Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Domator. Bogdan Arnold, „Władca Much”: co się kryje za makabryczną legendą - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
12 stycznia 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Domator. Bogdan Arnold, „Władca Much”: co się kryje za makabryczną legendą - ebook

(mini ebook) To mogłoby nawet wyglądać na parodię kryminału o seryjnym mordercy, peerelowskim Hannibalu Lecterze. Ale nic nie działo się jak w powieści. Bogdan Arnold to jeden z najsłynniejszych i budzących największą odrazę polskich seryjnych morderców. Przekroczył granicę, za którą my – autorzy, czytelnicy czy widzowie – nie jesteśmy w stanie tak po prostu zaglądać z oczekiwaniem dreszczyku emocji. Dlaczego zabijał? Dlaczego mieszkał ze zwłokami? I dlaczego długo był bezkarny? Reportaż pierwotnie ukazał się w zbiorze „Opowiem CI o zbrodni 3. Historie prawdziwe” (wyd. Skarpa Warszawska 2020) i towarzyszył trzeciemu sezonowi serialu true crime „Opowiem CI o zbrodni” na kanale Crime+Investigation (CI Polsat).

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397485228
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Katowice, ul. Sienkiewicza 10
8 czerwca 1967 r., południe

Józef, czterdziestopięcioletni rozlewacz w hucie Baildon, staje przed drzwiami mieszkania narzeczonej swojego brata. To jednopokojowa klitka z oknem na podwórze, na czwartym piętrze kamienicy przy Sienkiewicza. Rzadko u nich bywa.

– Pożyczysz dwadzieścia złotych? – pyta brata od drzwi.

– Nie mam – odpowiada Walter.

Zostanie chwilę. Rozmawiają, powie potem oględnie, na tematy rodzinne.

Nie minęło dziesięć minut, gdy Anna, narzeczona brata, podchodzi do okna i odsuwa firankę, żeby sprawdzić, czy nie pada. Józef dostrzega, że kobieta wciąż patrzy przez szybę.

– Patrzcie – mówi.

Podchodzą.

– Patrzcie, ile tam, w tym oknie, jest much.

Kilka metrów od nich, po prawej, w budynku od Dąbrowskiego, z którym współdzielą podwórze, jest lukarna w dachu. Okna są zaklejone gazetami, między którymi kłębi się czarny, opalizujący, tłusty rój. Tłucze się o szyby, drga.

– To nie są zwykłe muchy – mówi Józef. – To takie, co siadają na zepsutym mięsie. Może tam lokator zmarł i te muchy go teraz zjadają?

– Jak to zmarł – denerwuje się Anna – jak dwa dni temu go widziałam? Wychylił się, zostawił otwarte okno, wietrzył. Po południu.

– Ja go też ze dwa dni temu widziałem – wtrąca Walter. – Tylko rano.

Ale Józef zna takie muchy.

Z ulicy Sienkiewicza idzie prosto do komendy dzielnicowej milicji przy Pocztowej.

Katowice, ul. Dąbrowskiego 14
lipiec 2020 r.

Na klatce schodowej kamienicy w centrum Katowic panuje chłód, choć na zewnątrz żar leje się z nieba. W oddali dudni muzyka z radia, turkoczą po chodniku kółka walizek – niedaleko stąd do dworca. Mahoniowa balustrada, przedwojenne drzwi. Grawerowana tabliczka ze znanym z akt nazwiskiem. Mosiężna, wyświecona od używania klamka. Witrażyk. Widok na podwórko koloru cegły i betonu.

Pani Justyna ze wspólnoty mieszkaniowej opowiada, że klatka schodowa została wyremontowana. Ludzie też sukcesywnie odnawiają swoje mieszkania.

Tak, wiedzą, co się tu wydarzyło. Nie są zachwyceni. A tam jest teraz wspólny schowek, gdzie mieszkańcy pozwalają mieszkać gołębiom.

Zresztą dziś już nie mieszka tu nikt, kto na własne oczy widział, co się działo tutaj prawie sześćdziesiąt lat temu. Kiedy 8 czerwca 1967 roku na poddaszu otwarła się puszka Pandory. Wyprowadzili się albo poumierali.

Im wyżej, tym cieplej. Ze świetlika w dachu strzela smuga światła. Pachnie kurzem, którego drobiny wirują w rozgrzanym powietrzu. Na wprost schodów wchodziło się kiedyś na otwarty strych, dzisiaj zaadaptowany na mieszkania. Skrytka na zamek szyfrowy pozwala się domyślić – wynajem krótkoterminowy. Większość mieszkań w tej części Katowic jest na wynajem.

Drzwi na lewo od schodów wciąż są obite blachą pomalowaną na brązowo. Wtedy była zielona. Pani Justyna mocuje się z kłódką. Kiedyś podobno ustawiały się kolejki, żeby tu zajrzeć. Ciekawe, czy najemcy lokalu obok wiedzą, gdzie nocują. A pani Justyna woli nie przychodzić tu sama._
___

Katowice, ul. Dąbrowskiego 14
październik 1966 r., godzina 23.00

Karol spod siódemki przegląda się w łazienkowym lustrze. Jest późno. Cicho. I nagle coś jakby skrobanie, jakby chrobot.

Wzrok prawnika, naczelnika wydziału zaopatrzenia Śląskiego Zarządu Budownictwa Miejskiego, błądzi po suficie. Zatrzymuje się na grubej rurze pionu kanalizacyjnego biegnącej przy ścianie.

Po rurze coś cieknie. Coraz bardziej.

Karol pędzi na poddasze. Tłucze w drzwi dawnej pralni, w której trzy lata temu dostał przydział na mieszkanie ten cichy facet. Prawnik zastanawiał się wtedy, jak on tam będzie mieszkał, w tej klitce bez kibla. Przynajmniej był żeliwny zlew i skrzynia do prania obita blachą, która mogła służyć za wannę. Mieszkaniówka musiała sobie radzić, ludzie też. I facet jakoś sobie radził, w każdym razie nie było z nim problemów. Do dzisiaj.

– Sąsiedzie! – Lokator spod siódemki coraz mocniej wali w drzwi z numerem dziewięć. – Bo mi zalewa mieszkanie!

Drzwi się uchylają. W szparze spłoszona twarz.

– Chciałem sobie zbudować klozet – tłumaczy się uprzejmie, choć do środka nie wpuszcza. – Odkryłem końcówkę pionu kanalizacyjnego i czyściłem rurę. Ja jestem w stanie pokryć wszelkie ewentualne poniesione przez pana szkody.

Karol wraca do siebie. Przecież nie będzie się kłócił, on, prawnik, inteligencja pracująca. A czy można się dziwić, że sąsiad chce mieć toaletę?

Kilka dni później znowu przegląda się w lustrze w łazience. Dostrzega leniwe, rytmiczne ruchy. To biała, wrzecionowata larwa o czarnej główce. Rozgniata ją szybko.

Takie larwy bierze się na ryby, wędkarze hodują je na zepsutym mięsie.

Następna. Ją też rozgniata. Może wychodzą z pionu, który otworzył sąsiad?

Nim minie jesień, rozgniecie w łazience ze trzydzieści robaków. Na szczęście idzie zima, a gdy przyjdą chłody, larwy przestaną się kluć.Katowice, ul. Dąbrowskiego 14
lipiec 2020 r.

W środku jest jeszcze goręcej. Wszystko jest zaskakująco mniejsze, niż pozwalała przypuszczać wyobraźnia. Jak to się wszystko mogło wydarzyć na kilkunastu metrach kwadratowych? Podłogę zastawiają paczki i kartony upstrzone gołębim guanem.

Panorama Katowic z mansardowego okna, tego okna, przez które weszli strażacy. Wtedy nie było wieżowców, ale najeżone kominami i antenami dachy tak samo hipnotyzująco musiały ściągać wzrok w przestrzeń, ku horyzontowi.

Na ścianie – jego słomianka, zapewnia pani Justyna. Na drzwiach od wewnątrz – jego wieszak na ubrania.

W drugim, maleńkim pomieszczeniu dziś nie ma śladu po skrzyni obitej od środka blachą, która została po pralni. Wynieśli ją technicy śledczy, razem z zawartością.

Jest cicho, ze studni podwórka nie dobiegają żadne dźwięki. I jest brudno.

Nieczysto.

W takich miejscach człowiek stara się niczego nie dotknąć. Stąpa na palcach, żeby wejść w jak najmniejszy kontakt z podłogą. Wstrzymuje oddech, żeby nie nabrać do płuc zbyt wiele powietrza. To dziwne, bo nie ma tu za grosz mroku. Przez pęknięte okno sączy się słoneczne światło, lekko tylko złamane przez poszarzałe ze starości szybki. Wyczulony węch wyłapuje tylko zapach kurzu z niepokojącą nutą guana.

Nic więcej.Katowice, ul. Dąbrowskiego 14
25 maja 1967 r., Boże Ciało

W maju nie dało się otworzyć kuchennego balkonu od podwórza.

Fetor od dawna czuć już na klatce schodowej. Prawnik Karol i jego siostra Janina są pewni, że to z góry, bo czuć zwłaszcza, gdy sąsiad spod dziewiątki ma otwarte okna. Pamiętają sprawę z pionem. Może, myśli Janina, on wylewa do rury albo do zlewu zawartość kubła? A nie miał sobie klozetu zbudować?

Smród nie daje się zignorować. Staje się tematem rozmów na klatce.

– Parę dni temu widziałam, jak miał zranioną głowę – śmieje się do Janiny sąsiadka spod ósemki. – Ale gdyby od tego umarł, to jeszcze by nie cuchnął.

Żart jak żart, ale ta myśl w Janinie kiełkuje. Bo są jeszcze te robaki. I tłuste plujki, które wlatują do kuchni. Więc któregoś dnia Janina wyjdzie na klatkę i zacznie krzyczeć, że tak śmierdzą rozkładające się zwłoki.

– Przecież to kał! – zapewnia sąsiad spod piątki.

W końcu Janina zwraca uwagę sąsiadowi spod dziewiątki.

– To kanał jest otwarty – tłumaczy się tamten.

Ale Antonina, matka Janiny i Karola, wie, że jeśli tak, to on ten kanał otwiera po nocach. Staruszka ma czujny sen. Gdy wstaje w nocy, słyszy u góry kroki, zlewanie wody, bulgot w rurach. Wtedy śmierdzi najbardziej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij