Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dotyk i Lód. Emanacja Mocy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 kwietnia 2026
E-book: EPUB, PDF
29,99 zł
Audiobook
24,99 zł
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Dotyk i Lód. Emanacja Mocy - ebook

Wiktoria, inżynierka z Warszawy, budzi się w lodowym piekle Eisgardu. W świecie, gdzie ciepło jest towarem, a kobiety – żywymi bateriami, Wiki staje się najcenniejszym łupem. Jako „Dzika Prządka” trafia pod opiekę trzech mrocznych wojowników: potężnego K’lena, dzikiego Emera i genialnego Noviusa. Wierzą oni, że intymność zniszczy jej moc. Muszą wybierać między lojalnością wobec systemu a pożądaniem. Nie wiedzą jednak, że to, co zakazane – jest jedyną drogą do przywrócenia Słońca. Czy Wiki odważy się spłonąć w ich ramionach, by ocalić świat przed wieczną zimą? Motywy: Romantasy, Reverse Harem (1v3), Grumpy x Sunshine, Forced Proximity, Enemies to Lovers, Magia lodu i ognia. Strona autorska: kossowski.eu

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Szarość

„Jak młody bóg”. Tak mówią o sobie faceci. Mogę więc powiedzieć, że ja czułam się jak młoda bogini. Wiatr na Grani Kościelców nie był dziś moim wrogiem. Był za to jedynym towarzyszem, który rozumiał moją potrzebę samotności. Kiedy wciągnęłam do płuc lodowate, ostre powietrze, smakowało wolnością i wysiłkiem. O, jakże uwielbiałam takie momenty – kiedy mięśnie ud jeszcze drżały po podejściu, a świat pod stopami wydawał się maleńki, nieistotny i cichy. Oparłam się o skalny występ, czując pod plecami znajomą szorstkość granitu. Z plecaka wyciągnęłam termos, a zapach herbaty z imbirem i miodem uderzył moje zmysły, tworząc ciepłą bańkę w samym środku tej mroźnej panoramy. Słońce, zawieszone nad horyzontem, oślepiało złotem poranka, malując na śniegu długie, cienie.

Lekkie zmęczenie sprawiało, że czułam siebie całą. Nawet pod grubymi warstwami sportowej odzieży moja sylwetka zdradzała lata dyscypliny. Nie byłam krucha. Więcej, mogłam odważnie powiedzieć o sobie, że byłam uosobieniem zdrowej, kobiecej witalności. Pod termoaktywnym materiałem kryły się kształtne, mocne uda i pośladki, które wypracowałam przemierzając setki kilometrów w górach. Mój płaski, twardy brzuch oraz pełne piersi nadawały mojej sylwetce odpowiedniej miękkości. To były moje najlepsze lata. Wiek, w którym dziewczęca uroda spotyka się z pewnością siebie dorosłej kobiety. Gdyby był tu ze mną ktoś jeszcze, zapewne zauważyłby, jak z moich oczu – o głębokiej, nasyconej barwie – tryska żywa energia wewnętrznego ognia, który zawsze pchał mnie wyżej i dalej od innych.

Jako inżynier odnawialnych źródeł energii, prowadziłam własną działalność, świadcząc usługi dla dużych firm w całym kraju. Wielu znajomych uznawało to za ironię losu w przypadku kogoś, kto każdą wolną chwilę spędzał w dziczy, z dala od technologii. To jednak właśnie ta praca – projektowanie systemów hybrydowych i zrozumienie, jak ciepło ziemi zmienia się w prąd – ugruntowało mój analityczny umysł. Wychowana w rodzinie taterników, od dziecka uczyłam się czytać góry jak otwartą księgę. Wiedziałam, jak rozpalić ogień w deszczu, jak opatrzyć złamanie przy pomocy gałęzi i jak przetrwać noc, gdy temperatura spada poniżej zera. Byłam hybrydą: dzieckiem nowoczesnej nauki i pierwotnej siły przetrwania. I to połączenie traktowałam jako mój największy skarb w świecie, który dopiero się uczył, jak okiełznać słońce bez przelewania krwi.

