Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dom płonącej szadzi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 marca 2026
4632 pkt
punktów Virtualo

Dom płonącej szadzi - ebook

Udawaj, że zaręczyłaś się z królem lodu, by wciągnąć wroga w zasadzkę.

Po ujęciu nieprzyjaciela zerwij zaręczyny.

Co może pójść nie tak?

Gdybym była śmiertelna, epitafium na moim nagrobku brzmiałoby: „Tu spoczywa Isla Ríhbiadh, najdroższa córka Fallon i Lorcana, księżniczka koronna Luce, gamoń jakich mało”. Na szczęście jestem nieśmiertelną zmiennokształtną oraz czarownicą, więc niezliczone potknięcia nie doprowadziły do mojego przedwczesnego zgonu. Jeszcze.

Kiedy po kolejnej gafie ląduję w prywatnej saunie nagiego i nadzwyczaj drażliwego króla Faerie, obawiam się, że ten Glaceńczyk o szpiczastych uszach pogrzebie moje zwłoki głęboko pod twardym lodem. Tymczasem on proponuje mi małżeństwo.

Nasze zaręczyny to czysto strategiczne posunięcie. Mają stanowić jedynie element zasadzki na nienawidzących zmiennokształtnych wrogów króla Konstantina. On nie szuka miłości, a ja nie zamierzam zakochać się w mężczyźnie, który nie jest mi przeznaczony. Tworzymy więc jedynie solidny sojusz.

Oczywiście, byłam głupia, że w ogóle tak pomyślałam. Przecież nic, co robię, nie idzie po mojej myśli. To, co z początku wydaje się przyjacielskim fortelem, stopniowo przeobraża się w niebezpieczną grę – taką, w której zacierają się granice między intrygą a pożądaniem, między dziecięcymi fantazjami a realiami dorosłości, między Królem Lodu a mną.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                    Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-678-7
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

GLOSARIUSZE

GLOSARIUSZ GLACEŃSKIEGO

Atsa – Ojciec

Dadulya – dziadek

fay – fae

kohanosh (ko-ha-nosz) – moja miłości

kryl (kril) – skrzydło

krylaya (kri-laja) – uskrzydlony/a

Matsi – Matka

Matsenka – Mama

moya (mo-ja) – moja

muzha (mudża) – mąż

spahte (spa-teh) – przeznaczony/a

vryna (vri-na) – wrona

xhina (szina) – żona

yegma (jegma) – wiedźma

zah’jeen (za-dżean) – za życie (toast)

GLOSARIUSZ WRONIEGO

ah’khar (uh-kałr) – ukochany/a

annos dòfain (ałnos duffen) – deprymujący dupek

Dádhi (dadżi) – Ojciec

khráach (krał-ok) – drogi/a

laenath (lanoff) – maleńka

mach (mok) – syn

Mádhi (madżi) – Matka

mo – moja/mój/moje

mo khrá (mo krał) – moja miłości

mo khroí (mo kri) – moje serce

Príona – Księżniczka

Seanair (szo-ner) – dziadek

Shoshair (szo-szer) – babcia

GLOSARIUSZ SHABBIŃSKIEGO

batee – córka

Jaytah (dżei-ta) – dziadek

Mahananda Yudh (Mahananda Ju’d) – Bitwa o Kocioł

Taytah (tai-tah) – babcia

tendu – dziki shabbiński tygrys

yudh (ju’d) – bitwaPRZEDSŁOWIE

ZANIM ROZPOCZNIESZ LEKTURĘ…

Przez wiele miesięcy moja najmłodsza córka miała problemy z czytaniem na poziomie swoich rówieśników, ponieważ jej mózg nie potrafił przetworzyć obrazów przesyłanych przez oczy. Dopiero po niemal roku została u niej zdiagnozowana dysleksja.

Chociaż ta przypadłość ma wiele różnych form, to jedno pozostaje niezmienne: to nie ułomność. Zwyczajnie w takiej sytuacji inaczej postrzega się słowo pisane.

Estée, mój maleńki promyczku, jesteś bardzo mądrym dzieckiem oraz inspiracją dla każdego, kto Cię zna. Przepraszam za te wszystkie chwile, kiedy straciłam przy Tobie cierpliwość, zanim zrozumiałam, jak poskręcane pozostawały według Ciebie litery.

Informacja dodatkowa: przypadłość Isli luźno opiera się na tej, którą ma moja córka, wciąż jednak pozostaje fikcyjna i dlatego też nie nadałam jej nazwy.PROLOG

KONSTANTIN

Powiewem wiatru przywołanym z dłoni z hukiem otwieram drzwi komnaty, a potem zrywam z głowy glaceńską koronę, wyszarpując ją spomiędzy poplątanych kosmyków włosów i rzucam ją na biurko w gabinecie. Prawie zawadzam przy tym ręką o śliczną blond głowę młodszego brata.

To platynowe monstrum wysadzane diamentami w kolorze chłodnego błękitu, które tak rzadko zakładam, lśni w promieniach słońca wpadających przez świetlik z kopułą.

Ilya się nachyla i kładzie palce na insygnium, żeby je przytrzymać.

– Wystarczy jedno słowo, a przyjmę na siebie ten ciężar, bracie.

Nie reaguję na te słowa. Moją uwagę wciąż zaprzątają myśli o wykolejonym wagonie oraz zgaszonych przez to życiach. Choć doradcy zapewniali, że mogłoby być gorzej, to i tak zginęło szesnaście osób.

Szesnaście niewinnych ludzi.

Szesnaście straconych dusz.

Szesnaście rodzin w żałobie po kimś bliskim.

Wysłałem im złoto oraz odręcznie napisane przeprosiny, lecz żadna ilość monet ani słów nie zwróci im tego, co utracili.

Kiedy Ilja przechyla głowę, kosmyk sięgających pasa włosów wysuwa się zza jego szpiczastego ucha.

– To słowo brzmi: „abdykuję”.

Do gabinetu wchodzi mój generał Salom i prychając, zamyka za sobą drzwi.

– Gdybyś nie był mi tak drogi, Ilyusha… – Opadam na krzesło za biurkiem. Garnitur z miękkiej wełny staje się teraz dla mnie bardziej jak zbroja aniżeli strój uszyty z najbardziej luksusowego materiału tkanego w Glace. – W mgnieniu oka skorzystałbym z twojej propozycji.

Mój przyrodni brat przenosi wzrok ze mnie na Saloma, a potem znów spogląda mi w oczy, by wreszcie zapytać:

– Co wydarzyło się tym razem?

– Wykolejenie. Znowu – informuje go generał, dzięki czemu ja nie muszę wypowiadać tych słów.

Lekki uśmiech znika z twarzy mężczyzny.

– Ilu zmarło tym razem?

– Szesnastu. – Rozpinam marynarkę, próbując przynieść ulgę ściśniętym płucom. Jednak na próżno.

W przeciwieństwie do doradców Ilya nie wygłasza bez przekonania frazesów, że mogło być znacznie gorzej. Nie wspomina też o tym, że za rządów mojego ojca było naprawdę źle, ponieważ podczas Wielkiego Przekopu odnotowano tysiące zgonów.

Mimo że większość śmierci miało miejsce w trakcie budowy kolei, to w ostatnich miesiącach straciliśmy ponad sto osób, chociaż wciąż inwestuję mnóstwo złota w konstruowanie solidniejszych szyn oraz nowocześniejszych obręczy.

– Volkov stworzył projekt wagonów – przypominam Salomowi.

Projektant sań przemierzył całe królestwo, by zgłosić ojcu swoją kandydaturę. Lecz Atsa ledwo rzucił na nią okiem i zamiast go wybrać, zawarł kontrakt ze swoim teściem, gubernatorem Dimitriem Patchenkovem.

Grymas podkreśla krzywiznę orlego nosa Saloma.

– Volkovie to przestępcy i bandyci.

– Może i tak, ale ich sanie są najlepsze w całym królestwie, czyż nie? Zlećmy im budowę jednego pociągu. Tylko nieoficjalnie. Wolałbym, żeby Dimitri się o tym nie dowiedział. – Spoglądam znacząco na brata, ponieważ on bardzo podziwia swojego dziadka ze strony matki i spędza z nim mnóstwo czasu.

Ilya udaje, że zamyka usta na klucz.

– Czy zanim porozmawiam z Volkovami, mógłbym spróbować zlecić tę budowę inżynierowi z Nebby? – proponuje generał. – Odpowiadają mi chłodne stosunki, w jakich pozostaję z tą rodziną.

Ilya porusza brwiami.

– Podobno najstarszy syn jest całkiem przystojny, więc może jednak powinieneś pomyśleć o ociepleniu tych stosunków.

Chyba nic nie przynosi mojemu bratu tak wiele uciechy jak podteksty seksualne, szczególnie jeśli może wykorzystać je przeciwko Salomowi.

Generał posyła mu miażdżące spojrzenie, lecz on zbywa to śmiechem.

– Chciałbym już się oddalić. Potrzebujesz czegoś jeszcze, Kostya?

– Przygotuj pociąg królewski. Chcę udać się na północ, by odwiedzić rodziny ofiar.

– Powiadomię gwardię, że ma pozostawać w gotowości.

– Nie zapomnij poinformować Aodhana.

Chociaż z początku nie zostałem fanem Wrony przysłanej tu przez Lorcana, to przez ostatnie dwie dekady okazał się lojalny i użyteczny, a z czasem stał się także członkiem rodziny.

Najpierw dla pięcioletniego Ilyi, z którym latał nad krainą i bawił się godzinami, kiedy po zamachu na mojego ojca nikt inny nie miał na to ochoty. A później dla pozostałych, gdy…

– Dobrze. – Głos Saloma wyrywa mnie z zamyślenia. – Ale tym razem nie odprawiaj gwardii.

To on wychował mnie na mężczyznę, księcia, a potem króla, lecz nie odzywał się do mnie przez pewien czas po tym, jak wróciłem z podróży na wschód, gdzie udałem się bez żadnej ochrony. Przez kilka dni doskwierał mu fatalny humor.

– Sytuacja w królestwie jest bardzo niestabilna, Kostya – dodaje.

Nawet gdy przysięgam, że nie odprawię żołnierzy, Salom wciąż mocno zaciska usta, aż te przypominają białą kreskę przecinającą jego twarz o kwadratowej szczęce.

– Wydarzyło się coś jeszcze poza wykolejeniem, prawda? – zgaduje mój brat.

Czyta we mnie jak w otwartej księdze.

– W szkole w Shevie Zachodniej znaleziono ładunek wybuchowy. W tej, gdzie postanowiono przyjąć dzieci zmiennokształtnych. Naszym żołnierzom udało się go zabezpieczyć, ale gdyby wybuchł… – Przeciągam paznokciem po rzeźbionej krawędzi podłokietnika. – Bogowie, ta garstka zmiennokształtnych, która odważyła się przeprowadzić do Glace, w końcu stąd ucieknie.

– Wiesz, czego ci trzeba? – Ilya zakłada nogę na nogę. – Silniejszego sojuszu z nimi. Poślub Wronę albo Węża. Najlepiej jedną z księżniczek. Ich ojcowie z pewnością przysłaliby wraz z nimi oddziały dla ochrony, co odstraszyłoby nawet najbardziej zatwardziałych zmiennofobów.

Wzdrygam się na tę sugestię.

– Nie dość, że nie zamierzam się żenić, to na dodatek zmiennokształtni mają przeznaczonych.

– Nie każdy z nich.

– Nie zamierzam rozwiązywać bolączek Glace małżeństwem!

Ilya wzdycha głęboko i z ubolewaniem.

– Jak tam wolisz. Ale to przedni pomysł, czyż nie, Salomie?

W bursztynowych oczach generała pobłyskuje niepokój.

– Nie jestem pewien, czy Glaceńczycy są gotowi na zmiennokształtną królową.

– Lepiej, gdybym odwołał edykt… – mamroczę.

– Nie. – Uśmiech znika z twarzy mojego brata. – Wtedy twoi krytycy by wygrali. Nie możesz do tego dopuścić.

– Pociąg, Salomie! Przygotuj go dla mnie – fukam.

– Bezzwłocznie. – Generał pochyla głowę, kłaniając się lekko.

Tylko że gdy on wychodzi z mojej komnaty, wchodzi do niej ktoś inny. Ktoś, kogo nie chcę teraz oglądać. Chociaż, z drugiej strony, nieczęsto mam ochotę na spotkania ze swoją macochą, Milaną. Nie jest zła; po prostu bywa apodyktyczna i postanowiła zeswatać mnie z własną siostrą.

– Znowu wyjeżdżasz? – Jej głos tylko potęguje moje napięcie.

Choć większość czasu Milana spędza w dworku swoich rodziców wybudowanym nad Voshnańskim Wrzosowiskiem, to dość regularnie wraca do pałacu, żeby odwiedzić dzieci… oraz sprawdzić, czy nie zapomniano o niej na dworze.

– Dobry wieczór, Milano. W czym mogę ci pomóc?

Macocha sunie do mnie, szeleszcząc jedwabiami.

– Przybyłam tu po to, żeby przedyskutować obchody Jubileuszu.

Kurwa… zupełnie o nim zapomniałem.

– Zaproszenia zostały wysłane tego ranka. Zapewne zjawią się wszyscy, więc chciałam porozmawiać z tobą o ulokowaniu gości. Pomyślałam, że członkowie rodziny królewskiej mogliby…

Drzwi gabinetu ponownie się otwierają i tym razem do środka wpada Izolda. Tak, wpada. Nie da się tego lepiej określić. Moja słodka siostra przyrodnia tryska energią. Ksenia, jej siostra bliźniaczka, ma moje ponure usposobienie, a Izolda i Ilya stanowią nasze przeciwieństwo.

– Kostya, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – gani mnie Milana.

Odrywam wzrok od młodej, szeroko uśmiechniętej blondynki stojącej obok starszej, zagniewanej. To niesamowite, jak mało genów ojciec przekazał mojemu przyrodniemu rodzeństwu. Zupełnie jakby wszystkie jego zapasy surowości i pochmurności zostały wyczerpane na Alyonę i mnie.

– Wybacz mi, Milano, ale obawiam się, że w tej chwili brakuje mi sił fizycznych i psychicznych do rozprawiania o Jubileuszu. – Tym bardziej, że nawet nie chciałem go urządzać.

Ostatnich słów nie wypowiadam na głos, ponieważ gdybym otwarcie okazał brak entuzjazmu, musiałbym się zmierzyć z kwaśną miną siostry. Wszak to ona wpadła na pomysł świętowania moich rządów po tym, jak przeczytała o takiej zabawie w jednej z książek.

– Masz szczęście, matsi. – Ilya wstaje i posyła matce szeroki uśmiech. – Konstantin właśnie wyznaczył mnie na Mistrza Jubileuszowego Kwaterunku.

Izolda prycha z rozbawieniem, lecz ja unoszę odrobinę kąciki ust.

Milanie, z kolei, wcale nie jest do śmiechu.

– To ma być przyjęcie, a nie zebranie rozpustników, Ilyusha.

Młodszy brat uśmiecha się szerzej.

– Czemu nie? Czyń miłość, nie wojnę i tak dalej.

Mina Milany kwaśnieje jeszcze bardziej.

– Wpływ tej Wrony…

– Ta Wrona jest moim przeznaczonym, matsi – przerywa jej surowym tonem Izolda. – Możesz myśleć, co chcesz, ale nie mów takich rzeczy na głos, gdyż jeśli dalej zamierzasz robić z Aodhana złoczyńcę, to opuścimy to miejsce bez względu na to, jak bardzo nam się tu podoba.

Macocha zaciska usta i jej wyraźne kości jarzmowe uwydatniają się jeszcze bardziej.

Wiem, że pozbędę się jej szybciej, jeśli rozważę nurtujące ją kwestie, więc zakładam nogę na nogę i zaczynam:

– Chciałaś porozmawiać ze mną o zakwaterowaniu. Co mogę zrobić, by pomóc w tej kwestii?

– Które komnaty powinniśmy przydzielić monarchom oraz ich dzieciom? Te znajdujące się w skrzydle zachodnim, gdzie ulokujemy ważniejszych gości, czy może wolałbyś, żeby zatrzymali się w jednym z apartamentów w tym skrzydle?

– Monarchom przydziel komnaty w skrzydle wschodnim.

– A co z ich dziećmi? – pyta Milana.

– One mogą spać w zachodnim. Nie chcę, by hałaśliwe bachory spędzały mi sen z powiek.

– Bachory? – Izolda unosi kąciki ust tak wysoko, że te wydają się podpierać jej piegowate policzki niczym sztalugi. – Isla i Naeva są po dwudziestce.

– Tym bardziej wolałbym, by znalazły się w skrzydle położonym jak najdalej od mojego. Dwudziestolatkowie są tacy… – na widok wygiętej brwi brata wymieniam niepochlebny przymiotnik tańczący na końcu mojego języka na taki, który go nie urazi… nawet jeśli zaledwie miesiąc temu skończył trzydzieści lat – żywiołowi. Wiesz, jak ważne są dla mnie spokój i cisza.

– Och, wszyscy to wiemy, ty mruku. – Ilya uśmiecha się pod nosem, a następnie odsuwa razem z krzesłem i wstaje, wycierając dłonie o uda. – Ja osobiście nie znoszę spokoju i ciszy, więc mogę przyjąć księżniczki w swojej komnacie.

– Bogowie, Ilyusha. Jesteś niereformowalny. – Izolda przewraca oczami tak mocno, że na chwilę niebieskie tęczówki kompletnie znikają.

Milana ignoruje komentarz syna, ponieważ świetnie wie, że on tylko żartuje. Choć z pewnością chciałby zabawiać zmiennokształtne, to dobrze orientuje się w polityce i savoir-vivrze, więc bez wątpienia nie zbałamuci księżniczek.

– Tak właściwie, Ilyusha – Izolda uśmiecha się szeroko – to bardzo chciałabym być przy tym, kiedy zaproponujesz ojcom Isli i Naevy, że przyjmiesz dziewczyny u siebie.

Nasz nieustraszony brat wybucha śmiechem.

– Podobno są ze sobą blisko, więc może okazałyby się chętne dzielić komnatę? – mamrocze Milana, wciąż myśląc wyłącznie o kwestii zakwaterowania. – Wtedy je także mógłbyś umieścić w skrzydle wschodnim. Ich ojcowie z pewnością chcieliby mieć córki w pobliżu.

– Swoją drogą obie są wolne – wtrąca Izolda.

– Daruj sobie próby swatania, siostro. – Ilya zbiera włosy, a następnie upina je w kok na czubku głowy. – Próbowałem, lecz na próżno. Nasz brat nie jest zainteresowany żeniaczką.

Kiedy zmęczony trudami dnia opadam na oparcie krzesła, chrupie mi w krzyżu. Pocieram talizman w kształcie płatka śniegu znajdujący się pod koszulą. To prezent z okazji koronacji od Meriam i Kotła.

– Król nie powinien władać w samotności – oznajmia Milana. – To jako jedno z pierwszych powiedział mi wasz ojciec.

Samo wspomnienie o nim rzuca cień na mój nastrój. Nie zgadzaliśmy się co do wielu rzeczy, ale pozostawał kochającym rodzicem i troskliwym małżonkiem; filarem Glace oraz mojego małego świata.

Izolda klepie matkę po dłoni.

– Kostya zmieni zdanie, kiedy pozna tę jedyną. A skoro o tym mowa…

Uśmiecha się szerzej i wiem, że drzwi do mojej komnaty wkrótce otworzą się raz jeszcze. Można by pomyśleć, że mieszkam w burdelu, a nie w najpilniej strzeżonym skrzydle zamku.

Zmiennokształtni dzielą myśli z przeznaczonymi i jest to coś naprawdę wyjątkowego. Niektórzy odnajdują w tym coś pociągającego, podczas gdy dla innych staje się to niepokojące. Ja stanowczo znajduję się w grupie „innych”, ponieważ nie podoba mi się wizja, że mój umysł miałby stać otworem dla drugiej osoby.

– Szkoła? Postanowili zaatakować dzieci? – Radość mojej siostry się ulatnia, kiedy Aodhan z grymasem na twarzy podchodzi do niej.

– Przepraszam. – Wrona, który zazwyczaj żartuje nawet w najbardziej podniosłych chwilach, co z początku doprowadzało moją siostrę do szału, dzisiaj wydaje się bardziej ponury ode mnie.

– Nikomu nic się nie stało, Izzy. – Ściska delikatnie jej dłoń.

Zanim poczucie beznadziejności zdąży się rozplenić, Ilya obejmuje Izoldę i Milanę, po czym prowadzi je do drzwi.

– Wielki Jubileusz Kostyi nie zorganizuje się sam, moje drogie.

Gdy tylko znikają, mamroczę do Aodhana:

– Powinieneś lepiej strzec swoich myśli.

On wzdycha i przeczesuje palcami ciemnobrązowe włosy ostrzyżone tuż przy skórze.

– Sam spróbuj mieć kogoś przez cały czas w głowie. Nie wiesz, jak to jest.

I obym nigdy się tego nie dowiedział.

Brzegiem kciuka muskam naszyjnik, modląc się o to, by ozdoba wykuta w Kotle zdołała uchronić mnie od czegoś więcej niż od działania soli i żelaza… ponieważ jak mógłbym zadbać o swoją wybrankę, skoro nie potrafię zadbać o poddanych?ROZDZIAŁ 1

ISLA

Litery na etykietach drgają, przestawiają się i przekręcają bezustannie. Opuszczam powieki i unoszę je na nowo. Linie i krzywe zamierają, ale bezruch trwa tylko przez chwilę – zaraz zapiski znów się skręcają.

Chwytam butelkę z apteczki i zmrużonymi oczami przyglądam się naklejce, próbując odczytać pismo babki. Przez wzgląd na moją dolegliwość zaczęła pisać dużymi drukowanymi literami, niestety jednak wiele maści i wyciągów sporządziła przed moimi narodzinami, więc ich zawartość została opisana elegancką kursywą.

Zajmuje mi to chwilę, lecz wreszcie udaje mi się odczytać słowa: „Zmniejsza stan zapalny jelit”.

Po wsunięciu słoiczka za pasek skórzanych spodni używam magii, by wyjść ze składziku pełnego cudownych remediów Shoshair i szybuję z powrotem do niej. Na korytarzach – szczególnie w tej części Podniebnego Królestwa – panuje nadzwyczajna cisza, ponieważ wszyscy udali się do Glace na Jubileusz Konstantina Korola.

Chociaż Phoeppa zaproponował, że dotrzyma babce towarzystwa, żebym ja też mogła wziąć udział w tym wydarzeniu, moi rodzice nalegali, bym to ja została u jej boku. Ufają mojemu wujowi bez zastrzeżeń, jednak on nie jest Wroną. Nie mógłby połączyć się telepatycznie z resztą grupy i poinformować ojca o pogorszeniu się stanu zdrowia Shoshair, gdyby do tego doszło.

Prawdę mówiąc, nawet gdyby Dádhi na to nie nalegał, to i tak bym została, ponieważ babka od strony ojca jest dla mnie wszystkim.

Zatrzymuję się w Podniebnej Tawernie, gdzie odnajduję moździerz i tłuczek, a potem odkręcam wieczko słoika i go przechylam. Do wgłębienia w gładkim szarym kamieniu wpada odrobina omszałych grzybów, roztaczając wokół woń wilgotnej ziemi. Rozcieram je na masę bez grudek, a następnie odkorkowuję butelkę z uwielbianym przez babkę mocnym alkoholem – pędzonym przez Connora z górskich jeżyn – i wylewam nieco na rozgniecione grzyby.

Po wymieszaniu wszystkiego przelewam miksturę do metalowego kufla z pokrywką i wącham to, co przygotowałam. Alkohol, jakimś cudem, zintensyfikował mulasty odór, a do tego płyn zabarwił się na brązowo. Spoglądam na blat w poszukiwaniu syropu zdolnego zamaskować woń i kolor. Wybieram ten jaskrawozielony i dodaję go do eliksiru.

Rezultat okazuje się…

Odsuwam napój od siebie tak szybko, że krztyna wylewa mi się na dłoń i dopada mnie odruch wymiotny. Wykręca mi wnętrzności od samego zapachu. Pasta z grzybów musi być wyjątkowo mocna, skoro smród dociera aż do żołądka. Gdy gardło przestaje mi się zaciskać, a ślina nie napływa już do ust, dodaję kolejny naparstek likieru z jeżyn i jeszcze parę kropel syropu, a potem dosypuję kilka czubatych łyżek cukru.

Niepewnie przystawiam kufel do nosa. Zapach wcale się nie poprawił. Babka bardzo mnie kocha, więc pewnie i tak skosztowałaby tego leczniczego koktajlu, ona jednak jest mi tak droga, że nie chcę zmuszać jej do spożywania tak cuchnącego napitku.

Znowu zerkam na słoik. Czy grzyby mogły się zepsuć? W pierwotnej formie nie cuchnęły tak, jakby były przeterminowane. Może mogłabym podać jej trochę papki na łyżce? Już mam umyć moździerz, lecz wtedy wpadam na inny pomysł.

Nakłuwam palec wskazujący jednym z rubinowych kolców zdobiących okrągłe kolczyki, a potem myślę o tak uwielbianym przez Shoshair kremie z jeżyn i przyciskam krwawiący palec do metalowego kufla, by namalować jeden z niewielu sigili, które potrafię skutecznie odwzorować – bliźniacze szczyty. Gdy tylko krew wnika w kubek, woń mikstury staje się słodka i kremowa.

Z pewną dumą niosę eliksir do pogrążonego w mroku mieszkania babki, gdzie z ciemnością walczy samotna lampa olejna. Płonie na stoliku nocnym, zalewając światłem ciężkie tomisko spoczywające na udach Shoshair.

– Zrobiłam twój ulubiony napój jeżynowy! – Podchodzę do łóżka. To w nim spędziłam znaczną część dzieciństwa, uwielbiałam tam leżeć i tulić się do babci.

– Och, słonko. – Na jej bladej twarzy pojawia się uśmiech. – Nie musiałaś zadawać sobie tyle trudu.

– To żaden kłopot, Shoshair. Jak się czujesz? – Przysiadam na krawędzi materaca. – Lepiej?

– Nadal dość kiepsko, ale za dzień lub dwa powinnam być zdrowa jak ryba. – Zamyka książkę i odkłada ją na bok.

Rycina przedstawiająca florę odbita na materiałowej okładce wskazuje, że to książka o roślinach. Jej ulubiony temat.

Przenoszę wzrok na napój w dłoni i dopada mnie lekkie poczucie winy na myśl, że zamierzam podstępem podać jej lekarstwo. Nie raz perorowała, że układ odpornościowy słabnie, jeśli nie daje się mu szansy na działanie.

Właśnie to powiedziała mi nasza nadworna lekarka – przygotowująca remedia dla wszystkich poza sobą – kiedy zaproponowałam, żeby coś przyjęła i by nie marnować energii, poleciała na mnie do Glace.

Jakby czytała mi w myślach, stwierdza:

– Przepraszam, że przeze mnie nie weźmiesz udziału w Jubileuszu.

– To nic takiego. Jak ciekawy może się okazać królewski Jubileusz?

Odpędzam myśl mówiącą wyjątkowo ciekawy. Babka mnie potrzebuje. A poza tym jestem nieśmiertelna. Nadarzy się jeszcze mnóstwo okazji do tego, żeby odwiedzić Glace i wziąć udział w ogromnym przyjęciu.

Kiedy wręczam Shoshair kufel, nie wyobrażam sobie, że przelatuję nad położoną na północy śnieżną krainą.

Nie myślę o najwyższym szczycie – Białym Kle – gdzie moi rodzice stoczyli trudną bitwę jeszcze przed moimi narodzinami.

Zdecydowanie nie wyobrażam sobie, że się wymykam, by zwiedzić podziemny pałac, o którym opowiadała mi Izolda.

Nie marzę też o kuligach ani podróżach pociągami.

Babka spogląda na mnie znad krawędzi przyłożonego do ust kufla.

– Twój ojciec mówił, że sytuacja w Glace robi się niepewna.

– Słyszałam. Ale z pewnością nie jest gorzej niż w Luce, prawda?

– Jest gorzej.

Mrużę oczy.

– Lecz nie aż tak źle, skoro urządzają huczne przyjęcie.

– Lud Fae – stwierdza, jakby to wszystko tłumaczyło, i wysuwa język, by zlizać odrobinę płynu z kącika ust.

Kurde. Zapomniałam zmienić kolor eliksiru. Oby nie zauważyła, że jej ulubiony napój jeżynowy ma jaskrawozieloną barwę. Teraz, kiedy o tym myślę, jej blada skóra również wygląda trochę zielono. Z powodu koktajlu?

Bogini w dole, modlę się, tylko nie to.

Z brzucha Shoshair wydobywa się ogłuszające bulgotanie. Obie mrugamy – na początku patrząc na siebie, a następnie na jej brzuch, który… się wzdyma. Chwyta brzeg tuniki i ją podciąga.

– Słońce, czy ty… – Zawartość jej żołądka znowu bulgocze, a potem wypowiedź przerywa głośne beknięcie. Shoshair podskakuje, jakby po raz pierwszy wydobył się z niej taki dźwięk. – Jakich… jeżyn użyłaś?

Moje kolano porusza się szybko w górę i w dół. Stukam w nie palcami.

– Nie masz żadnej… alergii?

Brzuch nabrzmiewa jej jeszcze bardziej.

– Isla? – W głosie babci pobrzmiewa napięcie i niepokój.

– Rozgniotłam grzyby i dodałam je do napoju, Shoshair.

Znowu się jej odbija.

– Znalazłam je w twoim składziku z lekami. – Kolano podskakuje mi gwałtowniej, jakby było na sprężynach. – Na etykiecie słoika napisałaś… napisałaś… że… Ja tylko chciałam pomóc.

– Ćśśś. Wiem. W porządku. – Wyciąga rękę i łapie mnie za nadgarstek. – Po prostu pokaż mi, czego użyłaś, żebym mogła… wziąć coś… co zneutralizuje… – Na jej czole lśnią kropelki potu.

Pędzę z powrotem do Podniebnej Tawerny i podnoszę z blatu słoik. Po trzech nieudanych próbach zamknięcia go poddaję się i wsuwam naczynie wraz z wiekiem za pasek spodni, a następnie wracam w postaci dymu do pokoju Shoshair. Babka jęczy, przyciskając stopy do kamiennej posadzki i pochylając się nad udami.

Och, Mórrígan, co ja zrobiłam? Co ja zrobiłam?

– Shoshair?

Kiedy spogląda na mnie, dostrzegam jej wykrzywioną z bólu twarz.

Drżącymi dłońmi wyciągam w jej kierunku słoik.

Po jednym spojrzeniu na etykietę jej zielonkawa skóra nabiera głębszego koloru wymiocin.

– Ach…

Klękam przed nią i chwytam ją za wilgotne, zimne dłonie.

– Jak to: ach?

Z jej brzucha dobiega gwałtowne bulgotanie, tak głośne, że wydaje mi się, iż ojciec usłyszy je telepatycznie i dowie się o kolejnym kryzysie wywołanym przez własną córkę.

– To nic takiego, Isla.

Ewidentnie nie jest to nic takiego. Przez głowę przemyka mi myśl, że mogłabym narysować leczniczy symbol, ale nigdy nie udało mi się nakreślić go poprawnie podczas lekcji, a to nieodpowiedni moment na próby. Co gdybym tylko pogorszyła sprawy?

– To prze… – Jej gwałtowny wdech świszczy niczym wyciągany z pochwy miecz. Oczy uciekają jej w tył głowy i babcia osuwa się w moje ramiona.

Wołam jej imię.

Kiedy nie reaguje, wciskam słoik z powrotem za pasek i podnoszę jej smukłe ciało, by wynieść ją na korytarz, gdzie przybieram formę Wrony. Ostrożnie chwytam ją w szpony, po czym lecę nad oceanem do Shabbe. Serce łomocze mi przez całą drogę.

Straż otaczająca Kocioł podskakuje, gdy ląduję w Vale.

– Czy… czy… czy Akwale… czy zastałam tu kogokolwiek? – pytam zdyszana.

– Isla?! – woła Behati.

Obracam się na pięcie, wciąż ogłuszona dudnieniem krwi w uszach.

Wiekowa jasnowidzka przechyla głowę i podchodzi, stukając laską o kamienną posadzkę dziedzińca.

– Co ty tu robisz, dziecko?

– Ja o-o-otrułam babcię. – Kiedy oblizuję wargi, czuję na nich słony smak potu i łez.

– To dość radykalne posunięcie. Mogłaś udać się na Jubileusz i bez tego.

Gdy zdaję sobie sprawę, co sugeruje, warczę:

– Nie otrułam jej po to, żeby pójść na jakieś przyjęcie, Behati.

Jej brwi znikają pod ciężką biało-złotą grzywką.

– Wcale jej nie otrułam. To był wypadek. Próbowałam ją wyleczyć. – Wyjmuję zza paska słoik. – Wczoraj nagle zachorowała, więc…

– Wybrała bardzo dogodny moment na chorobę.

– …przygotowałam dla niej… Jak to: „dogodny moment na chorobę”?

Wieszczka podchodzi do bezwładnego ciała Shoshair i dźga ją laską w brzuch.

Przemieniam się w cień i wsuwam się między nie, by odtrącić złoty kij.

– Co masz na myśli?

– Twoi rodzice nie chcą, byś znalazła się w Glace z powodu przepowiedni.

Po przedłużającym się gwałtownym łomotaniu moje serce przemienia się w grudę nieruchomej tkanki.

– Przepowiedni? Jakiej przepowiedni?

– Tej, którą ujrzała Bronwen.

– I ma ona związek ze mną?

– Tak.

– …oraz Glace?

– Tak.

– Co tak właściwie ma się tam wydarzyć?

– Spotkasz swojego przeznaczonego.

Cofam głowę.

– Ja…? Moim przeznaczonym jest… Glaceńczyk?

– Tak.

– Kim on jest?

– Mahananda mi nie pokazała, jak on wygląda. Wiem jedynie, że spotkasz go na Jubileuszu.

Przypomina mi się coś, o czym moja kuzynka, Naeva – tak właściwie to moja ciotka, ale jest o sześć miesięcy młodsza, więc, tak… nazywam ją kuzynką – wspomniała jakiś czas temu: umysł Behati zdecydowanie nie dorównuje bystrością nurtowi wodowzlotów.

Zamiast kwestionować tę przepowiednię – urojenie? – shabbińskiej doradczyni, unoszę słoik, by wrócić do pilniejszej sprawy.

– Właśnie to podałam Shoshair.

Behati zerka na etykietę.

– Fungi Alaramis: zwiększa stan zapalny jelit.

Unosi kąciki ust, lecz moje opadają. Przekręcam słoik, by spojrzeć na etykietę. Zapisane kursywą litery zaczynają drżeć i podskakiwać, ale wreszcie udaje mi się odczytać pierwsze widniejące po nazwie grzybów: zwięk.

Kurwa, zwiększa! Nie zmniejsza.

– Usunę z jej jelit gazy, zanim utworzy się ich więcej. Nic jej się nie stanie, Islo.

Wściekając się na siebie, zaciskam dłoń na naczyniu z taką mocą, że na brązowym szkle pojawia się sieć pęknięć.

Behati wyciąga do mnie rękę.

– Pomóż mi uklęknąć.

Wspieram ją, gdy osuwa się na posadzkę z kamienia słonecznego, a potem patrzę, jak na brzuchu babki maluje krwią skomplikowaną konfigurację linii i zawijasów. Nigdy nie zdołałabym tego odtworzyć.

– Arin może tu zostać do twojego powrotu. Szybko wróci do zdrowia – zapewnia, kiedy sigil wsiąka w skórę Shoshair.

– Mojego powrotu?

– Z Glace.

Brzuch babki przypomina przekłuty balon, z którego schodzi powietrze… lecz mnie z kolei wypełnia poczucie odpowiedzialności.

– Nie zostawię jej – oznajmiam.

Wiekowa czarownica odchyla głowę, by na mnie spojrzeć.

– Tu chodzi o twoje przeznaczenie.

– Udam się tam w przyszłym tygodniu… albo miesiącu – mamroczę, patrząc, jak skóra Shoshair wreszcie traci zielonkawy odcień.

Behati robi ostry wdech, ściągając na siebie moją uwagę. Jej oczy przybierają kolor kości słoniowej. Milczę, gdy Kocioł podsuwa jej wizję.

Wkrótce tęczówki kobiety odzyskują kolor i jasnowidzka oznajmia:

– Twój przeznaczony zginie, jeśli wasze ścieżki nie skrzyżują się tej nocy.

Moje serce wydaje się trzasnąć niczym bat, którego lud Fae używa do poganiania koni.

– Kocioł pokazał ci to teraz?

– Tak.

Zerkam w kierunku miednicy z wodą o tafli gładkiej niczym lustro odbijającej bezchmurny błękit nieba rozciągającego się nad nami. Gdybym tylko potrafiła komunikować się z nim tak jak Taytah Daya. Gdybym tylko mogła zapytać, czy Behati wysyła mnie w dziki pościg za miłością, czy może w jej wizji kryje się ziarno prawdy.

Pewnie gdybym udała się do Glace, mogłabym zapytać o to Taytah. Albo należałoby się przemienić tu i teraz, i zażądać od ojca, by wyznał mi prawdę.

Wtedy jednak on zacząłby się zastanawiać, skąd dowiedziałam się o przepowiedni, i musiałabym powiedzieć mu o nieszczęśliwym wypadku, który zaprowadził mnie do Shabbe. Wolę go nie martwić – ani nie rozczarować po raz kolejny – więc wyznam mu wszystko po tym, jak Shoshair dojdzie do siebie.

Poczucie winy i żalu sprawiają, że jeszcze mocniej zaciskam palce na słoiku i tym razem szkło pęka. Kawałki wbijają mi się w dłoń, a następnie spadają i roztrzaskują się o kamienną posadzkę.

Klękam obok Behati.

– Czemu ona nie wstaje? – Niezranioną dłonią wygładzam srebrną brew babci.

– Ponieważ jej ciało się regeneruje.

– Nie mogę… nie mogę jej zostawić. Obiecałam… obiecałam ojcu, że…

– Shabbini nie mają przeznaczonych, więc nie wiem, jakie to uczucie, kiedy straci się taką więź, ale podobno to jak utrata cząstki duszy.

– Lecz jeśli te dwie dusze nigdy się nie spotkają…

– Właśnie tego chcesz, dziecko? Chcesz spędzić całą wieczność bez przeznaczonego?

Zaciskam usta, gdyż nie, wcale tego nie chcę.

– Powiedz mi jedno. – Przysiadam na piętach. – Czemu moi rodzice mieliby nie chcieć, żebym go spotkała?

– Ponieważ nie chcą cię stracić.

– Stracić? Nigdy nie mogliby mnie stracić. A poza tym zyskaliby syna. – Pod nosem dodaję: – Zresztą beze mnie pewnie byłoby im łatwiej.

Behati przygląda się mojemu nadgarstkowi.

– Czemu tak mówisz?

– Ponieważ niszczę wszystko, czego dotykam. – Przełykając ślinę, spoglądam posępnym wzrokiem na Shoshair.

– Isla, Isla, Isla, przynosisz rodzicom dumę i radość. A jeśli zaś chodzi o ten niefortunny wypadek, to z czasem nabierzesz wprawy. Masz dopiero dwadzieścia cztery lata. Zaufaj mi, po przeżyciu całego stulecia czary i czytanie zaczną przychodzić ci z łatwością. A teraz, proszę cię, idź już. Nie chcę rozzłościć Mahanandy.

Skubię świeży strup na palcu wskazującym.

Behati chyba wyczuwa, że wciąż boję się odejść, ponieważ mocno ściska mój nadgarstek.

– Zaopiekuję się Arin. Do twojego powrotu będzie zdrowa jak ryba. Przysięgam.

Chociaż nie wykluczam możliwości, że Behati ma urojenia, to uznaję, że dołączenie do przyjaciół i rodziny w Glace nie powinno stanowić zbyt dużego wyzwania. Szczególnie jeśli dzięki temu uratuję komuś życie, a Kocioł nie dostanie powodu, by się dąsać.

Całuję babkę w policzek i sprawdzam, czy jej tętno jest mocne, a potem ruszam w kierunku krainy lodu i Fae, gdzie czeka na mnie mój przeznaczony.

Przeznaczony. O niebiosa, czy jestem gotowa na przeznaczonego? Liczyłam, że zdołam jeszcze trochę pożyć, zanim się ustatkuję.

W połowie drogi do Glace nabieram ochoty zawrócić. Gdybym to jednak zrobiła, to nigdy nie znalazłabym przeznaczonego, więc podążam dalej ścieżką wyznaczoną przez Kocioł.ROZDZIAŁ 2

ISLA

Wiedziałam, że Glace to odległa kraina, ale nie miałam pojęcia, że znajduje się aż tak daleko od mojego domu.

Lecę już od wielu godzin, lecz na horyzoncie wciąż nie widzę lądu. Chociaż uwielbiam podróżować w ten sposób, to nie lubię robić tego w samotności. Czego bym nie dała za towarzystwo Lachlano.

Syn Agrippiny i Reida to mój najlepszy przyjaciel – wraz z Naevą i Elio – i najzabawniejsza osoba, jaką znam. Zawsze ma w zanadrzu mnóstwo historii, ponieważ tak samo jak ja kocha przygody.

Wielokolorowe łuski przecinają powierzchnię rozciągającego się pode mną oceanu. Opadam niżej, by sprawdzić, czy te węże są spóźnionymi gośćmi jak ja, czy może potworami wodnymi. W przeciwieństwie do nas, Wron, Węże praktycznie niczym nie różnią się od zwierzęcych odpowiedników. Cóż, przynajmniej samice. Samce są ogromne, więc nie da się ich z niczym pomylić.

Przez chwilę szybuję nad nimi, ale wreszcie dochodzę do wniosku, że to zwierzęta. A więc muszę kontynuować tę podróż w samotności.

Lach?!, wołam w myślach, w razie gdyby przyjaciel również obecnie miał skrzydła.

Najwyraźniej jednak nie, ponieważ nie otrzymuję odpowiedzi. Mija kolejna godzina kompletnej ciszy. Zaczynam czuć zmęczenie w mięśniach i zwalniam. Czyżbym z początku leciała za szybko? Pewnie tak.

Spoglądam przed siebie i serce podskakuje mi do gardła, kiedy na horyzoncie dostrzegam białą kropkę. Niestety nie okazuje się dołączona do lądu, lecz ruchoma góra lodowa dodaje mi energii, ponieważ w naszych ciepłych oceanach nie ma takich rzeczy.

Przez następną godzinę kilka razy wzywam Lachlano.

Wreszcie jego głos rozbrzmiewa między moimi skroniami.

Isla?

Potrzebuję sukienki.

Czyżbyś urosła w ciągu jednej nocy, czy może bawisz się w wymienianie rzeczy, które chciałabyś mieć? Bo jeśli tak, to ja potrzebuję lepszych rękawiczek.

Prycham.

Potrzebuję sukienki na Jubileusz, mądralo.

Ty… lecisz tutaj? Szok i radość ożywiają jego ton.

Pewnie, że tak. Tylko nikomu o tym nie mów. To niespodzianka.

Kogo chcesz zaskoczyć?

Rodziców.

A mogę powiedzieć to Naev?

Tak, ale niech ona też tego nie rozpowiada.

Kilka minut później słyszę:

Powiedziała, że Asha spakowała kilka dodatkowych sukienek.

Uwielbiam Ashę.

Kiedy Lachlano tłumaczy, gdzie znajduje się apartament Naevy, ściska mnie w dołku z ekscytacji. I podenerwowania.

Jestem. Tak. Bardzo. Zdenerwowana.

Ale dzięki temu podróż zaczyna mijać mi szybciej i przestaję czuć ból w kościach i mięśniach skrzydeł. Przynajmniej na chwilę.

Gdy minuty przechodzą w kolejne godziny, prawie zupełnie przestaję poruszać skrzydłami. Podobnie do małych mew, które widzę pod sobą, szybuję na świszczącym północnym wietrze. Dwukrotnie prawie zderzam się z falami, ale za każdym razem jakimś cudem udaje mi się ponownie wzbić w powietrze. Kiedy w moje ciało uderza zimny front, wydaje mi się, że jestem blisko, lecz nic z tego.

Coraz mroźniejsze powietrze wgryza się w moje obolałe członki i sprawia, że stawy mi sztywnieją. Zaczynam wątpić, czy w ogóle dotrę do Glace. Już mam się poddać i skontaktować z ojcem, by poprosić o wsparcie – zlekceważyć konsekwencje swojego nagłego przybycia – lecz wtedy na ciągnącym się w nieskończoność dywanie błękitu pojawiają się przebłyski bieli i szmaragdowej zieleni.

Mrugam, sprawdzając, czy to nie fatamorgana. Kiedy kreska lądu się poszerza, zaczynam co jakiś czas przemieniać się w strugę dymu, żałując, że nie potrafię pozostać pod bezcielesną postacią tak długo jak ojciec.

Po dotarciu do murów stolicy przyglądam się podziemnemu pałacowi Korolów, licząc kopułowe świetliki, by wiedzieć, przez który wlecieć, by znaleźć się w komnacie Naevy.

To miał być pierwszy od strony oceanu, czy od strony gór?

Lach?

Przyjaciel musiał przybrać w tym czasie ludzką postać, ponieważ nie otrzymuję od niego odpowiedzi. Staram się przypomnieć sobie naszą wcześniejszą rozmowę. Chyba mówił coś o górach. Kiedy ląduję, odziana w futra straż patrolująca okolicę przygląda mi się bacznie. Jeden z mężczyzn coś mówi, lecz moje błony bębenkowe są tak zesztywniałe, że jego słowa się od nich odbijają.

– Jestem córką króla Ríhbiadha! – wołam. – I dołączam do rodziny.

Odgarniając na bok splątane włosy, przyciskam palec do ostrej krawędzi kolczyka i rozcinam skórę, a następnie rysuję na świetliku koło przecięte krzyżem – jeden z niewielu opanowanych symboli, ponieważ jest symetryczny. Moja dłoń przechodzi gładko przez szkło.

Próbuję przeobrazić się w dym, tym razem jednak magia mnie zawodzi i wpadam do sypialni jak worek ziemniaków.

Uch, Lach. Mogłeś mnie ostrzec, że mają tu strażnice.

Pewnie gdybym mieszkała w podziemnym pałacu, również zabezpieczyłabym sufity strażnicami. Przynajmniej wylądowałam na łóżku. Przez chwilę leżę na nim, rozkoszując się luksusowym posłaniem. Dogadza ono mięśniom, o których przed tą podróżą istnieniu nie wiedziałam.

Jak bardzo zazdroszczę teraz pozostałym, ponieważ mieli cały dzień, by odpocząć po tak męczącej wyprawie. Chociaż większość z nich pewnie nawet nie potrzebowała tylu godzin. Na przykład taki Lachlano. Mój przyjaciel to naprawdę wytrzymała bestia.

Na krótką chwilę zamykam oczy, po czym otwieram je szybko, żeby nie zasnąć. Gdy przerzucam obolałe ręce nad głowę i się rozciągam, z gardła wydobywa mi się pomruk i jęk, a potem wreszcie postanawiam zwlec swoje truchło z łóżka. Ramiona i ręce mam tak sztywne, że prawie zaczynam szlochać, kiedy przekręcam się na bok i podnoszę z miękkiego posłania.

Gdy wreszcie udaje mi się wstać, przez pewien czas po prostu rozglądam się po ogromnej komnacie sypialnej przyćmiewającej nasze kwatery dla gości. Chociaż, z drugiej strony, Wrony nie są tak ostentacyjne jak Fae. Nie pozłacamy sufitów ani nie zdobimy ich płaskorzeźbami przedstawiającymi kwiaty. Nie wykładamy podłóg deskami, a tym bardziej nie tworzymy z nich ozdobnych wzorów. Chociaż część z nas pokrywa ściany freskami z węgla i kredy, to dzieła naszych artystów nie są oprawiane w zdobne ramki ani barwne – są przygaszone i proste.

Unoszę kąciki ust, kiedy wyobrażam sobie minę ojca oraz to, co zapewne powiedział po wejściu do swojej kwatery, która z pewnością jest jeszcze bardziej wystawna od tej. Dádhi nienawidzi ekstrawagancji równie gorąco jak Mádhi ją uwielbia. Ja, ku ogromnej uldze Phoeppy, wdałam się w matkę.

Lecz te myśli ulatują, gdy dociera do mnie woń eukaliptusa. Czy to mogłoby być…?

Zdejmuję nogi z łóżka i podążam za zapachem do łazienki wyłożonej złoto-białymi kamiennymi płytkami. Kiedy dostrzegam pokryte parą drzwi, z pewnością prowadzące do sauny, dziękuję w myślach architektowi, że postanowił dodać ją do pokoju gościnnego oraz rodzinie Korol za to, iż nie poskąpiła środków.

Zdejmuję ciężkie buty i praktycznie zdzieram z siebie ubrania, a następnie ściągam ręcznik ze stojaka, przewiązuję się nim pod pachami i otwieram drzwi, oznajmiając radośnie:

– To oficjalne: jesteś moją ulubioną osobą.

Kiedy nie słyszę w odpowiedzi śmiechu ani słów, mrużę oczy, szukając kuzynki w bladej parze tak gęstej, że nie widzę własnych palców u stóp.

Ostrożnie robię krok do przodu i moje spojrzenie się wyostrza, a oprócz syku wody wyłapuję także rytmiczne bicie serca. Jest tu ktoś jeszcze, ale nie Naeva. Jej puls nie niósłby się przez parę.

Już mam krzyknąć do Lachlano i powiedzieć, że jeśli chce mnie przestraszyć, to tego pożałuje, lub raczej jego przyrodzenie zacznie żałować, ale wtedy para się porusza… zagęszcza.

Tylko powietrzne Fae potrafią manipulować żywiołami. Zanim zdążę wtopić się w mgłę, ktoś zaciska rękę na moim gardle.

A potem tuż przy uchu słyszę niski, pełen poirytowania głos:

– Nie jestem niczyją ulubioną osobą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij