-
nowość
Domina w mojej krwi BDSM - ebook
Domina w mojej krwi BDSM - ebook
"Wciskam jego twarz w dywan przy moich stopach. Zanim zdąży nabrać powietrza, wokół jego szyi zatrzaskuje się gruba, sztywna skóra. Tępe kolce wgryzają się w kark. Z jego ust wyrywa się zduszony jęk. W tym jednym ułamku sekundy mężczyzna sukcesu przestaje istnieć. Jesteś mój." Nie każda władza rodzi się z siły. Nie każda uległość oznacza słabość. Co sprawia, że człowiek, który na co dzień kontroluje wszystko, pragnie uklęknąć przed kimś innym? Dlaczego jedno spojrzenie potrafi odebrać pewność siebie? Dlaczego cisza bywa silniejsza niż rozkaz? I co tak naprawdę dzieje się w umyśle człowieka, który dobrowolnie oddaje kontrolę? Vera Vex otwiera drzwi do świata, o którym wielu fantazjuje, ale niewielu ma odwagę mówić otwarcie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotic Literature |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398332941 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Istnieją drzwi, przed którymi codzienność przestaje istnieć._
_Po jednej stronie stoi paraliżujące napięcie zmieszane z pożądaniem, którego nie da się opanować samym rozumem. Po drugiej – chłodna, precyzyjna pewność kogoś, kto steruje każdym uderzeniem twojego serca. To nie jest przypadek ani chaos. To taniec rozpisany na ułamki sekund, w którym poddanie się jest jedyną drogą do wyzwolenia._
PERSPEKTYWA ULEGŁEGO
Stoję na korytarzu od pięciu minut, wpatrując się w klamkę.
Koszula klei mi się do pleców od zimnego potu, a klatka piersiowa faluje w urywanym, płytkim oddechu. W codziennym życiu kieruję ludźmi, podpisuję umowy, decyduję o wszystkim. Tutaj nic nie znaczę – i ta myśl rozpala mnie do granic obłędu. Spodnie robią się nieznośnie ciasne, twarde, bolesne z każdym uderzeniem tętna.
Wiem, czym ryzykuję: jeśli zapukam sekundę za wcześnie albo sekundę za późno, te drzwi pozostaną zamknięte, a ona odeśle mnie w pustkę z tą pulsującą, bezsilną erekcją. Strach przed tym, że zawiodę jej oczekiwania, miesza się z dzikim, zwierzęcym pragnieniem, sprawiając, że ledwo trzymam się na nogach.
W kieszeni marynarki mam jeszcze telefon. Wyłączyłem go w windzie. W drugiej kieszeni, którą czuję bardziej niż jakąkolwiek inną, mam to, co ustaliliśmy w czwartek: w jasnej kuchni, przy herbacie, bez lateksu i bez ciszy, kiedy pytała mnie o rzeczy, o które nikt nigdy mnie nie pytał, a ja odpowiadałem jak na rozmowie kwalifikacyjnej, tylko że szczerzej. Na kartce zapisała jedno słowo. _Szkarłat_. Nie potrzebuję go wypowiadać. Wystarczy, że wiem, że istnieje. To klucz do wyjścia, który noszę w kieszeni, nawet kiedy zdejmę ubranie.
Wskazówka przeskakuje na pełną godzinę.
Unoszę dłoń. Uderzam kłykciami w drewno: _raz, dwa_. Wstrzymuję powietrze w płucach, zmuszając się do wyczekania tej jednej, wynegocjowanej sekundy przerwy. I zaraz potem: _raz, dwa, trzy_.
Cisza.
Każda kolejna sekunda bezruchu za drzwiami rozrywa mi nerwy. Zaczynam wątpić, czy byłem wystarczająco precyzyjny, czy nie popełniłem błędu. I wtedy, z głębi mieszkania, dobiega to jedno, chłodne słowo, które natychmiast ścina mi krew w żyłach:
– Wejdź.
Naciskam klamkę i przekraczam próg, natychmiast wbijając wzrok w parkiet. Nie wolno mi na nią spojrzeć, ale powietrze jest przesiąknięte jej zapachem – ciężkimi perfumami i ostrym aromatem lateksu. Przy samych drzwiach stoi mała, czarna taca. Ręce drżą mi tak mocno, że z trudem rozpinam guziki koszuli. Zdejmuję zegarek i kładę go na tacy – tak, jak ustaliliśmy. Czas należy już do niej. Zdejmuję z siebie resztę pancerza: garnitur, resztki męskiej dumy. Każda część garderoby ląduje równo na wyznaczonej półce.
Nagi od pasa w górę, opadam na kolana tuż przy progu. Przyjmuję wyuczoną postawę: siadam na piętach, uda zwarte, dłonie płasko na nogach, głowa opuszczona do samej ziemi. Jestem całkowicie bezbronny, a mój nabrzmiały członek pulsuje w spodniach z siłą, nad którą nie mam już żadnej kontroli.
W wąskim stożku mojego pola widzenia dostrzegam czubek jej czarnej, lakierowanej szpilki. Noga założona na nogę, obcas kołysze się leniwie w powietrzu, tuż przed moją twarzą.
I zapada cisza.
Pół godziny wyczekiwania. Ona nie mówi ani słowa, nie podchodzi, a ja czuję, jak każda minuta bezruchu odbiera mi resztki racjonalnego myślenia. Słyszę tylko własny, dławiący się oddech i czuję palący wstyd połączony z czystą, hipnotyczną żądzą. Wiem, że jeśli ten ciężar stanie się nie do zniesienia, mam jedno ustalone słowo. Ale każda cząstka mnie pragnie wytrwać w tym zawieszeniu do końca.
– Do kuchni. Przynieś mi wino.
Jej głos rozcina mrok. Nie wstaję, bo znam protokół. Przechodzę na czworaki i ruszam przed siebie, szorując nagimi kolanami o twarde deski. Upokorzenie tej pozycji miesza się z falą ekstazy, która uderza prosto w skronie. Dopiero za progiem kuchni wolno mi stanąć na nogach. Szkło butelki dzwoni o kieliszek – dłonie trzęsą mi się w niekontrolowanym dygotaniu. Zaciskam zęby, by nie uronić ani jednej kropli na blat, bo jedna plama zniszczyłaby wszystko.
Wracam w tej samej pozycji, na czworakach, niosąc kieliszek jak relikwię. Odstawiam go na stolik obok jej fotela, po czym wracam do siadu na piętach z czołem przy dywanie. Ani słowa, ani spojrzenia. Ona siedzi nieruchomo, traktując mnie jak element wnętrza, a ta jej lodowata obojętność doprowadza mnie do szaleństwa. Błagam w duchu, by mnie dotknęła.
W ułamku sekundy jej dłoń spada na mój kark.
Ciężar i siła nacisku przyciskają moją twarz do dywanu tuż przy jej stopach. Zanim zdążę zaczerpnąć tchu, wokół mojego gardła zatrzaskuje się gruba skóra.
Tępe, metalowe kolce od wewnętrznej strony obroży natychmiast wbijają się w skórę karku i szyi.
To nie jest raniące cięcie, lecz twardy, bezwzględny ucisk, który z każdym uderzeniem tętna przypomina mi, gdzie jest moje miejsce. Metal pulsuje w rytm szalejącego serca, wysyłając paraliżujący prąd prosto do podbrzusza. W tej jednej sekundzie cały świat za drzwiami przestaje istnieć: nie muszę już decydować, nie muszę dźwigać kontroli, należę do niej.
Z gardła wyrywa mi się zduszony, cichy jęk, a całe moje ciało zaczyna spazmatycznie drżeć pod naporem fali czystego poddania. Czuję, jak pochyla się nade mną, a jej chłodne palce zaciskają się na klamrze.
_Każda relacja władzy ma dwa bieguny. Zanim jednak zatrzasnęła się obroża, po drugiej stronie tych samych drzwi istniał drugi umysł. Zbudowany z chłodu, skupienia i absolutnej kontroli._
PERSPEKTYWA DOMINY
Dwie minuty do dziesiątej.
Siedzę w głębokim fotelu, wsłuchując się w absolutną ciszę pokoju. Lateks bezszelestnie opina moje ciało – z zewnątrz gładki, chłodny i lśniący, od środka rozgrzany temperaturą mojej skóry. Dłonie mam swobodnie oparte o podłokietniki. Delektuje się nadchodzącą chwilą. Nie zerkam na zegarek, bo jedyny zegar, który mnie dziś obchodzi, stoi za tymi drzwiami. Uwielbiam ten stan. Władza nie potrzebuje pośpiechu ani demonstracji siły. Jest spokojem kogoś, kto zna zasady gry. Krew pulsuje mi w żyłach miarowym rytmem, a w podbrzuszu czuję to dobrze znane, drapieżne ciepło.
Wiem dokładnie, w jakim stanie on stoi za tymi drzwiami. Nie muszę go widzieć. Sprawdził zegarek trzy razy, choć przecież wie, że nie wolno mu zapukać ani sekundę wcześniej. Tłumaczy sobie, że to tylko kilka minut. Boi się, że popełni błąd. A jednocześnie pragnie tej utraty kontroli bardziej niż czegokolwiek na świecie.
I muszę się do czegoś przyznać: trochę mnie to podnieca. Nie jego strach, tylko to, że za cienką ścianą stoi dorosły, poważny mężczyzna, który ma na sobie drogi garnitur i całą swoją pewność siebie, a we mnie widzi jedyną osobę, która może mu pozwolić odetchnąć. W ciele czuję przyjemne, ciepłe napięcie. W głowie wyobrażam sobie jego spocone ciało tuż za drzwiami, ledwo trzymające się na nogach. To trochę jak czekać na cukierek. Bardzo zdyscyplinowany cukierek, który wie, że nie wolno mu się ruszyć, dopóki nie powiem.
Wiem też coś, czego on nie wie. W czwartek, w kuchni, przy herbacie, siedziałam naprzeciw niego z własnymi pytaniami. Zastanawiałam się, czy dobrze go odczytam, czy nie przeoczę czegoś ważnego, czy dam radę udźwignąć to, co mi powierza. Dziś wieczorem ta rozmowa jest moim fundamentem. Pozwala mi być bezwzględną, bo wiem, gdzie jest granica.
Wskazówka przeskakuje na pełną godzinę.
Rozlega się pukanie. _Dwa razy._ Ułamek sekundy zawieszenia, w którym niemal słyszę jego wstrzymany oddech za ścianą. I zaraz potem: _trzy razy_. Rytm jest posłuszny, wyczekany, idealny.
Czekam. Nie reaguję od razu. Pozwalam, by te kolejne sekundy milczenia trawiły go od środka, by stał tam w korytarzu i uczył się cierpliwości. Dopiero gdy czuję, że napięcie osiągnęło właściwy poziom, rzucam krótko:
– Wejdź.
Drzwi uchylają się bezgłośnie. Wchodzi i natychmiast wbija wzrok w podłogę – pamięta o granicach. Nie ma prawa na mnie spojrzeć, ale widzę, jak chłonie mój zapach: ciężkie perfumy zmieszane z ostrym aromatem lateksu. Patrzę z góry na jego dłonie, które drżą przy każdym guziku koszuli. Cichy brzęk metalu o tacę przy drzwiach: zegarek. Zrzuca z siebie pancerz garnituru, cały swój codzienny status, sukces i maskę twardego decydenta. Każda odpięta warstwa to dobrowolne oddanie pola.
Kiedy zostaje nagi od pasa w górę, opada na kolana tuż przy progu. Siada posłusznie na piętach, z dłońmi na udach i spuszczoną głową. Całe jego ciało dygocze, a nabrzmiały członek rwie materiał spodni.
Jedyne, co ma przed oczami, to czubki moich nieprzyzwoicie wysokich szpilek. Siedzę z nogą założoną na nogę, a cienki obcas kołysze się leniwie tuż przed jego twarzą.
I wtedy zanurzam go w ciszy.
Trzydzieści minut. Bezwzględne milczenie, w którym jedynym dźwiękiem jest jego urywany, chrapliwy oddech. Uważnie obserwuję linię jego karku i tempo unoszenia się klatki piersiowej. Wiem, gdzie leży granica między ekscytacją a paniką; czuwam nad tym, by milczenie rozbijało jego opór, ale nie przekroczyło progu bezpieczeństwa. On nie wie, że moja obojętność jest tylko maską. Widok jego uległości i świadomość, że prowadzę go dokładnie tam, gdzie oboje chcemy dojść, spływa mi prosto między uda parzącym dreszczem.
– Do kuchni. Przynieś mi wino – mój głos przecina mrok cicho, rzeczowo.
Nie wstaje. Przechodzi na czworaki i czołga się po deskach. Słyszę, jak za progiem kuchni szkło butelki dzwoni o kieliszek z cienkiego szkła. Ręce mu się trzęsą, ale walczy o panowanie nad sobą. Zna stawkę: precyzja to jego jedyna waluta.
Wraca na kolanach, niosąc kieliszek z nabożną ostrożnością. Kiedy stawia go na stoliku obok fotela, nie śmie wydać z siebie dźwięku. Zastyga na piętach. Siedzę z twarzą z lodu, nie zaszczycając go spojrzeniem. Ta chłodna niedostępność doprowadza go do obłędu – czuję, jak każdą komórką czeka na znak, że go zauważyłam.
W ułamku sekundy moja dłoń ląduje na jego karku.
Ruch jest bezlitosny, silny i pewny. Wciskam jego twarz w dywan przy moich stopach. Zanim zdąży nabrać powietrza, wokół jego szyi zatrzaskuje się grubą, sztywną skórę.
Tępe kolce wgryzają się w nagi kark i gardło dokładnie z taką siłą, jaką omówiliśmy. Z jego ust wyrywa się zduszony, bezsilny jęk. W tym jednym ułamku sekundy widzę, jak pęka w nim ostatnia bariera: mężczyzna z gabinetów i narad przestaje istnieć. Zostaje tylko ciało rzucone do moich stóp. Czyste, uległe, bezpiecznie poprowadzone przez próg.
Każdy puls wbija metal głębiej, wysyłając paraliżującą falę wprost w jego lędźwie. Czuję pod palcami, jak całe jego ciało zaczyna spazmatycznie drżeć pod naporem czystej ekstazy.
Pochylam się nad nim powoli. Moje palce zaciskają się mocniej na klamrze obroży.
_Jesteś mój_ – ta myśl wypełnia moją głowę chłodnym triumfem. _Od pierwszego do ostatniego oddechu tej nocy._
Na moich ustach pojawia się drapieżny, powolny uśmiech.
Gra właśnie się rozpoczęła.
* * *
Dla kogoś, kto patrzy z boku, ten obraz może wydawać się bezwzględny. Łatwo pomylić go z przemocą albo chłodnym upokorzeniem drugiego człowieka.
Rzeczywistość jest zupełnie inna.
W tym pokoju nikt nikogo nie krzywdzi. Nie ma w nim ślepej agresji, niepewności ani emocjonalnego chaosu. To, czego właśnie byłeś świadkiem, to jedna z najbardziej precyzyjnych form intymności, na jakie stać dwoje ludzi: przestrzeń, w której jedno oddaje kontrolę z ulgą, a drugie przyjmuje ją z pełną uwagą i odpowiedzialnością.
Każdy gest, każde milczenie i każdy ucisk skóry na gardle opierały się na cichym fundamencie: wcześniejszej rozmowie, jasnych zasadach i zaufaniu tak głębokim, że pozwala człowiekowi całkowicie zrzucić pancerz. Rozmowie, która odbyła się w czwartek, w jasnej kuchni, przy herbacie, kiedy nikt jeszcze nie klęczał.
Jeśli trzymasz tę książkę, prawdopodobnie czujesz pod skórą ten sam magnetyzm. Fascynuje cię dynamika władzy, milczenie ciężkie od napięcia albo dotyk, który zamiast pieścić, stawia granice. Jednocześnie możesz czuć niepokój – że to zbyt skomplikowane, zbyt ryzykowne albo że nie znajdziesz słów, by o tym porozmawiać.
Nie musisz od razu wiedzieć wszystkiego.
Świadoma dominacja nie zaczyna się od drogich gadżetów ani ciemnych pokojów. Zaczyna się od zrozumienia własnego ciała, odwagi w nazywaniu pragnień i rzemiosła, które pozwala prowadzić drugiego człowieka bezpiecznie przez jego własne fantazje. Ta książka jest przewodnikiem po tym procesie – od pierwszej rozmowy przy kuchennym stole po najbardziej intensywne sceny w sypialni.
Zdejmijmy z tego ciężar wstydu. Usiądź wygodnie i zobacz, jak działają reguły tej gry.
_Zanim przejdziemy dalej, jedno ważne zastrzeżenie: ta książka opiera się na moich wieloletnich doświadczeniach i osobistych obserwacjach, które ze swej natury są subiektywne i nie muszą odzwierciedlać ścieżki każdej osoby wchodzącej w ten świat._