Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Domowy Survival - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 maja 2017
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

Domowy Survival - ebook

Na pewno słyszeliście o amerykańskich prepperach przygotowujących się na koniec świata. Ale kryzysowe, niesprzyjające, nietypowe sytuacje zdarzają się codziennie. To małe domowe nieprzyjemności są prawdziwym zagrożeniem i wyzwaniem. Przecież w każdej chwili może zdarzyć ci się awaria prądu, terminala płatniczego albo utkwisz samochodem w rowie. Ale jeśli będziesz wiedział, jak poradzić sobie z zalaniem mieszkania, bez trudu dasz sobie radę także podczas powodzi stulecia.

Metody nowoczesnych prepperów przystosowane do zwykłych codziennych potrzeb sprawią, że zawsze poradzisz sobie sam. W każdej sytuacji.

Bądź przezorny, a w twojej rodzinie nigdy nie zdarzy się koniec świata.

Krzysztof Lis, Artur Kwiatkowski – survivaliści, twórcy bloga i vloga Domowy Survival. Od lat wprowadzają w życie zasady opisane w tej książce.

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-4665-2
Rozmiar pliku: 11 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_P__reppers_, _preper_, _prepper_ – to przejęte zza oceanu określenie osoby przygotowującej się na trudne czasy. Osoby, która martwi się tym, że w przyszłości coś w jej życiu może zmienić się na gorsze. Obawia się różnego rodzaju kataklizmów, kryzysu finansowego, wojen, upadku meteorytu czy zamieszek. Buduje w ogrodzie schron przeciwatomowy i wyposaża go w zapas konserw i środków opatrunkowych oraz mnóstwo najrozmaitszej broni i amunicji. I w drogie gadżety. Drogie gadżety, zwłaszcza elektroniczne albo _taktyczne_ czy _survivalowe_, są najważniejsze. Od GPS-ów i odbiorników radiowych począwszy, na wojskowych ciuchach i plecakach skończywszy.

Taki obraz spopularyzował wyprodukowany przez National Geographic serial _Doomsday Preppers_, emitowany w Polsce pod tytułem _Czekając na apokalipsę_. A my chcemy cię przekonać, że prepperem jest do pewnego stopnia każdy.

PREPPER – osoba przygotowująca się na trudne czasy (od angielskiego czasownika to prepare – przygotowywać się).

Kryzysowe, niesprzyjające, nietypowe sytuacje zdarzają się codziennie. Tym częściej, im mniejszy mają zasięg. Dlatego każdy z nas zawsze ma przy sobie przynajmniej kilka rzeczy właśnie na wypadek awarii. Mogą to być:

- chusteczki higieniczne, nawet gdy nie mamy kataru,
- składany parasol noszony również wtedy, gdy jest tylko niewielkie ryzyko deszczu,
- powerbank, czyli przenośna ładowarka do telefonu komórkowego,
- niewielka suma w gotówce na awaryjne zakupy w osiedlowym spożywczaku, w którym pani za ladą marudzi, gdy chcemy za chleb zapłacić kartą płatniczą.

W tej książce przekonamy cię, że tego typu zapobiegliwość dla ludzi z naszego kręgu kulturowego jest czymś jak najbardziej normalnym. Może tylko trochę zapomnianym z powodu względnego dobrobytu, jakim cieszymy się na co dzień. Jesteśmy głęboko przekonani, że takie przygotowania warto robić, żeby podnieść jakość życia, nawet jeśli nic złego dziać się nie będzie.

Kojarzysz bajkę Ezopa o mrówce i koniku polnym? Ta opowieść, licząca ponad dwa i pół tysiąca lat, doskonale podsumowuje filozofię prepperów. Nic dziwnego, że jest tak stara, bo od zarania dziejów ludzie (i praludzie) żyjący pod naszą szerokością geograficzną, aby przetrwać trudne czasy, musieli się do nich przyszykować.

W bajce konik polny wiosną ochoczo hasa po łące, korzystając z dobrej pogody i pojawiającego się powoli pożywienia. Dziwi się mrówkom, które – zamiast spędzać miło czas na wygrzewaniu odwłoków w słońcu – pracują ciężko, by zrobić zapas żywności na nadchodzącą zimę.

Latem konik cieszy się z obfitości dostępnej żywności i wciąż nie może się nadziwić mrówkom. Po co robią zapasy, skoro teraz jest tak wiele do jedzenia?

Jesienią jest podobnie. Późną jesienią nie jest źle: choć robi się zimniej, znalezienie pokarmu wciąż jest możliwe.

Zimą, gdy mróz skuwa ziemię, pożywienia w końcu brakuje. Konik udaje się do gniazda mrówek, by poprosić o pomoc. Nie zostaje wpuszczony do środka. Zamarza. Wtedy mrówki wnoszą jego ciało do środka, by je zjeść.

Drastyczne? I owszem. Ale ta bajka miała mieć właśnie taki, dający do myślenia przekaz, by już dzieciom uświadamiać, że dobre czasy kiedyś się kończą. I że trzeba być gotowym na to, co będzie później.

A gorsze czasy mogą być różne. Mówi się o _przygotowywaniu się na czarną godzinę_, o tym, co zrobimy _w razie „w”_, o kryzysach, apokalipsach albo po prostu o niedających się przewidzieć katastrofach.

Kiedyś w Europie nie dało się przeżyć, jeśli nie było się prepperem. Bez zapasów żywności rodzina nie miała szans przetrwać zimy. Nasi dziadkowie i rodzice ze względu na socjalizm i notoryczne braki towarów na półkach zapełniali spiżarki, gdy tylko udało im się coś kupić. A także samodzielnie produkowali różne rzeczy – od przetworów przez ubrania po zabawki i meble.

Dziś właściwie już się o tym nie pamięta, bo sklepy są dobrze zaopatrzone, o pieniądze jest względnie łatwo – w razie czego można użyć karty kredytowej lub wziąć chwilówkę. O sytuacjach kryzysowych ludzie zwykle nie myślą, więc i specjalnie się na nie nie przygotowują.

A my chcielibyśmy, żeby to się zmieniło.

Nowoczesnym survivalem zainteresowaliśmy się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, choć wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to się tak nazywa. W sumie chyba nawet to pojęcie wówczas jeszcze nie istniało. W czasach liceum dużo graliśmy w gry komputerowe, a w pewnym momencie szczególnie bawiły nas _Fallout_ i _Fallout 2_, których akcję umieszczono w świecie po wojnie atomowej. Fascynowała nas rzeczywistość, w której życie i cywilizację trzeba odbudowywać na zgliszczach tego, co zostało zniszczone. I to, że radzić sobie z tym muszą potomkowie nielicznych ludzi, którzy wojnę przetrwali w podziemnych schronach.

Potem zaczęliśmy czytać w internecie o budowie takich właśnie schronów. Szybko zauważyliśmy, że za oceanem żyje sporo osób, które od czasów zimnej wojny przygotowania na wypadek podobnej apokalipsy traktują zupełnie poważnie. Robią duże zapasy żywności, broni i amunicji, budują własne źródła energii, konstruują przydomowe schrony przeciwatomowe.

A potem zobaczyliśmy ludzi, którzy pokazują, jak takie przygotowania uwzględnić w codziennych wydatkach, tak by nie stanowiły zbyt dużego obciążenia. I by przynosiły korzyść także wtedy, gdy nic nieprzewidzianego się nie wydarzy.

Chyba wtedy uświadomiliśmy sobie, że przecież dokładnie to samo robili nasi dziadkowie. Widzieliśmy wiele rzeczy, ale nie do końca rozumieliśmy, co widzimy. Wielki worek pełen papieru toaletowego na strychu. Kanistry z paliwem w garażu. Przydomowy ogród warzywny, hodowla królików, kur, produkcja kompostu. Własne źródło ciepła, kupowanie większych ilości opału na zimę. Zapas świec na wypadek braku prądu. Widzieliśmy takie obrazki często i nie budziły one naszego zdziwienia. Bo przecież tak się kiedyś w Polsce żyło, gdy w sklepach był tylko ocet.

Mniej więcej od czasu studiów staramy się wdrażać w życie zasady, o których tu piszemy. Od 2010 roku piszemy o tym na blogu domowy-survival.pl i opowiadamy na autorskim kanale w serwisie YouTube. Teraz dojrzeliśmy do tego, by te informacje zebrać, uporządkować i wydać w formie książki.

Źródło: © Falcon Eyes/ Shutterstock;

Czym tak naprawdę są trudne czasy? O jakich kryzysowych, nietypowych, niesprzyjających sytuacjach będziemy rozmawiać?

Synonimem trudnych czasów jest w Polsce _czarna godzina_. Moment, w którym coś nam się nie udało, nastąpił kryzys. Spodziewany okres niespodziewanie dużych trudności różnego rodzaju. Wojna, utrata pracy, recesja gospodarcza. Ale przecież niesprzyjających okoliczności jest dużo, dużo więcej.

Część z nich to banalne, codzienne uciążliwości. Banalne, bo względnie łatwo sobie z nimi poradzić, wymaga to tylko nieco większego wysiłku. Banalne także dlatego, że po prostu dość częste, więc jesteśmy do nich przyzwyczajeni, przynajmniej częściowo.

- Masz ważny dzień w pracy. Albo rozmowę o pracę. Albo ostatni możliwy termin na zrobienie zdjęcia do paszportu, bo inaczej nie zdążysz załatwić dokumentu i zagraniczny wyjazd przepadnie. Budzisz się rano, a tu – jak na złość – NIE MA WODY W CAŁEJ DZIELNICY. Jak się teraz ogolić albo umyć i ułożyć włosy, gdy jedyna woda, jaką masz, to odrobina na dnie czajnika oraz pół szklanki niedopitej dzień wcześniej gazowanej mineralnej? Czy będziesz mieć dość czasu, żeby najpierw pojechać samochodem do koleżanki mieszkającej w innej dzielnicy, gdzie można się umyć?
- Pędzisz rano do pracy, spóźniony, a na dodatek (przecież nieszczęścia chodzą parami) zapomniałeś, że MINĄŁ TERMIN WAŻNOŚCI TWOJEGO BILETU MIESIĘCZNEGO NA KOMUNIKACJĘ MIEJSKĄ. Biletomat w autobusie nie działa albo przyjmuje tylko monety, a ty przecież nigdy nie masz przy sobie gotówki, bo teraz za wszystko można zapłacić kartą lub telefonem (o czym usilnie chcą nas przekonać banki). Rozmowa z kontrolerem skończy się nie tylko mandatem, lecz także dodatkowym spóźnieniem!
- Zielone Świątki, sklepy pozamykane. Ciebie to nie martwi, bo przecież masz co jeść na kolację i śniadanie następnego dnia. A obiad zamówisz przez internet. Przyjeżdża dostawca z pizzą lub sushi i okazuje się, że jego TERMINAL PŁATNICZY NIE DZIAŁA. Czy jesteś w stanie zapłacić gotówką, czy też otrzymana wcześniej kara za brak biletu niczego cię nie nauczyła?
- Wracasz samochodem z weekendu na działce albo urlopu w górach. Zmęczony, bo przecież urlop jest po to, by wypocząć i zmęczyć się naraz. Nagle OPONA DZIURAWI SIĘ na jakimś porzuconym na jezdni żelastwie. Dobrze, że tylko jedna. Przecież w bagażniku wozisz tylko jedno koło zapasowe. Czy jest w nim dość powietrza? Choć tyle, by powoli dojechać do najbliższej stacji benzynowej? Czy masz sprawny lewarek i wiesz, jak go użyć? A jeśli nie, to może chociaż wykupiłeś ubezpieczenie assistance? Albo nosisz przy sobie telefon komórkowy z dostępem do internetu, by znaleźć najbliższą pomoc drogową? I gotówkę, by za jej usługi od razu zapłacić?

Skala i prawdopodobieństwo zdarzenia

Wspomniane wydarzenia są dość prawdopodobne. Każdy z nas zna kogoś, komu przynajmniej jedna taka sytuacja kiedyś się przydarzyła. My przeżyliśmy wszystkie.

Jednocześnie na pewno zauważyłeś, że te „katastrofy” mają dość mały zasięg, bo dotykają pojedynczej osoby czy pojedynczej rodziny. Albo kilkunastu tysięcy ludzi na osiedlu. Przez to łatwo je zbagatelizować, bo przecież nie mają bezpośredniego związku ani z tobą, ani z twoimi najbliższymi.

Tymczasem klęski globalne są bardzo rzadkie. Częściej zdarzają się katastrofy dotykające całego kraju lub połowy kontynentu. Jeszcze częściej te o zasięgu lokalnym. A najczęściej te, które wpływają na życie jednego miasta, jednej dzielnicy, jednej rodziny.

Z tego powodu PRZYGOTOWYWANIE SIĘ NA MAŁO PRAWDOPODOBNE ZDARZENIA O DUŻYM ZASIĘGU (NP. GLOBALNĄ PANDEMIĘ) MA MNIEJSZY SENS NIŻ PRZYGOTOWYWANIE SIĘ NA BARDZIEJ PRAWDOPODOBNE ZDARZENIA O MNIEJSZEJ SKALI (NP. GRYPĘ, KTÓRA ROZŁOŻY JEDNOCZEŚNIE WSZYSTKICH DOMOWNIKÓW).

Wokół idei „przygotowuję się na X” (w miejsce X podstaw jakieś zdarzenie o dużej skali – światowa wojna jądrowa, pandemia, apokalipsa zombie, globalna awaria sieci elektroenergetycznej) konstruowano kolejne odcinki _Doomsday Preppers_, czasem wręcz zmuszając bohaterów tego serialu do określenia, z czym planują się zmierzyć. Tymczasem takie podejście nie ma sensu, bo nie da się przewidzieć, jaki kataklizm się zdarzy. Na szczęście nasze przygotowania mogą przydać się w wielu kryzysowych sytuacjach i pomóc w ich przetrwaniu. A jeśli koniecznie chcesz stanąć w obliczu zagrożenia, to na początek niech to będą sytuacje, które przytrafiają się najczęściej, dotykające pojedynczych rodzin.

Można zauważyć pewną prawidłowość – dużo częściej zdarzają się sytuacje kryzysowe o mniejszym zasięgu niż te o większym. Oznacza to, że raczej dotknie nas katastrofa o charakterze lokalnym niż ogólnokrajowa czy ogólnoświatowa. Jest większe ryzyko, że prądu zabraknie na obszarze powiatu niż całego województwa czy kraju. A także że mały pożar transformatora odetnie zasilanie w twoim bloku czy domu prędzej, niż w ziemię uderzy asteroida, powodując katastrofę o skali porównywalnej do wymierania dinozaurów.

Zanim zaczniesz się organizować na wypadek powodzi stulecia (sprzedając dom i przeprowadzając się w bezpieczne miejsce), bądź gotów na zalanie domu przez pękniętą rurkę, urwaną rynnę lub podtopienie wskutek ulewy, a jeśli mieszkasz w bloku – na zalanie mieszkania przez sąsiada z piętra wyżej.

Koniec świata, jaki znamy

W publikacjach dotyczących przygotowywania się na trudne czasy często pojawia się określenie „koniec świata, jaki znamy”. To moment, w którym nasze życie ulega wywróceniu do góry nogami. Gdy wszystko to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, rozpada się albo drastycznie zmienia.

Taką sytuacją będzie na pewno mocno ograna przez popkulturę apokalipsa zombie, do której jeszcze wrócimy. Ale w skali pojedynczej rodziny będzie nią również utrata pracy przez głównego żywiciela. Albo jego kalectwo, a nawet śmierć. Nagle może się okazać, że nie ma za co kupić jedzenia, opału, nie ma czym zapłacić za prąd, wynajem mieszkania, nie mówiąc już o spłacie raty kredytu.

Współcześnie żyjemy w lepszych warunkach niż kiedyś polscy królowie. Mamy w domach ogrzewanie i oświetlenie. Wiele czynności wykonują za nas maszyny zasilane energią elektryczną. Z kranów płynie woda, ciepła i zimna, a w odpływach znikają fekalia i woda zabrudzona podczas kąpieli lub mycia naczyń. Żyjemy całkiem bezpiecznie. Pracujemy tylko przez jedną trzecią doby. Jemy świeże mięso przez cały rok, warzywa i owoce, także te egzotyczne, możemy kupić w dowolnym momencie.

