. Tym razem jednak nie mówiła o jedzeniu ani nawet nie wspominała wesela czy ślubu.
– Iwo – wyszeptała, chcąc zwrócić uwagę męża. Wyczuła, że bardziej się skoncentrował. – Proszę, obiecaj mi coś.
– Co tylko będziesz chciała – zapewnił, przyciągając ją do siebie.
Wydawała mu się jeszcze bardziej krucha niż raptem przed kilkoma minutami. Zagryzł zęby. Zamrugał oczami. Musiał użyć wszystkich sił, aby nie wrzeszczeć na głos z bezsilności, jaka go ogarnęła.
– Obiecaj, że postarasz się opanować smutek i tęsknotę.
Chciał coś powiedzieć, ale ścisnęła jego dłoń, prosząc w ten sposób, aby jej nie przerywał. Nie ośmielił się z nią kłócić. Zamknął usta, chociaż nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– Przysięgnij, że znowu się zakochasz. Że znowu będziesz kochać. Nie mogłabym zaznać spokoju, wiedząc, że nie kochasz i nie jesteś kochany. Nikt tak nie zasługuje na miłość jak ty, Iwo. Proszę, obiecaj, że nie będziesz sam. Że kiedyś znowu się ożenisz i że będziesz szczęśliwy. Wtedy ja też będę szczęśliwa i spokojna. – Znowu otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Żeby zaprotestować, ale Wanda mu nie pozwoliła. – Nie oponuj. Dobrze wiemy, jak to się skończy. Wszyscy dobrze wiemy, ale do tej pory udawaliśmy. Nie ma już czasu na udawanie. Żałuję, że nie mamy go więcej dla siebie. Że nasza wspólna podróż tak szybko dobiegła końca. Żałuję, że nie będę widzieć, jak rośnie Waleria. Jak staje się panienką. Jak zadurza się po raz pierwszy. Jak się zakochuje. Żałuję, że nie będę widziała jej idącej do ślubu. Tak wiele rzeczy mnie ominie. Może to niesprawiedliwe… Na pewno smutne.
Wanda odetchnęła z trudem. Ta długa przemowa mocno ją zmęczyła, ale ona jeszcze nie skończyła. Musiała powiedzieć coś jeszcze.
– Kocham cię, Iwo. Tak bardzo cię kocham, że to aż boli. Kochałam cię wtedy, kiedy byłam dorastającą panną, kocham cię teraz i zawsze będę. Pamiętaj o tym.
– Proszę, Wandziu… – mówił przez łzy Iwo.
Nie miał już siły udawać nieugiętego. Nie miał już siły powstrzymywać szlochu, który wyrwał mu się z gardła po ostatnich słowach żony.
– Błagam, Wandziu, nie rób mi tego. Błagam – prosił, szlochając niczym małe dziecko. – Nie zostawiaj mnie. Na Boga, nie zostawiaj.
– Nigdy cię nie zostawię, Iwo. – Głos Wandy był coraz słabszy. – Zawsze będę przy tobie. Pamiętaj, zawsze.
***
Nie pozwolił odsunąć się od przygotowań Wandzi do pochówku, chociaż jego matka, która wraz z ojcem przyjechała kilka dni przed pogrzebem, psioczyła, że to niezgodne z tradycją.
– Nie obchodzi mnie tradycja, matko – mówił Iwo.
Był zmęczony, niewyspany, wściekły na cały świat, głównie na Wandę, że nie spełniła danej mu obietnicy, że go nie zostawi, ale mimo to myślał trzeźwo i był nieugięty w swoich postanowieniach.
– Nawet gdyby te tradycje miały tysiąc lat, nic mnie nie obchodzą. Wandzia była moją żoną i nie zamierzam pozwolić, aby jej ciało, tak mi drogie, myły i ubierały, nie daj Boże, wynajęte do tego kobiety albo sąsiadki. Nie pozwolę nawet na to, abyś ty, mamo, czy matka Wandzi albo jej siostra to robiły. To moja powinność. Mój obowiązek. To moje ostatnie pożegnanie, tak bliskie i tak intymne, więc, proszę, nie mów mi, czego mam nie robić, bo niezależnie od tego i tak to zrobię. I jeszcze jedno. – Podszedł do łóżka, na którym leżała specjalnie przygotowana dla Wandy suknia. – Nie zgadzam się, aby pochowano ją w tym. – Uniósł elegancką, bogatą kreację, potrząsając nią niczym zwykłą szmatą. – Wanda miała życzenie i zamierzam je spełnić. Chciała zostać pochowana w swojej sukni ślubnej, dlatego, jeżeli mama i pozostałe panie chcecie przydać się do czegoś sensownego, a nie tylko narzekać, proszę, przygotujcie suknię, o której wspomniałem, i zajmijcie się Walerią.
Po tych słowach wyszedł z salonu, w którym zebrała się pogrążona w smutku rodzina. Nikt się nie odezwał. Nawet Bironowa, która, chociaż wyglądała na zdenerwowaną i zniesmaczoną postawą syna, trwała w milczeniu, nie chcąc pogłębiać i tak już nerwowej atmosfery.
– Zasłonię lustra. – Aby nieco złagodzić wcześniejsze wrażenie, podniosła się z fotela, patrząc na Krzeszowską, jakby szukała u niej pomocy. – W pokoju Wandzi trzeba zatrzymać zegar i koniecznie postawić świece – dodała, gdyż wiedziała, że nikt jeszcze tego nie zrobił.
Krzeszowska nie oponowała. Tak po prawdzie cieszyła się niezmiernie, że Bironowa przejęła stery, chociaż w domu w Biskupicach była jedynie gościem. W podobne otępienie wpadła Ludmiła, wciąż niemogąca się pogodzić z odejściem młodszej siostry.
– Nie rozumiem – powtarzała od czasu do czasu pod nosem. – Nie rozumiem, jak to możliwe, skoro doktor wyraźnie mówił, że gruźlicą pozapłucną nie można się zarazić. To niepojęte. To… to jakiś błąd…
Głos załamał się jej jak zwykle po kilku wypowiedzianych słowach. Anton podszedł do żony. Objął ją delikatnie, ale stanowczo.
– To prawda – wyszeptał. – Nie można się zarazić, ale doktor tłumaczył, że Wandzia musiała wcześniej bezobjawowo chorować na suchoty. Jej błogosławiony stan osłabił organizm… – Kozłowski urwał w pół słowa, patrząc na żonę.
Nie było sensu tłumaczyć po raz kolejny tego samego, szczególnie że Ludmiła i tak go nie słuchała, szlochając coraz głośniej. Anton kołysał ją w ramionach niczym dziecko. Robił to tak długo, aż się uspokoiła, a płacz ustał zupełnie.
Tamtego wieczoru, kiedy ciało Wandy zostało już przygotowane i złożone w trumnie ułożonej na katafalku, rozpoczęło się czuwanie. Przez kolejne dwa dni do domu Krzeszowskich w Biskupicach zjeżdżali się sąsiedzi, robotnicy, chłopi, a także znajomi z Krakowa i chociaż atmosfera była przygnębiająca, to zgodnie ze zwyczajem dla podróżnych, którzy przyjechali tu specjalnie, aby złożyć kondolencje, przygotowano stosowny poczęstunek.
W końcu nadszedł dzień, którego Iwo obawiał się najbardziej.
Dzień pogrzebu.
Dzień, w którym ostatecznie musiał pożegnać się z Wandą. Do tej chwili wciąż żył w jakimś zawieszeniu. Wciąż nie doszło do niego, że Wanda odeszła. Wszak była wciąż tu, w domu. W pokoju za ścianą. Na wyciągnięcie ręki. Gdyby tylko mógł, zostawiłby ją tam na zawsze, ale wiedział, że to niemożliwe.
Obudził się zmęczony, chociaż poprzedniego wieczoru obawiał się bezsennej nocy, to zasnął prawie od razu. Słyszał, że inni także już wstali. Krzątanina rozpoczęła się na dobre. Należało przygotować się do uroczystości, ale prawdę powiedziawszy, wolałby położyć się z powrotem. Nie miał ochoty brać udziału w mszy, bo potem – kiedy trumna z ciałem Wandy spocznie w grobie, kiedy grabarze zasypią ją ciężką ziemią i kiedy zebrani, po tym, jak złożą mu kondolencje, rozejdą się z ulgą, że to nie ich spotkała ta tragedia – jego małżeństwo będzie już tylko wspomnieniem.
Nie będzie już mężem.
Będzie wdowcem.
Na samą myśl poczuł skurcz serca. Dlatego, aby odseparować się od tego cierpienia, zamknął się w sobie. Pozwolił umysłowi na zapomnienie. Na zatopienie się w najlepszych i najradośniejszych wspomnieniach.
Nie zwracał uwagi na nic. Nie zainteresował się tym, że na uroczystości pogrzebowe przybyły setki osób. Już dawno nie widziano takich tłumów, które podążały za ozdobnym karawanem, ciągniętym przez konie, na przedzie szedł osobiście ksiądz Adam.
Przejmujące bicie dzwonów, towarzyszące ostatniej drodze Wandy Biron, łamało serca nawet najbardziej zatwardziałym, ale Iwo ich nie słyszał. Nie było chyba osoby, która nie uroniłaby tamtego dnia łez.
Specjalnie na tę okazję kościół parafialny został przystrojony większą liczbą świec, rozświetlających jego ciemne zazwyczaj wnętrze, ale nawet ten jasny płomień nie mógł rozproszyć mroku, w którym pogrążył się młody Biron.
Płomienne kazanie kapłana, który nie szczędził pochwał dla zasług Wandy w jej krótkim życiu, sprawiło, że zapłakali ci, którzy do tej chwili jeszcze dzielnie wstrzymywali się od szlochu. Jednakże to w czasie opuszczania trumny na cmentarzu nastąpiło apogeum smutku.
Jedyną osobą, która podczas tamtego dnia nie uroniła ani jednej łzy, był Iwo Biron, patrzący na trumnę z ciałem żony tępym, niewidzącym wzrokiem.
Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że obojętnym. Gdyby nie obecność starego Birona, który prowadził syna pod rękę, Iwo nie ruszyłby się z miejsca zajmowanego w kościelnej ławie. To tam, w świątyni, odciął się zupełnie od tego, co działo się wokół niego.
Nie słyszał rozmów, słów księdza, modlitwy, pieśni.
Nie słyszał bijących dzwonów ani wygrywanej na trąbce melodii.
Nie zwracał uwagi na rodzinę ani innych ludzi, którzy przyszli pożegnać Wandę. Nie wyciągnął nawet ręki, kiedy tłum żałobników zaczął po kolei podchodzić z kondolencjami, które w jego i swoim imieniu przyjmowali rodzice i teściowie.
Był tam tylko ciałem, które poddawało się wskazówkom ojca. Nieobecny myślami, które wciąż krążyły wokół wspomnień czasów, kiedy byli z Wandą szczęśliwi i radośni.
W takim stuporze żył przez miesiące. Wstawał z łóżka, kiedy matka przychodziła, żeby go obudzić i poprosić do jadalni na rodzinne śniadanie.
Uśmiechał się tylko w obecności Walerii, ale nawet z nią nie miał ochoty się bawić, zostawiał tę przyjemność, którą teraz poczytywał za przykry obowiązek, dziadkom.
Był moment, że obecność córki zaczęła mu przeszkadzać i ciążyć. Gdyby nie powinność rodzicielska, jaką miał wobec niej, już dawno podążyłby za Wandą. Całe szczęście wobec tej myśli szybko przyszło otrzeźwienie.
Wandzia nigdy nie wybaczyłaby mu takiego kroku. Wszak przysiągł jej, że będzie szczęśliwy. Nie miał pojęcia, czy uda mu się ta sztuka, ale obietnica była święta. Na razie więc po prostu wegetował. Najgorsze było to, że dwór w Biskupicach, w którym zamieszkali od razu po ślubie, a nawet Kraków, boleśnie przypominały mu o żonie i straconym szczęściu. Pomysł, aby wyjechać, pojawił się nagle, niczym olśnienie.
– Nie możesz tego zrobić – mówiła Bironowa, patrząc na stojące w korytarzu dwa spakowane kufry. – Iwo, jak ty to sobie wyobrażasz? Dokąd w ogóle zamierzasz się udać? A co z nami? Co z Krzeszowskimi? I przede wszystkim z twoją córką? Edmundzie, Klementyno – zwróciła się do nich z pretensją w głosie. – Nie stójcie tak. Przemówcie mu do rozsądku, skoro nie chce słuchać nas, swoich rodziców. Może posłucha teściów?
Retoryczne pytanie zawisło w powietrzu. Na twarzach pozostałych widział te same wątpliwości. Zapewne gdyby w Biskupicach wciąż przebywała Ludmiła z Antonem, oni też mierzyliby go podobnym oskarżycielskim wzrokiem.
– Synu.
Iwo zwrócił się w stronę Krzeszowskiego. Na jego twarzy wciąż widoczny był smutek, który odbijał się nie tylko w czarnych cieniach pod oczami, ale także w zgaszonym spojrzeniu, któremu brakowało dotychczasowej iskry.
– Twoja matka ma rację. To nienajlepszy pomysł, żebyś nas opuszczał. Szczególnie teraz…
– Właśnie teraz! – wszedł teściowi w słowo Iwo. Podniósł głos, chociaż wcale nie miał zamiaru krzyczeć. – Tu wszystko przypomina mi o Wandzi. Nawet te małe cholerne firaneczki, które tak uwielbiała, bo sama zrobiła je na szydełku, czekając na narodziny Walerii. Pamiętam, jak się z nimi męczyła. Jak zaczynała i pruła. Jak pruła i zaczynała. Bo ścieg był nie taki. Bo tam wyszło krzywo. Bo zbyt mało fikuśnie. Tu każdy kąt pachnie jej perfumami. Tu każdy zakamarek jest jakoś z nią związany. Oszaleję! – krzyknął, a potem, nie czekając na kolejne przemowy, ruszył do wyjścia. Zatrzymał się tylko na chwilę, żeby otworzyć drzwi i mimo wszystko pożegnać się na spokojnie. – Nie jadę daleko. – Powoli się uspokajał. – Raptem do naszego domku w Zakopanem. Potrzebuję stąd uciec. Chociaż na jakiś czas. Wiem, że nie muszę prosić, ale proszę, zajmijcie się Walerią. Dla niej będzie lepiej, jeżeli nie będzie oglądała mnie w takim stanie. Jest jeszcze mała. Zapomni. Czas zatrze te przykre wspomnienia i obrazy. Wanda będzie dla niej tylko piękną opowieścią.
Nie był pewny, czy to opatrzność, czy zrządzenie losu sprawiło, że tamtego dnia zemdlał w drzwiach.
Zachorował. Nie był przeziębiony, nie lekko zmęczony, ale prawdziwie, poważnie chory. Zaległ w łóżku. Gorączka podskoczyła niebezpiecznie. Pojawiły się majaki. Zatracał świadomość.
Spał, tracił przytomność, potem przychodziła chwilowa poprawa i znowu następowało pogorszenie.
Rodzice oraz teściowie załamywali ręce. Modlili się. Każdego dnia chadzali do kościoła. Dawali na msze i wzywali księdza z ostatnim namaszczeniem. W końcu, po długich dwóch tygodniach dziwnej choroby, której nie towarzyszyły żadne inne oznaki przeziębienia, zaczął wracać do zdrowia. Miejscowy lekarz, po tym, jak Iwo stanął na nogi, zalecił wyjazd do Krakowa i tam poddanie się szczegółowym badaniom.
Tak zrobili. Wyjechał z rodzicami, chociaż wciąż nie zarzucił ucieczki do Zakopanego. Mimo wszystko postanowił przez jakiś czas pozostać w mieście. Zamiast jednak udać się do medyka, zatracił się w alkoholu. To w butelce i w procentach szukał lekarstwa. Ponownie był głuchy na prośby ojca i matki.
I znowu los się do niego uśmiechnął. Pewnego dnia wizytę złożył mu jego dawny przełożony. Rozmowa była prosta, męska. Taka, jakiej potrzebował. Bez łzawych zapewnień i filozoficznych utyskiwań.
Nareszcie otrzymał okazję ucieczki. Ucieczki, na którą Bironowie zgodzili się z ulgą. Wyjechał do Warszawy. Na krótko. Raptem na kilka dni. Myślał, podobnie jak jego rodzina, że to wystarczy. Że się ocknie. Ogarnie. Wróci do życia. Przypomni sobie o córce, pozostającej wciąż pod opieką dziadków w Biskupicach.
Ale tak się nie stało. Tym razem, kiedy wspomniał o wyjeździe do Zakopanego, nie zatrzymywali go. Nie było sensu.
Wyjechał.
Od dnia, kiedy opuścił Biskupice, minęło już kilka tygodni, ale on nadal nie był gotowy na powrót. Zamknął się nie tylko w sobie, lecz także w domu Bironów i gdyby nie przyjaciele rodziny, nie miałby nawet co jeść. Najważniejsze, że miał co pić. Troski i smutki topił w alkoholu, ale nawet on nie przynosił ukojenia.
Wydawało mu się, że nie potrafi upić się na tyle, aby zapomnieć.
Wciąż pamiętał.
Wciąż tęsknił.
Wciąż winił wszystkich dookoła za to, co się stało.
Z żalu wpadał we wściekłość. W jednej chwili błagał Boga, aby zwrócił mu Wandę, w drugiej zaś przeklinał nie tylko Jego, lecz także zmarłą żonę za to, że miała czelność zostawić go samego. Kochał ją w jednej chwili, aby nienawidzić w drugiej.
Huśtawka nastrojów stała się jego codziennością. Nie zwracał uwagi, ile upłynęło czasu. Czy był dzień, czy noc. Nie zwracał uwagi na odwiedzające go małżeństwo. Na jedzenie, które zostawiali, chociaż przeważnie zjadał wszystko.
Nie dbał o siebie. O swój wygląd. O strój czy higienę. Nie mył się i nie zmieniał stroju. Nie wychodził z domu.
Stoczył się. Prawie dotknął dna. I właśnie w takim stanie zastał go Franciszek Biron, który, zatrwożony brakiem informacji od syna, za namową małżonki postanowił odwiedzić Iwona i przemówić mu do rozumu.
Nie spodziewał się jednak tego, co zastał. Nie poznał syna. To nie był ten sam człowiek, który kilka tygodni wcześniej wyjechał z Biskupic. To nie był młody mężczyzna, którym był niedawno. To był wrak człowieka.
Jeszcze tego samego dnia Franciszek nadał telegram do Krakowa, do Emilii, informując żonę, że został zmuszony do pozostania w Zakopanem. Z urzędu pocztowego udał się na długi spacer. Nie zastanawiał się nad tym, co i jak powinien zrobić.
Po prostu spacerował. Cieszył się życiem i pięknem natury. Do domku wrócił dopiero po kilku godzinach. To był pierwszy z wielu wieczorów, kiedy za zamkniętymi drzwiami domu Bironów dwaj panowie, Franciszek i Iwo, toczyli walkę o powrót tego drugiego do świata żywych, bo chociaż Iwo oddychał, trudno było mówić, że żył.
W trakcie tej długiej i ciężkiej batalii, podczas której dochodziło do karczemnych awantur, kiedy Iwo domagał się alkoholu, który, jak mówił, pomagał mu zapomnieć, Franciszek szukał najlepszego sposobu, aby pomóc synowi. W nocy, korzystając z wolnej chwili, kiedy nie musiał czuwać nad Iwonem, zasiadł do napisania długiego listu.
Od dawna nie pisał do Mali. Od dawna jej nie widział, ale wiedział, że siostra, którą kochał i która kochała jego, chociaż dzieliły ich tysiące kilometrów, nie odmówi mu pomocy. Wyprawienie Iwona do Anglii, do Londynu, gdzie mieszkała jego starsza siostra wraz z mężem Honoriuszem Morganem, bogatym finansistą, wydawało się jedynym sensownym rozwiązaniem.
Był przekonany, że bezdzietne małżeństwo Morganów zgodzi się gościć bratanka przez jakiś czas, ofiarując mu możliwość przepracowania żałoby i pogodzenia się z bolesną stratą. Dwa tygodnie później Iwo wydawał się gotowy do powrotu do domu. Nie mieli pojęcia, że w Krakowie, w domu Bironów, czeka na nich niespodziewany gość.
Mali Morgan nigdy nie robiła niczego połowicznie, o czym poinformowała zaskoczonego brata Franciszka i jeszcze bardziej zaskoczonego bratanka Iwona, kiedy zastali ją siedzącą wygodnie w salonie domu Bironów w Krakowie.
– Cóż – odezwała się na przywitanie. – Kiedy dostałam twój list, pomyślałam, że niestosownie byłoby odpisywać. Honoriusz pomyślał dokładnie tak samo. I zapewniam, że gdyby nie trzymające go w City interesy przyjechałby ze mną. Jeszcze tego samego dnia, kiedy listonosz dostarczył twoją wiadomość, rozpoczęłam przygotowania do podróży. I oto jestem. Kochany chłopcze – mówiąc to, podeszła do wymizerowanego Iwona. – Nie będę powtarzać, jak mi przykro, bo wiem, że żadne słowa nie ukoją twojego bólu. Rozumiem to doskonale. Pewnie moja tęsknota była inna, bo inaczej przeżywa się odejście własnego dziecka, a inaczej żony, ale wiem, co czujesz. Wiem to jak nikt inny. Mogę jedynie zapewnić cię, że chociaż teraz w to nie wierzysz, jeszcze się uśmiechniesz, a życie znowu odzyska dawny smak. Właśnie po to tutaj jestem. Po to, aby ci to ułatwić. Nie będziemy czekać. Robić przymiarek, przygotowań. Od razu, już jutro, zaczniemy pakować kufry i jak tylko zostaną przygotowane, wyjeżdżamy. Och, nie rób takiej miny. Uwierz mi, Iwo, nie zastraszy mnie ani twoje spojrzenie, ani pretensje, które za chwilę będziesz zgłaszać. Zabiorę cię do Londynu, nawet gdybym miała spakować cię do jednego z tych kufrów. Tylko od ciebie zależy, jak tam dotrzesz. Ale wierz mi, dotrzesz tam na pewno. To nie podlega dyskusji.
– Nie zamierzam protestować – wreszcie mógł wyrazić swoje zdanie Iwo.
Emilia i Franciszek wyglądali na zaskoczonych. Spodziewali się oporu, a tymczasem Iwo zgodził się bez konieczności przekonywania.
– To doskonałe rozwiązanie. Tu za bardzo wszystko przypomina mi o Wandzie. Wyjadę, ale tylko pod jednym warunkiem, który nie podlega negocjacjom. Pojadę do Londynu tylko razem z córką. Waleria jedzie ze mą albo nie wyjeżdżam wcale.
Tydzień później wyruszyli do Londynu, żegnani przez Bironów i Krzeszowskich, pośród łez i zapewnień rychłego powrotu oraz odzyskania radości życia.