To stałe dążenie do zwycięstwa doprowadziło mnie tutaj, na szczyt grani. Inni odradzali, mówili o załamaniu pogody, ale ja bardziej ufałam moim nogom i instynktowi.

„Góry nie wybaczają amatorom” – pomyślałam z uśmiechem, czując przyjemny ciężar raków przypiętych do butów. Spojrzałam na zegarek. Był już najwyższy czas, aby wracać do schroniska. Za chwilę słońce zacznie operować na tyle mocno, że powrót po topniejącym śniegu stanie się bardziej uciążliwy. Spakowałam termos i założyłam plecak. Właśnie wtedy usłyszałam to po raz pierwszy. To nie był szum wiatru. To był dźwięk pękającego szkła, tyle że głęboki, jakby sama ziemia pode mną rozdzierała się na dwoje.

Nagle granit, który przed chwilą był symbolem trwałości, po prostu zniknął. Krzyknęłam, zapadając się w pustkę. Poczucie nieważkości było tak samo przerażające, jak nagły, gęsty mrok zapadliska, który połknął słońce w ułamku sekundy. Ostatnią rzeczą, jaką poczułam, był uderzający w twarz podmuch powietrza, które nie pachniało już zimą w Tatrach. Moje zmysły zdążyły jeszcze zarejestrować smak metalu na języku, woń ozonu w nosie i coś, co przypominało zapach starego, wilgotnego grobu. Potem nastąpiło uderzenie.

Kiedy wróciła świadomość, pierwszym co zarejestrował mój mózg, nie był ból, lecz nienaturalny ciężar. Próbowałam odetchnąć, ale napotkałam opór jakby przygniatały mnie tony kamieni. Otworzyłam oczy, jednak obraz zdawał się być rozmazany, przefiltrowany przez gęstą, szarą mgłę, która zdawała się nie mieć końca. Leżałam na czymś twardym. Nie był to miękki śnieg Tatr, lecz sztywna i zimna powierzchnia. Lód? Miałam też wrażenie, że dosłownie wysysa życie z moich mięśni. Odruchowo sięgnęłam do kieszeni kurtki, aby na wszelki wypadek wyjąć mój mały EDC z opatrunkiem, latarką i kilkoma przydatnymi drobiazgami survivalowymi. Moja ręka nieoczekiwanie, zamiast na znany i przyjazny materiał Gore-Texu, trafiła na coś obrzydliwie szorstkiego.

Nagły strach uderzył gorącą falą adrenaliny, kontrastując z przenikliwym, „tępym” zimnem otoczenia. Usiadłam gwałtownie, a moje dłonie zaczęły nerwowo badać to, co miałam na sobie. Moja kosztowna odzież z nowoczesnych, kosmicznych materiałów, zniknęła. Zamiast niej ubrana byłam w kubrak z ciężkiej, wyprawionej skóry, który czuć było lekką stęchlizną, dymem i starym, obcym potem. Drugą warstwę stanowił najpewniej sweter z wełny, zaś pod spodem czułam szorstkość lnianej, prymitywnej tuniki drażniącej moją delikatną skórę. Nogi spętane były kilkoma warstwami materiału spódnic, rozrzuconych w nieładzie. Spojrzałam na swojej stopy. Skórzane trzewiki w kolorze brązu, sięgające aż po łydki.

To nie był sen – zapach był zbyt realny, zbyt duszny. Natomiast zimno nie szczypało w policzki jak mróz na szlaku. Ono miało w sobie coś pasożytniczego, jakby powoli „wyżerało” energię z mojego wnętrza, zostawiając w żyłach płynny lód. Wreszcie ta drażniąca skórę sztywność grubo tkanego lnu.