Problem polega na tym, że na nasze codzienne życie ogromny wpływ ma wiele różnego rodzaju systemów:

- elektrownie, sieci elektroenergetyczne i transformatory – zaopatrujące nas w prąd,
- kopalnie, tłocznie gazu, gazociągi i różnego rodzaju urządzenia – dostarczające nam węgla, gazu ziemnego i innych paliw,
- stacje pomp i filtrów, rurociągi – zapewniające czystą, zdatną do picia i celów higienicznych wodę,
- rolnicy, dystrybutorzy żywności, sieci hurtowni i sklepów – dzięki którym prawie codziennie możemy pójść do sklepu spożywczego i kupić coś świeżego do jedzenia.

Jakakolwiek niewydolność któregoś z wymienionych systemów może mieć bardzo daleko idące skutki. Także dlatego, że są one od siebie zależne.

Katastrofalna może być zwłaszcza awaria sieci elektroenergetycznej. Bez prądu nie będą przecież działać m.in.:

- lampy w domach, oświetlenie uliczne, sygnalizacja świetlna,
- kopalnie zaopatrujące elektrownie w węgiel,
- stacje pomp i filtrów w sieciach wodociągowych,
- chłodnie służące do przechowywania żywności,
- systemy bankowości elektronicznej, centra obsługujące transakcje kartami płatniczymi, wreszcie sklepowe terminale i kasy fiskalne,
- telefony komórkowe i stacje przekaźnikowe,
- windy, bramy garażowe, wentylatory, lodówki, kuchenki.

Gdy zabraknie prądu, nie będzie można korzystać z większości zdobyczy technicznych naszej cywilizacji.

Czego uczy nas historia?

Mówi się, że historia ma ustrzec ludzi przed popełnianiem po raz kolejny tych samych błędów. Prepperzy wiedzą jednak, że mało kogo czegoś nauczyła i że raczej należy z niej czerpać wiedzę o tym, co robić, gdy inni po raz kolejny zbłądzą, postępując tak samo jak ich przodkowie.

W dziejach można znaleźć mnóstwo przykładów sytuacji kryzysowych, które wywracały ludziom życie do góry nogami. Kilka z nich tu przytoczymy.

Rok 1816, znany jako ROK BEZ LATA, obfitował w gwałtowne i nietypowe zjawiska pogodowe, głównie na północnej półkuli naszego globu. Ich przyczyną był wybuch indonezyjskiego wulkanu Tambora, który w kwietniu 1815 roku wyrzucił do atmosfery duże ilości pyłu wulkanicznego, co znacznie zmniejszyło ilość energii słonecznej docierającej do powierzchni ziemi i w konsekwencji przyczyniło się do drastycznego obniżenia temperatur. Skutkiem zimnego lata były mniejsze plony, a w konsekwencji ogromny wzrost cen zbóż oraz lokalne klęski głodu. Podobne zjawiska, choć na mniejszą skalę, obserwowano także później¹.

DRUGA PANDEMIA CHOLERY W LATACH 1829–1850, która rozpoczęła się w Indiach i rozprzestrzeniła po całej Europie, ogarniając m.in. Wielką Brytanię, obie Ameryki oraz Chiny i Japonię, była najgroźniejszą epidemią XIX wieku. Cholera zabijała więcej ludzi i robiła to szybciej niż inne choroby, rozprzestrzeniając się głównie przez skażoną odchodami wodę. Do Polski dotarła z wojskami rosyjskimi w czasie powstania listopadowego. W Rosji zachorowało na nią 250 tys. osób, a zmarło 100 tys. (40% zakażonych). W Paryżu zaraza zabiła około 20 tys. osób z 650-tysięcznej populacji miasta (ponad 3%)². Cholera od momentu rozpowszechnienia się na początku XIX wieku przyczyniła się do śmierci dziesiątek milionów ludzi.

BURZA MAGNETYCZNA W 1859 ROKU była jedną z najbardziej intensywnych w dotychczasowej historii. Zakłócenia w ziemskim polu magnetycznym powodowały awarie sieci telegraficznej w Europie i Ameryce Północnej, a okazjonalnie także pożary od iskier sypiących się z telegrafów. Szkody były względnie niewielkie, bo infrastruktura energetyczna nie była tak rozbudowana jak dziś³.

BLACKOUT (AWARIA ZASILANIA) W NOWYM JORKU W 1977 ROKU trwał tylko dwa dni, ale na obszarze prawie całego miasta doszło do wielu kradzieży, włamań oraz różnych aktów wandalizmu, w tym podpaleń. Aresztowano 4,5 tys. osób, ponad 500 policjantów odniosło obrażenia. Dwa nowojorskie lotniska wstrzymały pracę na kilka godzin, mnóstwo ludzi utknęło w niedziałających windach, a z metra trzeba było ewakuować około 4 tys. pasażerów. Straty materialne powstałe wskutek braku prądu sięgnęły według szacunków nieco ponad 300 mln dolarów (co według dzisiejszej mocy nabywczej tej waluty odpowiadałoby kwocie 1,2 mld dolarów albo 5 mld złotych). Podobno dzięki skradzionemu wtedy sprzętowi elektronicznemu znacznie przyspieszył rozwój hip-hopu⁴.

W czasie OBLĘŻENIA SARAJEWA w latach 1992–1996 zginęło lub zaginęło około 10 tys. osób, zaś rany odniosło niemal 56 tys. osób. Znaczną część ofiar stanowiły dzieci; szacuje się, że 1,5 tys. straciło życie lub zaginęło, a 10 tys. zostało rannych, do 40% nieletnich sarajewian strzelali snajperzy, 19% było świadkiem jakiejś masakry, a 38% widziało zabitego członka swojej rodziny. Co więcej, wśród mieszkańców miasta gwałtownie wzrosła liczba samobójstw, podwoiła się liczba aborcji oraz spadła liczba urodzeń⁵.

Wskutek działania PIRAMIDY FINANSOWEJ Amber Gold poszkodowanych zostało około 19 tys. osób, które straciły w sumie około 851 mln złotych⁶. Łatwo przeliczyć, że każdy poszkodowany stracił przeciętnie 44 tys. złotych. Nietrudno też sobie wyobrazić, jakie skutki dla rodzinnych finansów mogło mieć umieszczenie wszystkich oszczędności w jednym miejscu.

Regularnie powtarzane PROMOCJE RÓŻNEGO RODZAJU PRODUKTÓW W SIECIACH DYSKONTÓW (plastikowe buty, skórzane torebki znanej marki itd.) przyciągają dziesiątki, jeśli nie setki osób zachęconych perspektywą zaoszczędzenia kilkudziesięciu złotych. I jednocześnie są gwarancją tego, że sklepowe półki zostaną szybko opróżnione przez ludzi zwyczajnie głodnych. Pozwalają też przewidzieć, że będzie przy tym dochodziło do iście dantejskich scen.

Kto nam pomoże, czyli o naiwnej wierze w pomoc służb

„Jestem praworządnym obywatelem, płacę podatki, pomoc państwowych służb należy mi się jak psu buda” – pomyśli pewnie spora część ludzi dotkniętych jakimś kataklizmem. Z etycznego punktu widzenia nie sposób się z takim twierdzeniem nie zgodzić. Jest ono słuszne, ale niestety także naiwne.

Pomoc służb, państwowych czy prywatnych, najczęściej przychodzi dość późno. Niekiedy trzeba na nią czekać naprawdę bardzo długo. W innych sytuacjach może w ogóle nie zdążyć.

Jeśli staniesz się ofiarą gwałtu albo brutalnego napadu, w niczym nie pomoże ci przyjazd policyjnego patrolu tuż po tym, gdy ktoś wyrządził ci krzywdę. Jest on zresztą wysoce nieprawdopodobny, bo w takiej sytuacji trudno zadzwonić na numer ratunkowy, a najbliższy patrol i tak będzie pewnie oddalony o co najmniej kilka minut drogi. Zaatakowanej osobie przyda się pomoc psychologa, może wieloletnia terapia u psychiatry, wspomagana lekami na uspokojenie. Albo broń palna za paskiem czy choćby gaz pieprzowy na wierzchu w torebce.

Jeśli ulewa zaleje ci piwnicę, przy odrobinie szczęścia strażacy z motopompą przyjadą do ciebie następnego dnia. Jeśli poszkodowanych będzie więcej, a twój dom jest akurat ostatni przy ulicy, to prawdopodobnie minie kilka dni, zanim do niego dotrą. Murom na pewno się to nie przysłuży. Lepiej kupić własną pompę albo zrzucić się z sąsiadami na droższą, bardziej wydajną. Może wykorzystacie ją do wypompowywania wody już w czasie ulewy, zmniejszając skutki zalania?

W razie pożaru samochodu lepiej mieć pod ręką odpowiednio skuteczną gaśnicę niż tylko telefon, z którego można zadzwonić po straż pożarną. Ta przyjedzie raczej dogaszać wrak niż uratować wóz przed spłonięciem. Niestety, z pożarem domu może być podobnie.

W razie zatrzymania akcji serca lub zadławienia u bliskiej osoby bardziej przydatna będzie umiejętność udzielenia pierwszej pomocy aniżeli telefon po karetkę.

Gdy złapiesz gumę, szybciej pomożesz sobie, samodzielnie zmieniając koło, niż dzwoniąc po pomoc drogową.

Gdy ktoś ukradnie ci pieniądze z banku, łatwiej będzie sięgnąć po gotówkę spod materaca niż iść do pomocy społecznej po zapomogę albo nawet prosić o pożyczkę bliskich.

KAŻDY ZDROWO MYŚLĄCY, ZAPOBIEGLIWY CZŁOWIEK POWINIEN MIEĆ ŚWIADOMOŚĆ TEGO, ŻE MUSI UMIEĆ PORADZIĆ SOBIE SAM. Bo pomoc może dotrzeć późno albo wcale. I że jeśli będzie w stanie sam opanować sytuację, BĘDZIE MÓGŁ UDZIELIĆ POMOCY BLISKIM, SĄSIADOM. Że odciąży służby także przez to, że sam nie będzie wymagać pomocy. I że być może dzięki temu, pośrednio lub bezpośrednio, uratuje komuś życie.

Gdzie spotka nas kataklizm?

Pora wyjaśnić, czym jest tytułowy domowy survival, albo _survival nowoczesny_, w odróżnieniu od tego, co zazwyczaj mieści się pod pojęciem „sztuka przetrwania”, czyli _survivalu tradycyjnego_, czasem nazywanego _zielonym_.

Tradycyjny, zielony survival to sztuka przetrwania w głuszy, w dziczy, w lesie, na pustyni lub na bezludnej wyspie. Pomaga wtedy, gdy znajdujemy się daleko od siedzib ludzkich, gdy jesteśmy rozbitkami ocalałymi z katastrofy statku albo pasażerami po przymusowym lądowaniu lub rozbiciu się rejsowego samolotu. To sztuka improwizacji i przetrwania w środowisku naturalnym, umiejętność pozyskiwania wody, żywności, budowania schronienia, tworzenia narzędzi i udzielania sobie pierwszej pomocy.

Survival nowoczesny to radzenie sobie w kryzysowych sytuacjach w znanym środowisku: w mieście, w pracy, w drodze do pracy, na wycieczce. Jednocześnie przygotowania do przetrwania trudnych czasów mają przynosić korzyści także wtedy, gdy nie stanie się nic złego.

Zawsze się zastanawialiśmy, czy przeciętnemu czytelnikowi naszego bloga potrzebne są umiejętności związane ze sztuką przetrwania w głuszy. Jak bardzo prawdopodobne jest to, że zmuszony będzie do budowy szałasu w lesie? Czy będzie kiedykolwiek pozyskiwać wodę na pustyni albo rozpalać ognisko, pocierając patykiem o patyk?

NOWOCZESNY SURVIVAL – sztuka przetrwania w znanym otoczeniu, ale w niesprzyjających okolicznościach. W odróżnieniu od tradycyjnego, zielonego survivalu, skupiającego się na przetrwaniu w głuszy, lesie, dżungli czy na pustyni, ten nowoczesny skupia się na zaspokajaniu podstawowych ludzkich potrzeb np. w domu w mieście, gdy w kranach nie ma wody, a oprócz tego przerwane zostało zaopatrzenie w żywność i energię elektryczną.

W Polsce można się zgubić w lesie i umrzeć. Historia zna takie przypadki⁷. Niemniej jednak jesteśmy zdania, że jeśli ktoś zabłądzi w takich warunkach, to stanie się to tak naprawdę przez jego głupotę. Lasów w Polsce jest sporo (około jednej trzeciej powierzchni kraju), ale nie są aż tak duże, by idąc konsekwentnie w jednym kierunku, nie dało się znaleźć oznak cywilizacji. Jeśli ktoś ma obawę, że zgubi się w nieznanym sobie lesie, do którego się udał nieprzygotowany, powinien raczej kupić mapę okolicy i kompas, a później nauczyć się z niego korzystać. Do tego warto mieć przy sobie zapalniczkę i koc termiczny, zamiast uczyć się budowania szałasu z gałęzi i rozpalania ognia przez pocieranie patyków.

W Polsce na największe ryzyko wystąpienia sytuacji kryzysowej, która zagrozi naszemu życiu, zdrowiu lub bezpieczeństwu, jesteśmy narażeni w domu, w pracy, w drodze do sklepu lub podczas powrotu z imienin u cioci. Bardziej prawdopodobne jest spotkanie z pijanym wyrostkiem niż z wilkiem czy dzikiem. Awaria koła w samochodzie 10 kilometrów od najbliższej miejscowości niż w środku bezkresnego, pustynnego odludzia. Konieczność uzdatniania zanieczyszczonej wody płynącej z kranu niż tej, którą przyniesiemy z rzeki.

Chcielibyśmy jednak w tym miejscu zaznaczyć, że nie mamy nic przeciwko nabywaniu umiejętności związanych z tradycyjnym survivalem. Nie zamierzamy nikogo zniechęcać do zapisywania się na kursy, kupowania książek czy samodzielnego wypróbowywania technik podpatrzonych na YouTube. Zdajemy sobie sprawę z tego, że sama nauka może sprawiać mnóstwo frajdy. Że fajniejszym doświadczeniem jest wypicie piwa w lesie, w samodzielnie zbudowanym tymczasowym schronieniu niż przed telewizorem. Że większą satysfakcję przyniesie rozpalenie ogniska w deszczu niż obficie podlanego rozpałką węgla w grillu.

Chcielibyśmy jedynie zaprotestować przeciwko bezkrytycznemu przyjmowaniu twierdzenia, że umiejętności związane z tradycyjnym survivalem zawsze mogą się przydać. Szanse na to, że się przydadzą, rzeczywiście są niezerowe, ale jednak – uczciwie na to patrząc – nieduże.

W polskich warunkach można utknąć na dobę samochodem w śnieżnej zaspie. I warto być na taką sytuację przygotowanym. Tylko że w tym celu lepiej nauczyć się tankować samochód odpowiednio często, wozić w nim koc, zapałki, kuchenkę turystyczną oraz coś do jedzenia i picia, zamiast ćwiczyć budowę igloo albo rozpalanie ognia za pomocą tzw. łuku ogniowego.

Źródło: © Miriam Doerr Martin Frommherz/ Shutterstock;

1 Zob. _Rok bez lata_, Wikipedia.org, 1 grudnia 2016: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rok_bez_lata .

2 Zob. _1829–51 cholera pandemic_, Wikipedia.org, 8 lutego 2017: https://en.wikipedia.org/wiki/1829%E2%80%9351_cholera_pandemic .

3 Zob. Z. Jaworowski, _Te plamy nas wykończą_, „Polityka” , 10 sierpnia 2009: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/298904,1,te-plamy-nas-wykoncza.read .

4 Zob. _New York City blackout of 1977_, Wikipedia.org, 20 lutego 2017: https://en.wikipedia.org/wiki/New_York_City_blackout_of_1977 .

5 Zob. _Oblężenie Sarajewa_, Wikipedia.org, 20 lutego 2017: https://pl.wikipedia.org/wiki/Obl%C4%99%C5%BCenie_Sarajewa .

6 Zob. _19 tys. poszkodowanych, 851 milionów złotych, 16 tys. tomów akt. Afera Amber Gold w liczbach_, tvn24.pl, 20 marca 2016: http://www.tvn24.pl/pomorze,42/gdansk-rusza-proces-ws-amber-gold,628410.html .

7 Zob. _Pow. starogardzki. Kobieta zabłądziła w lesie. Znaleziono ją po 2 dobach. 68-latka zmarła_, „Dziennik Bałtycki” , 4 stycznia 2016: http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/9253690,pow-starogardzki-kobieta-zabladzila-w-lesie-znaleziono-ja-po-2-dobach-68latka-zmarla,id,t.html .
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij