Dottore Italiano - ebook
Vincenzo, najstarszy z rodzeństwa Squillacte, prowadzi podwójne życie. Pierwsze jego oblicze ukazuje lekarza ratującego ludzi przed śmiercią. Drugie, mroczniejsze, szefa nowojorskiego oddziału Cosa Nostry, który rządzi miastem twardą ręką.
Ukrywanie prawdy o sobie opanował do perfekcji, kiedy jednak na balu maskowym poznaje tajemniczą dziewczynę, wydaje się, że los chciał spłatać mu figla. Po tej jednej nocy kobieta zapada mu w pamięć, a on już wie, że nie spocznie, dopóki się nie dowie, kto ukrywał się za piękną maską.
Lareina Hofmann zaczyna praktyki w szpitalu i zostaje jej przydzielony opiekun. Okazuje się nim doktor Squillacte. Nie ma pojęcia, że to ten sam mężczyzna, z którym spędziła niezapomnianą noc na balu rok wcześniej, ani z jak niebezpiecznym człowiekiem ma do czynienia.
Czy Lareina posłucha rozumu, a może podąży za głosem serca? Czy problemy rodzinne Vincenzo przeszkodzą mu w związaniu się z kobietą, którą poszukiwał od roku?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-651-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lareina
Rok temu
– Czy mnie także poczęstuje pani szampanem?
Drgnęłam zaskoczona, gdy za moimi plecami odezwał się niski, męski głos. Omal nie rozlałam zawartości kieliszków stojących na tacy, którą trzymałam. Najpierw obejrzałam się przez ramię, a potem odwróciłam się cała.
Skupiłam uwagę na ciemnobrązowych oczach, które były zasłonięte czarną maską ze złotymi zdobieniami. Intensywność spojrzenia mężczyzny mnie peszyła, ale nie chciałam, by to zauważył, więc się wyprostowałam i przykleiłam na usta serdeczny uśmiech.
– Oczywiście.
Przysunęłam bliżej tacę, by ułatwić mu sięgnięcie po szampanówkę.
Z zaciekawieniem obserwowałam, jak nieznajomy bierze jeden z kieliszków i nie odrywa ode mnie wzroku. Przesunęłam spojrzeniem od jego palców do ramienia, po czym zlustrowałam go całego. Wieczorowy garnitur leżał na nim jak ulał, zdobiły go złote dodatki, tak samo jak stroje reszty mężczyzn, z którymi do tej pory siedział przy jednym ze stolików.
– Mogę zająć ci trochę czasu… – Spuścił wzrok na plakietkę, która zdobiła moją pierś. – Evie? – Niski tembr nieznajomego sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.
Nieznacznie rozszerzyłam oczy zdziwiona jego pytaniem. Zmieszałam się, nie wiedząc, co odpowiedzieć, i zaczęłam wodzić wzrokiem po pokładzie statku, by znaleźć kogoś, kto uratowałby mnie z tej sytuacji. Dziwnie się czułam w obecności tego człowieka. Sama rozmowa z nim sprawiała wrażenie zakazanej. Był jednym z organizatorów tej imprezy, o której mało kto cokolwiek wiedział, a jeśli ktoś już miał jakieś informacje, to niechętnie się nimi dzielił. Znajdowaliśmy się na balu pełnym bogaczy skrywających swoją tożsamość za maskami.
– Jestem w pracy i nie mogę… – oznajmiłam z napięciem, w końcu na niego spoglądając.
– A ja jestem jedną z sześciu osób, które ustalają tu zasady – wszedł mi w słowo.
I to mnie w tej chwili najbardziej przeraża, pomyślałam, przełykając ciężko ślinę. W co ja się dałam wciągnąć? Byłam tu dla pieniędzy, żeby móc przeżyć, i mężczyzna doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Utwierdził mnie w tym przekonaniu, gdy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym wysunął w moją stronę plik studolarowych banknotów.
– Pięć tysięcy za pół godziny twojego czasu.
Rozchyliłam usta, wpatrując się skołowana w pieniądze. Liczyłam, że się przesłyszałam lub źle go zrozumiałam. Chyba nie oczekiwał, że jestem taką kobietą. Potrzebowałam kasy, ale nie zamierzałam upaść tak nisko. Nie tak zostałam wychowana.
– Nie chciałem cię urazić – wyjaśnił, gdy przez szok nie byłam w stanie wydusić ani słowa. – Podjęłaś się tej pracy, by łatwo zdobyć pieniądze. Nie jesteś tu jedyna.
– Nie jestem taka – wydusiłam, nawiązując z nim kontakt wzrokowy.
– Chcę cię tylko poznać – zapewnił, bo widział, że zrozumiałam jego propozycję jednoznacznie.
– Mnie?
– Nie będę cię czarować uwodzicielskimi tekstami, bo to nie w moim stylu. Podobasz mi się i zaintrygowałaś mnie. Pragnę z tobą tylko porozmawiać.
– To naruszy moją anonimowość – zauważyłam, znów zerkając na plik, który był na wyciągnięcie dłoni i kusił.
– Jeśli zapytam cię o coś, na co nie będziesz chciała odpowiedzieć lub mogłoby to ujawnić, kim jesteś, dasz mi znać.
Zagryzłam wargę, rozglądając się wokół. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Goście koncentrowali się na wciąż trwających licytacjach kawałek dalej od nas.
Nie wiedziałam, jak postąpić. Odmowa byłaby rozsądnym wyjściem, ale coś w głębi mnie chciało ulec nieznajomemu i przyjąć jego propozycję. Nie mogłam pozbyć się myśli, że gdybym się nie zgodziła, wyszłabym na idiotkę. Pięć tysięcy to sporo kasy. Za głupie pół godziny? Wręcz niewyobrażalnie dużo. Przecież nie musiałam z nim robić niczego, czego bym nie chciała. Zapewniała mnie o tym Stacy, więc dlaczego miałabym przepuścić okazję zarobienia tak łatwych pieniędzy?
Obyś tego nie żałowała, Lareina, mruknęłam do siebie w myślach, zanim odpowiedziałam organizatorowi:
– Dobrze.ROZDZIAŁ 1
You’re so bad for my health but I just can’t help myself. I’m so stupid for ya
– Tate McRae
Lareina
Obecnie
– Drodzy państwo, prosiłbym, byście jeszcze chwilę zostali – odezwał się profesor, gdy studenci zerwali się z miejsc, żeby czym prędzej opuścić salę. Wszyscy z niechęcią opadli z powrotem na drewniane, niewygodne siedzenia. – Jak zapewne wiecie, musicie odbyć praktyki zawodowe. – Sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął z niej spięty plik kartek, po czym pokazał go studentom. – Na biurku zostawiam listę szpitali, w których możecie je odbyć. Maksymalnie piętnastu praktykantów na jeden ośrodek.
Wszyscy ponownie zaczęli się podnosić, by podejść do stolika profesora.
– Proszę przychodzić po kolei.
– Musimy być razem – szepnęła do mnie Louisa, która dotrzymywała mi kroku.
Przyjaźnimy się od dzieciństwa dzięki naszym rodzicom, którzy także trzymali się razem. Wspólnie studiowałyśmy na poprzednim kierunku i ogromnie się ucieszyłyśmy, gdy dostałyśmy się na NYC Grossman School of Medicine.
Pokiwałam głową i ruszyłam za przyjaciółką. Louisa miała na sobie granatową bluzę i dżinsy. Czarny warkocz kiwał jej się na boki, gdy schodziła w dół auli. Wsunęła telefon do tylnej kieszeni spodni, po czym poprawiła torbę na ramieniu.
Gdy po dłuższej chwili nastała nasza kolej na wpisanie się na listę, tylko w jednym szpitalu zostały dwa wolne miejsca, więc bez większego namysłu wpisałyśmy się w rubryczkę.
– Cel uzyskany – mruknęła, szturchając mnie biodrem.
Na dziedzińcu już czekali na nas Felix i Chester. Mieszkali naprzeciwko naszego pokoju w akademiku. Poznałyśmy się z nimi dosyć niestandardowo, gdy byłyśmy w stanie upojenia alkoholowego po nocnej imprezie, podczas której świętowałyśmy przeprowadzkę. Narobiłyśmy nad ranem na korytarzu strasznego hałasu, czym ich obudziłyśmy, a oni wcale nie wściekli się z tego powodu, tylko okazali się cudownymi sąsiadami, którzy pomogli nam zwalczyć kaca.
I w taki sposób zaczęliśmy się kolegować.
Siedzieli przy jednym z drewnianych stolików, na którym rozłożyli jedzenie. Felix uwielbiał gotować i sam z siebie robił posiłki dla całej naszej czwórki. Dzięki niemu oszczędzałyśmy masę czasu, który w innym wypadku spędzałybyśmy w kuchni.
– Wyglądasz paskudnie – stwierdził Chester, gdy się do nich dosiadłyśmy. Przeczesał palcami brązowe włosy, uważnie mi się przyglądając. W niebieskich tęczówkach ujrzałam coś na kształt zmartwienia.
Sięgnęłam po naleśnika z plastikowego pudełka, które leżało przed chłopakiem.
– Ja zawsze wyglądam ślicznie, to tobie brakuje gustu – burknęłam, po czym wgryzłam się w zawinięty w rulon placek.
Chester prychnął, ale kącik ust drgnął mu w rozbawieniu.
– Brakuje mi jedynie nowej pary oczu, bo te mi już wysiadły od twojej brzydoty.
Wskazałam Chestera palcem, gdy usłyszałam jego złośliwą ripostę.
– Jak już, to to się stało od blasku mojej zajebistości.
Kątem oka zerkałam na niego, gdy pałaszowałam naleśnika. Wyglądał, jakby się zastanawiał, czy ciągnąć przekomarzanki, które stały się już częścią naszej codzienności, czy jednak się zamknąć.
Zachowywałam się jak wredota, bo taki był mój język miłości, o czym przyjaciele dawno już wiedzieli i wcale im to nie przeszkadzało.
– Patrz! – pisnęła moja przyjaciółka, przyciągając mnie do siebie za przegub ręki, głową zaś kiwnęła lekko w bok, żebym tam spojrzała. – Ale ma dojebaną spódniczkę!
Przyjrzałam się czerwonemu, rozkloszowanemu ubraniu w czarną kratę, które sięgało jakiejś dziewczynie do kolan. Nie było w tej spódnicy nic, czym można by się zachwycić. Przynajmniej w mojej opinii.
Skrzywiłam się, darując sobie komentarz, na co chłopaki parsknęły śmiechem. Przeniosłam uwagę z powrotem na Louisę, której mina wyrażała, że nie podziela mojego zdania.
– Nie patrz tak na mnie. Jeśli chcesz wyglądać jak po przejściach, to mogę ci nabić limo pod okiem, wyjdzie taniej.
Przewróciła oczami i zdecydowała się nie drążyć tematu.
– Praktyki wybrane? – zaciekawił się Felix, przeskakując wzrokiem między mną a panną Walker. Dziewczyna mruknęła jakieś potwierdzenie, jedząc kanapki z kurczakiem zapiekane w piecu.
– Już przygotowuję się na ten zapieprz. Praktyki w dzień i praca w nocy – burknęłam i podciągnęłam jedną nogę tak, by stopę oprzeć na siedzisku ławki, a brodę o kolano.
Nasza tymczasowa praca zmieniła się w stałą. Miała to być robota, która zapewni nam dobre pieniądze na start, zanim znajdziemy coś lepszego. I wydarzyło się to, czego się obawiałam od samego początku. Przyzwyczaiłyśmy się do fajnych napiwków, które mocno zwiększały nasze miesięczne zarobki. Życie w Nowym Jorku jest drogie, a my nie chciałyśmy żyć w nędzy.
Westchnęłam głośniej, niż powinnam, czym zwróciłam uwagę przyjaciół. Cała trójka wlepiła we mnie zaciekawione spojrzenia.
– Co jest? – Chester zmarszczył brwi.
– Nic. Po prostu coś mi się przypomniało. – Machnęłam lekceważąco ręką, nie chcąc zaczynać tematu tajemniczego nieznajomego.
– Nie mów, że znowu o nim myślałaś – rzuciła z niedowierzaniem Louisa, na co wzruszyłam beznamiętnie ramionami.
– Mówiłem wam. Typ miał magicznego penisa – zażartował Felix, na co jego chłopak zdzielił go w głowę. – Ała! – Potarł obolałe miejsce, a potem poprawił ułożenie swoich ciemnoblond włosów. – Jak inaczej wytłumaczysz to, że minął rok, a ona wciąż o facecie pamięta? Musiała mieć z nim najlepszy seks w życiu!
Zdradziłam chłopakom to, co odwaliłam w zeszłym roku podczas pracy na imprezie charytatywnej. Ze względu na podpisaną umowę o poufności nie mogłam im powiedzieć zbyt wiele, ale nie potrafiłam też całkowicie wszystkiego ukryć. Zwłaszcza że szybko po mnie poznali, że coś się musiało wydarzyć w mojej pracy.
– Reina zachowuje się, jakby kutas zaćmił jej resztki szarych komórek – stwierdziła rozbawiona Louisa, zerkając na mnie. Posłałam jej pełne politowania spojrzenie. – Pobudka, twój rycerzyk spierdolił.
– Myślę, że powinnaś wybrać się na randkę w ciemno – zaproponował Felix, co sprawiło, że wszyscy troje popatrzyliśmy na niego jak na kosmitę. – Skoro w ciemno poznałaś faceta i straciłaś dla niego głowę, to może ponowna próba…
– Nie – zaprzeczyłam od razu.
– A może znowu pójdziesz na ten bal? Z tego, co pamiętam, odbywa się w tym miesiącu.
– Tym bardziej nie. Ustaliliśmy, że to była jednorazowa akcja.
– Chyba nie dla ciebie – uznał Chester, patrząc na mnie wymownie.
– Koniec tematu.
Przyjaciele nie naciskali więcej, za co byłam im niezmiernie wdzięczna. W ogóle nie było o czym gadać. Po prostu musiałam się w końcu ogarnąć i nie miałam pojęcia, czemu zajmowało mi to tak dużo czasu.
Vincenzo
Ludzie z mojego kręgu nie mogli zrozumieć, dlaczego podjąłem się tego zawodu i uparcie się go trzymałem, gdy zarabiałem znacznie więcej na rodzinnych interesach. Rządziłem Nowym Jorkiem, a pod sobą miałem pięć nowojorskich rodzin. Odpowiedź wcale nie była taka skomplikowana. Ta praca stała się moją odskocznią i sprawiała mi przyjemność. Chciałem pomagać ludziom w inny sposób, niż zwykle to robiliśmy. Mniej brutalny.
Gdy przeglądałem kartoteki pacjentów, rozległo się pukanie do drzwi, zza których po chwili wychyliła się Elena, jedna z pielęgniarek. Miała na sobie strój roboczy, a włosy w kolorze ciemnego blondu związała w niski kok. Była drobna i niewysoka. Dzieliły nas zaledwie trzy lata różnicy, dogadywaliśmy się świetnie.
– Witam, doktorze. Dostaliśmy listę studentek, które w przyszłym miesiącu będą odbywać praktyki w naszym szpitalu.
Przyglądałem jej się, nie rozumiejąc, czemu przychodzi z tym do mnie. Nigdy nie bawiłem się w opiekuna dla praktykantów.
– Wiem, że niechętnie podchodzisz do uczenia studentów, ale może tym razem się skusisz? Doktor Brown jest na urlopie i brakuje nam jednego lekarza.
Machnąłem ręką, by podała mi listę. Przeleciałem wzrokiem po nazwiskach, a później na proponowaną rozpiskę godzin. Sięgnąłem po swój kalendarz, żeby sprawdzić, jak wygląda mój rozkład pracy na listopad i grudzień. Nie pracowałem tu na pełny etat, więc trudno byłoby mi szkolić jakiegokolwiek studenta.
– Nie jestem pewien, czy mogę się tym zająć – przyznałem zgodnie z prawdą.
– Dyrektor zalecił mi, by przydzielić doktorowi chociaż jednego studenta z listy – wyjaśniła, na co ciężko westchnąłem. Nie zamierzałem robić problemów z tak błahego powodu, więc w końcu pokiwałem głową. Ten raz mnie nie zabije.
– Dobrze, Eleno, ale wezmę tylko jednego. – Oddałem jej rozpiskę.
– Jasne jak słońce – rzuciła radośnie, cofając się, po czym opuściła mój gabinet.
Elena była naszym promyczkiem w szpitalu. Pacjenci ją uwielbiali, szczególnie dzieci. Zawsze była wesoła, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. Mimo wielu przykrych sytuacji, których była tutaj świadkiem, nie traciła światła. Podziwiałem ją za to, że z upływem lat wciąż tak samo kocha swoją pracę. Widok niejednej śmierci może źle wpłynąć na każdego człowieka.
Gdy moja przerwa na kawę się skończyła, ruszyłem na oddział. Zacząłem od najstarszej pacjentki. Gdy wszedłem do jej sali, kobieta leżała w łóżku i oglądała coś na laptopie. Kiedy mnie ujrzała, rozpromieniła się na twarzy. Ostrożnie podniosła urządzenie i odłożyła je na szafkę, która znajdowała się po jej lewej stronie.
– Dzień dobry, panie doktorze.
– Dzień dobry, Eleonoro. Jak się dziś czujesz? – spytałem i stanąłem przy jej łóżku.
– Bardzo dobrze. Pani Elena dotrzymała mi dziś towarzystwa i przyniosła książkę. – Wskazała na stolik nocny, na którym leżał egzemplarz Dumy i uprzedzenia, ja zaś obdarowałem ją uśmiechem.
– Obejrzę twoją ranę, by się upewnić, że nic złego się z nią nie dzieje – poinformowałem staruszkę, a potem udałem się do małej łazienki przy sali, by umyć i zdezynfekować ręce. Musiałem mieć pewność, że są sterylnie czyste, zanim zacznę badanie.
Wróciłem do kobiety i delikatnie podwinąłem jej koszulkę w miejscu, gdzie widniała rana. Eleonora została zaatakowana przez nożownika. Mężczyzna nie był przy zdrowych zmysłach i został wysłany na oddział zamknięty. Upewniłem się, by tam trafił. To się wydarzyło w moim mieście, a ja chciałem, żeby jego mieszkańcy czuli się bezpiecznie. Nie byłem dobrym człowiekiem, lecz starałem się nim być na tyle, na ile miałem taką możliwość.
– Rana prawidłowo się goi i nie widać żadnych śladów zakażenia, co jest bardzo dobrym znakiem. Wszystko wskazuje na to, że na dniach będziesz mogła wrócić do domu, Eleonoro – oznajmiłem, na co kobieta odetchnęła z ulgą.
– To cudowna wiadomość – uradowała się, ale po chwili się zmartwiła. Zmarszczyłem brwi, bo nie rozumiałem, co wpłynęło na jej zmianę nastroju. – Bardziej się martwię o pana, doktorze – stwierdziła, czym nieco mnie zdezorientowała. – Taki przystojny, młody mężczyzna, a kawaler. Aż się dziwię, że nie biega za panem tłum kobiet, które chciałyby zwrócić pana uwagę.
Z ust wyrwało mi się parsknięcie. Pokręciłem bezradnie głową.
Po chwili jednak do głowy wtargnął mi obraz brązowych włosów z blond pasemkami i magnetyczne spojrzenie czekoladowych oczu tajemniczej kobiety. Wciąż pamiętałem dotyk jej skóry i to, jak jęczała, gdy doprowadzałem ją do spełnienia.
Choć bardzo się starałem nie wracać wspomnieniami do tamtego wieczoru, to tej dziewczyny nie dało się zapomnieć.
– Och, znam ten wzrok. Jednak ma pan kogoś. – Na jej usta wpłynął szeroki uśmiech, co sprawiło, że szybko pokręciłem głową.
– Nie mam nikogo, Eleonoro.
Staruszka przewróciła oczami i załamana machnęła ręką.
– Dość przeżyłam, by nie nabierać się na takie stare kłamstwa – stwierdziła wyraźnie urażona. – Jeśli kobieta sprawia, że mężczyźnie oczy błyszczą tak jak panu doktorowi, to znaczy, że jest warta zachodu.
Zacisnąłem usta, a dłonie ukryłem w kieszeniach kitla. Nie zamierzałem raczyć kobiety opowieścią o chwili, w której straciłem nad sobą kontrolę i pozwoliłem sobie na jednorazowy numerek z kobietą, o której nie wiedziałem kompletnie nic.
Miałem pacjentkę zanudzić tym, że mimo upływu tylu miesięcy wciąż liczyłem, że spotkam kiedyś dziewczynę ukrytą za maską?
Przeprowadziłem z Eleonorą jeszcze krótki wywiad dotyczący jej samopoczucia, a następnie opuściłem salę, żeby sprawdzić stan reszty swoich pacjentów.
Jednak moje myśli znów jak bumerang wracały do tajemniczej Evie. Nurtowało mnie wiele pytań od czasu, kiedy ją poznałem. Kim naprawdę była? Czemu zdecydowała się pracować na tamtej imprezie? Co się wydarzyło w jej życiu, że tak desperacko chciała zarobić taką sporą kasę? Długi? Choroba? Uzależnienie?
Nie wiedziałem nic, ale przeczuwałem, że w końcu się to zmieni.
Wkrótce ją odnajdę.
A wtedy zrobię wszystko, by była moja.ROZDZIAŁ 2
Tonight all the monsters gonna dance. We’re comin’ to get ya
– China Anne Mcclain
Lareina
Rok temu
Mogłam się tego spodziewać po Louisie. Liczyłam, że po przylocie do Nowego Jorku będę mogła spokojnie odpocząć.
Moją przyjaciółkę jednak rozpierała ekscytacja i nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Choć dzisiejszego wieczoru nie miałam na to ochoty, dałam się namówić na wyjście na miasto. Spodziewałam się, że pójdziemy do jakiejś knajpy albo po prostu na spacer, ale ona wymyśliła coś zupełnie innego. Dlatego właśnie stanęłyśmy w kolejce do wejścia do jednego z klubów na Manhattanie.
Uniosłam wzrok na różowy neonowy szyld z napisem „Paradise”, który bił po oczach. Zaplotłam ręce na piersiach, zerkając na Walker, która wodziła spojrzeniem po mężczyźnie, stojącym przed nami i rozmawiającym z innym facetem. Od razu było widać, że wpadł jej w oko.
Przysunęła się do mnie, żeby wyszeptać:
– Przystojniak.
Nie musiała nic więcej dodawać, bym wiedziała, że ten nieszczęśnik stanie się jej dzisiejszą ofiarą. Pokręciłam z rozbawieniem głową. Byłam bardzo ciekawa, jak się zabierze do poderwania chłopaka.
Nieznajomy, który zwrócił uwagę Walker, miał ciemną karnację. Włosy delikatnie poruszały mu się pod wpływem wiatru. Gdy mówił do swojego towarzysza, przekręcał mocniej głowę w jego stronę, dzięki czemu miałam idealny widok na jego profil. Spuściłam delikatnie wzrok, by mu się przyjrzeć. Czarna koszula opinała jego barki, które wyglądały, jakby sporo czasu spędzał na siłowni. Garniturowe spodnie w tym samym kolorze miał ozdobione paskiem.
Zauważyłam po prawej stronie ruch, co sprawiło, że straciłam zainteresowanie mężczyzną, a skupiłam się na przyjaciółce. Pochyliła się, jakby chciała zawiązać but, ale ona miała szpilki, które przecież nie były sznurowane. Ściągnęłam brwi zakłopotana, zastanawiając się, co ona wyprawia. Sapnęłam zaskoczona, widząc, jak traci równowagę i niezdarnie leci na faceta przede mną. Pisk dziewczyny obił się boleśnie o moje bębenki, gdy zderzyła się z nieznajomym. Jego towarzysz szybko zdał sobie sprawę, co się dzieje, i złapał Louisę za łokieć i biodro, pomagając jej w ten sposób utrzymać się na nogach.
Jej obiekt zainteresowania spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, a potem zerknął na mnie, jakby chciał się dowiedzieć, co tu się właśnie odwaliło. Nie uzyskał odpowiedzi, bo sama nawet nie drgnęłam, także skołowana tym, co się stało.
– Przepraszam! – Przycisnęła otwartą dłoń do klatki piersiowej z przerażeniem wypisanym na twarzy. Zacisnęłam z całej siły usta, nie chcąc parsknąć śmiechem na widok jej godnej nagrody gry aktorskiej. – Nic panu nie jest? Ależ ze mnie łamaga. – Sunęła spojrzeniem po mężczyźnie. Widziałam, jak walczy ze sobą, by nie pokazać, że delektuje się jego widokiem. Dla kogoś, kto jej nie zna, w jej oczach mogło tańczyć jedynie zmartwienie. Ja natomiast dostrzegałam tego małego czerwonego diabełka w jej źrenicach.
Louisa dokładnie wiedziała, jak się poruszać, by biła od niej skrucha, ale jednocześnie wodziła biednego chłopaka na pokuszenie.
I najlepsze w tej całej sytuacji było to, że jej dziwny sposób podrywu działał.
Nieznajomy wygiął usta w uśmiechu i położył dłoń na ramieniu dziewczyny, pożerając ją wzrokiem. Zauważyłam chwilowy błysk w jego oku, który dawał do zrozumienia, że cieszy się z tego spotkania.
Choć słowo „spotkanie” to spore wyolbrzymienie. Nawet zdania ze sobą nie zamienili, aczkolwiek przynęta została zarzucona, a on dał się na nią złapać.
Szacun, Louisa, pomyślałam. Proszę o korepetycje.
– Nic się nie stało, złotko. A z tobą wszystko dobrze?
Dziewczyna rozciągnęła usta w słodkim uśmiechu, który działał na większość osób z penisem między nogami.
– Jestem cała. Po prostu straciłam równowagę. Jeszcze raz przepraszam.
– Każdemu mogło się zdarzyć. – Przeczesał palcami ciemne kosmyki włosów, na które padało różowe światło. – Jestem Gabriel, a to mój kuzyn Antonio. – Machnął ręką na swojego towarzysza, który odpowiedział jedynie ledwie zauważalnym uniesieniem kącika ust.
– Ja jestem Louisa, a to Lareina, moja przyjaciółka.
Wymamrotałam tylko ciche „cześć”. Obaj skupili się na mnie na kilka długich sekund. Kuzyn mężczyzny stał z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni i w końcu zaczął kręcić nieznacznie stopą, jakby chciał wydrążyć dziurę w betonowym podłożu.
Gdy uniósł rękę, by poprawić kołnierzyk koszuli, coś na jego palcu błysnęło w blasku lamp ulicznych. Zmrużyłam oczy, by lepiej się temu przyjrzeć. Biżuteria kojarzyła się jednak tylko z jednym – z obrączką.
– Chcecie może spędzić z nami wieczór? – Gabriel zerknął w moim kierunku, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że w ogóle istnieję.
– Pewnie! – Przyjaciółka rozpromieniła się z radości, że to zaproponował. Przekręciła głowę w moją stronę i uważnie mi się przyjrzała, jakby chciała się upewnić, że nie mam nic przeciwko. Coś czułam, że i tak nie mam zbyt wiele do powiedzenia.
Gdy w końcu dotarliśmy do wejścia, ochroniarz przywitał się z nowo poznanymi mężczyznami jak z kumplami. Ściągnęłam brwi, bo w zasadzie rozluźnił ramiona i uniósł kącik ust na widok kuzynów.
Antonio, który do tej pory nie okazywał żadnych emocji, teraz się uśmiechał. Gabriel niespodziewanie zarzucił Louisie rękę na szyję i kiwnął w moją stronę głową, dając znak, byśmy weszły. Popatrzyłam czujnie na ochroniarza, który już nie zwracał na nas uwagi, tylko legitymował kolejne osoby stojące za nami.
– Często tu przychodzicie? – usłyszałam głos Antonia i odwróciłam się w jego stronę. Intensywność jego szarych oczu sprawiła, że na chwilę się zmieszałam.
– Jesteśmy tu pierwszy raz. Dzisiaj dopiero przyleciałyśmy do Nowego Jorku.
Mężczyźni na sekundę nawiązali kontakt wzrokowy. Choć był krótki, zauważyłam między nimi nić porozumienia.
– Urlop? – Gabriel zaprowadził nas do jednego ze stolików, przy którym usiedliśmy.
– Dostałyśmy się na medycynę. – Louisa skrzyżowała spojrzenie z mężczyzną, uśmiechając się przy tym szeroko. W jego zielonych oczach błysnął podziw, gdy uniósł brwi aż do linii włosów.
Wyłączyłam się z tej rozmowy, wędrując wzrokiem po klubie. Kolorowe światła odbijały się w szkle stojącym na stolikach. Muzyka sprawiała, że czułam wibracje pod stopami. O bar opierali się ludzie, a za nim pracownicy energicznie robili drinki. Na prawo od nich znajdowała się scena, przy której DJ za konsolą podrygiwał do muzyki, przyciskając do ucha jedną ze słuchawek. Część gości siedziała przy stolikach i rozmawiała, a reszta tańczyła na parkiecie. Miejsce, gdzie najprawdopodobniej odbywały się jakieś pokazy, było oświetlone czerwonym światłem.
Gdy podeszła do nas kelnerka z notesem w ręku, przeniosłam uwagę na Walker, która przeglądała kartę z drinkami. Wtedy za uważyłam, że na jej odwrocie jest informacja o jakichś występach burleski.
Co ona za klub wybrała?
Gabriel i Antonio rozmawiali z kelnerką, jakby znali się od lat, a ja lekko zmarszczyłam nos. Musieli być tutaj stałymi bywalcami, co nieco odjęło im w moich oczach. Już po samym wystroju lokalu dało się stwierdzić, że to miejsce jest skierowane głównie do męskiej klienteli.
– To Stacy. – Antonio przedstawił dziewczynę mnie i Louisie. – Razem pracujemy.
– Tutaj? – spytałam z rezerwą, przeskakując wzrokiem po całej trójce, a następnie skupiłam się na obrączce mężczyzny. On także na nią spojrzał, ale nie schował ręki, choć się tego spodziewałam.
Jego żona godzi się na to, by zarabiał w takim miejscu? Nie miałam nic do takich klubów, ale ja chyba czułabym się nieswojo, gdyby mój facet pracował w klubie, w którym tańczą roznegliżowane laski. Kobieta musi mieć do niego ogromne zaufanie.
– Właśnie, Stacy. – Gabriel przykuł uwagę blondwłosej dziewczyny. – Louisa mi właśnie mówiła, że obie z koleżanką szukają pracy, a wiem, że ostatnio w klubie brakuje kelnerek.
Próbowałam znaleźć na twarzy przyjaciółki jakieś oznaki, że nie podoba jej się ten pomysł, ale szeroki uśmiech wskazywał na coś kompletnie przeciwnego.
– Tak, to wciąż aktualne, więc jeśli jesteście zainteresowane, możemy się jakoś umówić na rozmowę. – Przeskakiwała piwnymi oczami między mną a Louisą.
Nie byłam przekonana do pracy w takim miejscu, ale może jako coś na sam początek nie będzie to takie złe wyjście? Robotę zawsze można zmienić. Nie musimy się z tym miejscem związywać na zawsze.
– Co o tym myślisz, Reina? – Walker spojrzała na mnie, jakby szukała poparcia swojej decyzji, której nie wypowiedziała na głos, lecz która wyraźnie malowała się na jej opalonej twarzy.
– Warto spróbować. Dać ci nasz kontakt czy może zostawić go komuś innemu? – spytałam kelnerki.
– Wiesz co… – Stacy sięgnęła do kieszeni zapaski po komórkę, w której po chwili coś wystukała, a potem mi ją podała. – Wpisz swój numer. Odezwę się do ciebie jakoś na dniach.
Wzięłam od niej telefon, ale chwilę się wahałam przed wpisaniem swojego kontaktu. Na moment zerknęłam na przyjaciółkę, która wpatrywała się we mnie wyczekująco. Zauważyłam, że cała czwórka gapi się jak cielę w malowane wrota, więc w końcu się przemogłam i wpisałam ciąg cyfr.
Kiedy oddałam telefon kelnerce, zauważyłam, że mężczyźni ponownie wymienili się spojrzeniami. Ta niema komunikacja zaczynała mnie niepokoić. Rozważałam, by odciągnąć od nich Louisę i się oddalić, ale ona tak dobrze się z nimi dogadywała, że już stwierdziłam, że chyba jestem trochę przewrażliwiona. Zostałam więc na miejscu, starając się ignorować dziwne przeczucia i cieszyć tym wieczorem.ROZDZIAŁ 3
I need you to see me for what I have become
– Sleep Token
Vincenzo
Obecnie
Dzisiejszy dzień nie należał do najspokojniejszych. U kilku pacjentów doszło do komplikacji, a jednego niestety straciliśmy. Mimo wielogodzinnej walki ponieśliśmy porażkę, co sprawiło, że wśród personelu zapanowała smętna atmosfera. Nie była to pierwsza taka sytuacja i ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że lekarze powinni się do tego przyzwyczaić, ale to tak nie działa. Utrata podopiecznego, przy którym robiło się wszystko, by utrzymać go przy życiu, boli zawsze i napełnia smutkiem. Nie da się podchodzić do tego obojętnie. Nawet ja tak nie potrafię, choć nieraz, bez chwili wahania, pociągałem za spust, celując do drugiego człowieka.
Te dwie sytuacje sporo się od siebie różnią i nie każdy to rozumie.
Zmierzałem w kierunku swojego gabinetu, w którym chciałem zamknąć wszystkie sprawy na dzisiaj i wrócić w końcu do domu, by chociaż chwilę odpocząć, zanim usiądę do pracy związanej z organizacją.
Na korytarzu szpitala panował już spokój. Przez cały dzień personel się po nim krzątał, walcząc z czasem. Cisza wypełniająca ściany była przyjemna dla uszu.
Gdy sięgałem do kieszeni kitla po klucz do gabinetu, usłyszałem z niedaleka znajomy, męski głos:
– Doktorze Squillacte!
Zamarłem z dłonią przy zamku, przekręcając głowę w bok. Zmarszczyłem lekko czoło, usta ułożyłem w cienką kreskę. Przez hol szedł w moją stronę Cyril, także ubrany w biały fartuch, który w przeciwieństwie do mojego był rozpięty. Stawiał spore, choć spięte kroki. Pod oczami malowały mu się prawie czarne cienie. Był nieco blady na twarzy, a ciemne włosy miał w nieładzie, jakby chwilę wcześniej za nie ciągnął. Wszystko to sprawiło, że sam się zaniepokoiłem.
– Mogę zająć panu chwilę?
Pokiwałem głową.
– Ale nie tutaj – szepnął, po czym się odwrócił i ruszył w kierunku, z którego przyszedł.
Rozejrzałem się wokół i schowałem klucz do kieszeni, zanim podążyłem za mężczyzną.
Cyril rzadko zawracał mi głowę, choć dla mnie pracował. Ufałem mu, gdy w grę wchodziło wykonanie zleconej mu roboty. A jednak jego obecne zachowanie sprawiło, że zacząłem mieć co do niego wątpliwości.
Tak jak się domyślałem, prowadził mnie w kierunku wejścia do podziemi, którego od wielu lat nikt w szpitalu nie używał. Wszystko dzięki tajemniczemu najemcy, który zwrócił się do dyrektora obiektu o udostępnienie mu tego pomieszczenia. Tym najemcą oczywiście byłem ja, ale zrobiłem to przez pośrednika. Oczywiście później dokonałem wszelkich starań, żeby następnym dyrektorem szpitala został mój człowiek i by nikomu nie wpadła do głowy chęć odzyskania tej części budynku.
Cyril otworzył drzwi, do których klucz mieliśmy tylko my dwaj. Kiedy się znaleźliśmy na schodach prowadzących do piwnicy, zwróciłem się do mężczyzny:
– Czemu mnie tutaj sprowadziłeś?
Ruszyliśmy w dół.
– Mamy problem. – Nie odwrócił się, jakby nie chciał, bym odczytał emocje z jego twarzy.
Zmarszczka na moim czole się pogłębiła.
– To znaczy? – Surowość w moim głosie rozeszła się po pomieszczeniu. Cyril się zatrzymał, gdy znaleźliśmy się już niedaleko zamkniętych drzwi, za którymi trzymaliśmy nasz towar. Podniósł powoli ramiona, a potem opuścił je wraz ze świstem powietrza wypuszczanym z ust. W końcu się odwrócił, a jego twarz wyrażała niepokój.
– Tylko się nie denerwuj. Znajdziemy rozwiązanie.
Och, z pewnością, teraz jestem po stokroć spokojniejszy, zadrwiłem w myślach, świdrując go wzrokiem.
– Do rzeczy, Cyril.
Minęło kilka długich sekund, zanim wydusił z siebie to, przed czym się bronił przez całą drogę na dół.
– Nasze organy zniknęły. – Zacisnął dłonie w pięści, żeby ukryć ich drżenie.
– Wszystkie?
Mężczyzna chwilę się wahał, zanim otępiały pokiwał głową, potwierdzając w ten sposób tę nieprzyjemną wiadomość.
– Pokaż mi. – Oschłość w moim głosie w pustym i cichym pomieszczeniu wybrzmiała mocniej.
Odsunął niewielką komodę, za którą w ścianie znajdował się czytnik działający na odcisk palca. Gdy zagrała melodyjka, oznaczająca, że zamek masywnych drzwi ustąpił, Cyril nacisnął sporych rozmiarów klamkę. W środku znajdowały się specjalne pojemniki do przechowywania i transportu ludzkich organów.
Przekroczyłem próg pomieszczenia i wodziłem wzrokiem po wnętrzu, marszcząc przy tym brwi. Zacząłem otwierać transporter za transporterem, lecz wszystkie okazały się puste. Nie został ani jeden organ do przeszczepu.
– Przysięgam, że nikomu nic nie powiedziałem. – Głos mu drżał. Zerknąłem na faceta przez ramię. Zrobiłem to niespiesznie i ze spokojem, choć w środku buzowała we mnie złość. – Nie odważyłbym się. – Moje spojrzenie sprawiło, że kolory opuściły jego twarz i cały się spiął. Odwróciłem się i zbliżyłem do niego. Widziałem, że ma ochotę się wycofać, ale gdyby to zrobił, nie pochwaliłbym tego. Pogorszyłby tylko swoją sytuację.
– Nie byłeś ostrożny – oznajmiłem, wsuwając dłonie do kieszeni kitla. – Nie musiałeś nic mówić, żeby ktoś cię zauważył, jak tutaj schodzisz. Ktoś, kto nie powinien.
– Capo Vincenzo, przysięgam na swoje życie, że zawsze zachowywałem pełną ostrożność.
Westchnąłem ciężko, słysząc już chyba tysięczny raz to samo. Niektórzy zbyt łatwo dają słowo na coś, co jest dla każdego człowieka najcenniejsze na świecie.
– W tej sytuacji, jeśli chcesz to naprawić, możesz jedynie załatwić nowe organy, żeby nie zawieść naszych klientów.
Mężczyzna pokiwał głową i już chciał odejść, ale jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem, co go wbiło w podłogę. Stałem na tyle blisko, że prawie stykaliśmy się palcami stóp.
– Dojdę do tego, kto i jakim cudem dowiedział się o tym miejscu. – Spojrzałem mu głęboko w oczy, na co on przełknął ciężko ślinę. – Jeśli zawiniłeś, już jesteś martwy.
Cyril jeszcze raz z napięciem pokiwał głową. Ewidentnie zabrakło mu języka w gębie.
– Możesz wrócić do pracy.
Nie zwlekał, niemal biegiem zniknął mi z pola widzenia. Dłuższą chwilę wpatrywałem się w drzwi na parter, którymi wyszedł, boleśnie zaciskałem przy tym szczęki.
Ktoś inny na moim miejscu bez wahania odebrałby mu życie za niedopilnowanie obowiązków. Ja wybrałem inne metody. Zwłaszcza że zabicie go tutaj przysporzyłoby mi o wiele więcej problemów, niż byłoby warte. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że to on zawinił, ale wolę się wstrzymać z wyrokiem, póki nie nabiorę pewności.
Nie będzie uciekał ani próbował ujść z życiem. Zdaje sobie sprawę, że to bez sensu. Przed Cosa Nostrą nie da się ukryć. Mieliśmy ludzi, którzy zajmowali się tropieniem zbiegów. Może zająć to trochę czasu, ale zawsze ich znajdujemy i wykonujemy egzekucję.
Setki lat działania organizacji nauczyły nas sprawdzonych metod i dały doświadczenie, którego inne rodziny mogą nam tylko zazdrościć.
Gdy rozbrzmiał klik zamka, zsunąłem płaszcz z ramion i powiesiłem go na wieszaku. Usiadłem na małej ławeczce w przedpokoju, chcąc zdjąć buty, ale zanim to zrobiłem, rozejrzałem się po apartamencie. W środku panowała kompletna cisza. Z tego miejsca nie było słychać nawet tykania zegara. Od wielu lat mieszkałem sam i przywykłem już do takiego stanu rzeczy.
W kuchni zaparzyłem sobie kawę, bo wiedziałem, że i tak szybko nie zasnę przez dzisiejszą sytuację. Kazałem swoim ludziom przejrzeć nagrania z kamer, by ustalić, kto mógł się kręcić przy wejściu do szpitalnej piwnicy i ewentualnie, w jaki sposób się tam dostał. Zdobycie klucza nie było takie trudne, ale odcisk dłoni już tak. Pewne było jedynie to, że ktokolwiek się dopuścił kradzieży, zdecydowanie nie należał do amatorów. Wiedział, co i jak robi.
Wyciągnąłem z kieszeni spodni komórkę, żeby sprawdzić, czy nie dostałem czasem jakiejś wiadomości od swojego consigliere – Harveya. Pasek powiadomień świecił jednak pustkami.
Oparłem jedną rękę o blat kuchenny, a drugą uniosłem do ust filiżankę kawy. Budynek, w którym mieszkałem, stał przy Central Parku, na który miałem idealny widok z ogromnego, kuchennego okna. Przez kilka minut obserwowałem toczące się w dole życie na ulicach Manhattanu. Czasami tak robiłem, żeby zebrać myśli i poukładać je sobie w głowie.
Nagle ciszę przerwał dźwięk telefonu. Sięgnąłem po niego przekonany, że dostanę w końcu jakieś wieści na temat dzisiejszego incydentu, lecz na ekranie wyświetliło się połączenie od mojego brata.
– Słyszałeś? – westchnąłem, a filiżanka cicho stuknęła, gdy postawiłem ją na blacie.
– Owszem, i nieco mnie to zmartwiło – odpowiedział.
Lorenzo, jako don Cosa Nostry, otrzymywał cotygodniowe raporty dotyczące pracy każdego oddziału. W sytuacji takiej jak dzisiaj informacje były przekazywane jego consigliere natychmiast. Nie spodziewałem się jednak, że Lorenzo osobiście zaszczyci mnie telefonem.
– Moi ludzie już podjęli działania. W ciągu paru godzin powinniśmy poznać wszystkie szczegóły – wyjaśniłem.
– Nie wątpię, ale nie wydaje ci się to dziwne?
– Ktoś chciał mi zaszkodzić, jednak nie wiem, czemu wziął sobie za cel organy do przeszczepu. Gdyby chciał je sprzedać, ukradłby tylko te, na które miałby już klientów, a nie od razu wszystkie. – Myślałem na głos. – Gdyby chciał nas narazić na koszty, to celowałby w broń, kluby lub narkotyki.
Ludzkie narządy można przechowywać przez naprawdę krótki czas. Przeszczep należy wykonać jak najszybciej po pobraniu organu. Oczywiście każdy z nich ma inny termin ważności, ale niezależnie od rodzaju liczy się go w godzinach. Zabranie całego towaru z myślą o sprzedaży nie miałoby sensu, bo ktoś musiałby mieć idealnie dobranych odbiorców, a wątpiłem, by ktokolwiek dysponował tak precyzyjną wiedzą na temat naszego asortymentu.
– Może to miała być dla nas jakaś wiadomość? Możliwe, że ktoś chce wejść z nami w konflikt – zasugerował mój brat.
– Ten ktoś postąpiłby wyjątkowo nierozsądnie, Lorenzo. Zbyt mocno urośliśmy w siłę przez ostatnie lata, by komukolwiek opłacało się nas atakować.
– Na świecie chodzi wielu głupców pragnących władzy. – W słuchawce usłyszałem westchnienie. – Może za tą kradzieżą stoi Arturo?
Arturo Patriarca był od dłuższego czasu naszym utrapieniem. To najmłodszy syn Stefana – capo jednej z nowojorskich rodzin. Sprzeciwił się ojcu, odłączył od jego organizacji i pogrążył miasto w chaosie. Stał się naszym problemem w chwili, gdy zorganizował atak na żonę Lorenza, Vittorię. Wszedł też w układy z tatą Claire Monteiro, gdy ta była jeszcze pod jego władzą, a mój drugi brat się w niej zakochał. Dążył do śmierci Vitti i jej syna, gdy ten jeszcze się nie narodził. Na szczęście skończyło się jedynie na lekkim okaleczeniu dziecka.
Z ostatniego starcia z nami Arturo wyszedł jakimś cudem żywy i przepadł jak kamień w wodę. Szukaliśmy go, by się go pozbyć, zanim wpadnie na kolejny genialny pomysł, który zagrażałby mojej rodzinie.
Nie byliśmy pewni, czym był spowodowany jego bunt i działanie na własną rękę. Jednak szkodził nam i wkrótce mógł także innym klanom. Jeśli się nie opamięta, jedynym rozwiązaniem będzie egzekucja.
Skurczybyk jednak wie, jak się ukrywać, chociaż raczej nie będzie robić tego wiecznie. W końcu poczuje się na tyle bezpiecznie, że wyjdzie ze swojej nory, a wtedy moja rodzina go dopadnie i wykończy.
– Uważasz, że podjąłby się takiego ryzyka? Wróciłby do rodzinnego miasta i sabotował mnie?
– Miałem do czynienia z wieloma świrami i Arturo jest jednym z tych, którzy nie mają hamulców. Jest niebezpieczny. Żądny władzy. Nie jest liderem jak większość z nas, tylko niszczycielem. Zrówna z ziemią wszystko, co stoi mu na drodze do potęgi.
Pokiwałem głową, choć Lorenzo nie mógł tego zobaczyć. Jednego byliśmy pewni – Arturo nie czuł strachu. Nie był do tego zdolny lub po prostu był głupi, ale właściwie te dwie cechy się nie wykluczały.
– Jaki masz plan? – spytałem, bo wiedziałem, że dzwoni już z konkretnym pomysłem. Lorenzo był strategiem. Podchodził do spraw rozważnie i ze spokojem. Jeśli istniała możliwość rozwiązania problemu pokojowo, zawsze ją wybierał.
– Czuję nadchodzący na organizację atak, więc musimy mieć oczy dookoła głowy. Rodziny na całym świecie wyrażają swoje obawy względem sposobu, w jaki przejęliśmy władzę. Miałem na uwadze to, że w końcu znudzi im się bezczynne siedzenie. Możliwe, że ten czas nadszedł.
Nasza historia wygląda nieco inaczej, niż widzą ją inne organizacje. Dla nich pozbyliśmy się własnego ojca, by zdobyć władzę, i powoli przejmowaliśmy pełną kontrolę nad każdym oddziałem. Jedynie Lucas, nasz najmłodszy brat, przygotowywał się w tej chwili do roli capo w Miami. Inni mafiozi widzieli w nas piątkę dzieciaków pragnących potęgi. Może mieli po części rację.
Jednak w dużej części pielęgnujemy też to, co stworzyli nasi przodkowie, i budujemy lepszą przyszłość dla naszych dzieci. Niektórzy chcą nas jej pozbawić.
– Nie upadniemy, bracie – zapewniłem stanowczo, nieco mocniej zaciskając palce na komórce. – Wytrwamy dla naszej rodziny i lojalnych członków organizacji.