Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Dom ojców - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
23 marca 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
37,90

Dom ojców - ebook

Ta opowieść to podróż w czasie i przestrzeni do świata naszych przodków – tych, których pamiętamy, i tych sprzed setek tysięcy lat. Bo choć szkolne podręczniki o tym milczą, historia ziem, na których dziś żyjemy, nie zaczęła się od Mieszka. W południowej Polsce odnaleziono liczące nawet do pół miliona lat ślady protoplastów współczesnego człowieka, a w jednej z jaskiń Jury Krakowsko-Częstochowskiej pozostałości po grupie przedstawicieli kultury magdaleńskiej, być może zabitych i zjedzonych w kanibalistycznej uczcie około piętnastu tysięcy lat temu. Ten malowniczy wapienny pejzaż to dom naszych ojców, dziadów i pradziadów, którzy mówią do nas w snach, wracają w podświadomych lękach.

Książka Andrzeja Muszyńskiego wymyka się klasyfikacjom: to przepiękna proza autobiograficzna i prehistoryczny reportaż śledczy zarazem. To historia pełna barwnych postaci, a nasi przodkowie należący do różnych gatunków hominidów są odmalowani równie żywo, jak dziadek czy sąsiedzi autora.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8191-459-8
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

BOCHEN

I

Czasem mi się wydaje, że za tą górą, prócz pól, coś jest. Porasta ją las zwany Judlem. Wieje zza niego cieplejszy wiatr i topi śnieg, którego resztki czepiają się jeszcze gałęzi. Przyjemnie przykładać ucho do zbocza jak do cudzego ciała i nasłuchiwać. Minęła pierwsza w nocy i czuję, jakbym patrzył na świat w negliżu. Jest to czarne, pociągające ciało.

O tej porze wspominam dzień, kiedy przyjechałem tu drugi raz. Szukałem tego miejsca ćwierć wieku, odkąd zobaczyłem je jako dziecko. Nie potrafiłem znaleźć go na mapie, wciąż się wymykało, jakby było snem. W końcu odpuściłem. Wybierając kawałek ziemi, na którym mógłbym zbudować dom, jeździłem pomiędzy Krakowem a Olkuszem oglądać działki z ogłoszeń. Jedna leżała na skalistym zboczu niedaleko Zawady. Wjechałem stromą drogą od kościoła w Racławicach pod cmentarz i otworzył się widok na kolejną dolinę. Zobaczyłem długie urwisko i zatrzymałem samochód. Tak. To była ta skała. Po dwudziestu pięciu latach. Uwieszona nad paroma domami, żółta i postrzępiona. Nawet nie wiedziałem, jak się nazywa. Zjechałem do doliny i od razu skręciłem do jej podnóża.

Było zimno. Wszystko było zimniejsze i bardziej martwe niż srebrny metalik mojego auta, które zaparkowałem przy drodze na czyimś polu. Wysokie po pas zmrożone trawy wyglądały jak upokorzone. Ale w tamtym czasie nie mogliśmy liczyć na śnieg. Postanowiłem wspinać się tym zboczem w kierunku Judla. Szedłem przez miejsca, w których tyle się wydarzy. Wpakowałem się w sam środek przyszłości. W miejsce, w którym chciałem już zostać. W punkt, w którym wniosę przez próg moją córkę do domu i znajdę mojego martwego psa. Poruszałem przed sobą dłonią jak ktoś, kto wchodzi pierwszy raz do wody i bada ją opuszkami.

Wspinałem się długo w kierunku czegoś, co przypominało nienaturalną piramidę, i w końcu stanąłem na jej czubku. Gdybym żył w XIV wieku, to założyłbym tutaj siedlisko. Rozejrzałem się wokół. Okna dalekich domów przypominały płonące ogniska. Na samym dnie doliny moje auto jak muszelka na brzegu rozfalowanego skamieniałego morza. Na lewo od niego Podskale, kilka domów wrośniętych w cielsko Powroźnikowej Skały, pewnie należącej dawniej do kogoś, kto zajmował się wyrobem powrozów. Na prawo wzgórze z wejściem do Grzmiączki, czyli Jaskini Racławickiej.

Poza tym nic nie pozwalało wołać do siebie po imieniu. Mapa milczała, jakby odległa Dolina Sąspowska przy Ojcowie ściągnęła z krańców tego samego arkusza wszystkie słowa. Jak nazwać rzecz, która tak bardzo przypomina sto innych obok? Jak ochrzcić teren, gdzie można tylko przepaść? Ziemia się piętrzyła, a jednocześnie jakby zapadała, ramiona obłych grzbietów obniżały, zanim na dobre wyrosły; wydawało się, że przeplatają się jak skłębione sznury. Czarne cienie spłaszczały widok i niszczyły górskie fantazje tej wyżyny. Miedze ciągnęły się kilometr w dół do drogi. Było ich kilkadziesiąt, oddalonych od siebie o nie więcej niż dwadzieścia metrów. Takie paski ziemi chłopi nazywali tu kiszkami. Pola wyglądały na martwe i niczyje. Porastały je sosnowe zagajniki. Po epoce, w której ludzie wykorzystywali każdą piędź ziemi, zostały tylko nieuprawiane tarasy, zupełnie jak w dalekiej Azji. Do kogoś musiały należeć. Zacząłem schodzić, rozmyślając, jak by to sprawdzić. Kosztowałem na języku tutejszego wiatru.

Wjechałem do wsi. Prowadziłem wolno i uważnie. Polska wieś w końcu listopada. Masa żółtego dymu z kominów zsuwała się w dół Doliny Racławki. Furtki były zimne. Psy pospuszczane z łańcuchów. Tylko pod sklepem ktoś jeszcze stał. Zapytałem dwóch gości, czy wiedzą, czyja jest taka a taka ziemia. Tego nie mówi się obcemu. W wojskowej parce. W kaszkiecie na głowie. A jednak jakby swojemu, bo potrafiącemu wyrazić coś w chłopskiej gadce. Zapukałem do pierwszego domu. Zza drzwi uciekało na podwórko ciepło. Rajstopy, papucie. Kraj papuci. To samo, nic nie wiedzą. Kupiłem litr wódki i książkę. Spakowałem je do torby na prezenty i zaparkowałem obok domu sołtysa. Właśnie kończyła mu się kadencja. Był otwarty, jakby częściej wychodził na wierzchołki skał. Wzruszył bezradnie ramionami. Już odjeżdżałem, gdy napomknął, jakby z oporem, a jednocześnie jakąś tajemniczą satysfakcją:

– Panie, tu ludzie nie chcą oddawać pól. – Jakby zamiast pól miał na myśli dzieci, tak to zabrzmiało.

– Dlaczego? – zapytałem, bo czułem, że czegoś nie rozumiem.

– Bo tak jest – odparł. – Kiedyś przyjechał tu bogaty człowiek. Chciał zbudować na tym wzgórzu pod Judlem wyciąg narciarski. Prawie kilometr. Jak na Podhalu. Trzech się nie zgodziło. Chodzili my z księdzem i wódką bez końca. Nic to nie dało. Wyciąg zbudowali z drugiej strony góry.

Po rozmowie z sołtysem zadzwoniłem do Dobrej. Dobra wiedziała, jak zdobyć takie informacje. Powiedziała, że musi zadzwonić do Sprytnej. Po kilku dniach położyła mi na stole wydruk. Każdy z pasków ziemi nosił swój własny numer i był przypisany do właściciela. Obok adres zamieszkania. Zapaliłem lampkę nocną. Zacząłem uważnie czytać nazwiska gospodarzy i natychmiast sięgnąłem po książkę o historii wsi, bo coś mi już mówiły. Powtarzały się, wciąż te same, przynajmniej od 1511 roku, gdy cieśla wyrył na belce swoje nazwisko, zachowane do dziś, tak obce tej dolinie: Martinus Iosephus Katazynski.

Nie widziałem sensu w pracy poza sztuką i uprawą roli, dlatego chciałem zarabiać na pisanie ziemią. Liczyłem, że uchroni mnie to przed biurkiem i garniturem. Że pod darnią czeka prawdziwa wolność. Dlatego po paru tygodniach znów pojechałem do wsi. Szukałem już tylko numerów domów. W każdym z nich powtarzałem mniej więcej to samo:

– Dowiedziałem się przypadkiem, że ta działka, tam, po drugiej stronie góry, jest wasza i…

Paradoksalnie wypadałem wiarygodniej niż wcześniej, bo tym razem występowałem z jasno przedstawionym zamiarem. Progi, papucie, złe psy. Ciepło, zupy. Dużo dzieci. Dzieci zsuwające sobie stopami rajtuzy. Te rajtuzy ciągnące się za nimi po zimnych płytkach.

Chyba z dwa razy zapytałem, dlaczego nie chcą sprzedać. „Bo będzie dla dzieci”. „Ziemię trza trzymać”. Jeden dom był pusty i straszył. Pordzewiała furtka skrzypiała, nie podbiegł żaden pies. Wszedłem po schodach z lastryko. Były poobijane i pokryte zgniłymi liśćmi. Zajrzałem do wnętrza przez szybę. Nie dało się nic wyraźnie dostrzec, jakby szyba była przyciemniana. Przy drzwiach wisiała stara skrzynka na listy. Wrzuciłem do środka kartkę z wiadomością i swoim numerem telefonu. Nikt nie zadzwonił. A czekałem długo.

Zrozumiałem, że pod tą skałą nie uda się osiedlić i trzeba szukać innej. Minęły miesiące. Znów zadzwoniła Dobra. Zapytała, czy byłem u właściciela jednego z pasków ziemi, który nie mieszka już w dolinie, bo się wyprowadził pięćdziesiąt kilometrów dalej. Odparłem, że nie, bo prawdopodobieństwo, że będzie chciał sprzedać, jest prawie żadne, a to daleko i straciłem w to wiarę. Ale co ci szkodzi? Pojechałem z niechęcią. Zaparkowałem obok jego domu. Wszedłem na podwórko, za domem stały chlewy. Słyszałem, że w środku ktoś jest. Zapukałem do chlewa – kojarzycie tę zieloną, drobniutko łuszczącą się farbę? Odpowiedziała jakaś gadzina. Ciepło obory objęło mnie serdecznie. W mroku jaśniała postać w gumofilcach. Przedstawiłem się i powtórzyłem to, co wcześniej innym. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział, brzmiały:

– No to dobra.

Negocjacje w sprawie ceny trwały z dwa tygodnie, zanim umówiliśmy się u notariusza. Poszło gładko. Być może uznał mnie za szaleńca. Pas ziemi, który chciałem zająć do końca życia, nie tylko nie miał dostępu do prądu, oddalonego o dobre trzysta metrów. Opadał zboczem, z dziwnym wybrzuszeniem, które jakby dodatkowo przechylało go na bok. Po prostu niemożliwie krzywy. Od trzydziestu lat nietknięty pługiem, powoli wracał do swojej pierwotnej formy, inaczej niż równe tarasy pól tu i ówdzie wciąż uprawianych albo wcale nie tak dawno porzuconych. Porośnięty środkowoeuropejskim buszem, zdziczałymi, skarłowaciałymi drzewami i niekoszoną od upadku komuny koprowatą trawą, której stwardniałe kłosy ewoluowały w upiorne endemity polskich ugorów.

Jeszcze jesienią, parę miesięcy po wizycie w kancelarii notarialnej, postanowiłem wyciąć chaszcze i parę drzew. Na szczęście miałem dobrą piłę i odpowiedni samochód, rosyjską ładę nivę. Cieszyłem się z niej jak dziecko, choć motoryzacja mogłaby dla mnie nie istnieć. No ale łada niva to jest inna sprawa. Połączenie samochodu i ciągnika, a o to chodziło. Wywieźć, zwieźć i tak dalej. Na ciągnik ani nie było mnie stać, ani nie miałem na niego miejsca. Zresztą widziałem, jak raz ursus zdechł na takim stromym polu. Był po prostu za ciężki. Łada, rocznik dwa siedem, wjechała na górę. Pamiętam tamten pierwszy listopad w polu. Niebo było granatowo-czerwone. Coś się w świecie chyliło, uchylało. Ciemne chmury gnały równo ponad czubkami świerków, jakby przesuwało się całe niebo. Wiało. Kryłem głowę w kołnierzu. Z każdym ściętym pniaczkiem pod kurtką przybywało ciepła. Nie wiedziałem, od czego zacząć. Kora drzew była czarna i gładka. Podejrzewam, że rosły tam graby, olchy, było też kilka młodych brzózek. Sześć, siedem dużych na środku pola ocaliłem i kiedyś, gdy dorobię się traktora, będę je omijał pługiem jak miejscowi skały, co przysporzy mi pewnie niezrozumienia wśród ziomków. No bo po co trzymać brzezinę na środku pola?

Karczując, uważnie przypatrywałem się ścinanym gałęziom. Szelest w trawie oznaczał, że opadły. Robiłem to często w nocy. Nie żebym się krył, tyle czasu schodziło. W polu noc zapada później. Człowiek jeszcze wszystko widzi, gdy tym, którzy patrzą przez okna z domów, wydaje się, że na zewnątrz jest już ciemno jak w dziupli. Kiedy zapomniałem latarki, włączałem reflektor w ładzie. Jego snopy układały się na zboczu w dwa pasy, jak ślady po wielkich saniach z nieba. Nie inaczej musiało to wyglądać ze szczytu skały. Wcześniej widziałem stamtąd w oddali, pod gorenickimi lasami, nerwowe światła. Jakby coś mocowało się z gęstwiną. W końcu dojrzałem kombajn w polach kukurydzy, które ciągną się po pole golfowe w Paczółtowicach. Dla kombajnisty był to jeszcze dzień. Podchodziłem pod to pole golfowe za grzybami, gapiąc się z chaszczy na ludzi – czy aż tak bardzo bogatych?

Staczałem się na dwójce ładą po wybojach, załadowany po sufit pniakami, odpychając dłonią zsuwające się na kark brzózki, dzikie śliwy, które próbowały zmienić mi bieg. Woziłem drewno przez miesiąc, kilka razy w tygodniu.

Wyciąłem wszystko równo przy gruncie i został prawie hektar korzeni. Psia jego mać, pomyślałem, co teraz? Jak to wydłubać? Nie były to cedry libańskie, ale przecież pług im nie podoła. Kiedy ludzie zaczęli karczować lasy? Władali ogniem lepiej niż językiem, lecz ogień nie wypali korzeni. Kto pierwszy dokopał się do korzenia buka? Ktoś musiał się pierwszy zawziąć. Ryć do upadłego, do granic szaleństwa, być może odkrywając bezmiar stworzenia w głębi ziemi, a nie, jak powszechnie sądzimy, w rozgwieżdżonej nocy.

Może tak: niech te korzenie zgniją. Będziemy co roku wydłubywać pługiem kolejne ich cząstki i je osłabiać. W końcu to spróchnieje. No ale same tak łatwo nie zgniją, trzeba maszyn. Zadzwoniłem do sołtysa. No jest tu, mówi sołtys, taki gospodarz, co porządnie gospodarzy. Wychyla się ku nowoczesności, ma maszyny. Jedź pan do niego. To te wielkie wiejskie stodoły. Widać to, dopiero jak się wejdzie do środka. Zwykle już ceglane albo z pustaków, czyli z lat siedemdziesiątych. Zdarzają się jeszcze drewniane. Czasem stoją obok starych drewnianych spichlerzy, na wzgórku, na podmurówce, jak najdalej od robactwa i myszy, ale jakoś zawsze sobie wyobrażam, że stoją na palach. Taka stodoła pomieściłaby racławicki kościół, jakby go ciut spłaszczyć. Kombajn to jest tam dopiero parter. Dawniej układało się wyżej deski i wydzielało rodzaj prowizorycznego piętra na siano albo słomę.

Gospodarz: powracający tu i ówdzie typ. Orka w markowych okularach, bez usmolonych kufajek. Schludność. Dyscyplina. Ogólna prostolinijność i do tego czyny społeczne. Parafianin. W radzie tej i tamtej. Zawsze w garniturze na fotografii. Robotny i znający się na robocie, znający się w zasadzie na wszystkim i potrafiący swoją wiedzę przemycić w rozmowie na każdy temat. Jak szczepić drzewka. Pasek klinowy. Zmiany klimatu. Ustawa o ruchu drogowym.

Najpierw zapytałem, gdzie się dziś kupuje zboże na siejbę – bo chyba nie na Allegro. Gospodarz odparł, że on kupuje w centrali rolniczej. Nie sądziłem, że jeszcze jakieś centrale istnieją, nazwy nie zapamiętałem, ale nie chciałem wyjść na frajera. Jakby co, powiedział, to zawsze może z worek sprzedać. Przeszedłem do sedna: korzenie – a on się tylko zaśmiał. Czym? Traktorem? Pługiem? Porąbało?! Jeszcze teraz, gdy już błoto i wilgoć wszędobylska? Ciągnik, nawet najmocniejszy, holender, nie uciągnie albo do zniszczenia mechanizmów dojdzie. Nie dyskutowałem, bo czułem, że tutaj się uszczeleczki nie marnują, że tutaj każda śrubeczka musi być w swoim pojemniczku na swojej półeczce. Więc co, jeśli nie traktor?

– Proszę pana – tak mówił, nie „panie” czy od razu na ty – do tego to tylko koparka albo spychacz. Przy okazji splantuje pan sobie trochę tego pochyłu, a spych wszystko od razu ładnie zmiażdży, zakopie korzenie głęboko, to przegnije i użyźni ziemię.

Prawdziwy fachowiec.

Kto ma spych? Ten albo tamten. Telefon do tego. Potem do tamtego. Najwcześniej za dwa tygodnie. Czyli, jak znam życie, za miesiąc. Byle przed zimą. Bo zima szła. Szła jakby z wiatrem od Gorenic. Nasiąkła dymem z kominów. Siedziałem w Dolinie Szklarki w cudzym domu i patrzyłem przez okno w wibrujący mrok, w którym wytrącały się kształty dawnych zdarzeń.

II

Moja rodzinna wieś Krzykawa leży trzydzieści kilometrów od Podskala. Mówię na nią „stara wieś”. Postawione za Gierka kwadratowe domy czasem stykały się ścianami, jak szare korale na popękanym rzemieniu ulicy. Naprawdę tak to wyglądało z oddali w latach dziewięćdziesiątych. Pola ciągnęły się za sadami. Sady za stodołami i chlewami. Domy stały przy samej drodze. Niektóre tak blisko, że wystawiając dłoń, można było dotknąć przechodnia. Najpierw podwórko: hałdka węgla, kury i króliki. Potem cień i chłód stodoły. Przynajmniej do południa. Dalej plac jasnej ziemi wypalonej zwierzęcym gównem, które lepiło się do podeszew. Kogut piejący na wierzchołku góry obornika. Krowa przy fragmencie szyn kolejowych. Skąd one się tam wzięły? Żegluga cieśniną ścieżki w sadzie wśród falujących traw. Wrzące światło, które wdzierało się do sadu. Chrzęst korzeni i mielizny opadłych gruszek. Gruszki klejące się do łajna na podeszwie. Swędzenie nóg. Czerwone pręgi na skórze od drapania. Lubiłem, za nic wtedy nieodpowiedzialny, to wiejskie wrzenie, które wyganiało ludzi z domów w pola: na identyczne pasy ziemi, czarne i tłuste, w ornamencie warzywnych i kwietnych grządek, który – każdego roku inny – stawał się widoczny, gdy wyszło się na najwyższe wzgórze. Ten wzór ciągnął się w nieskończoność. Wiaderka lśniły przy miedzach jak skorupki ślimaków. Wysypane na miedze chwasty wysychały w oczach i zsuwały się, wyblakłe, po ciemnozielonych kłosach. Po ósmej rano przybywało ludzi. Wypłowiałe podkoszulki podciągały się na pochylonych plecach w kierunku szyi i gdy gospodarz się prostował, by wytrzeć pot z czoła, wracały do pozycji wyjściowej. Skóra była tym czerwieńsza, im bliżej kreski tyłka, wystopniowana regularnymi paskami kolejnych odcieni. Słowa brzęczały w powietrzu jak monety. Kolejni ludzie wpełzali w widok jak dżdżownice. Z pięć pól dalej Kojot, brązowy niczym egipski fellach, poganiał ospale swojego konia, a pług wzbijał w powietrze ziemię tak miękko, że wydawała się bulgotać. Miedzą przesuwała się, jakby nie podnosząc stóp, Pela z pustym workiem na plecach po najzieleńszą trawę dla gadziny. Zgarbiona tak, że chyba widziała świat do góry nogami. Dla dzieci miedza to też był jedyny sensowny kierunek. Niżej, wśród upraw, nie wolno było nic nadepnąć. Za warzywniakami rosły ziemniaki. Za ziemniakami złociło się zboże. Dalej lucerna, czyli później siano. W końcu wzgórze się załamywało i sprowadzało do wąwozu, którego strzegły rozszeleszczone, wyzywające topole, a po czubkach traw srebrzyło się coś lżejszego niż myśl.

Jasne, że się kłócili. Ubliżali sobie i nie raz życzyli śmierci. Widziałem niejedno. Ale jakbym już wtedy czuł, że dopóki posłusznie wychodzą w pole i rytualnie powtarzają czynności, to nie ma się czym przejmować. Nie przewidywałem tylko, że którejś wiosny za mojego życia już nikt nie wyjdzie do roboty. Kiedy to się zaczęło? Kto odpuścił pierwszy? Wszyscy to widzieli, ale jak zwykle nikt nie znał przyczyn.

Kiedy podrosłem, zacząłem rozumieć tych coraz liczniejszych, którzy zostawali w domach, przyklejeni twarzami do okien. Bo i mi kazano w końcu robić w polu. Zaczęło się od wykopków. Kiedy traktor z koparką wywlekł na wierzch ziemniaki, trzeba było je zbierać rękami. Szło się w kilka osób, mniej więcej w jednej linii, jak policjanci, którzy szukają zaginionych dzieci w krzakach. Nogi po kostki w ciężkiej brei. Po chwili już na kolanach, bo tak wygodniej. Metr po metrze. Bulwy suche, mokre; olbrzymy – wciąż ta odrobina zdziwienia na widok kartoflanego dziwoląga, badanie dłońmi takiego okazu; mikre – zastanawianie się, czy wrzucić to do wiadra, czy wyrzucić na miedzę. Przegniłe, zdrowe; zdrowe, ale nacięte. Jakieś kłamstewko, gdy nikt nie patrzył, a do wiaderka było za daleko: buch zdrowego za miedzę. Dźwięk ziemniaka upadającego na dno wiaderka. Gulgot kartofli wysypywanych z wiadra na furę. Wiatr porywający słowa – jakby dosłownie chwytał je i zwiewał na Pustynię Błędowską. To trwało cały dzień, nawet wtedy, kiedy zebrało się więcej ludzi w ramach sąsiedzkiej pomocy. Koparka nie wykopała wszystkiego. Zawsze sporo ziemniaków zostawało głębiej pod ziemią. Wtedy wkraczał do akcji pług. Traktor jechał powoli i żłobił głęboką bruzdę, wydobywając z czeluści ziemi ostatnie sztuki. Były zawsze ciemniejsze i wilgotne. Ktoś musiał iść za tym traktorem i raz, dwa zbierać kartofle do wiadra. Do takich rzeczy to tylko młodzież. Skończyłem osiemnaście lat i szlag mnie trafiał. Po prostu nie miałem na to czasu. Mecze, przystanek. Dziewczyny, sobotnie wyjścia do baru u Dżochara.

Pamiętam też scenę z wczesnego dzieciństwa, której wtedy nie mogłem zrozumieć – to znaczy zachowania bohaterów. U Dżochara był wtedy sklep i stało parę stolików z parasolami, tam zbierało się towarzystwo. Patrzenie na starszych i dorosłych należało do naszych ulubionych zajęć, więc przysiadywaliśmy na murku w bezpiecznej odległości i się przysłuchiwaliśmy. Pewnego razu zebrała się w sobotę większa ekipa; mogli mieć wtedy po dwadzieścia pięć lat, ale znajdowali się zupełnie poza naszą skalą wieku, więc to niepewne. Sporo dziewczyn, co nie było regułą. Siedział tam Wołga. Miał już wtedy, jako młody chłopak, przepitą gębę, zawsze czerwoną. Był w samym środku imprezy. Drogą zbliżał się facet w kufajce – my już go widzieliśmy, Wołga jeszcze nie. Facet bez cackania się podszedł do stolików. Wołga wstał. Reszta ucichła. Facet – był to jego ojciec – coś mamlał pod nosem. Słyszeliśmy tylko, jak Wołga mówi ze złością, a jednak pokornie: „Ile tych ogórków? Ile?!”. Nie wściekł się, jak by się można było spodziewać, wewnętrznie pogodzony z możliwością przerwania przez ojca imprezy w sobotni wieczór, żeby wyzbierać ogórki z pola. Bo chyba o to chodziło. Ja też nie chciałem tego robić, ale mnie nikt specjalnie nie gonił. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.

Zacząłem studiować w mieście. Wróciłem na parę dni do domu i okazało się, że trzeba zwieźć siano z pola. To jest pół dnia z głowy. Wjechaliśmy na najwyższe wzgórze, siano schło tam w kopkach. Zaczęliśmy wrzucać je widłami na furę. Mój dziadek próbował być jak zwykle miły, szukając u mnie potwierdzenia swoich racji, ale nie miałem nastroju. Będę go nazywał And. Żar lał się z nieba, a do tego wiało. Chwiało drągiem przypiętym do lewej burty fury. Coś w niej dzwoniło, pobrzękiwały łańcuchy i śrubki, jak w rozkołysanym na falach żaglowcu. And przypuszczał wtedy, że nie będzie ze mnie rolnika. Że nie mam do ziemi miłości. Że ten to nie jest do roboty. Próbował do mnie mówić, chciał zabrać mnie na furze do stodoły, ale powiedziałem mu, żeby jechał sam, a ja przyjdę za chwilę. W stodole okazało się, że trzeba zrzucić to siano tego samego dnia. Zrzucić, czyli wcisnąć je widłami na poddasze, wysoko ponad głową. W stodole było duszno. Pot zalewał oczy, a siano kleiło się do skóry. Zacząłem kichać. Wystarczyło, że wyjechałem do miasta na parę lat, a organizm osłabł. Alergia jak nic. Na pyłki. Niezła wiocha. And opowiadał po raz setny o świętej pamięci sąsiedzie, Messim kośby, „robotnym jak mało kto”. Kośba – drzazgi szły. A jak nabił siana na widły, to ćwierć fury naraz. Potem And trajkotał o polityce, jakby nie widział, co we mnie wzbiera, więc w końcu nie wytrzymałem:

– Słuchaj, po co ci to wszystko? To jest głupota! – krzyczałem. – Rozumiesz?! Czysta głupota. Zamiast se siąść na dupie i porobić coś mądrego. Kto to jeszcze robi? Po co?! Głu-po-ta! Książkę byś jakąś przeczytał!

– Tak, masz rację. Masz rację – odpowiedział spokojnie i chyba ze smutkiem. I te widły klinujące się w deskach. I jakieś pieprzone łańcuchy. I jeszcze resztki tego siana na dnie fury. I jeszcze wyzbierać to, co spadło na ziemię wokół fury. A tam znowu jakieś łańcuchy…

Ostatecznie stało się tak, jak przeczuwałem: gdy ludzie zostawili pola, generalnie porzucili wieś. Opustoszały ławki przy płotach i przystanki. Towarzystwo z przystanku wyjechało na Zachód albo umarło. Pola zaczęły zarastać i skończyły się wiejskie cosobotnie zabawy. Nawet śniegu zaczęło brakować. Świat stawał się coraz bardziej uporządkowany i nudny. Z drogi znikały typy, o których chce się opowiadać. Ludzie nic tylko żyli i chodzili do pracy. Widziałem w tym jakąś perfidną karę za zdradę ziemi. Za zdradę etosu wiejskiej pracowitości – dla ludzi z zewnątrz zupełnie nieintuicyjnej, ale starej jak świat, bo gdyby nie to nieustępliwe wyrywanie chwaścików spod ogrodzeń, gdyby nie to zamiatanie syfu z obejść, gdyby nie to całodzienne ogarnianie wszystkiego, ten świat dawno temu utonąłby w gnojówce, nie doczekawszy Canal Plus i chodników.

Dziki i chwasty zaczęły podchodzić pod płoty. To były nieopisane plagi. W morze ugorów rozciągających się po widnokrąg wcinały się jak mola uprawiane jeszcze paski ziemi. Kojot wciąż wyprowadzał w bój swojego konia. Zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby uznał, że wszyscy wzięli sobie dzień, dwa wolnego, a potem wrócą i będą mu znów towarzyszyć, idąc równo z nim swoją morgą, z siewnikami i nawozem. Dziki niszczyły resztki plonów. Chwasty podduszały warzywa. Wokół ostatnich redut ziemi wyrastały zasieki z cuchnącymi preparatami odstraszającymi zwierzęta. Wystarczyło, że kropla kapnęła na skórę, a nie dało się potem wyjść do ludzi, tak cuchnęło. Mycie nic nie pomagało. Oczywiście, że uprawa już nikomu się nie opłacała. Ale co ma hańba do opłacalności? Można było tej hańby uniknąć, myślałem, troszcząc się o ziemię w jakikolwiek sposób: obsiewając ją łąką, zasadzając regularny las. Kolejne lata tylko pogarszały sprawę. Ludzie przestali nawet kosić. Takiej ziemi, gdzieś tam z tyłu domów, na wygwizdowie, nikt nie chciał kupić.

Potem mój krytyczny osąd zdrajców i leni zamienił się w podziw dla tych, którzy wbrew historii, a może i zdrowemu rozsądkowi, gwiżdżąc na ewolucję struktur miejskich, dziki i szkodniki, rok w rok wywracali pługiem ziemię. Ich zboża pożerały zarazy. Ich ziemniaki truły pomory. Ich siano płonęło. I nic. Z pola wciąż niósł się nietutejszy, karpacki głos Kojota: „Wiśta, wiśta!”. Któregoś dnia postanowiłem wrócić na wieś na dłużej i spróbować zrozumieć, dlaczego oni wciąż to robią. Zadzwoniłem do Anda. Powiedziałem mu, że będę cały sezon pomagał w polu. Cisza w słuchawce jakby przytkała linię, jeszcze wtedy stacjonarną, ale w końcu udrożnił ją charknięciem. Niby się ucieszył, choć zapewne węszył niejasne intencje. Zaparkowałem samochód na podwórku. Zabrałem ze sobą mały aparat fotograficzny. Po prostu wiedziałem, że And będzie chodził do roboty, póki zdrowie pozwoli; kalendarz mówił, że to jeszcze tylko parę lat. Może dwa, rok? Wyszliśmy razem w pole z radością, jak nigdy wcześniej. Słoma leżała już sprasowana w kostki. W kostki! Skąd wziął do tego maszynę? Pewnie pożyczył. Wcześniej schła w polu jakoś inaczej, nie pamiętam nawet jak, chyba jeszcze inaczej niż siano, też w kopkach? Pamiętałem, ile było przy tym francowatej roboty. Bo słoma, inaczej niż siano, ześlizguje się z wideł. Kostki słomy zbierało się szybciutko. Jakby tym ostatnim razem – na ostatnie okopywanie ziemniaków, na ostatnie żniwa, na ostatnią wywózkę gnoju – postanowił mi trochę pofolgować z pomocą techniki, żebym nie zapamiętał wyłącznie męki. Zdjąłem koszulkę. Będzie chociaż znak tej roboty: polna opalenizna, nie do podrobienia, brąz zaciągnięty ognistą czerwienią. And pracował w rozchełstanej koszuli, z trójkątem granatowej skóry na klacie, i w spodenkach z porządnego drelichu. Skórzany pasek jego zegarka silnie nasiąknął potem. Złociste drobiny słomy kleiły mu się do łydek. To ja częściej podjeżdżałem traktorem, on zostawał na furze. Miał jeszcze wtedy dużo pary. Starałem się umilać mu czas tematami, które go interesują, i nawet przyznawać trochę racji w tym, z czym zupełnie się nie zgadzałem. Silnik zgasł. Staliśmy na najwyższym wzniesieniu w gminie. Była trzecia po południu, martwy punkt dnia. Słońce pobladło. Gdy And nie widział, pstrykałem mu fotki, dwa megapiksele. Celowo budowałem i utrwalałem w sobie wspomnienie. Bałem się trochę, że ta analiza tu i teraz je zabije. Niepotrzebnie. Bo dziś lepiej przez to pamiętam tę ostatnią wspólną robotę, ten słony letni wiatr i rozżagwione powietrze. Pytałem go o wszystko jak leci – bo roboty w polu nie da się nauczyć z książek – tylko tak, by nie doszukiwał się podstępu albo, co gorsze, dziwactwa. Traciłem w sobie starą wieś, ale on tego chyba jeszcze nie czuł. Jak zapiąć dyszel. Fotka. Jak siać pszenicę, a jak żyto. Jak gęsto. Jak głęboko przyorywać. Kultywator czy brony. Który lemiesz. Jak wyklepać kosę. Jak najlepiej zaostrzyć. Fotka. Czym sadzić ziemniaki i gdzie kupić sadzeniaki. Kiedy pierwsze okopywanie. I czym. Czy nawozić zboże. Kiedy żniwa. Jak długo pozwolić ziarnu odpocząć przed zwózką do młyna. Czego nie siać obok siebie. Plus sto innych pytań. Na wszystkie miał jedną odpowiedź: „tak na oko”. Bo to zupełnie tak, jakby zapytano nas, jak chodzić.

III

Przyjedzie ten spychacz czy nie przyjdzie? Za widnokrąg przelewała się czerwień zmierzchu. Pomyślałem: a co z humusem? Przecież zedrą go tą łychą w diabły. Telefon do Anda. And na to: „może tak, może nie”. To stawało się regułą. Gdy potrzebowałem rzetelnej wiedzy albo konkretnej porady, to ludzie odpowiadali: „Czy ja wiem?”. Ostatecznie tokowali o czymś, buksując w wielkiej niepewności, a ich słowa były warte mniej niż prognoza pogody, bo nikt – ani ich ojcowie, ani dziadkowie – nie karczował ziemi. Ziemia od zawsze była dla nich gotowa. Zawsze czarna. Jeśli już, to ugór albo łąka do usprawnienia. Ale nie trzebież.

Telefon do doktora nauk rolniczych. Forum rolnicze w necie. Humus to jest paręnaście centymetrów, a jak to, kolego („kolego” pisali najczęściej), zedrzesz, to raz, że to jest karalne, a dwa, że dopiero za sto lat utworzy się nowy. Naprawdę aż za sto lat?

Spychacz nadciągnął w ostatniej chwili, na dzień przed tym, gdy ziemię ściął mróz. Gąsienice wtoczyły się na samą górę i zaczęły zdzierać wierzchnią warstwę ziemi. Jak wynikało z badania geologicznego, less, nawiany w czasie zlodowacenia, zalegał na moim polu przynajmniej na cztery metry. Czy naprawdę dwadzieścia, trzydzieści centymetrów pod powierzchnią, poniżej humusu, traci swoją legendarną żyzność? Szofer zabrał ze sobą kolegę, faceta z wielkim wąsem, który zabawiał go opowieściami o gołych babach i robieniu do wiadra – gdy tylko otwierał pancerne drzwi, by coś ze mną przegadać, wyłapywałem te szczątkowe wątki. Spychowy jadł suchą kanapkę. Z ust leciały mu na kolana okruchy chleba, gdy wyjąc ze śmiechu, zsuwał swoją maszyną tony ziemi ze zmiażdżonymi korzeniami. Przytulił nas mrok.

Wróciłem tam o świcie. Po raz pierwszy poczułem własność jak coś uchwytnego. Obok kulistej sosny wyznaczającej granicę mojego pola ostre światło ślizgało się po nagim lessie. Poczułem się pewniej z wiarą, że ziemia zmusi mnie, by zerwać się codziennie rano z łóżka; każe mi planować i przewidywać, a więc nie pozwoli zgnić ciału i umysłowi; uchroni je przed depresją, szerzącą się wokół jak dżuma, i co wieczór przyniesie sen, po którym człowiek może zmieniać świat. Właśnie wtedy wspomnienia ze starej wsi zaczęły słabnąć. Wszystko poza tu i teraz wyblakło. Nostalgia rozwiała się jak mgła. Nostalgia za starym i nadzieja, że nowe wcieli się w stare.

Na łysym polu nie mogło zabraknąć cienia. Postanowiłem zasadzić kilka śliw na miedzy od zachodu, żeby uchronić uprawy od silnych wiatrów, i kilka grusz od południa, żeby rozproszyć palące światło lata. Plus trzydzieści trzy drzewka za warzywniakiem, czyli inaczej niż w starej wsi, gdzie sady znajdowały się tuż za stodołą, a przed uprawami, a to przecież nie do końca wygodne – lepiej mieć chyba warzywniak bliżej domu niż dalej. Drzewka dobrze jest sadzić późną jesienią, kiedy „spuszczą już soki i usną na zimę”, jak to mi ktoś powiedział, i ja to dziś wszystko wiem, ale wtedy nie wiedziałem nic. Dlatego znów zadzwoniłem do Anda. Przede wszystkim sadził w życiu trochę drzew, choć, nie ma co ukrywać, orłem w sadownictwie nie był. Miał jednak interesujący wątek w życiorysie: kiedy front w czterdziestym piątym ucichł, komuniści zaczęli wysiedlać inteligencję z okolicznych dworów. Jeden z nich, państwa Dobieckich, znajdował się nad rzeką Białą, w dolinie wśród ukwieconych łąk i świetlistych lasów, które ciągnęły się kilometrami po Pustynię Błędowską. Komuniści przegonili właścicieli, ale nie mieli specjalnie pomysłu, co zrobić z taką nieruchomością, ni w pięć, ni w dziewięć, w środku lasu. Co dało się ukraść, to pewnie ukradli. Drzewami, przedwojennym sadem, nie byli zainteresowani. Lecz And był. Międzywojenna inteligencja sadziła szlachetne gatunki drzew owocowych. Wiem coś o tym, bo jadłem te gruszki, te żółte uleny, te mięsiste czereśnie całe dzieciństwo, a więc w latach dziewięćdziesiątych rodziły takie specjały drzewa przynajmniej sześćdziesięcioletnie. And wykopał je spod dworu z początkiem lat pięćdziesiątych i zasadził na ziemi wybranki. Wykonał już więc podobny manewr, jego doświadczenie mogło zaprocentować. Bo ja też postanowiłem zasadzić – rzecz jasna, drzewa wysokogatunkowe, a nie byle co. Szlachetne, najlepiej zagrożone gatunki, by mieć dodatkową satysfakcję. Rozpocząłem zaoczne, wieczorowe, eksternistyczne studia z sadownictwa: książki, internet, rzadziej telefon. Wydawało się to prostsze od upraw zbóż – byle dobrze posadzić – dopóki nie natknąłem się na trzy tomy _Hodowli drzew i krzewów owocowych_ Józefa Brzezińskiego z 1929 roku. Już wiosenne przycinanie, jak wynikało z tej lektury, to operacja wymagająca doświadczenia: trzeba wiedzieć, gdzie przyłożyć ostrze, by nie skrzywdzić rośliny, pod jakim kątem naciąć gałąź, jaka gęstość ugałęzienia jest korzystna. Tak naprawdę nie planowałem przycinać wcale, bo podobały mi się sady w starej wsi z czereśniami jak dęby, z opajęczonymi dziuplami w gruszach, uginające się od owoców, ewoluujące razem w coś znacznie więcej.

Stare grusze cukrówki. Bera biała. Lipcówka. Korzenny general leclerc. Jabłoń grafsztynek prawdziwy. Piękna z Rept. Czereśnia bawole serce. Śliwy: renkloda zielona, jerozolimka, węgierka, ale wczesna, węgierka biała, mirabelka z Nancy. Wiśnia gubeńska, morwa Gerardi’s Dwarf – i wiele innych. Zwabiły mnie ich nazwy i legenda, nie byłem w stanie się im oprzeć. Drzewka nadsyłano z całej Polski, starannie zabezpieczone. Trzeba wiedzieć, które wymagają zapylaczy. Kilka sztuk – poczciwe jabłonie papierówki i malinówki – kupiłem w pobliskiej szkółce. Przywiozłem Anda na działkę. Zabrał ze sobą swoją motykę i łopatę, nie ufał cudzym narzędziom. Ostrzył je na własnej roboty ostrzałce, z wajchą, która poruszała krzemiennym kołem zanurzającym się w wodzie. Nieraz woziłem mu coś poważniejszego do zaostrzenia.

To był paskudny dzień na sadzenie. Wiało, jak to w dolinie. Barwy zeszły się w zgniłą żółć. Nawet niebo było żółte. Zabrałem ze sobą termos z ciepłą herbatą. Pamiętałem, jak upalnym latem And chował do czerwonego metalowego kuferka w kabinie traktora butelki z zimnym kompotem. And sam rwał się do roboty, trzymało go to przy zdrowiu. Wykopaliśmy trzydzieści trzy doły. Zabrało nam to z pół dnia. Potem należało wbić z dwóch stron dołka porządnie naostrzone pale. Na szczęście And przywiózł też fest młot. Te pale oczywiście po to, żeby przywiązać do nich nieukorzenione drzewka, uchronić je przed wiatrami; a trzeba pamiętać, że najpierw wbija się paliki, a potem sadzi drzewo, nie na odwrót, bo inaczej można naciąć korzeń i go zniszczyć. And zaakceptował propozycję, żeby przyciąć korzenie, a takie koncyliacyjne nastawienie w polu nie było u niego regułą. Nie wiedział, że trzeba uformować w dole kopczyk sypkiej ziemi, na którym korzenie ładnie się „położą”. Przy każdym dołku powtarzał: „Idź tam, dosyp ty czorny ziemi”, wskazując na miedzę, gdzie po spychu został czarniutki humus. Zasypywałem korzenie łopatą, a on lekko potrząsał drzewkiem, żeby korzeń dobrze się ułożył. Chyba był szczęśliwy, jak każdy człowiek, który czuje się potrzebny. Zależało mi, żeby zasadził ze mną pierwsze drzewa. Żeby ten sad, który dziś kwitnie, był też trochę jego.

Czekaliśmy cierpliwie na wiosnę. Tę oczekującą pustkę lepiej widać z góry, spod dęba przy Judlu. Niebo przypominało wielościenny kryształ. Powietrze przelewało się z doliny w dolinę po zębach skał. Słowo „wiatr” w tamtym czasie do niczego nie pasowało. Wiatr to jakiś kierunek. To był nie wiatr, tylko nieuporządkowany wiew, w pierwszych dniach kwietnia barwiący skórę na szalony fiolet. Po prostu chciało się żyć. Chciało się siać i sadzić. Widziałem przed sobą łany wszystkiego: gryki, ziemniaków, bobu i pszenicy. Jeden ruch ręką i magia: złocą się kryształki rosy na zbożu.

Wystarczy tylko, myślałem, wcześniej przygotować ziemię. Postanowiłem, że pół hektara w wyższej partii zbocza najpierw porządnie użyźnię, bo wyszła spod spycha niewesoła glina. Zbyt jasna. Czułem, że na tym terenie jeszcze nie porządzimy. Wyczytałem w sieci, że najlepiej użyźniać ziemię roślinami strączkowymi. Uznałem, że nie ma czasu na wyszukany przedplon typu wyka i użyźnię to czymś, co nada się do jedzenia, choćby dla gadziny. Jeśli strączkowe, to niech to będzie bób. Pół hektara bobu – to brzmiało nieźle. Nie wiedziałem, kiedy trzeba go siać, nie znałem też ekspertów od bobu, więc spytałem Google. Google podpowiedział, że to właściwie ostatni moment. Ale Google wciąż nie rozumie, że ziemia to nie podręcznik. Trzeba uważnie przyglądać się jej, niebu i wybierać dobry czas. Na torebce z nasionami podają, by siać najpóźniej do końca kwietnia, a bywa, że ziemia jest zmarznięta do maja. Poza tym moja ziemia nie była spulchniona. Zorganizowanie wtedy traktora, na wciąż obcej ziemi – a obca ziemia na prowincji zaczyna się za opłotkami wsi – potrwałoby z tydzień. Uznałem, że przekopię ziemię motyką punktowo. Tylko gdzie kupić dziś dwa worki bobu? W sklepach ogrodniczych sprzedają go tylko w małych torebkach. Znalazłem na OLX gościa spod Miechowa, tam wciąż gospodarzą na poważniej; facet zadeklarował, że podrzuci mi towar osobiście do wsi, bo będzie w okolicy. Podjechałem pod sklep w Jerzmanowicach. Rolnik wysiadł z żuka. Prawdziwy rolnik, to było widać. Obyty w targach i przesypywaniu. Złuszczony na twarzy od słońca jeszcze przed Wielkanocą. Wyniósł z wozu dwa ciężkie wory. Wręczyłem mu uzgodnioną kwotę. Facet zaczął stękać:

– Dorzućżeż pan ze dwie dychy, nadrobiłem tu kawał drogi…

Następnego dnia ładą wwiozłem worki z bobem w górę pola. Zabrałem ze sobą motykę, młotek i długi na kilkadziesiąt metrów sznurek nawinięty na drewniane kołki. Sporo czasu zajęła mi zabawa z przygotowaniem tych kołkosznurków. Kołki wbiłem na dwóch krańcach pola wzdłuż miedzy, napinając sznurek, żeby siać równo – bez tego zgięty wpół człowiek zachowuje się jak pijany. To była wiosna! Wiosna, w której czuć było eksperyment. Wiosna ostra jak spirytus. Krok po kroczku. Rząd za rzędem. Wykopać kołek, przesunąć go w bok o półtora kroku, pójść na drugi kraniec pola, przesunąć drugi kołek, znów wrócić, bo tam zostały nasiona i sprzęt, siać wzdłuż sznurka. Nasionko po nasionku, pół hektara, do wieczora. Czasem po dwa, trzy nasiona do jednego dołka. Dlaczego dopiero po paru godzinach zwątpiłem, czy sieję na odpowiedniej głębokości? To ma znaczenie? Ile bób ma siły? Nie używałem smartfona, więc nie mogłem sprawdzić tego w terenie. Siałem tak, jak mawiał And, na oko. Obsiałem całe pole i oparłem się o pień dębu. Zawiało. Ten wiatr przyniósł nieznany mi lęk. To już nigdy się nie powtórzyło – po prostu się wystraszyłem, że to nie wyrośnie. Nie że zła ziemia, że susza, że nie ten czas. Po prostu, że nie wzejdzie. Nie i już. Że kiedyś przyjdzie taki dzień. Zebrałem oblepione gliną narzędzia i ruszyłem w dół. Na środku pola w drogę wpełzła mi żmija. Była bardzo agresywna. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem w Polsce czegoś podobnego. Jej twarz wydała mi się nienawistna i jednocześnie mądra. Zrobiłem kilka kroków wstecz. Zasyczała i zniknęła w trawach.

A może była to odmiana tej samej pazerności, która nie pozwalała naszym dziadkom zmarnować piędzi ziemi, a mnie – choć cząstki marzenia? Oni mieli przynajmniej wyraźny powód: walczyli o przetrwanie. Ja tylko dokładałem do tego forsy. Ale sprawy zaczęły się jakoś układać. Lis wyjechał w pole, po sąsiedzku, i rozpoczął sezon. Miał około pięćdziesiątki, wódka, jak to się mówi, zdecydowanie obniżyła mu standard życia, ale jeszcze wtedy zbierał się parę razy w roku coś podziałać. Bez rozmachu. Trochę ziemniaków i siana, chyba raz bobik. Nie znaliśmy się jeszcze wtedy. Podbiegłem pod jego ciągnik i zapytałem, czy nie przyorałby mi ziemi, bo chciałem zasiać zboże i warzywa. Nie było problemu, wziął dychę, chyba nawet nic nie chciał. Odjechał. Warkot silnika wsiąknął w spadziste zbocza. Zostałem sam i przykucnąłem. Obróciłem się za siebie, czy nie ma żmij. Czułem na skroniach młody gorąc. Wziąłem ziemię do ręki. Była biała, ale nie była bielicą, czyli ziemią piaszczystą, piątką czy szóstką w skali jakości gleb. Była lessem, „trzy a”. To bardzo dobra ziemia. W tej skali im mniejsza cyfra, tym lepiej. Nigdy nie widziałem na własne oczy jedynki. To chyba ukraiński czarnoziem. Przesypywałem ją przez palce, które nawet się nie brudziły. Jak popiół z miękkiego drewna. Dwa dni wcześniej wyglądała zupełnie inaczej: była czarna, tłusta i ciężka. W starej wsi ziemia też była dość tłusta i ciemnoszara, ale nie miała nic wspólnego z czarnoziemem. Chyba była to czwórka, a może piątka, tylko dobrze użyźniona.

Wróciłem w pole dwa dni później z workami gryki i żyta, które kupiłem pod Białym Kościołem u sprzedawcy pasz. Obdarty z humusu ugór przypominał barwą tropikalny lateryt. Po deszczu można było z tej gliny lepić domy i piece – i byłem tego świadkiem. Budowałem w tym czasie dom tuż przy polu. Zdun, którego ściągnąłem spod Hrubieszowa, wychodził z łopatą i wiaderkiem na podwórko i wybierał ziemię ze skarpy. Nie mógł się jej nachwalić. Wystarczyły dwa, trzy dni słońca i wiatru, żeby zamieniła się w proch, a potem, namoczona, w beton.

Nie miałem swojego siewnika. Nie było czasu szukać go po sklepach rolniczych albo czekać pół tygodnia na przesyłkę. Wsypałem żyto do dziurawego wiadra, które miałem pod ręką, i siałem. Siałem jak leci. Ziarno, by wzeszło, trzeba dobrze przykryć, najlepiej bronami, bo wydziobią je ptaki albo zgnije. Zbłąkany wyjechał gdzieś ze wsi, na dłużej, przynajmniej tak mi powiedziano. Przykryłem wysiane zboże ręcznie, grabkami, kawałek po kawałku; znów robota do samego wieczora. Zostały mi jeszcze tylko warzywa. Kupiłem wszystkie, jakie były w sklepie. Brakowało tylko drzew oliwnych. Bo bakłażany i karczochy oczywiście wsadziłem. Wbiłem na krańcach działki kołki ze sznurkiem i żłobiłem w lessowym betonie rowki, w miarę proste, choć przez tę twardość gruntu opierającą się ostrzu trochę nierówne. Czytałem uważnie instrukcje na torebkach, gdzie podają nie tylko rozstawy, ale też, co ważniejsze, głębokość. Szkoda, że nie piszą, czy ubijać mocno, czy „ino ino”. Nieważne, coś musiało wyrosnąć. Tak myślałem. Założyłem kalendarz, czy raczej dziennik rolnika – w twardej skórzanej oprawie, na pokolenia – i zanotowałem kolejność obsiewu. Dzień później spadł młody deszcz. Kalendarz przestałem prowadzić po tygodniu.

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: