Dom Pełen Łotrów - ebook
W mieście, którym rządzi nie król, lecz jego kapłan, władza ma kolor krwi. Nabonidus, zwany Czerwonym Kapłanem, pociąga za sznurki, na których tańczą lud, kanclerz i sam monarcha. Gdy młody arystokrata Murilo dostaje od niego w prezencie złotą szkatułkę z odciętym ludzkim uchem, wie, że wyrok już zapadł. Postanawia uderzyć pierwszy. Narzędziem ma być barbarzyńca z dalekiej Cymmerii, zakuty w kajdany w najsilniej strzeżonym lochu miasta, który czeka na stryczek. Wolność za jedno zabójstwo to uczciwa zapłata. Konan nie zna jednak ani strachu, ani pośpiechu, a w mrocznym domu Czerwonego Kapłana czyha coś, czego nie przewidział żaden z zamachowców. Tej nocy w domu pełnym pułapek spotkają się złodziej, szpieg, intrygant i kilku spiskowców. Tylko jedno jest pewne: nikt z nich nie jest niewinny. Jedno z najbardziej przewrotnych opowiadań Roberta E. Howarda, pełne mroku, ironii i grozy, w nowym przekładzie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914870 |
| Rozmiar pliku: | 440 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Podczas dworskiej uroczystości Nabonidus, Czerwony Kapłan, prawdziwy władca miasta, uprzejmie dotknął ramienia Murila, młodego arystokraty. Murilo odwrócił się, napotkał zagadkowe spojrzenie kapłana i zadumał się nad ukrytym w nim znaczeniem. Nie zamienili ani słowa, lecz Nabonidus skłonił się i wręczył Murilowi małą złotą szkatułkę. Młody szlachcic, wiedząc, że Nabonidus niczego nie czyni bez powodu, przeprosił towarzystwo przy pierwszej sposobności i pospieszył do swej komnaty. Tam otworzył szkatułkę i znalazł w niej ludzkie ucho, które rozpoznał po szczególnej bliźnie. Zlał go pot i nie miał już wątpliwości, co znaczyło spojrzenie Czerwonego Kapłana.
Lecz Murilo, mimo wonnych czarnych loków i fircykowatego stroju, nie był słabeuszem, który bez walki pochyli kark pod nóż. Nie wiedział, czy Nabonidus tylko się z nim bawi, czy też daje mu sposobność, by sam udał się na wygnanie; jednak to, że wciąż żył i był na wolności, dowodziło, iż darowano mu przynajmniej kilka godzin – zapewne na rozmyślania. Do podjęcia decyzji nie trzeba mu było wszakże rozmyślań; trzeba mu było narzędzia. I Los podsunął mu je, działając wśród spelunek i zamtuzów nędznych dzielnic, podczas gdy młody szlachcic drżał i dumał w tej części miasta, gdzie wznosiły się pałace arystokracji, marmurowe i z kości słoniowej, zwieńczone purpurowymi wieżami.
Był w mieście pewien kapłan Anu, którego świątynia, wznosząca się na skraju dzielnicy nędzy, była widownią nie tylko nabożeństw. Kapłan ów był tłusty i syty, a parał się zarazem paserstwem i szpiclowaniem dla straży miejskiej. Na obu tych polach interes kwitł mu w najlepsze, sąsiadował bowiem z Labiryntem – plątaniną błotnistych, krętych zaułków i plugawych nor, gdzie zbierali się najzuchwalsi złodzieje królestwa. Zuchwałością przewyższali wszystkich dwaj: Gunderlandczyk, dezerter z oddziałów najemnych, i barbarzyńca z Cymmerii. Za sprawą kapłana Anu Gunderlandczyka pojmano i powieszono na placu targowym. Lecz Cymmeryjczyk zbiegł, a dowiedziawszy się okrężną drogą o zdradzie kapłana, wszedł nocą do świątyni Anu i uciął kapłanowi głowę. W mieście zawrzało, ale poszukiwania zabójcy okazały się bezowocne, póki pewna kobieta nie wydała go władzom i nie zaprowadziła kapitana straży z jego oddziałem do ukrytej izby, gdzie barbarzyńca leżał pijany.
Gdy go pochwycono, ocknął się – otępiały, lecz rozjuszony – rozpruł kapitanowi brzuch, przedarł się przez napastników i byłby umknął, gdyby nie trunek, który wciąż mącił mu zmysły. Oszołomiony i na wpół oślepły, w szaleńczym pędzie minął otwarte drzwi i tak straszliwie grzmotnął głową w kamienną ścianę, że stracił przytomność. Gdy przyszedł do siebie, leżał w najsilniej strzeżonym lochu miasta, przykuty do ściany łańcuchami, których nie zdołałyby zerwać nawet jego barbarzyńskie muskuły.
Do tej celi przybył Murilo, zamaskowany i otulony szerokim czarnym płaszczem. Cymmeryjczyk przyjrzał mu się z zaciekawieniem, biorąc go za kata przysłanego, by z nim skończyć. Murilo wyprowadził go z błędu i sam przyglądał mu się z nie mniejszym zainteresowaniem. Nawet w mdłym świetle lochu, mimo skuwających go łańcuchów, pierwotna siła tego człowieka rzucała się w oczy. Potężne ciało i grube, umięśnione kończyny łączyły siłę niedźwiedzia ze zwinnością pantery. Spod splątanej czarnej grzywy niebieskie oczy płonęły nieposkromioną dzikością.
– Chciałbyś żyć? – spytał Murilo.
Barbarzyńca mruknął coś, a w jego oczach błysnęło nowe zainteresowanie.
– Jeśli urządzę ci ucieczkę, wyświadczysz mi przysługę? – zapytał arystokrata.
Cymmeryjczyk nie odezwał się, lecz jego natężone spojrzenie wystarczyło za odpowiedź.
– Chcę, byś zabił dla mnie pewnego człowieka.
– Kogo?
Głos Murila zniżył się do szeptu.
– Nabonidusa, królewskiego kapłana!
Cymmeryjczyk nie okazał ani zdziwienia, ani niepokoju. Nie znał ani lęku przed władzą, ani czci dla niej, jakie cywilizacja wpaja ludziom. Król czy żebrak – dla niego wszystko jedno. Nie spytał też, czemu Murilo przyszedł właśnie do niego, skoro poza murami więzień dzielnice roiły się od rzezimieszków.
– Kiedy mam uciec? – zapytał.
– W ciągu godziny. Nocą w tej części lochów jest tylko jeden strażnik. Można go przekupić – i już go przekupiono. Patrz, oto klucze do twoich łańcuchów. Zdejmę je, a w godzinę po moim odejściu strażnik Athicus otworzy drzwi twojej celi. Zwiążesz go pasami materiału oddartymi od tuniki; gdy go znajdą, władze pomyślą, że ktoś z zewnątrz cię odbił, i nie będą go podejrzewać. Idź prosto do domu Czerwonego Kapłana i zabij go. Potem udaj się do Szczurzej Nory, gdzie będzie na ciebie czekał człowiek z sakiewką złota i koniem. Z nimi wymkniesz się z miasta i uciekniesz z kraju.
– Zdejmij te przeklęte łańcuchy, i to zaraz – zażądał Cymmeryjczyk. – I każ strażnikowi przynieść mi jedzenia. Na Croma, cały dzień żyję o spleśniałym chlebie i wodzie i konam z głodu.
– Tak się stanie; ale pamiętaj – nie wolno ci uciec, póki nie zdążę dotrzeć do domu.