Dom Smutku - ebook
Zaginęła w opuszczonym sierocińcu. On wrócił sam. Teraz ktoś – lub coś – chce, żeby wrócił po nią. Bernard Rosiak, montażysta i twórca internetowy, trafia na ślad zapomnianego sierocińca na Podlasiu. Miejsca, o którym miejscowi mówią „Dom Smutku”. Dla widzów to kolejna urbexowa sensacja. Dla niego – początek obsesji. Gwałtowne załamanie pogody zmusza ich do zostania dłużej, niż planowali. Kiedy zapada zmrok, Weronika znika bez śladu. Kamery rejestrują puste korytarze. Bernard wychodzi z budynku sam – z poczuciem winy, którego nie potrafi nazwać. Próbując zrozumieć, co się wydarzyło, wikła się w prywatne śledztwo prowadzące przez cudze tajemnice, dawne decyzje i konsekwencje, które nigdy nie wygasły. Z każdym kolejnym tropem granica między faktami a projekcjami zaczyna się zacierać. Bo nie wszystko, co zostało zamknięte, naprawdę przestało istnieć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8464-005-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Witajcie, drodzy odbiorcy,
przede wszystkim pragnę się przywitać. Ponieważ mam skłonności do słowotoku, a nie chcę odciągać Was od lektury książki, postaram się napisać jak najkrótszy wstęp. Dom Smutku to mój debiut i już teraz mogę powiedzieć, że jest to dopiero początek naszej wspólnej przygody. Cieszy mnie to bardzo, gdyż kocham pisać. Swoją podróż z tym nietypowym hobby rozpocząłem jeszcze w szkole podstawowej. Minęło wiele lat, zanim wydana została moja pierwsza książka, ale ten proces był potrzebny. To trochę jak z dorastaniem. Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć. Podobnie było z Domem Smutku. Prace nad tą książką trwały długo. O tym, ile zmian i poprawek zostało wprowadzonych, lepiej nie pisać. Moja pierwsza redaktorka wie o tym najlepiej, ale myślę, że efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Nie będę zdradzać, co znajdziecie na kartach tej książki. Przekonajcie się sami.
Przyjemnej lektury.PROLOG
Ściany w pomieszczeniu, gdzie siedziała kobieta, naznaczone były pęknięciami, a od nich odpadały obszerne płaty farby. Mogła dostrzec cegły i zaprawę między nimi. Mogła je policzyć. Natomiast nadal nie wiedziała, ile czasu minęło od chwili, gdy się tutaj znalazła. Czy były to raptem godziny, dni, a może tygodnie? Wszystko było takie odległe, a jej wydawało się, że jest gdzieś poza czasem.
Nawet szmer oddechu nie mógł zakłócić tej wszechobecnej ciszy. Otulała ją ciasnym, dusznym całunem – jedynie plusk wody sporadycznie naruszał tę wysublimowaną, podstępną iluzję spokoju. Gęste, ciężkie krople ściekały po brudnych ścianach. Kolejne skapywały rytmicznie ze stropu wprost do kałuży na środku pomieszczenia. Mąciły ją, a tym samym naruszały delikatną strukturę odbitej w tafli twarzy.
Znalazła się w pułapce. Nie mogła opuścić tego miejsca, chociaż tyle razy próbowała. Dłonie miała skostniałe, a nawet pokaleczone. Bolały ją, jakby w opuszki miała powbijane igły. Dygotały, ale nie z zimna, tylko ze strachu. Próbowała się wydostać, jednak bezskutecznie. Za każdym razem, gdy stała przed drzwiami wyjściowymi, coś ją odciągało z powrotem do środka.
Teraz do jej uszu dochodził jakiś tajemniczy szept. Brzmiał jak muśnięcie liści na lodowatym policzku nieboszczyka.
Miała wrażenie, że gdyby przekroczyła próg, spotkałoby ją coś gorszego niż to, czego doświadczała w tym ciasnym zniewoleniu.
Budziły ją dziwne dźwięki: skrzypienia desek, cichego śmiechu dzieci, odległego płaczu, szmeru czy tykania zegara. Z nadzieją spojrzała w stronę niedużego zagłębienia – prawdopodobnie był to otwór wentylacyjny – jednak dostrzegła tam tylko ciemność. Czasami wpadało trochę światła. Mroczne wnętrze więzienia, bo tym w jej ocenie było pomieszczenie, wywoływało niesamowite zmęczenie. Jeszcze mocniej na jej psychice odbijały się te wszystkie stuki i trzaski.
Była niemal całkowicie pewna, że jednego razu ze snu wybudziły ją wyraźne kroki – inne od wszystkich pozostałych. Nie wiedziała jednak, kiedy to było, bo straciła już rachubę czasu. Podłoga trzeszczała bardziej niż zwykle. Powoli, rytmicznie ktoś zbliżał się do pokoju.
Chciała się gdzieś schować, niestety poza metalowym łóżkiem w pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Ktokolwiek ją gnębił, musiała się przed nim osłonić płaszczem niewidzialności. Próbowała, jednak to coś zawsze ją odnajdywało.
Trzeszczenie klamki sprawiło, że jej ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju, przez co zastygła w bezruchu. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i w prześwicie ujrzała drobną sylwetkę najwyżej dziesięcioletniej dziewczynki o całkowicie pozbawionych koloru oczach. Czaił się w nich lepki, obrzydliwy mrok. Tykanie zegara wybrzmiewało niczym uderzanie kostuchy w wieko trumny.
Czy stoję na krawędzi obłędu? Czy to, co widzę, jest prawdziwe? I czemu ciągle słyszę to tykanie, chociaż ten cholerny zegar przecież nie działa… – pytała sama siebie, a dolna warga zaczynała jej drgać z przerażenia i obawy, że tym razem…
– Chodź, już czas, aby… – wyszeptała dziewczynka takim głosem, że zdawał się on dochodzić ze wszystkich stron. Był jednocześnie łagodny i cichy niczym mgła o poranku nad taflą spokojnego jeziora, ale również przerażająco głośny. Niczym krzyk w opustoszałej świątyni.
Nie mogła się poruszyć, chociaż bardzo chciała. Żeby uciec. Żeby przetrwać. Za każdym razem, kiedy cienista postać wyciągała rękę, cały pokój zaczynał wirować. Kobieta miała wrażenie, że jej ciało rozpada się niczym stłuczone lustro, a ciemność wpełza w każdy jego fragment, jakby miała całkowicie ją pochłonąć.
W tym samym czasie mężczyzna w pociągu wpatrywał się w zdjęcie w telefonie. Był na nim wraz z uwięzioną kobietą. W jego przemęczonej głowie poza poczuciem winy wzbierało coś jeszcze – dziwne przeświadczenie, jakby ktoś próbował się z nim porozumieć.
W jakiś sposób nawiązać kontakt.
Wtem w jego umyśle wybrzmiały słowa, które sprawiły, że poczuł jakiś dziwny niepokój. Rozejrzał się nerwowo i zamarł w bezruchu. Bał się tego, co zaraz może się wydarzyć. Coś zakłócało dźwięk, mimo to mężczyzna usłyszał niewyraźnie swoje imię i wołanie:
– Pomóż mi…
Nie był w stanie zaczerpnąć powietrza – w jego głowie nieustannie, niczym echo, odbijał się głos.
Głos, który doskonale znał.