„To niemożliwe” – pomyślałam w panice, kiedy mój oddech formował się w gęste obłoki pary. Rozejrzałam się wokół. Wszędzie ten sam, szary obraz nicości. Nie widziałam nieba, tylko poszarpane ściany niewielkiego uskoku, wcinającego się w niskie wzniesienie, które zdawały się zaciskać wokół mnie. Ciało wciąż było moje – czułam siłę w udach i znajomy kształt swoich bioder – ale cała reszta, od „opakowania” po smak powietrza, była radykalnie inna. To nie był wypadek w Tatrach. To było przejście w miejsce, gdzie fizyka i logika, które studiowałam przez lata, przestały mieć znaczenie. Ręce zaczęły mi drżeć, a serce biło w rytm narastającego przerażenia. Pierwszy raz od dawna znalazłam się na granicy utraty kontroli nad sobą. Najwyraźniej, w sposób absolutnie niewytłumaczalny, znalazłam się w jakimś innym świecie, i ten świat właśnie zaczął mnie dosłownie konsumować energetycznie.

– No, Wiktorio, dupy w troki – rzuciłam w powietrze krótki rozkaz. Panika była luksusem, na który nie mogłam sobie pozwolić. Dalsze leżenie na lodzie groziło wychłodzeniem. A to zabija szybciej, niż strach. Podniosłam się, nie bez trudności. Mięśnie bolały mnie jak dzień po przebiegnięciu maratonu. To właśnie było dziwne. Pamiętałam, że spadałam w przepaść, ale nie czułam bólu, jak po upadku. Miałam raczej wrażenie, jakby jakaś siła rozłożyła mnie na atomy i złożyła z powrotem. Tylko gdzie? Po drugiej stronie? Drugiej stronie czego?

Zmusiłam się do metodycznego działania, które wpajano mi od dziecka. Najpierw oddech: głęboki, miarowy. Potem kończyny: palce rąk i nóg poruszały się, stawy były całe. Żadnych złamań. To był pierwszy, mały triumf. Potem ubranie. Dziwne, ale zdecydowanie kobiece. Jako tako chroniące przed zimnem i wiatrem, który dopiero teraz, podniósłszy się, poczułam.

Wyszłam z niewielkiej rozpadliny, w której się obudziłam i stanęłam na niewielkim wzniesieniu. Teren dookoła rozciągał się płasko, pokryty białym całunem. Gdzieniegdzie wyrastały nieliczne krzewy, a czasem grube kikuty połamanych, martwych drzew. Krajobraz przypominał nieco tundrę, bo z pewnością nie były to Tatry. Trudno jednak było mi ocenić jednoznacznie, gdzie się znajduję, bowiem widoczność była bardzo słaba. Na dodatek szara mgła nie zachowywała się jak zwykłe zjawisko atmosferyczne. Ciągnęła się długimi, gęstymi smugami, które zdawały się pełzać po okolicy z celowością wygłodniałego drapieżnika. Czułam się jak w starej knajpie, w której potajemnie spotkali się wielbiciele tytoniu.

Zabrałam się do pracy. Wykorzystując analityczny umysł inżyniera, szybko oceniłam sytuację. Rozpadlina, w której się obudziłam, nie nadawała się na schronienie. Zbadałam więc okolicę i w zasięgu wzroku znalazłam kolejną, głębszą niszę w skale. Zaczęłam znosić tam płaskie odłamki łupka i kępy szarego, twardego mchu, który kruszył się w dłoniach niczym wysuszona kość. Układałam je w prymitywny mur, który powinien osłonić mnie przed pełzającym, wszędobylskim, wilgotnym oparem. Każdy ruch sprawiał, że moje wysportowane ciało rozgrzewało się, a krew zaczynała krążyć szybciej, wypychając z żył zabójcze odrętwienie. Nie zamierzałam być „damą w opałach”, lecz survivalowcem w trybie pełnej mobilizacji.

W przerwie, prostując na moment plecy, spojrzałam w górę, szukając słońca, które mogłoby dać mi jakąś orientację w terenie, ustalić kierunki. To, co zobaczyłam, zmroziło mi krew bardziej niż przenikliwy wiatr. Nad warstwą mgły nie było błękitu, tylko niemal jednostajna, ołowiana pokrywa. Słońce przebijało się przez nią czasem jedynie jako matowa, brudna plama, pozbawiona blasku i ciepła. Nie rzucało cienia, nie wyznaczało kierunku. Świat był skąpany w przerażającej, wszechobecnej szarości, która przypominała wieczny, mroźny świt bez nadziei na poranek. Pomyślałam wtedy sobie, że w tym miejscu światło nie było najwyraźniej prawem natury lecz zapomnianym mitem. Wróciłam do pracy przy budowie tymczasowego schronienia. Jeśli ten świat chciał mnie pożreć, musiał się przygotować na walkę.

Priorytetem, zaraz po pierwszej pomocy, której na szczęście nie potrzebowałam, zawsze jest schronienie. Tak, ogień jest ważny, bo dezynfekuje wodę. Ale najpierw dach nad głową. Upchnięta w ciasnej niszy pod skalnym nawisem, próbowałam zapanować nad galopującymi myślami. Siedząc w kucki zaczęłam obsesyjnie badać swój nowy ubiór, szukając w nim jakiejkolwiek logicznej odpowiedzi. Lniana koszula pod skórą była dziwna – jej splot był niezwykle ciasny, niemal bolesny w dotyku, a nitki wydawały się nienaturalnie grube, jakby tkane ręką kogoś, kto nie znał maszynowej precyzji. Jednak to skóry budziły we mnie największy niepokój. Runo było długie, srebrzysto-szare i lekko sztywne, o strukturze, której nie potrafiłam przypisać do żadnego znanego mi zwierzęcia. Nie była to owca, koza ani niedźwiedź. To było coś, co zdecydowanie wyewoluowało w miejscu, o którym podręczniki biologii milczały. Używanie skór do ubrań było już dawno pieśnią przeszłości. Dziś królowały tekstylia, tanie, powszechne, praktyczne. Zresztą, jak to się stało, że mój ubiór nie był tym, w który odziałam się rano, wychodząc w góry. To był problem, którego nie potrafiłam logicznie rozwikłać. OK, ktoś mógł mnie przebrać, kiedy byłam nieprzytomna, ale dlaczego miałby mnie porzucać w zupełnie obcym terenie? Czy stałam się obiektem jakiegoś żartu? Czyżby wbrew mej woli zakwalifikowano mnie do jakiegoś reality show? Czy za chwilę zza skały wyskoczy ekipa TV z okrzykiem: „Mamy cię!”?

Myśli kotłowały się w głowie nie dając spokoju. Ale wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Uświadomiłam to sobie nagle, co uderzyło mocniej niż samo zimno. Cisza. W Tatrach, nawet w najbardziej odległych dolinach, świat zawsze wydawał jakieś dźwięki – daleki szum potoku, wołanie kruka, świst wiatru załamującego się na graniach. Tutaj panowała martwa, gęsta próżnia. Cisza ta nie była brakiem hałasu. Zdawała się być raczej namacalną obecnością, która owijała świat grubą warstwą waty, tłumiąc wszystko, co żywe. Ten brak bodźców zaczynał napierać na moje uszy, wywołując bolesne pulsowanie w skroniach. Samotność, którą zawsze ceniłam w górach, nagle stała się egzystencjalnym lękiem przed byciem jedyną myślącą istotą w tym zimowym grobowcu.

Zamknęłam oczy, by także się wyciszyć i wsłuchać we własne ciało. Każdy świszczący oddech wydawał się w tej nienaturalnej pustce nieludzko głośny, niemal obsceniczny. Bicie serca brzmiało jak dudnienie bębna w pustej katedrze. Próbowałam przywołać w pamięci obrazy i dźwięki poranka. Warkot silnika samochodu lub szum ulicy, ale te wspomnienia wydawały mi się teraz płaskie i nierealne jak wyblakłe zdjęcia z innego życia. Rzeczywistość biła we mnie obuchem. Byłam sama w szarym, niemym świecie, który nie oferował żadnego punktu odniesienia. Strach, że ta cisza już nigdy się nie skończy, że zostanę w niej uwięziona na zawsze, zaczął powoli, systematycznie kruszyć podwaliny mojej wątłej pewności siebie.

Mgła, dotąd statyczna, nagle ożyła. Zaczęła gęstnieć i wirować, jakby samo powietrze stawało się cięższe, niemal płynne. Włosy na karku stanęły mi dęba. Ciszę, wcześniej tak bardzo mnie przytłaczającą, rozdarł nagle dźwięk, który sprawił, że zastygłam. To nie był ryk drapieżnika ani świst wichru w szczelinach skalnych. To było nienaturalne, wysokie wycie, które po chwili przeszło w serię świszczących, gardłowych jęków. Dźwięki te nie niosły ze sobą żadnych słów, które dałoby się zrozumieć, a jedynie czystą, pierwotną nienawiść.

Mój analityczny umysł naukowczyni, zwykle tak sprawny w katalogowaniu i wyjaśnianiu zjawisk, po prostu zawiódł na całej linii. Wilgotne, zimne powietrze niosło ze sobą oddech czegoś niewytłumaczalnego. Rytm sapania i szurania, przypominający zepsuty miech kowalski, narastał. Adrenalina znów uderzyła, a w ustach pojawił się ten specyficzny, metaliczny posmak, który towarzyszy świadomości, że stałaś się zwierzyną.

Nie miałam nic. W pośpiechu rozejrzałam się po niszy, w której schowałam się przed światem. Pośród kamieni, z których ułożyłam wcześniej ściankę ochronną, znalazłam nieduży odłamek skalny. Pięściak. Najstarsza broń hominidów. Moja dłoń zacisnęła się na nim z siłą imadła, podsycaną strachem przed nieznanym, który zaczął kiełkować w moim umyśle. Czułam chropowatą krawędź wbijającą się w skórę dłoni. To była moja jedyna szansa, nędzna broń, obiecująca fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

I wtedy to zobaczyłam. W mlecznej bieli mgielnego całunu, zaledwie kilkanaście metrów od mojej kryjówki, zmaterializował się kształt. Wydawał się wydłużony, nienaturalnie wysoki. Poruszał się w sposób, który budził głęboką odrazę. To był nierówny, chaotyczny chód – postać potykała się, wyrzucając kończyny na boki, jakby jej mięśnie nie do końca słuchały woli, jakby była marionetką na splątanych sznurkach. Cień zatrzymał się nagle, a jego głowa – osadzona pod dziwnym kątem – zaczęła drgać, jakby stwór próbował „wywąchać” mój strach w nieruchomym powietrzu. Wstrzymałam oddech, czując, że serce za chwilę wyskoczy mi z piersi. Cień zrobił kolejny, szarpany krok w moją stronę.Biały Żar

Czułam się, jak królik zagoniony do nory przez lisa. Zamarłam w bezruchu, a moje ciało stało się jednością ze skalną wnęką. Starałam się wstrzymać oddech tak bardzo, aż poczułam głód tlenu w klatce piersiowej, ale to nie wystarczyło, by uciec przed tym, co nadchodziło. Z mlecznego, wirującego całunu szarości zaczęły wyłaniać się kolejne sylwetki. Początkowo jako rozmyte plamy, by po chwili nabrać koszmarnie wyraźnych kształtów. Zachowywali się niczym wataha w czasie łowów. Wyglądali jak karykaturalne istoty ludzkie. Pergaminowa, sina skóra zdawała się być napięta na kościach tak mocno, że lada moment mogła pęknąć. Nie szli. Sunęli niemal nad powierzchnią lodu z tą samą przerażającą, rwaną dynamiką uszkodzonych marionetek, którą zobaczyłam wcześniej u pierwszego z nich. Ich kończyny bujały się na boki w chaotycznych odstępach, jakby każda część ich ciał walczyła o dominację nad ruchem.

Paraliżujący strach zdominował mnie niemal do reszty. Był inny od wszystkiego, co znałam z gór. To był lęk całkowicie egzystencjalny – jak uświadomienie sobie, że oto patrzysz na „wydmuszki”, na istoty, w których nie tliła się żadna iskra życia, a jedynie bezdenna, desperacka pustka. Nagle wszystkie absurdalne filmy o zombie, które widziałam w ciągu całego swojego dorosłego życia zmaterializowały się przede mną w pełnej okazałości. Z tym, że ja brałam udział w tym filmie osobiście.

Kiedy jedna z postaci obróciła głowę w stronę mojej kryjówki, ujrzałam puste, czarne oczodoły, w których nie było źrenic, a jedynie gęsta, mroźna ciemność. Podświadomie zrozumiałam, że nie polowały na moje mięso, choć to także. One wyczuwały moje nasycone życiem ciepło, którego najwyraźniej pożądały z całą siłą swojej mrocznej natury. Sunęły w moim kierunku, a każdy ich krok był obwieszczany przez dźwięk pękającego pod ich ciężarem lodu i suche, rytmiczne chrupanie zmarzniętego śniegu, które niosło się w martwej ciszy niczym wyrok.

Temperatura wokół gwałtownie się obniżyła, co było całkowicie absurdalnym odczuciem. Mój umysł odrzucał to zjawisko, ale ciało mówiło wyraźnie. Czułam, jakby nagle mróz wokół mnie zgęstniał przekraczając jakiejkolwiek granice. Powietrze stało się tak lodowate, że mój własny oddech zdawał się zamarzać w locie, zamieniając w mikroskopijne kryształki lodu. Te zaś przy każdym wdechu kłuły mnie w płuca niczym tysiące szklanych igieł. Bicie serca spowolniło nagle jakby te istoty samą swoją obecnością dusiły mój metabolizm. Cień, który był najbliżej, zatrzymał się i znów uniósł nos do góry, wydając z siebie ten sam świszczący, szeptany dźwięk. Wiedział. Czuł. Był o sekundy i centymetry od odkrycia mojego schronienia. Znów mocniej zacisnęłam dłonie na skalnym odłamku, przygotowując się na to, co nieuniknione.

Gdy Cień rzucił się naprzód z nagłą, szarpaną gwałtownością, która przypominała atak drapieżnego owada, zareagowałam instynktownie. Zanim mój mózg przetworzył obraz szponiastych palców tnących powietrze tam, gdzie przed sekundą była moja głowa, ja już byłam w pełnym sprincie, na ile pozwalał mi szamoczący się między nogami materiał sukni. Podciągnęłam go rękami niczym jakaś „uciekająca panna młoda” i przebierając nogami jak spłoszona kaczka, biegłam przed siebie niemal rycząc ze strachu. I nie, to nie było śmieszne. Zresztą, nie było nikogo, kto mógłby to ocenić. Nie było też nikogo, kto mógłby mnie uratować. Sto procent mojej krwi zamieniło się w adrenalinę i uderzyło w mięśnie, niczym stężony kwas, wypalając resztki paraliżującego strachu i zamieniając go w czystą, zwierzęcą determinację.

Pierwszy raz w życiu biegłam na oślep. Szalejące tętno dudniło mi w skroniach tak mocno, że niemal zagłuszało świszczące szeptanie za plecami. Nie było czasu na myślenie. Wytrenowany organizm sam znajdował właściwą drogę między kępami skąpej roślinności, starymi pniami drzew, które nie pamiętały już słońca, głazami i skalnymi wyłomami wystającymi spod lodu i śniegu. Odruchowo wykorzystywałam teren niczym profesjonalna biegaczka górska. Zamiast uciekać płaskim dnem wąwozu, kluczyłam starając się zgubić pogoń. Każdy skręt, każde nagłe wyhamowanie miało zmusić te dziwne, obce i chaotyczne istoty do korygowania swojego pościgu. Nie było łatwo. Suknia zahaczała o ostre, oszronione gałęzie, a skórzane okrycie ciążyło mi na ramionach niczym mokry worek. Moje buty, o płaskiej, skórzanej podeszwie, ześlizgiwały się na oblodzonych kamieniach. Odzyskałam równowagę w ostatniej chwili, czując, jak ścięgna w kostkach trzeszczą pod wpływem przeciążenia.

Po kilkuset metrach dotarło jednak do mnie, jak bardzo nierówna była to rywalizacja. Wciąż słyszałam ich za sobą – ten miarowy, suchy stukot stóp o lód, który nie zmieniał rytmu. One zdawały się nie mieć płuc, które mogłyby piec od mrozu, ani serc, które mogłyby odmówić posłuszeństwa. Z każdym metrem mój oddech stawał się coraz bardziej rwany, a mięśnie ud zaczynały drżeć z niedotlenienia. Tymczasem te ludzkie Cienie zdawały się utrzymywać prędkość, ignorując zmęczenie i grawitację. Ta świadomość była jak zimny nóż wbity w plecy: nie mogłam ich wyprzedzić siłą swoich mięśni. Mogłam jedynie odwlec to, co było nieuniknione, dopóki moja własna, ludzka biologia ostatecznie mnie nie zdradzi.

W końcu stało się to, co musiało się stać. To był ułamek sekundy, w którym grawitacja i pech sprzysięgły się przeciwko mnie. Moja stopa zahaczyła o ukryty pod szronem, skręcony korzeń starożytnego drzewa, który od lat czaił się w ziemi niczym koścista pułapka, właśnie po to, by mnie złapać. Upadłam ciężko, tracąc oddech, i wylądowałam wprost pod potężnym, martwym pniem, którego sczerniałe konary przypominały palce topielca wynurzające się z białej toni. Chciałam się podnieść, ale Cienie były już przy mnie. Osaczyły mnie metodycznym półokręgiem. W tej ciasnej przestrzeni ich obecność była niemal fizyczną lawiną – lodowatą, gęstą ścianą, która dusiła w zarodku każdy odruch obronny.

Najbliższy z potworów pochylił się nade mną, a z jego ciemnych oczodołów wyciekała pustka. Gdy wyciągnął kościstą, pergaminową łapę, poczułam coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Stwór nie musiał mnie dotykać, by zacząć niszczyć. Moje własne ciepło, moja życiowa energia, zaczęła się nagle ulatniać. Była brutalnie wyssana przez tę wyciągniętą dłoń, płynąc szeroką strugą w stronę zjawy. To był ból gorszy od wkręcania w kosiarkę – jakby ktoś wyciągał ze mnie duszę przez pory skóry. Kiedy lodowate palce Cienia ostatecznie zacisnęły się na moim nadgarstku, wrażenie było tak potworne, jakby ktoś wbijał mi odłamki lodu prosto w nerwy.

Sparaliżowana tym nieoczekiwanym atakiem, leżałam bezsilna, patrząc, jak na moich własnych rzęsach osiada gęsty szron, a wzrok zachodzi stopniowo mgłą. W tej skrajnej bezradności, w momencie, gdy umysł poddał się i zaakceptował nieuchronny koniec, wydarzyło się coś paradoksalnego. Gdy niemal umarło we mnie człowieczeństwo, obudziła się bestia. Zwierzę, które nie zamierzało jeszcze umierać. Gdzieś głęboko, w najniższych zakamarkach mojego ja pękła jakaś wewnętrzna tama, o której istnieniu nie miałam pojęcia. W samym centrum mojej kobiecości i siły, mojego „feministestwa” obudził się żar. Nie był to ogień, który parzy, ale białe, oślepiające światło, źródło życia, które tylko kobieta może dać. Początek, jak wybuch supernowej, narastający w błysku magnezji i z siłą rodzącej się gwiazdy. W chwili, gdy Cień chciał zamknąć mnie w ostateczny uścisku śmierci, ja – magister inżynier Wiktoria Nowak, dziewczyna z Warszawy – przestałam być ofiarą. Stałam się źródłem.

Kiedy instynktownie szukając oparcia, dotknęłam przypadkiem wolną dłonią sczerniałego, martwego pnia starożytnego drzewa, stało się coś wykraczającego poza jakiekolwiek moje wyobrażenia o świecie. Nie było odgłosu pękającej kory ani tępego uderzenia o drewno. W momencie kontaktu nastąpiła eksplozja, która na ułamek sekundy wymazała cały świat. Z moich palców wytrysnął biały, przerażająco czysty blask – tak intensywny, że poczułam go pod powiekami mimo zaciśniętych oczu. To nie był płomień. To była fala surowej energii, która rozdarła szarość okolicy niczym chirurgiczny skalpel. Pień pod moją dłonią nie zaczął się tlić – on dosłownie wybuchł światłem, emitując potężną, gorącą falę uderzeniową, która wyrzuciła najbliższe mnie Cienie w powietrze jak szmaciane lalki.

Wstrząs wtórny przyniósł natomiast falę euforii, która niemal odebrała mi zmysły. Czułam, jak krew, dotąd niemal zamarznięta, nagle przyspiesza, pulsując w żyłach z nieludzką siłą. Zdawało mi się, że zamiast osocza sunie w nich płynne złoto, rozgrzewając każdy nerw, każdy mięsień, każdą komórkę ciała. Szok mieszał się z drapieżną radością przetrwania. Kiedy biały blask zaczął powoli przechodzić w głęboki, niemal szmaragdowo-zielony odcień, zobaczyłam, jak martwe, sczerniałe drewno płonie dziwnym, żywym ogniem, który promieniował czystą energią.

Moje zmysły zostały zbombardowane bodźcami, których nie potrafiłam nazwać. Oślepiająca biel zgasła, ale w oczach wciąż wirowały plamy. Mało co widząc, musiałam opierać się na słuchu. Uszy wypełniał krzyk Cieni – wysoki, nieludzki pisk, który brzmiał jak pękające tysiącami tafle szkła. Ale to zapach był najbardziej uderzający. Pośród odoru stęchlizny i mrozu nagle pojawił się zapach ozonu, a tuż po nim coś, co wycisnęło łzy z oczu: woń nagłego, parnego, letniego powietrza po burzy. W samym sercu zabójczej zimy poczułam zapach rozgrzanej trawy i kwitnącej dziczy. Otoczenie pulsowało gęstym, zielonkawym kokonem energii, a ja – po raz pierwszy od chwili, gdy obudziłam się w tym nieznanym mi świecie – przestałam drżeć z zimna. Stałam się epicentrum cudu, którego sama nie potrafiła pojąć.

To nie była nawet walka, to była pełna egzekucja ciemności. Cienie, które jeszcze przed chwilą osaczały mnie z taką pewnością, teraz miotały się w białej poświacie, wydając z siebie przeraźliwe dźwięki. Sylwetki tych, które znalazły się bezpośrednio w zasięgu białej energii, rozpadały się w drobny pył, ulatujący wraz z wiatrem, zanim zdążył dotknąć ziemi. Pergaminowa skóra tych, które stały dalej, czerniała i zwijała się, jak gazeta w ogniu. Pień uschniętego przed laty drzewa przestał wreszcie emanować energią. Teraz stał się źródłem pomarańczowego żaru, potężną kolumną ognia, rozpraszającego mgłę i wszechobecną szarość, w której zobaczyłam kolejne kręgi czających się, martwych postaci. Tych, których nie dosięgła emanacja nieoczekiwanej mocy. Na dodatek w tej bezkresnej, niegościnnej pustce stałam się latarnią widoczną z odległości wielu kilometrów – sygnałem, którego nie dało się zignorować. I to była raczej ta zła wiadomość.

Gdy adrenalina zaczęła rozkładać się w tkankach, uderzyło mnie obezwładniające zmęczenie. Każdy mięsień wydawał się ważyć tonę, a płuca płonęły, jakbym nawdychała się ognia. Leżałam w topniejącym śniegu, niemal nieświadomie patrząc na własne dłonie. Z palców wciąż wydobywały się gasnące smużki białego światła, a skóra promieniowała ciepłem, które w tym martwym świecie wydawało się wręcz nieprzyzwoite. Moje niedowierzanie mieszało się z przerażeniem – „mój” inżynier wiedział, że właśnie naruszyłam jakieś fundamenty otaczającej mnie rzeczywistości. Od tej chwili nie byłam już turystką zagubioną w obcym wymiarze. Stałam się anomalią, celem, który rozdarł noc.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij